Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toaleta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toaleta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

Rosja to nie kraj, Rosja to stan umysłu. O Olimpiadzie oraz dla Putina małej radzie, jak pokonać klątwę sraczykowych duetów kibelkowych.

Oficjalnie pogardzam sportem uprawianym biernie i czysto audiowizualnie czyli takim na linii kanapa – telewizor. Ale jak już przysiądę, to daję się wciągnąć. Co olimpiada, to mam taką, inkrustowaną przekąskami na zimno, tradycję obejrzenia czegoś ze znajomymi albo rodziną.
I niemal współczuję Putinowi, który na Olimpiadę w Soczi wydał tyle, za ile normalne państwo mogłyby urządzić 10 olimpiad. Ktoś (najpewniej putinowskie doradce od piaru) bardzo zawinił, bo mimo potężnej skali zniszczeń, mimo bezprecedensowo okrutnego wysiedlenia mieszkańców pod olimpijskie obiekty, mimo degradacji przyrody, mimo nadużyć rujnujących gospodarkę i lokalnych przedsiębiorców, międzynarodowa wizja tej imprezy nie ma w sobie nic nobliwego i godnego podziwu. Nie ma w sobie tego glamouru, który miał pokazać potęgę Rosji. Jak internet długi i szeroki niesie się tylko sraczykowy swąd z podwójnych toalet zafundowanych w hotelach olimpijskich.
Putin został na niwie sportu pokonany przez kilka nieprzemyślanych posunięć hotelarskich: nieszczęsne kibelkowe duo, niezdatna do picia i mycia brązowa woda czy spartański wystój hotelowych wnętrz (obejmujący jednakże motywujące fotki półnagiego prezydenta [klik] heh), to jednak dalsze pozycje na liście.
Być może mogłoby to być przyjęte nawet życzliwie, jako lokalny koloryt taki (takie tam sranko w duecie, hihi oraz hydraulika zbyt szczupła by podołać papierowej podcierce, yhyh) gdyby nie creme de la creme zgubnej polityki piarówkowej czyli wypięcie się na społeczność gejowską. Oj, tego Europa nie przebaczy, a Germania to się nawet specjalnie ubierze w ohydniaste acz lobbujące na rzecz kostiumy tęczowe.
A jakby mało było podkładania się homo społecznościom to jeszcze w promocji jest podkładanie się miłośnikom zwierząt, a to przez potrzebę ujemnego rozdysponowania tysięcy bezpańskich zwierząt namnożonych na rozlicznych wysypiskach śmieci powstałych w trakcie przygotowań [Sochi Hires Private Company To Murder Stray Dogs Ahead Of Olympics [klik]
A na końcu ciągu katastrof organizacyjnych, czyli zasadniczo na początku, bo na ceremonii otwarcia – zepsuła się gwiazdka, co to się miała zmienić w olimpijskie kółeczko. Reakcja rynku natychmiastowa:
Biedny, biedny Włodzimierzu Iliczu. Nie dość, że tyle piniążków poszło to jeszcze goście takie niewdzięczne – tylko narzekają i jeszcze w dodatku odkręcają prysznic i na cały dzień wychodzą z pokoju! [Soczi podgląda gości? Rosjanie się tłumaczą [klik]

Powiem ci Włodzmierzu, jako KOBIETA, że rzecz jest do uratowania, a to dzięki DODATKOM, tzw accessories.
Dodatki mogą uratować największą stylistyczną katastrofę. Nawet kibelkowy dualizm.






















Albo dizajn. Gdybyś zainwestował w znany z Saturday Night Live 'Love Toilet' czyli kibelek miłości:

















No ale tak to jest jak się nie konsultuje przed imprezą z blogosferą, ha!
......................
 Tutaj inwentaryzacja tweetopinii uczestników imprezy olimpijskiej czyli
32 zdjęcia świadczące o tym, że Olimpiada w Soczi jest katastrofą [klik]
oraz o kilkukilometrowej drodze pod skocznię, zbudowanej za 8 bilionów dularów (uf, spociłam się: dla porównania - całe Igrzyska w Vancouver w 2010 roku kosztowały 1,5 biliona dolarów) którą to drogę,   Magazyn Esquire REALNIE wycenia w różnym pokryciu:  warstwą złota, torebek Louisa Vuittona, foie gras, kawioru czy trufli  [klik]
..............
Natomiast naśmiewania się z polskiej drużyny bobslejowej, a zarazem najsłodszego dziecka naszych motoryzacyjnych trzewi czyli Malucha, wcale nie jest fajne, choć zapewne nieco zabawne jednak [klik]
............
Następna olimpiada to przy tym cyrku będzie poprawna politycznie i toaletowo nudna taniocha.
Więcej relacji z Olimpiady, pikantne newsy o zawodnikach i przegląd łyżwiarskich outfitów  już wkrótce ;)
Stay tunned, rjebiata.
Prosim was les enfants de rester przy odbiornikach.
Da swidanja, olimpic lovers.

sobota, 6 kwietnia 2013

O tym, jak korzystać z kibelka u znajomych oraz że kobieta kobiecie wilkiem

Niezależnie od tego, kto się w naszym domu mości, z dłuższą czy krótszą wizytą, pojawić się musi ta naturalna potrzeba by skorzystać z toalety. Nie jest to oaza dizajnu, oj nie, moja toaleta to skromność pokryta dużą ilością domestosa ;)

W moim domu ZAWSZE jest podniesiona klapa i deska klozetowa. Nie będziemy tu omawiać technik intymnych interakcji z kanalizacją w pozycji ‘na lotnika’, nie mniej istotnym faktem jest, że po każdej wizycie w toalecie moich gości ta deska i klapa są ZAWSZE opuszczone. WTF?
Nie wiem po co ktoś miałby chcieć takiej deski dotykać, skoro była już profilaktycznie i raz na zawsze podniesiona. Nawet ja nie mam ochoty jej dotykać ;). Może ludzie nie są w stanie znieść widoku spuszczanej wody, a raczej tego, co ta woda ze sobą, w odmęty rur, zabiera raz na zawsze. Ponoć i królowie francuscy nigdy nie widywali swoich gówienek, bo zawsze odpowiednie służby zabierały im w stosownym momencie napełnione a dyskretnie zakryte nocniki.

Pewnego razu w czasie grupowej, piwnej nasiadówki znajomych i ich (oraz moich) rozlicznych odwiedzin w tym najświętszym przybytku nie wytrzymałam i napisałam kartkę
W tym domu nigdy never ever nie opuszczamy deski! (Cokolwiek by chciało wyleźć z kibelka ma mieć otwartą drogę!)’.
No! – pomyślałam. – No.
Opuszczam toaletę z takim uczuciem ulgi na twarzy, że M., którego minęłam w przedpokoju, musiał odnieść mylne wrażenie co do wielkości mojego rzekomego ex-zatwardzenia ;).

Byłam pewnego lata u znajomej, która wręcz przeciwnie – miała obsesję na punkcie opuszczania deski. Deska i klapa były cholernie ciężkie, z jakiegoś grubego szklanego tworzywa, przyozdobionego mieniącym się tygrysem. Doprawdyż takiego bezguścia jak ozdobne deski i klapy klozetowe czy to z kotkami czy muszelkami zatopionymi w lastryko nie jestem w stanie znieść, ani tym bardziej na nim defekować. Znajoma zamówiła nowego deskowego ‘tygrysa’, obecny ‘tygrys’ był bowiem zepsuty - klapa przy próbie opuszczenia waliła o deskę z takim impetem, że można było podskoczyć i ogłuchnąć jednocześnie. W związku z tym zostałam pouczona, aby deskę opuszczać ręcznie, co czyniłam uposażona w kawałek papieru toaletowego, ponieważ nie mam w zwyczaju miziać cudzych klozetów. Po tej jednak operacji zostawał mi w dłoni kawałek radioaktywnego ;) papieru, którego nie było gdzie wyrzucić, w związku z tym następnym etapem było odchylenie ciężkiej deski do góry nogą i w miarę bezdotykowe wepchnięcie tego kawałeczka w kibelkową szparę (całej klapy opuścić bez łupnięcia nogą się nie dało). Co w efekcie przyczyniało się do dodatkowego (ach, siła nawyku!) spuszczania wody, bo znajoma otwierając klapę w czasie osobistego seansu z tygrysem nie życzyła sobie zobaczyć takiegoż pływającego kawałeczka papieru bez należnego wstrętu. Zaznaczam, że była to bardzo oszczędna niewiasta, a jednak dała mi dyspensę na dwa spuszczania wody każdorazowo.
Byle tylko klapa była zamknięta.
Aaaa.

Przy czym ta toaletowa higienistka nie uznawała czegoś takiego jak mały łazienkowo-kibelkowy kosz na śmieci i inne artykuły higieniczne w związku z czym za każdym razem, gdy robiłam demakijaż oczu i facjaty musiałam rozliczne waciki kitrać w umywalce by następnie następnych wacików użyć do jej wyczyszenia ze zmaz kosmetycznych by następnie tę wspólną garść wacików wielkości piłki tenisowej iść wyrzucić do kosza na śmieci stojącego na widoku w kuchni łączonej z jadalnią. W związku z czym jeśli zdarzyło mi sie mieć - co czasem i kobietom na wyjeździe się zdarza – okres, to musiałam odpowiednie artykuły higieniczne utylizować na widoku, w czasie gdy np reszta towarzystwa siedzącego przy stole kwitowała to smutną konstatacją, iż najwyraźniej nie mam zamiaru iść z nimi na basen. W związku z czym w celu ochrony prywatności i godności osobistej robiłam w kibelku, przed wyniesieniem, z tychże artykułów oraz papieru toaletowego sporej wielkości kulę wyglądającą jak piłka do krykieta. I na to też została mi przez oszczędną znajomą udzielona dyspensa.
Byle tylko nie było w kibelku obrzydliwego koszośmietniczka.
Aaaa.
Oczywiście nie wspomniałam jeszcze o konfliktach na tle gaszenia światła, co jest obsesją u superoszczędnych osób. Ponieważ, mimo iż sama jestem superoszczędna i ekologiczna i ZAWSZE ale to prawie zawsze gaszę światło w opuszczanych przez mnie pomieszczeniach, to u znajomej notorycznie byłam przyłapywana w czasie moich 4 sekundowych wypadów z łazienki do kuchennego kosza na śmieci z różnego rodzaju piłkami toaletowymi.
Ponieważ niezależnie od tego czy miałam zamiar wrócić czy nie (a miałam zamiar) mogłam na te 4 sekundy zgasić światło. I opuścić klapę!
Eeeeh.
Ukoronowaniem pobytu było wyrzucenie mi przez gospodynią gąbki do mycia ciała. Gąbka ta leżała sobie w ustronnym miejscu, mojej znajomej zdała się jednak na tyle ohydna (była żółta;), by ją bez uprzedzenia cisnąć do kosza w obięcia obierków ziemniaczanych. Przy wieczornej próbie wzięcia prysznica pół godziny spędziłam przeszukując moje walizki i zachodząc w głowę gdzie mianowicie tę gąbęczkę pieprzoną skitrałam. Znajoma wówczas przyznała się, że eee coś tam wyrzucała. A na widok mojej miny (bo szczerze się zastanawiałm gdzie najhigienicznej będzie ją zarżnąć i spuścić krew – do kibelkowego tygrysa czy może w wannie?) przyniosła mi, pełna skruchy i wyrzutów sumienia, tę gąbkę, całą w ziemniaczanych obierkach.
Pffff.
Doprawdyż czasem gościnność innych przybiera formę montypajtonowską iście. Ale po osobach, które mają w domu bidermajery i ekspresy do kawy w cenie małego samochodu człowiek spodziewałby się jednak więcej. Ludzkich zasad korzystania z kibelka.
Poza tym to cudowna dziewczyna była.
Po prostu każdy ma jakieś swoje fobie.
Dlatego niech u mnie nikt się nie waży opuszczać deski i klapy, do jasnej cholery!
No.















A teraz epickie odezwy toaletowe i takie tam



Właśnie po to założyłam bloga - jakby się kto pytał – żeby opisywać kibelkowe przygody.
No to idę! ;)
 

niedziela, 25 listopada 2012

Oficjalnie już karmimy się GMO. Oraz Wszystkie smutki do wygódki! czyli o potrzebach toaletowych


Na tej demonstracji powinnam być. Wstyd mi zadkosadyzmu domowego dzisiaj wyjątkowo. Bo pomijać w swojej ideologi możemy wiele: religię, interpretację historii, tolerancję dla mniejszości, ale jeść musimy wszyscy, codziennie. 


A tu się zdarzył sabotaż rządowy w kwestii naszej najpilniejszej potrzeby życiowej. Co w mediach nieobecne, co przespane, co za zasłoną wyczynów matki Madzi, to się kończy właśnie tak. Przypomina mi się opowiadanie s-f, w którym bohater przenosi się w przyszłość, żeby sprawdzić konsekwencje pewnych niefrasobliwych działań... Nam pozostaje jeść i czekać. Myślmy optymistycznie. Może wszyscy zrobimy się od tego ustrojstwa piękniejsi i bezpryszczaci. Dodatkowa para rąk też by się w sumie przydała, skoro na mamy rabotać do 70. Oczywiście kwestia oddziaływania na ludzkie zdrowie nie jest w tej chwili, jako proces długofalowy i o nieznanych zmiennych, najważniejsza. Najważniejsza jest kwestia uwolnienia do ekosystemu zmienionych genów. Ładujemy się w coś, nad czym mamy ograniczoną kontrolę. No i dlaczego w Polsce się musimy ładować, dlaczego tej młodej demokracji nikt nie zaszczepił na lobbingowego wirusa wpływowych koncernów, pod wpływem którego politycy robią maślane oczy i zdejmują majtki. Że o rabunkowej polityce koncernów na małych gospodarstwach rolnych nie wspomnę... Eh.

"Koalicja rządząca (PO+PSL) przegłosowała 8 listopada br. w sejmie ustawę dopuszczającą obrót nasionami GMO w Polsce, mimo że cała nauka niezależna, cała opozycja (PIS, SLD, RP, SP) oraz znacząca większość społeczeństwa (70%) uważa żywność GMO za szkodliwą dla zdrowia i gospodarki kraju. Mało tego, ustawa nie narzuca obowiązku znakowania żywności i nasion GMO. Nie będziemy więc wiedzieć, czy kupowana przez nas żywność/ nasiona są genetycznie zmodyfikowane czy nie. Rządy wielu krajów UE (Francja, Niemcy, Austria, Szwajcaria, Włochy, Luksemburg, a nawet Węgry, Bułgaria i Grecja) skutecznie zakazały u siebie upraw GMO. W Austrii pod patronatem rządu powstał projekt ‘Soja Dunajska’, tj. projekt uprawy soi rodzimej (nie GMO) na obszarze obejmującym całą środkowo-wschodnią Europę (‘zaocznie’ także południowy pas Polski) w celu uzyskania suwerenności żywieniowej. Absolutnie pewne jest, że uwolnienie do środowiska roślin genetycznie zmodyfikowanych to proces nieodwracalny, a jego skutkiem będzie skażenie genetyczne upraw konwencjonalnych i ekologicznych. Mogą być one bowiem zapylane materiałem skażonym genetycznie z sąsiednich pól uprawnych wskutek działania wiatru i owadów. Takie sytuacje występowały masowo w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach. W efekcie końcowym rolnicy ekologiczni i tradycyjni będą zmuszeni uprawiać GMO. GMO oznacza także wysoce toksyczne środki ochrony roślin (Roundup) i patenty na wszystko, z procedurami kontrolnymi włącznie oraz całkowite uzależnienie produkcji żywności od cieszących się bardzo złą sławą koncernów, zdanie się na ich łaskę i niełaskę. Co oburzające, ustawa o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki i zdrowia Polaków przeszła przez sejm po cichu, bez informacji w mediach, i w zadziwiającym tempie. Tymczasem Polska jako jedyna w UE dysponuje z wyroku Trybunału możliwością ustawowego zakazu GMO!
UWAGA: już 80% nasion upraw rolniczych w Polsce i znaczna część paszarni jest w rękach Cargillu, firmy-córki Monsanto. Praktycznie 100% pasz w Polsce zawiera 30% genetycznie zmodyfikowanej soi z Ameryki, a więc praktycznie wszystkie przetwory mięsne i mleczne, z wyjątkiem tych stricte ekologicznych i na własny użytek, są skażone genetycznie i chemicznie. Monsanto kontroluje już 80% światowego rynku w zakresie GMO!
NA GRANICY JUŻ CZEKAJĄ CIĘŻARÓWKI Z NASIONAMI GMO I W CHWILI WEJŚCIA USTAWY W ŻYCIE KORPORACJE WWIOZĄ NAM SWÓJ CAŁY EUROPEJSKI ZAPAS I JESZCZE WIĘCEJ, I NAWET NIE BĘDĄ MUSIELI INFORMOWAĆ, ŻE TO GMO, BO USTAWA ZNOSI TAKI NAKAZ!!!!! CO TO ZNACZY, KAŻDY ROZUMIE SAM..."

źródło: Nie dla GMO na Fb  [.]
A tu rozmowa z  prof. Ludwikiem Tomiałojciem, ekologiem, działaczem partii Zieloni 2004 [.]

A teraz, żeby nie było zbyt smętnie przyjrzyjmy się drugiej stronie naszego osobistego łańcucha pokarmowego, czyli...( * ) (to zadek, jakby ktoś pytał). Niedawno obchodziliśmy (tzn kto obchodził to obchodził) Światowy Dzień Toalety. Co nie jest pomysłem głupim zważywszy, że  trzech na czterech ( zdaje się) mieszkańców tej zacnej planety nadal robi pod siebie.
Chociaż jak na poniższych przykładach widać przedstawiciel cywilizacji też ma z tym niejakie problemy:


















A tu niszowy kawał, dla wielbicieli sagi "Zmierzch": Edward nie spuścił wody ;)














(toaletowe źródełko: Bareizmy na FB)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...