poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Planeta i dziewczyna. Książka, której nie należy czytać w upały – „Wiek cudów” Karen Thompson Walker


















„Częściej podejmowaliśmy ryzyko. Rzadziej poskramialiśmy żądze. Coraz trudniej było oprzeć się pokusie. Niektórzy z nas podejmowali decyzje, których w innych okolicznościach by nie podjęli.
Dlaczego mielibyśmy nadal kochać, przyjaźnić się, być wierni, skoro jutro jest tak niepewne i kruche?”
Taki oto cytat wdzięczy się do nas na tylnej okładce. Z przodu jakiś nieokreślony rozbłysk. I dziewczyna zaplątana we włosy.
Człowiek myśli sobie: nadal nie wiem o czym to, ale chyba chcę to przeczytać.
Chyba o katastrofie jakiejś, która wzmaga przepływ adrenaliny a zarazem heroizmu. Człowiek zawsze chce czytać o ludziach, którzy w normalnych okolicznościach nie zrobili by tego czy tamtego, ale z powodu okoliczności literackich robią.
Ale obok na okładce jest też informacja iż „Prawa do wydania "Wieku cudów" zostały sprzedane za astronomiczną na rynku wydawniczym sumę miliona dolarów. Jeszcze zanim powstała!”
Człowiek myśli sobie: Ale lipa! Ale ten marketing grubymi nićmi szyty! Jeszcze zanim powstała książka, debiut w dodatku, ktoś wykłada milion? To trepanacja na czytelniczym zdrowym rozsądku! A to dopiero katastrofa!

No ale jednak: wzięłam do ręki, przeczytałam, zacukałam się.
I powiem tak: jeśli będziecie to czytać – jak ja – w środku upalnego lata, w sierpniowy dzień, 30 stopni w cieniu, leżąc na wyschniętym trawniku i podskubując wypłowiałe źdźbła trawy, służące wam za zakładkę, skryci wewnątrz ciała o uprażonej słonecznym żarem skórze, to zapamiętacie tę książkę bardzo sensualnie. Niepokojąco sensualnie.

Julia ma naście lat, kiedy Ziemia zwalnia swój bieg. Wszystko, o czym opowiada, znamy (mniej lub bardziej) z autopsji, z przeszłości, z sepiowych fotografii naszej pamięci: pierwsza szkolna miłość, zdrada najlepszej przyjaciółki, próby odnalezienia swojego miejsca w grupie rówieśniczej, pierwsze, dostrzeżone dojrzewającym okiem bohaterki, rysy na małżeństwie rodziców.
Utrata bezpieczeństwa, wejście w dorosły świat ma tu jednak inny wymiar. Globalny i katastroficzny. A zarazem najintymniejszy z możliwych. Bo rzecz dzieje się na podwórku jednego z małych amerykańskich miasteczek. I widzimy ją tylko oczami naszej bohaterki.
„Od początku, kiedy wyobrażałam sobie tę książkę, widziałam, że musi w niej występować narrator, który patrzy wstecz na swoje dzieciństwo. Jestem sentymentalna. Lubię słuchać historii z przeszłości, bardzo mnie poruszają. Czuje się w nich, prawie dotykalnie, upływający czas. Lubię ten retrospektywny głos, tę nostalgię. W "Wieku cudów" piszę o dwóch straconych światach – tym należącym tylko do Julii i tym wspólnym wszystkich ludziom.”
(cytaty z wywiadu z autorką, via[klik])

To nie będzie typowa, filmowa katastrofa: żadnych spadających meteorów, nuklearnej zagłady i buntu maszyn. Zbuntują się jedynie prawa fizyki i natury. Planeta Ziemia zacznie nieznacznie zwalniać. Dni zrobią się trochę dłuższe. I noce zrobią się trochę dłuższe. Dni zrobią się bardzo długie, a potem niekończące się noce będą spowijać skonfundowany takim obrotem spraw rodzaj ludzki. Słoneczny żar będzie wypalał zbiory i nie pozwalał spać. Niekończące się noce będą niszczyć zbiory długimi okresami braku światła i powodować depresje i przeciążenia agregatów prądotwórczych.
„Starałam się jednak, żeby moja opowieść wydawała się realistyczna. Nie chciałam używać naukowego żargonu, wprowadzać polityków czy naukowców jako bohaterów, bo zależało mi na tym, żeby pokazać katastrofę w codziennym życiu zwykłych "zjadaczy chleba".”

Ziemia nie pozwoli już funkcjonować ludzkości tak jak dotychczas. Niektórzy porzucą dotychczasowe życie i wyjadą na pustynię oczekiwać końca świata. Inni będą kierować się wskazaniami zegarów i z uporem maniaka trzymać się prawideł starej, nieaktualnej już doby.
Julia będzie dorastać. Jej matka będzie histeryzować. Jej ojciec będzie jej matkę zdradzać. Jej dziadek zbuduje schron. Jej chłopak...
„To nie film katastroficzny, ale intymny dramat w czasie katastrofy.”

„Wiek cudów” czyta się dobrze, płynnie i z zapałem. Autorka na szczęście nie znajduje powodu do grzmocenia nas jakimś ekologicznym moralitetem, proporcje nastoletnich bolączek bohaterki i klimatycznego kontekstu są bardzo zrównoważone. Ja bym nawet pożądała szerszego katastroficznego tła a także większego trzymania się realiów geofizyki: czyli ziemskie zwolnienie nie powinno być tak jakże filmowo-adaptacyjnie skompresowane i błyskawiczne. Pyk, pyk, jeden sezon cudów. Takie rzeczy dzieją się cały czas (weźmy chociaż topniejące na biegunach masywy lodowców) ale nie w tak zawrotnym tempie.
„Nikt dokładnie nie wie, co by się stało, gdyby obrót Ziemi spowolnił, tak jak opisałam to w mojej książce, więc miałam pewną swobodę, jednak niektóre skutki wydają się bardziej prawdopodobne niż inne - tłumaczy Karen Thompson Walker. - Chciałam, aby moja książka była na tyle prawdopodobna, na ile to możliwe - dodaje. Dlatego konsultowała się choćby ze znajomym astrofizykiem.” (via [klik])
Niestety znajomy astrofizyk był chyba akurat po sobotniej imprezie, na której odbywał się konkurs na najszybsze piruety.
Psychoanalityk natomiast wiele by mógł powiedzieć o stosunkach łączących autorkę z matką, bo jakoś tak roboczo założyłam, że postać wyjątkowo irytującej matki książkowej Julii musiała mieć właśnie taki biograficzny prototyp.
Człowiek czyta i zastanawia się jakby to było stracić pod nogami grunt. Jak bardzo bowiem nie podupadniemy moralnie (jako ludzkość) czy gospodarczo (jako naród ;) to Ziemia i jej sposób funkcjonowania nadal są murowanym, fundamentalnym pewnikiem (To ten moment, w którym żałuję, że nie jestem bardziej komercyjnym blogiem bo aż się tu prosi reklama cementu ;)

Wrócę jeszcze na moment do wywiadu z autorką, której inspiracji się domyślałam jeszcze przed lekturą (wywiadu, a nie książki ;):

Czy lęk przed końcem świata był ci bliski od zawsze?

Raczej lęk przed katastrofami naturalnymi. Realny strach przed całkiem zwyczajnym wypadkiem, który może wkroczyć w codzienne życie i przewrócić je do góry nogami. Dorastałam w San Diego w Kalifornii, więc od dziecka towarzyszył mi lęk przed trzęsieniami ziemi i pożarami. Dorastaliśmy w świadomości, że może to nam się przytrafić każdego dnia. Oczywiście, nie wpływało to na nasze życie przez cały czas, ale przy każdym najmniejszym sygnale, że coś jest nie tak, ten lęk powracał i przypominał nam, że nasz świat nie jest bezpiecznym miejscem. Te lęki, że nagle jakaś katastrofa może wkroczyć w moje życie, towarzyszą mi do dzisiaj.

W swoim wykładzie na TEDx powiedziałaś, że lęk nie musi być koniecznie uczuciem destrukcyjnym, że może pobudzać kreatywność.

Lęk jest zawsze związany z wyobraźnią. Lęk tworzy fantastyczne historie, pisze niesamowite scenariusze, które można bardzo twórczo wykorzystać. Lęk może stanowić artystyczną inspirację, a snucie tych scenariuszy złagodzić nasze obawy. To jednak tyczy się tylko lęków nieracjonalnych. Te racjonalne trzeba traktować poważnie, bo to nasz jedyny system wczesnego ostrzegania. Najtrudniejszą sztuką jest rozsądzenie, które są racjonalne, a które nie. Myślę, że analizowanie swoich lęków, a nie wypieranie ich, jest nam, szczególnie współcześnie, bardzo potrzebne.

A wczoraj mieliśmy na nocnym niebie śliczne perygeum – mam nadzieję, że widzieliście ten nisko wiszący nad horyzontem, obrzmiały księżyc. Jutro odbędzie się natomiast  przemarsz Perseidów przez nieboskłon czyli noc spadających gwiazd.
Takie tam kosmonowinki z prywatnego skynotatnika wykraczającego poza google earth.
Dziękuję za uwagę.

12 komentarzy:

  1. U mnie niebo zachmurzone, przemarsz mnie ominie... Szkoda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym roku ominie nas też słoneczny żar, spokojnie można to czytać bez uszczerbku dla wrażliwych sensualiów ;)
      I potwierdzam - widoczność perseidów znikoma pfff.

      Usuń
  2. Akurat "Melancholii" nie jestem wielbicielką, ale doceniam i wspominam bardzo pozytywnie, zwłaszcza grozę oczekiwania na zagładę, ale książką mnie zainteresowałaś. Warto sobie czasem uzmysłowić, że człowiek nie zawsze jest taki wielki jak mu się wydaje. Ja codziennie o tym pamiętam, bo mam podobne lęki jak autorka :) Myślę, że jeśli mi tytuł nie umknie z pamięci, to na pewno tę książkę przeczytam, bo to chyba lepsze od skandynawskiego kryminału. :) A całkiem niedawno na TVP Kultura widziałam podobny w klimacie film "Anomalia" - bardzo mroczny, zarówno pod względem pomysłu na fabułę, jak i realizację. Nie można się oderwać mimo bardzo, bardzo powolnej narracji.
    babkafilmowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skandynawskich kryminałów nigdy dość!
      No ale i Wieku cudów spróbować można, choć bardziej damski elektorat czytelniczy zachęcam jednak.

      Co do 'Anomalii' to widziałam i mam zamiar zinwentaryzować w sekcji najdziwniejszego kina europejskiego. (Natomiast pora nocy o której Kultura daje takie filmy to też anomalia ;)

      Usuń
  3. Lubię takie historie, a tu u mnie już nie jest upalnie, więc mogłabym przeczytać... A fabuła faktycznie niesamowita.
    Jeśli ilustracje pochodzą z tej książki, to jest ona super ilustrowana, jeśli nie to tym bardziej pokłon dla Ciebie za doskonały dobór.
    Widziałam tę pełnię w dniu mojej podróży.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sepie i prześwietlenia zawsze podkręcają sentymentalną atmosferę schyłku cywilizacji ;)

      Usuń
  4. Zachęcona. Również klimatycznymi zdjęciami ;-)
    U Ciebie nigdy nie jest wizualnie nudno!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co wy macie z tymi zdjęciami?
      Litery czytać!

      Usuń
  5. Muszę poczytać.
    A ja, naiwnie myślałam, że księżyc taki wielki tylko dla mnie, śpiącej na górce pod Giewontem. Sfociłam, a jak!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie tylko dla ciebie był Giewont. Nie zawłaszczaj wszystkiego, chica!

      Usuń
  6. Pocieszę Cię ;): od kiedy Chińczycy skończyli budować tamę na przełomach Jangcy zauważono spowolnienie obrotów Ziemi - tak jakoś na wiosnę o tym słyszałam (o, nawet cioteczka wiki pisze o tym).
    (a tu minął tydziń i po upałach ani śladu...)

    OdpowiedzUsuń
  7. Koniec świata bliski!
    Książka wydana przez znak a tu takie kwiecie:

    str21
    Cały dzień przesiedziałam z rodzicami na dywanie, zaledwie kilkadziesiąt METRÓW od telewizora."

    Albo

    Na str 83
    "MOŻE wyrzucało na plaże zwłoki mew."

    No nic, czytam dalej bo książka i owszem
    - bardzo, bardzo.

    OdpowiedzUsuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...