sobota, 25 stycznia 2014

O Blogu Roku, banku, elektrowni i łzach w oczach. Oraz, że nie można dwóm panom służyć,

czyli, że jak się siedzi na fejsie, to się nie siadywuje na blogerze. nieprawdaż.
I tak jakoś między wrzucaniem obrazków mi umykają całkiem zmyśle anedgotki i spostrzeżenia, ze skutkiem negatywnym tylko i wyłącznie dla was, drodzy czytelnicy, albowiem jak mnie nauczyła ustawa śmieciowa, kontenery trzeba samodzielnie opróżniać, bo wanieją niemiłosiernie i dotyczy się to też czerepu i pamięci wydarzeń zaprzeszłych a nieistotnych. A kilka z nich poniżej (jak komuś się nie chce czytać elaboratów o szczęśliwym żywocie singla, to polecam ostatni akapit).

Tymczasem znajome blogery zapytały mnie, czy w konkursie na Blog Roku startuję. Otóż nie żeby próżność mi przeszkadzała ale jednak godność osobista sprzeciwia się możliwości by w kategorii ‘Ja i moje tycie’ była moja wesoła acz niechlujna osoba oceniana przez panią od sprzątania Rozenek. Otóż no way. Nie mniej gdyby któreś z was wykazywało palącą potrzebę oddania na mnie w trybie pilnym głosu w moim własnym konkursie (skrajny indywidualizm, tak, tak - patrz obok, panel po prawej, pod logiem Zboka), to chętnie podaję numer konta, na którym radośnie ujrzę sumę będącą równowartością smsa czyli złotyczydzieści. Za zebraną sumę nie spodziewam się co prawda załatać dziury w dachu ani uszczelnić okien ani sprowadzić sobie młodziana z agencji ale suponuję dokonać zakupu dodatkowej pary rajstop, bo ponieważ zimno tu jak w psiarni!
Wymyśliłam co prawda mistrzowsko sprytny i mało kosztowny sposób na podniesienie atmosfery domowej z 12 do 15 Celsjuszów – zakupiłam nowy ruski termometr który wskazuje bliższą memu sercu i członkom temperaturę. I voila! Można? Można.

Nie można za to mieć dwóch kochanków, a ich numerów jeden przy drugim w komóreczce, bo jest rzeczą pewną, że to się źle skończy. Ja niestety miałam numer pana z elektrowni zaraz pod numerem pana z gazowni, którymi to namiarami dysponowałam w celach wysyłania przy pomocy smsów czułych wyznań licznika gazu i prądu. Niestety pomyliłam amantów i osiągi ich liczników i wysłałam nie ten sms co trzeba tam gdzie powinnam i przyszedł z elektrowni rachunek na milionczystamilionów za prund, że aż w obliczu tego rachunku stanęłam jak porażona i zapłakałam rzewnymi łzami, które natychmiast zamarzły.

















- Czy ty masz jakąś prądobiorczą hodowlę mecharuany w piwnicy? – zapytała K. która nie chciała uwierzyć, że taka kutwa jak ja mogła tyle wyświecić na swoim półzdechłym laptopie.

Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że jednak nie mam, więc zaczęłam rzecz wyjaśniać, co wymagało bardzo wiele zachodu w tym min. obowiązek odwiedzenia elektrowni, wylegitymowania się, podpisania wielu papierów, przedstawienia nagich zdjęć licznika i swoich, upuszczenia krwi i oddania pierworodnego. Po powrocie odetchnęłam z ulgą i rzecz uznałam za zamkniętą, co nie przeszkodziło elektrowni natychmiast przysłać mi kolejnego rachunku z groźbami natychmiastowego uregulowania tej mega zawyżonej należności z zamianą na zabranie mi prądu. Powołując się zatem na ustalenia dokonane bezpośrednio w siedzibie, skontaktowałam się raz jeszcze, tylko po to, by dowiedzieć się, że elektrownia zgubiła wszystkie papiery i podpisane ze mną umowy (heh?). I w związku z tym nie pomoże żaden dowód, że byłam i załatwiłam, nawet w postaci nagrań z monitoringu. Ni ma, panie. Finito, panie, negocjacji i płać, by po ciemnicy nie siedzieć. A nie był to koniec bezwzględnej spirali niekompetencji, ponieważ po wysłaniu do mnie pracownika z licznikiem, który OSOBIŚCIE stwierdził, doznając zawału, że jeszcze w życiu nie widział, żeby ktoś tak mało wyświecił, i że jestem zatem do przodu, przyszedł do mnie nowy, jeszcze większy rachunek okraszony groźbami zabrania mi prundu, który już z nawiązką opłaciłam (oraz jego dzieci i wnuki też). Wniosek jest taki, żeby nie gasić światła, bo elektrownia jawi mi się jako wielki ssak, który po przytroczeniu do rachunkowego cyca nigdy never nie odpuści, nawet będąc w kolizji z faktami, zdrowym rozsądkiem, stanem licznika i brakiem plantacji mecharuany w piwnicy.
Konkurencja przynajmniej iluminuje w celach zbożnych ;)
...
Tymczasem z panem z gazowni romans układa się wspaniale, czatujemy często ;)
 ...
Tymczasem zadzwonił do mnie z mojego banku przedstawiciel, żeby zaoferować mi pieniądze. Bank mój bardzo chciałby mi wypłacić grube pieniądze w ramach zabezpieczenia, bardzo grube pieniądze z powodu gdybym poczuła się źle na skutek utraty pracy lub choroby.
I pan mi zaczął, bo nie dało mu się przerwać, wyliczać różne paskudne choroby, na które mój bank pilnie zareagowałby gotówką. Gdybym więc zapadła na: paskudnego raka, obumarcie wątroby, wypadnięcie macicy, chorobę serca, utratę narządów lub pracy to bank natychmiast uszczęśliwiłby mnie tysiącami. Bank zapytowuje, czy bym tak nie chciała, a ja wyraźnie czuję, że ten bank mi źle życzy.
W ogóle nie chciałam tego słuchać, FUJ, ale potem mi przyszło do głowy, żeby doprecyzować jak taki bank reaguje na moją (wielce hipoteczną... eee  hipopatetyczną? hipotetyczną – o to, to!) opryszczkę, herpes i choroby weneryczne.
Bank ZAMILKŁ, porażony wyrafinowanymi potrzebami swojej klienteli.
Akurat byłam u rodziców i widziałam kantem oka jak mamusia dostaje pokrzywki ze stresu w czasie, gdy negocjuję z bankiem stawki za moje hipotetyczne choroby weneryczne.
Mamusia, ze łzami w oczach, które nie zamarzły, bo rzecz nie działa się u mnie w domostwie, zapytała:
- Rzeżączka???
- Cicho! – wrzasnęłam. – Rozmawiam z bankiem!
A wszystko oczywiście dotyczyło kwestii ubezpieczenia się w tymże banku (dyspozycja dla telekonsultantów: „nie używać słowa ubezpieczenie, zastraszać strasznymi chorobami!”), co by oznaczało potrącanie mi co miesiąc z rachunku jakichś strasznych milionów, co jawi mi się wielce bezsensownym gestem, bo nawet nie mam gdzie złapać tych wesołych chorób wenerycznych, eh.

Jeśli to was nie zniechęci do wpłacenia mi złotyczydzieści na moje antyweneryczne konto, to już nie wiem, co innego. Tj. zachęci, miałam na myśli, że ZACHĘCI.
Żegnam wylewnie.

Jeszcze tylko odpowiednio motywujący skecz: 

...

40 komentarzy:

  1. Toż do mnie też bank dzwonił i proponował niezwykłą ofertę,a ponieważ słuchałam MILCZĄC pani coraz bardziej i bardziej pogrążała się w wyliczaniu stanów w jakich bym mogła być i chorób jakie bym mogła mieć,(cisza), albo nawet już jestem... O zgrozo.
    Zapytałam czy ta niezwykła oferta polega na tym, że bank będzie płacił za mnie składki? Tu pani zaśmiała się delikatnie w słuchawkę i zaprzeczyła. Odmówiłam grzecznie, jednak pani nalegała. Cóż, ile można mieć ubezpieczeń, prawda, w końcu za coś trzeba żyć. Koniec scenki.
    Drugi zaś telefon zaczał się od pytania: "Czy rozmawiam z panią domu?", "Nie, proszę pani, jestem w pracy" - odparłam. "A, to przepraszam".
    I tymsposobem kolejna prezentacja garów i nauki gotowania, paszłaaaa koło nosa...
    To tak na marginesie pani Rozenek.
    Miałam na blogu pisać, ale co mi tm, zinwentaryzuj moje zwierzenia tu.
    Gorąco pozdrawiam :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepszy dowód, że nie zmyślam, ha.
      Do mnie dzwonią i pytają "Czy rozmawiam z osobą po 50 roku życia?". "Nie" odpowiadam a po pół godzinie "Czy rozmawiam z osobą po 60 roku życia?". Cóż, tym bardziej NIE.
      Ale robi mi się przykro, jak się mnie tak pogania...

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności negocjacyjnych z bankiem!
    A skoro już jesteśmy przy opłatach, to numeru konta brakuje, gdzie ja mam Ci wpłacić tę równowartość SMSa, żebyś mogła na te rajstopy zebrać czy coś?
    Nie chc\ę, żebyś mi tam zamarzała, bo przecież wtedy i komórki mózgowe są zagrożone, a bez Ciebie i Twoich opowieści internet nie byłby już nigdy taki sam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niepotrzebnie jesteś pod owymwrażeniem, bo nic ani z jedną instytucją ani z drugą nie wynegocjowałam...
      A komórki mózgowe mam zagrożone niezależnie od temperatury, cóż.

      Usuń
  3. Po takim poście aż się boję wchodzić na moje konto, bo ci wszystko moje piniondze prześlę <3
    Genialne przygody, dobrze, że pozytywnie się skończyło :) Ubezpieczenia też unikam i czekam na rozwój wypadków...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady, aż tylu rajstop nie potrzebuję - chyba, że masz nadpłacić elektrowni ;)

      Z tymi ubezpieczeniami należy uważać, bo jak człowiek przesadzi z ilością składek, to potem zaczyna żałować, że się np na lodzie nie poślizgnął czy coś, żeby jakieś profity w ogóle były, eh.

      Usuń
  4. Ja prywatnie już w tej chwili przyznaję Ci tytuł Carycy Bloga Wszechczasów! Sms-a nie wyślę, bo zbieram na szmatkę do czyszczenia klawiatury co i raz zapluwanej z powodu Twoich postów. Sorry...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładnie wybrnęłaś. Tytuł, wyjątkowo, przed mordęgą w Soczi, przyjmuję na klatę ;)

      Usuń
  5. Umarłam:) Dawaj ten numer, wyślę natychmiast, i to po dwakroć!
    A do mnie też dzwonili, z tym że do chorób wenerycznych nie doszłam, albowiem - jako asertywna - usiłowałam uprzejmie zakończyć pogawędkę, wcinając się panu w słowotok, co okazało się niezwykle trudne. I kiedy już udało mi się wepchnąć moje "przepraszam, ale...", pan powiedział: "ależ pani Momarto, tu nie ma za co przepraszać, każdy ma prawo do błędów, grunt że teraz pani już wie, jak źle pani robiła, dotychczas się nie ubezpieczając!". Nie wątpię więc, że znalazłby odpowiednią ofertę i dla Twojej hipotecznej rzeżączki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NUMER konta do głosowania jest na prawym panelu bocznym na samej górze, pod logiem 'Zboka z doku'.
      Ale ale. Nie wiem czy Ciebie, M., jako autorki bloga absolutnie dla mnie bezcennego, to w ogóle wypada zachęcać ;)

      Usuń
    2. Dobra, dobra, i tak wiem, że tymi grzecznościami usiłujesz odwrócić uwagę od rzeżączki:P Ale, kto wie, po jeszcze paru komplementach być może zdradzę sekret pt. "jak prawidłowo używać zakładki z poprzedniego posta".

      Usuń
    3. Nie zadzieraj ze mną, bo będę zostawiać u ciebie tyle komentarzy, że się w końcu zarazisz ;)
      I oraz wiem jak używać zakładki z poprzedniego posta, tylko jako praktykująca rasistka - białej, zawsze ;)

      Usuń
  6. He, he, mój Ty zboku :)
    A z jakiego doku? Może londyńskiego?
    Co do jurora, to ja osobiście tak się tym nie przejmuję, bo nauczona doświadczeniem zeszłorocznym nie myślę, że bym dotarła chociażby w okolice jego kąta oka, ale przyznaję, że przeszło mi przez myśl, co by sobie pan Hołowczyc (bo myślałam, że jakoś bardziej w te pasje i zainteresowania uderzę) pomyślał, jakby zobaczył to moje 'metro' :)))
    Nawet jak bym chciała startować, to mam wrażenie, że do każdej kategorii musiałabym się wciskać na krzywy ryj.
    Jeszcze myślę ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z gdańskiego doku oczywiście. Ponieważ jestem patriotką i ponieważ Gdańsk to kolebka polskiego blogerstwa (tak mówiom)

      Metro jak by nie było to środek transportu jest więc z powyższym celebrytą poniekąd konweniuje, ja natomiast z porządkiem nie-e.
      I po co sobie deformować ryj? ;)

      Usuń
  7. Normalnie aż mi z wrażenia klawisze z klawiatury opadają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie po to piszę - by rujnować cudzy sprzęt AGD ;)

      Usuń
    2. Dokładnie. Na czym ja dzieciakom teraz gofrów nasmażę, hę?

      Usuń
    3. Mnie się laptop tak nagrzewa, że wystarczy położyć gdziekolwiek.

      Usuń
    4. Połóż sobie pod stopy.

      Usuń
  8. Gdybym zobaczyła taki rachunek, to padłabym trupem, jak nic!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temperatura jak w prosektorium - może było trzeba... ;)

      Usuń
  9. Przy którejs końwersacji padł już raz temat numeru konta. Cieszę się, że widzę. Zaraz skopiuję nr bo jak zniknie, to będzie po ptokach.
    Nie boisz się, że Ci urząd ochrony konkurencji czy inny położy łapę na zyskach...? psss

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mi opodatkują rajstopy to będą pończoszki.
      Tyle się mówi o zarabianiu na blogu - to co mi szkodzi spróbować? ;)

      Usuń
  10. Inwentaryzacja, przecież takie rozmowy w banku są nagrywane. I teraz na szkoleniu dla nowych sprzedawców demonstrowana jest Twoja wypowiedź o wenerycznych, jako przykład rozmowy z trudnym klyjętem... Oj, przepraszam: z trudną klyjętkom... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. uwielbiam Cię dziewczyno! :) miód na mój zestresowany umysł - czy jakoś tak... ;) ach

    OdpowiedzUsuń
  12. Ubawiłam się setnie :) szczególnie przy ilustracji o czatowaniu ;D musicie mieć romantycznie ;) tylko mu o chorobach wenerycznych nie wspominaj ahahah :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co tam weneryczne przy takim czadzie jak z gazownikiem ;)

      Usuń
  13. Prowadzisz jeden z najlepszych blogów, jakie znam, to tyle z mojej strony.

    :)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Mnie najbardziej rozwalało dodawane po każdym teoretycznym nieszczęściu, jakie wymieniała pani (a imię ich było bynajmniej nie czterdzieści i cztery, a legion raczej): "Czego oczywiście panu nie życzę, a jedynie informuję" :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Mój Boże. W szczytowej formie musiałeś być stwarzając tę oto Inwentaryzatorkę...

    "(...) która nie chciała uwierzyć, że taka kutwa jak ja mogła tyle wyświecić na swoim półzdechłym laptopie". Z Ciebie naprawdę kutwa - człowiek ryja ze śmiechu dostaje jak Cię czyta ;).






    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mon Dieu. Jestem raczej na dole sinusoidy samopoczucia i biadolę.

      Usuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...