wtorek, 29 czerwca 2010

Piersiasta kampania



Jako niematka jestem w trudnej sytuacji razem z grupą kobiet, które nie mają czym wytłumaczyć pogorszenia stanu swojego biustu. Grawitacja bezwzględnie czyni swoją powinność. Urodziliśmy się w erze streczu, ale zmierzch młodości przyszło nam spędzać w czasach sterczu, niestety. Badania poczynione wśród okolicznych znajomych wskazują, że rówieśnicy męscy są fanami naturalizmu i absolutnie nie życzą sobie napełniania partnerek coraz bardziej dostępnymi na rynku medyczno-plastycznym prefabrykatami.
Kłamią jak z nut!. Wiedzą co należy powiedzieć, żeby na tych wszystkich kolacyjkach dostać deser i otwieracz do wina. Heh.

Myślę o wszystkich weselach, na których traciłam czas udając wiarę w cudze szczęście, zadzierzgniętę na nutce deklaracji w monogamię. W takiej scenografii, przyobleczonej w satynowo-atłasowe dekolty widać starcie wrogich drużyn: balony z mlekiem kontra balony wypełnione silikonem. Plus pewnie, jak ze statystyki wynika, jakieś biedne balony wypełnione nowotworem.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Po weekendzie czyli wyczerpane baterie

Jeden z tych wyczerpujących weekendów, po których człowiek patrzy na baterie Duracela i zastanawia się, gdzie je sobie wsadzić.




piątek, 11 czerwca 2010

Muzeum Fryderyka Hip-Chop Rubika

Wyspiański powiedział, że Chopin, gdyby żył, to by pił. Gdyby Szop zobaczył swoje muzeum na Tamce to na pewno poszedłby w tango, może nawet to mrożkowe (albo i to mroczkowe, kto go tam wie). Szmery-bajery dla młodzieży z prowincji. Duch Chopina nie jest niestety zachowany, co najwyżej jego spirit, i to tego żółteńkiego Chopina z okładki Przekroju, Chopina w dresiku, współczesnej emanacji Chopina strawnego dla internetowo uwrażliwionej dziatwy. Wychodzę i prawie wypadam z kapci, bo jakieś dziecko z piętrzącego się tłumu kolejkowiczów pyta czy stwierdza, bo nie dosłyszałam dokładnie, coś o muzeum rubika. Rzeczywiście, w razie czego można przebranżowić.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Wtopy randkowe: Kaprawa kolacja

Kolacja u R. Powinnam się cieszyć, że ktoś nie tylko nie zmusza mnie do stania przy garach, ale sam z siebie gotuje dla mnie. Ale na tym koniec miłych podniet. Kolacja nawet smaczna, ale na małym, niewygodnym stoliku, nad którym trzeba się pochylać ( może R nie musi dbać o potrzeby kręgosłupa, a także, najwyraźniej, możne jeść w każdej karkołomnej pozycji – ja jednak nie wiem, jak mam połknąć jakikolwiek kęs, skoro jestem tak sprasowana, że mam odciętą drogę do żołądka). Nie ma normalnych serwetek, takich miękkich, z wzorkami, tylko jakieś sztywne i szorskie, może to najnowszy design z Elle Decoration, kto wie, ale wolałabym tylko zetrzeć z twarzy tłustą plamę, a nie zedrzeć twarz do kości. I to światło. Jakaś potworna przemysłowa halogenówka powodująca krwawe poty. Nie jestem co prawda romantyczną pańcią, którą trzeba prażyć w świetle gromnic, ale tropikalnym żółwiem w terrarium też nie. Czuję się jak na przesłuchaniu, dyskretnie patrzę, czy przypadkiem nie prześwietla mnie toto ustrojstwo na wylot, jak rentgen. Niedomyty kieliszek w każdym razie prześwietliło, bo skąd niby wiedziałabym, że jest niedomyty? Dziubię więc swoje kapary, mając już pewność, że nie będzie z nas pary ;). Udaję pogodę ducha, bo nie chcę dręczyć biedaka podróżowaniem w rejony niewdzięczności. W końcu smaczne darmowe żarcie piechotą nie chodzi.
No dobrze, jeszcze dam mu szansę. Konserwacja, konsternacja. Nie, no, jak to szło...konwersacja – o to to. :) Nawet przy moich staraniach jego ezoteryczne monosylaby są jak ospałe dzieci w przedszkolu, w czasie leżakowania. Wyobrażam sobie siebie jak zdesperowaną przedszkolankę, która wszystkich morduje, po czym ucieka za granicę.
Może to skupienie na serwowanych potrawach powoduje zanik konwersatoryjnych zdolności? Nie ma się jednak czym przejmować: halogenówka utrzymuje stałą ciepłotę potraw, a także, dałabym głowę, po włożeniu torebki do szklanki z wodą, zrobiłaby nam herbatę.
Spróbuję kontynuować tą znajomość w jedyny możliwy sposób: odbierając raz na kilka dni jedzenie na wynos.



sobota, 5 czerwca 2010

Przez życie na pigułach

"Bigger stronger faster". Naprawdę chwacki film o sterydach - dla tych, którzy łykają tylko witaminy.
Tymczasem ja się w życiu nałykałam tyle witamin, że nie do końca się wyrozumiałam, czy za, czy przeciw...hm.



Zaś tak wygląda ulubiona zawartość mojej apteczki ;-):




Dana Wyse pills
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...