Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2014

Taniej niż lotem czyli o powrocie samolotem

I tak oto doszliśmy do traumatycznego momentu powrotu z wakacji. Wyruszyliśmy pociągiem [klik], a wracamy już bardziej światowo, a mianowicie awiacją.
Jak powiedział Horacy: „Jadąc za morze niebo zmieniamy, nie duszę”. Współcześnie podróżuje się niebem w celu zmiany morza na lazurowsze od Bałtyku. Problemy z duszą nie występują już tak często jak z tuszą. Osoby z dużą muszą wykupić dwa miejsca. Osoby podróżujące z duszą, na ramieniu, czy tam pod pachą – jak widać – też.
Samolot. 30 ton żywej wagi wspomaganej naszymi betami ścieśnionymi w markowych chińskich walizeczkach. Uwielbiam lotniska na których można jeszcze taką walizeczkę profilaktycznie i antyzłodziejsko ofoliować. Ostatnio foliowałam walizeczkę tak długo, że po rozebraniu jej w domostwie zrobiłam jeszcze przy użyciu tej folii remont ;).
Julia Fullerton-Batten

Samolot. 30 ton paliwa. Jeśli będziemy awanturni i pilot zdecyduje o powrocie z powodu naszej gestykularnej niezgody na ilość darmowych drinków czy ceny przekąsek – samolot będzie musiał popuścić kilkoma tonami tego likłidu, za który trzeba nam będzie zabulić.

"Boeing 767 PLL LOT, który leciał (...) z Warszawy do Chicago, z powodu awanturującego się pasażera został zawrócony z trasy. Maszyna zanim wylądowała, zgodnie z procedurą, zrzuciła 22 tony paliwa. Zrobiła to w okolicach Grudziądza.(...) Feralny lot może kosztować awanturniczego pasażera ok. 100 tys. dolarów – na tyle spółka PLL LOT oszacowała koszt zrzucenia paliwa." [klik]
 Zatem grzecznie tam. Czasem dobre wychowanie i pokora wychodzi po prostu taniej ;). Koleżanka opowiadała, jak na pokładzie Aeroflotu pasażer, krewki Rosjanin, pobił stewarda, bo mu się tenże steward nie spodobał. No i to akurat jestem w stanie zrozumieć, w końcu nikt nie okryje nas kocykiem tak czule jak stewardesa żeńska. No a od siedzenia w bezruchu na tej wysokości robią się skrzepy, więc pogimnastykować się należy ;)






















Zacznijmy od momentu narodzin samolotu. W wersji kadłubowej samoloty też często podróżują pociągami. I miewają tarło ;)
Samolot jest zwierzęciem stadnym, bezpiecznie wypasa się na pasach lotniskowych.
Multiple Photo of Takeoffs at Hannover Airport by Ho-Yeol Ryu

Przestrzeń powietrzna jest natomiast bardzo ograniczona i wymaga stresujących umiejętności koordynacji kontrolerów lotów, co można sobie obejrzeć w filmie z Angeliną Jolie i Billym Bobbym Thorntonem pt ‘Zmęczenie materiału‘ [klik]. W wersji dokumentalnej najbardziej fascynujący wydaje mi się autentyczny wypadek nad jeziorem w Szwajcarii, gdzie dwa samoloty pasażerskie w środku dnia, w warunkach 100% widoczności, zderzyły się czołowo, lecąc z naprzeciwka. W obydwu maszynach autopiloty twierdziły, że ‘dobrze lecimy, nic nie zmieniamy’. Od tamtej pory wyszła dyrektywa, żeby jednak bardziej pilot ufał sobie niż automatu ;). Zwłaszcza, że w razie czego linie lotnicze mogą powiedzieć że ‘to nie nasza wina, to zły pilot był, dziękujemy za uwagę’. Co możemy obejrzeć w filmie z Denzelem Washingtonem  pt ‘Lot' [klik].

A piloci rozmawiają sobie tak:





















A i tak w każdym momencie maszynę mogą powalić dwa gołębie (po jednym w silniku). Lub mielonka z mew.

















Jeśli chodzi o wybór linii lotniczych, należy kierować się reklamą:
I nie zapomnieć o ubezpieczeniu bagażu, który może mieć inne plany urlopowe niż my.
 ps. Przypominam tylko że luggage i baggage to to samo, a w przypadku utraty powyższego w zespół z  koniecznością wylewania łez na lotnisku należy pamiętać słowo klucz, będące też tytułem serialu, który każdy rozsądny człowiek przestał oglądać po pierwszym sezonie czyli 'Lost' ;) Gdyż albowiem w dalszych sezonach pierdut.
Ale najpierw odprawa.
Praca w lotnictwie, zwłaszcza w oddziale naziemnym,  bywa dość nieprzyjemna. Oczywiście udowadnianie, że ma się w butach tylko zelówki jest niemiłosierne, ale to nic w porównaniu z ośmiogodzinną wachtą gmerania w gaciach.
Obejrzałem kiedyś kilka odcinków dokumentu o pracy australijskich lotniskowych służb celnych. Wprost fascynująca jest ludzka kreatywność w służbie przemytowi. Nikt z tych biednych celników-lotników nie jest już w stanie uwierzyć w czyste intencje stojące za przesłaniem komuś za granicę zwykłej książki. Książki faszerowane są substancjami wszelakimi. Odbyty faszerowane są substancjami wszelakimi. Żołądki faszerowane są...aaa. Ale i tak najlepszy był myśliwy, który w sportowej torbie przewoził martwego jelenia. Troszku złożonego, by suwak się zapiął. Seriously.

Miejsce najlepiej wybrać oczywiście przy oknie, choć niekoniecznie w pobliżu skrzydeł.
W razie czego jako pierwsi zobaczymy, że skrzydła są w pytkę oblodzone albo że w czasie startu sypią się z nich, niczym konfetti, nity (tak, tak). Albo siedzi na nich wąż. Obok kangura (to w sumie logiczne nawet).





















Jeśli miałabym jakieś porady w kwestii podróżowania samolotem to są one zadziwiająco zgodne z tymi udzielanymi przez wytrawnych podróżników:
- wziąć skarpety, szal i blezerek (jeśli nie używane, a używane będą, zapewniam, zawsze mogą zostać zmiędlone razem i posłużyć za podusię)
- wziąć pustą butelkę na wodę i od razu po starcie poprosić stewardesę o jej napełnienie (najbardziej upierdliwe jest ciągłe proszenie stewardes o wodę, którą przynoszą w takich mikrych kubeczkach, które należy PRZED SNEM przykleić do brody w celu napełnienia strużką śliny ;)
- wziąć nocne okulary tzw zaślepki i lateksowe korki do uszu (choć bardzo często wystarcza mi zwykła bawełniana chusta, którą motam sobie na głowie, zakrywając oczy i wpychając do uszu, zostawiwszy tylko mały otwór na wystający nos)

Można zajrzeć po więcej: How to survive a 10-hour flight like a lady [klik]
........................................................
Jeśli chodzi o moje awiacyjne chętki to chciałabym przelecieć się albo takim samolotem z puszystymi piórkami (po lewej) albo jedną z tych batmanich lotek (po prawej).
Chciałabym przekroczyć prędkość dźwięku i żeby aerodynamika przefasonowała mi buźkę. Chciałabym wylądować na lotniskowcu na metr przed krawędzią. To dopiero musi być sranko. A nie tam, że musimy klaskać za każdym razem jak pilot wyląduje na zwykłym lotnisku. No pliz. Klaskać to ja mogę w NFZecie jak mi pani recepcjonująca powie, że wizyta u doktora jest możliwa w ciągu dwóch najbliższych miesięcy a nie za dwa lata. Taka praca: poderwać samolot, postawić maszynę. To nie branża porno, więc nie ma się co wzbudzać oklaskowo.
 Landing By George Christakis
Jeśli chodzi o dalsze losy emerytowanych samolotów, to lubią się one wylegiwać na plaży, mając zapewne nadzieję na uczciwe zardzewienie, a nie bycie wysadzonym niczym wieloryb.
Samoloty zakażone ewakuacyjnym tasiemcem są natomiast ustawiane w pobliżu lotnisk jako atrakcje dla ludzi próbujących uporać się z fobią.


Na razie jest tak:
Pouczająca infografika stąd [.]

A już niebawem. W przyszłości. Zarutko.
Wszyscy będziemy ubrani w spadochrony [klik]. Albo będziemy podróżować dronami - w wersji: taniość.
Albo czymś takim - w wersji de lux.




Życzę miłych podróży. To jest: powrotów. Z Bogiem.

niedziela, 13 lipca 2014

Dzikie pogo w dziedzinie LOGO czyli jak nieudany znaczek może zaszkodzić wizerunkowi marki miasta i regionu, o kraju nie wspominając

Żyjemy a czasach, gdy wszystko musi mieć swój logotyp.  Nie tylko produkt czy firma ale państwo i miasto też. No i bloger – wiecie, że bloger bez swojego loga niepoważny jest? Dzisiaj pewien bezlogowy bloger dokona logotypowej inwentaryzacji regionalnej. Jak kto w czas na zabójcze analizy nie zasobny polecam przewinąć posta i się wizualnie wzbudzić oglądając tylko obrazki miastowe.

Temat chodził mi po głowie już od dawna, ale ostatecznie zachęciła mnie do niego sieciowa interpretacja brazylijskiej przegranej na Mundialu.
O tak, zaiste, sieć nie jest łaskawa i okazji do stworzenia bezlitosnych memów nie przepuści.
...

Ostatnio brytyjska firma doradcza przedstawiła nowe logo naszego wspaniałego kraju, logo Polski, z promocyjnym hasłem ‘spring into new’. Wcześniej mieliśmy mały chaos w tej materii – część osób posługiwała się logiem z latawcem, inni natomiast tym z elementami krajobrazowymi.
Teraz logo jest graficzne i eleganckie, w paseczki (albo w kłody, co je nam Europa rzuca pod nogi – jak tam chcecie. Innym ponoć kojarzy się z bandażami. No ale to wiadomo – nie dogodzisz). Teraz pozostaje oczekiwać czy Rada Promocji Polski je zatwierdzi, co może pomoże naszemu kraju zostać bardziej wartościową marką.
Bo o to przecież chodzi – żeby wartość marki narodowej była wyższa, by szybowała wysoko jak latawiec.

A kraj składa się z miast, które też są markami i też logotypy mieć muszą.

"Czy miasto może być marką? Oczywiście że tak. W końcu podobnie jak przedsiębiorstwa, miasta oferują produkty i usługi. Konkurują między sobą tak jak firmy z jednej branży o zainteresowanie turystów, inwestorów i w końcu samych mieszkańców. Miasto w ten sposób staje się takim samym przedmiotem reklamy jak produkt czy usługa. Marketing miast, bo o nim mowa to dziedzina dziś niezwykle modna, i choć w Polsce dopiero raczkująca, na zachodzie znana już bardzo dobrze. W dużym skrócie ma prowadzić do większego zainteresowania miastem, co prowadzi do wzrostu inwestycji, wzrostem gospodarczym i w rezultacie polepszeniem życia mieszkańców. Strategie na promocję miast mogą być rożne. Wspomnieć tu można choćby logo „I love New York” z 1977 roku autorstwa Miltona Glasera, które stało się już ikoną popkultury czy logo „Iamsterdam”. via Design po polsku [.]

Zacznę od logotypów regionalnych z umiejscowieniem na mapie (via [.])
Może wszyscy macie to w małym palcu, w końcu żyjemy w czasach kultury obrazkowej i niekończących się podróży, ale jeśli choć jedna osoba nie wiedziała że w Świętokrzyskim lata baba na miotle, to było warto ;)
Królują, jak widzimy, krajobrazy, z nieodłącznymi zieleniami i błękitami. Nie omieszkam dodać jak to ujęła mnie zwłaszcza infantylizacja pikselowanego żubra w logotypie Podlaskiego.
Tymczasem w Wielkopolskim nadal niejasności: odbył się konkurs który miał zastąpić rysunek sześciolatka straszący w starym logotypie, natomiast w szerszym użyciu nadal pojawia się pełne obłości logo przypisane wielkopolskim organizacjom turystycznym. Hm. Znowu bałagan.
Lubelskie postawiło na kreatywność i dowolność kolorystyczną – o ile oczywiście odbywa się w ramach podstawionego ‘L’. Jako nosicielka tego rozmiaru muszę powiedzieć, że to łykam ;). W 'L' rzeczywiście może się wiele zmieścić, zaiste ;)
Zachodniopomorskie, Podkarpacki i Lubuskie bez polotu ale i bez bólu eksploatują pejzaże, Kujawsko-Pomorskie oraz Warmia i Mazury nadal stawiają w branży logoprojektowej na 6-latki. Najlepiej na tym wszystkim wypada ponadczasowe, choć chyba najstarsze logo województwa Małopolskiego i zacne Mazowsze – obydwa projekty oparte na subtelnej grze z pierwszą literą.

A teraz udamy się do polskich miast i miasteczek by obejrzeć sobie ich loga i w większości przypadków ulec dizajnerskiej grozie.

Zawsze mnie bardzo interesuje, które miasto dostanie w logotypie krzak zielony a które spienioną falę,
a które (jak Szczecin) dostanie po gębie z kluskami, próbując mówić językami z zapisem fonetycznym (fail). 
Zwłaszcza w sąsiedztwie eleganckiego sąsiada Poznania wypada to jak prozagraniczna prostytucja, z całkowitym pominięciem zrozumienia u szarego obywatela, który urodził się za Gierka i nie nauczył języków.

Najciekawszym przypadkiem wydaje się Kraków gdzie kwestia logotypu działa dwutorowo – z jednej strony miasto ma niezły, klasyczno architektonizujący logotyp do rzeczy oficjalnych, a z drugiej, do spraw nieoficjalnych, jak komunikacja z mieszkańcami, ma młodzieżowy i  ciężkobrylasty skrótowiec KRK.
„Mieliśmy potrzebę unowocześnienia graficznego wizerunku miasta i pokazania, że Kraków to miasto tradycji i kultury, ale też miejsce twórczych napięć, kreatywne i nowoczesne.”- mówi Magdalena Sroka, wiceprezydent Krakowa. via [.]
http://www.rebrandblog.pl/krk-czyli-nowe-logo-krakowa/
Miejsce twórczych napięć to źródło hemoroidów. A podwójne logo to objaw choroby dwubiegunowej miejskiej.
Przypomina to przykład przykładnego dla żony i rozrywkowego dla kochanki męża. Uprasza się dwutorową radę miasta o zwołanie specjalnej komisji w celu podziału na wydarzenia oficjalne i nieoficjalne i utworzenia specjalnego pakietu zalepek na wypadek gdyby impreza zmieniła podgrupę, SVP (sil vu ple)!
Po bliższym zapoznaniu się z tematem oraz obejrzeniu krakowskich afiszy kulturalnych stwierdzam, że na WSZYSTKICH występują obydwa logotypy. Spójność i logika wyjechały na urlop. Prawdopodobnie do miasta które używa JEDNOCZEŚNIE trzech logotypów.

Kraków to w ogóle bogaty jest i oprócz Nowej Huty ma fantazję i gest.
 Na początku tego roku komitet do spraw przymuszania mieszkańców do poparcia Olimpiady w Krakowie w 2022 roku zorganizował konkurs na logo imprezy. Wygrana wynosiła 30 tys PLN (z opracowaniem ksiązki znaku wyssało z budżetu łącznie 80 tys PLN). Zwycięskie logo wyłoniono, pieniądze wypłacono, projekt upadł. 
Ale jak czytałam o innych finansowych skandalach, które miały miejsce przy organizacji tej poronionej imprezy to w sumie była kropla-kropelka. Mam nadzieję, że się jakiś grafik wybawił przynajmniej w egzotycznym miejscu, które ma dobry logotyp, np w takim Sandomierzu, Wrocławiu lub  Rzeszowie ;)

Nieźle wypadają też stoliczna syrenka, która zatrudniła double dablju w charakterze łusek czy powołujący się na dziedzictwo Władysława Strzemińskiego logotyp Łodzi 

(jednakowoż dla mnie, znanego amatora zjawiska pt ‘kawa na ławę’ (a właściwie to double espresso na ławę) ciutkę przefajnowany w czytelności.).

Skoro Łódź zrezygnowała z udawania obiektów transportu wodnego, pałeczkę przejęła Gdynia ze swoimi trzema prześcieradłami udającymi żagiel. A sąsiad Gdańsk skorzystał z projektowego immunitetu i wykorzystał herb miasta, posmarowany u spodu krwawą smugą sączącą się z dziury po kuli w walce o wolność. Chlip.

Teraz przejdźmy do projektów kontrowersyjnych.

Wróżbiarsko-tęczowy logotyp Nowego Sącza MUSIAŁ wzbudzić protesty pewnych środowisk, za to miejscowe Cyganki w takich okolicznościach musiały zapewne zakupić kasy fiskalne i ogólnie zarejestrować działalność z powodu nagłego wzrostu dochodów ;) Jeśli komuś ideologicznie taki logotyp nie odpowiada zawsze może wybrać się do Pelpina – miasta z duszą, twarzową czapą i fikuśnym ‘z’.

Jeszcze bardziej kontrowersyjnie zrobiło się wokół logotypu Gminy Przemyśl
Logo samego miasta Przemyśla przemilczę, w końcu lubię wieloskładnikową sałatkę warzywną i nawet jak się w niej znajdzie jakiś włos, to nie urządzamy histerii.
Logo promocyjne dla Miasta Przemyśl zostało zaprojektowane tak, aby odnosić się bezpośrednio do koncepcji Miasta Turystycznego. Poszczególne jego elementy symbolizują (...) możliwość rozwoju kilku segmentów rynku (określanych (...)  mianem „fortów”), a z drugiej pokazują ogromne znaczenie przecinającej Miasto malowniczej rzeki San. via [.]
Cóż, zawsze można było międzynarodowo utopić w Sanie słońce zachodzące niczym zmiany w regionie.

Natomiast logo gminy Przemyśl jest zatrważająco aestetyczne, mimo nawiązywania do dumnej tradycji rzymskich akweduktów. Wójt co prawda chwalił się w mediach, które nie pozostawiły na projekcie suchej nitki, iż „nie wydał na logo ani złotówki” oraz że „przynajmniej o nas mówią”. No jest to jakaś strategia, hm. W końcu już Oscar Wilde stwierdził, że ‘tylko jedna rzecz jest gorsza niż gdy o nas mówią - a mianowicie, gdy o nas nie mówią’.

W kategorii miast-ruchawek przedstawiam piękną parę: Chorzów i Barlinek.
 „ (...) Koncepcja na hasło promocyjne miasta „Chorzów. Wprawia w ruch”, z jego angielskim odpowiednikiem „Puts in motion”.
- Taka forma tworzenia strategii pozwoliła na wiarygodne poznanie specyfiki miasta oraz wskazanie jego głównych atutów. Z pewnością należą do nich (...) Ruch Chorzów, jako jedna z ikon polskiego futbolu, (...) bogata i ceniona w regionie oferta gastronomiczna oraz kwintesencja śląskości połączona z wątkiem bożogrobców, założycieli miasta – mówi A. Kałucki z Grupy Eskadra odpowiedzialnej za przygotowanie strategii. via [.]

‘Kwintesecja śląskości połączona z wątkiem bożogrobców’? Wysoki sądzie, nie mam więcej pytań! That puts me in confusion. Może tylko jedna uwaga: nie łączyłabym hasła ‘Wprawia w ruch’ z ofertą gastronomiczną jako wytłumaczeniem koncepcji. Seriously. Z polskim odpowiednikiem: doprawdyż.

Miasta nadmorskie dumnie zaprezentują Sopot i Międzyzdroje. Musowo musiano polać błękitem i sypnąć żółcią.


Oto logo które zrobi dobrze perfekcyjnym paniom domu (w logotypie Częstochowy widzimy idealnie uprzątniętą półkę oraz lśniące bielą kafelki) oraz wszelkiej maści terapeutom – logo miejscowości Gniew.

Dla zoofilów i wegetarian też mam dwie propozycje: Rybnik i Czaplinek.

A teraz skupimy się na logotypicznej budowlance.
„Zamek w Malborku w 2007 roku w plebiscycie Rzeczpospolitej został uznany za jeden z siedmiu cudów Polski.” czytamy w materiałach promocyjnych. Zapewne dlatego w logotypie strzegą go dwa wesołe krasnale. Toruń wydaje się mało stabilny mimo zastosowania dwóch kamieni węgielnych, a co do Świnoujścia to nie zniechęca mnie nawet plama ropy na powierzchni wód. Boję się tylko że ten wiatrak skonfuduje zagranicznych turystów, którzy mogą się pogubić, w kwestii czy są w Poland czy w Holland. (Tak, wiem że to latarnia ;)

Makeover fail czyli o kiepskich transformacjach

Czas na przykłady efektów operacji na logotypie czyli liftingi a nawet liposukcje. Czasem ze skutkiem, że after jest gorsze niż before.

W Kołobrzegu, który dysponował całkiem niezłym logotypem, do drobnego retuszu nadającym się, dokonano zmian markowo-produktowych.
‘Nowa marketingowa nazwa z założenia jest obudowana określeniem „klimatyczny”. Podstawowym produktem markowym miasta ma stać się „strefa jodu”. via [.]

No co za szczęście, już myślałam że to wzdęcia jelitowe po regionalnych specyjałach. A to tylko jod. No sorry, taki mamy klimat. W tym logu ;)

Za to Sosnowiec po zabawach z taśmą (które nie były przez publikę dobrze przyjęte) dostał logotyp inny, nowszy. Zaserwowano mu amebę.

Katowice wymieniły anemicznie pastelowy Spodek na wpół skamieniałe, gejowskie serce ;)
(to zresztą częsty przypadek, gdy do codziennego logowego obiegu wchodzi projekt stworzony w celu promocji jakiegoś wydarzenia, jak pińcetlecie czy starania o zostanie europejską stolicą kultury czy coś w ten tęczowy deseń)

Np taka Piła się wycwaniła i ma nowe kolorowe logo z obchodów żywotności miasta zamiast skrobaczki do serca z hasłem ‘Piła przyjazna po horyzont’ (piła leżąca horyzontalnie to nie jest przyjazne zjawisko - jakby ktoś jeszcze samodzielnie remontu nie robił, to żeby nie było, że nie uprzedzałam ;)


Bielsko-Biała, która jako jedna z niewielu miejscowości  miała dobry, nieprzefajnowany logotyp, musiała oczywiście odciąć się grubą pomarańczową kreską od lat 90.
Obowiązujące dotychczas logo Bielska-Białej powstało w 1996 roku. Jego czcionka, jak i kolorystyka nawiązują do stylizacji lat 90-tych. - Logo jest bardzo dobrze rozpoznawalne i kojarzone z Bielskiem-Białą dlatego o jego lifting została poproszona profesjonalna agencja mająca bardzo duże doświadczenie w budowaniu jakości marek i produktów - czytamy w opisie nowego projektu.
Specjaliści z wybranej agencji, po konsultacji z autorem znaku, zadecydowali, że najlepiej zachować jego obecną formę i pracować tylko nad kolorystyką i typografią.
- Zastosowanie koloru pomarańczowego podkreśla ważny sposób interpretacji znaku - widzimy tu motyw człowieka. Osoba ta jest dynamiczna, w ruchu, może zjeżdża na nartach, może przygotowuje się do lotu szybowcem, jest przedsiębiorcza i ciekawa świata - tak ratusz tłumaczy interpretację logo. - Znak dodatkowo nabiera przestrzenności - "bryłowatości", dzięki gradientom promienieje z niego energia.
Pomarańczowa linia to również rozrastające się po obu stronach rzeki Białej miasto - a zatem podkreśla się "tkankę miejską" i kompaktowość Bielska-Białej. Zieleń podkreśla oczywiście najważniejsze atrybuty związane z położeniem naszego miasta, jak i to, że są tu parki, liczne skwery i tereny zielone. via [.]

Agencja za garść eurodularów z kieszeni podatnika stworzyła przedsiębiorczego narciarza szybowcowego w kompaktowej tkance miejskiej. Touche. Panowie pracujący przy robotach drogowych w pomarańczowych kamizelkach też są zapewne mega wzruszeni, że mogą nie tylko wykopać rów ale i dynamicznie kopnąć w dupę lata 90 nową interpretacją.
......
I mogłabym tak jeszcze wiele logotypicznych reputacji zszargać swym malkontenctwem. Że np Ciechanów krzywo, że Bydgoszcz nierówno pokolorowany, że nie ma w Zielonej Górze zielonej góry, że w Wodzisławiu Śląskim ta południowa brama to mi się źle kojarzy, że Skierniewice to chyba Apple sponsoruje, a w Elblągu głosowali internauci, więc musiało wygrać słonko połknięte przez ślimaka.
Zamiast tego przejdę do antywizjonerskiego creme de la creme, czy raczej cupa de la creme. Logotypy tak zinfantylizowane, że aż plastycznie pedofilne, tak parciano cudaczne, że niejeden twórca na miarę Mehoffera (czy innego zacnego ex-obywatela) w grobie się przewraca, ba, co tam przewraca, on się kręci jak wiertło!
(Możliwe też jednak, że taki mamy klimat, że zamarzł w gruncie).
Może nie powinno się tego wrzucać do wspólnego wora z odpadami kolorowymi – w końcu logotypy Turka, Siedlec i Suwałek trzymają pewien niepełnosprawnie pogodny poziom.

O takiej Stryszawie to nawet nie wiem, co napisać. Miejmy nadzieję, że ptaszysko na kółkach było tańsze niż koszmarne logo Koszalina.

„Nad marką Koszalina, której wyróżnikiem jest przede wszystkim nowe logo, pracowała wrocławska agencja Metamorphosis Brand Communications. Za pracę wzięła ok. 50 tys. zł, za pomysł na logo - ok. 40 tys. złotych. Wczorajszy pokaz w BTD kosztował (razem z laserami za 12 tys. zł) 20 tys. złotych.”

To nie tak, bym uważała, że za projekt logotypu nie trzeba płacić ciężkich pieniędzy. Ale za udany projekt. Albo – znowu pijąc do Krakowa – za jeden projekt na jedno miasto i do imprezy która się odbędzie. A pijąc do Szczecina – za projekt po polsku a nie po angielsku fonetycznie.
I na pewno bez prezentacji logotypu na imprezie z laserami, gdzie prezydent miasta wciska grubymi nićmi szyty bullshit.

„- Byliście świadkami stworzenia nowego Koszalina – mówił prezydent Mirosław Mikietyński - Nasi mieszkańcy mają w sobie wiele optymizmu, na tych wartościach musimy budować pozytywny przekaz dla mieszkańców i miasta.
W planach jest m. in. pomysł ze stworzeniem strefy żywiołów.
- Co roku w innym rejonie miasta będziemy umieszczać kolejną z czterech instalacji, obrazujących żywioły: wodę, ogień, wiatr, ziemię - mówił prezydent. - Koszalin to miejsce, gdzie każdy może żyć pełnią życia. Będę tę strategię realizował z pełnym przekonaniem, a was chcę przekonać, abyście ten obraz Koszalina kupili.” via [.]

Otóż nie kupujemy tego obrazu, już wolimy landszaft z betoniarką.
Swoją drogą to jakiś potworny nurt wśród decydentów – dążenie do wciśnięcia ludowi optymizmu, pełni życia, ruchu, przyjaźni, rozwoju i POGODY.
Skoro nie da się w życiu, to choć w logotypie.
Co o tym myślą zdruzgotani tymi afirmacjami mieszkańcy miast możemy się dowiedzieć w internecie. Np interpretacja pomysłu pełni życia wśród 4 żywiołów w Koszalinie tu [klik] Zwłaszcza żywioł ziemi pełnej wykopów ujmujący ;). Bo sieć nie da sobie wcisnąć byle kolorowego gówna, sieć swoje wie.

Żegnam się i życzę urlopu w jakiejś malowniczej gminie.
A do tematu logotypów wrócimy, bo to nie wszystko co mam do powiedzenia rzecz jasna, it's clear ;)

A teraz można się wypowiadać, prosz.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...