Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda i uroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda i uroda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2016

Ja jestem dziewczyna czysta, leczona i wyleczona! Agnieszka Osiecka, Biała bluzka. Oraz oczywiście nonszalancka inwentaryzacja białych bluzek


Agnieszka Osiecka
Biała bluzka
Wydawnictwo Literackie 1988

Jakaż to jest słodka, wesoła opowieść! A zarazem taka smutna i tragiczna. Któż jak nie Agnieszka O. może tak przewrotnie się z nami zabawiać, że nam uśmiech na ustach, a nawet chichot gorączkowy, zamiera w konfuzji.

Wariatka Ela snuje się po mieście, głównie knajpach. Pije z przypadkowo poznanymi mężczyznami, słucha ich opowieści, czasem się zakochuje, czasem u kogoś pomieszkuje. Prowadza na smyczy indyka z bazaru, opiekuje się cudzym dzieckiem, notorycznie gubi pieniądze i dowód osobisty, jeździ na traktorze, odwiedza w charakterze aresztantki komisariat. I jak o tym opowiada, och jak. Powiem wam jak: to melanż niezwykłej wrażliwości, poczucia humoru, psychologii przeniesień i wódki.
Racjonalna Krystyna bezskutecznie próbuje ją zmobilizować do ogarnięcia się, tworzy listy rzeczy do załatwienia, prasuje jej białą bluzkę.
Nigdy nie włożona biała bluzka jest symbolem powrotu z tego dzikiego rauszu na łono społeczeństwa. Do zakładów pracy, kolejek, urzędów i kartek. Do bolesnej rzeczywistości, z której taki kolorowy ptak jak Ela ciągle wyfruwa jak z klatki.

„(...) wróciłam na miejsce straceń. Tam urzędniczka urzędulska urzędująca w miejscu pracy. Usta czerwone, usmarowane po sam nos. Zęby czerwone jak we krwi. Kriss kochana, wiesz doskonale, jaki jest mój stosunek do szminki na zębach: potworny. Potwornie histeryczny. Na paszczękę tę patrzeć nie mogłam. W dodatku urzędulska zaczęła paszczęką poruszać, bułkę czerwoną pożerać. Tego juz było dla mnie za wiele, tego ode mnie nie możesz wymagać, są pewne granice tolerancji.”



Kim jest dla Eli Krystyna? Po co piszą do siebie listy z tych całkiem innych światów, których nic nie łączy? (Łączy je za to miłość do jednego mężczyzny, społecznika i aktywisty, który przewija się gdzieś w tle.)
Sceny podrywu w knajpie albo artystycznego happeningu w podwarszawskiej willi janusza biznesu to majstersztyki, zaprzeczające w swojej ponadczasowej uniwersalności istnieniu tamtej siermiężnej rzeczywistości.

„Dzisiaj z Rębotem uprawialiśmy dżogging.. Niepowtarzalne przeżycia, aksamitne powietrze, wsie i osiedla migotały nam przed oczami, do nóg łasiła się przyroda naszych pól i lasów, szkoda, ze pani przy tym nie było. Pierwsza seta smakowała potem jak napar z leśnych fiołków.


Mnie się wydawało, że twórczość Osieckiej znam. W głowie miałam jej wiersze i piosenki. Jej „drżyjcie aorty bo idę na korty” i „chłoporobotnik jak boa grzechotnik z niebytu wynurza się fal” zawsze mnie elektryzowały swoją niebanalnością. Ale Białą bluzkę, małą, zakurzoną książeczkę z wyrastrowaną na niebiesko Jandą na okładce, znalazłam dopiero teraz, gdy wypadła nonszalacko zza regału. To piękny dar od losu. Dawno się tak nie uśmiałam i tak nie zacukałam. Jednocześnie. I na zmianę.
Perła inkrustowana diamentem.

Polecam.


Na koniec scenka, w której Ela nabywa na bazarze nielegalnego ptaka (indyka, nazwanego Azor), a potem wykorzystuje go jako łapówkę dla milicjanta (nazywanego Władziem):

„A Ja mu mówię tak: Władku, nie ekscytuj się. Opowiem ci bajkę o pewnej wytwornej damie. Ta dama nazywała się Władza. I pewnego dnia tak mówi do znajomego: wiesz co, ty jesteś ze wsi, ja jestem ze wsi, możesz mi mówić Władziu. I odtąd się bardzo kochali...”

„Wiesz co Władek, mówię. Ja jestem dziewczyna czysta, leczona i wyleczona, ty jesteś nadzwyczajnie inteligentny, pójdźmy do łóżka i oddajmy temu tu obywatelowi Azorowi wolność. Po co go ćwiartować, kiedy on na to nie ma najmniejszej ochoty. Ty będziesz miał swoją przyjemność i Ja będę miała; więc poszliśmy do pobliskiego aresztu, położyliśmy się na kozetce jeszcze ciepłej po jakimś spekulancie (chesterfieldy palił), kochaliśmy się w natchnieniu jak tygrysy i następnie, zgodnie z umową, otworzyliśmy okno. Boże ty mój, cóż to był za widok, cóż to był za indyk! (...)
Frunął nad Targową ulicą jak po fiołkowym niebie Argentyny. Mówię ci. Ciężkawy i z lekka tylko pozłacany (...) frunął ciężko i dostojnie, jak kiedyś fruwały upiory. Druhno ty moja. Wszak kiedyś niebo nasze pełne było miłych potworów, dynozaurów i pterogreków, które tylko dlatego wyginęły, że nie miały na to wszystko siły. A Ja mam, a Ja mam.

....................................................................................................
Tymczasem w sekcji Moda i uroda zinwentaryzujemy BIAŁE BLUZKI.
.................................................................................................... 

O gustach się nie dyskutuje, choć o kroju i doborze dodatków można. Zamieszczam kilka wyciągniętych z zapomnianych folderów nonszalanckich przykładów bluzecznej niebanalności. Osobiście samotna biała bluzka wydaje mi się zbyt mdła, dlatego preferuję czarne lamówki, paseczki, kukardki i inne takie, które tę mdławicę mogą trochę ożywić, przeformatować i zaakcentować.

Na początek ażury, proste, geometryczne formy (szyk zakładek) oraz czujny nadmiarunek:


(Ostatnia po prawej: bardzo mądry projekt, który zakryje ci schaby na ramionach. Oraz biust.Stąd pewnie ta mina, meh)

Teraz coś jeszcze bardziej nonszalanckiego czyli biała bluzka z lejącym kołnierzem.
Oraz bluzka typu spienione mleko do latte:

Czarny akcent! Czarny akcent robi biała bluzkę, mówię wam.


(Piękna ta ostatnia, no ale trzeba do niej nie mieć biustu)
....................................................................................................
Teraz wystąpią celebrytki
(Na pierwszym zdjęciu przykład, że czasem, gdy brak klasy, i biała bluzka nie pomoże - cycki na wierzchu pomogą zawsze ;)

(Śliniaczek Victorii bardziej formalny od kukardek, mimo wszystko, ale kukardki nadal wygrywają w podkręcaniu kobiecości. Czarne kukardki zwłaszcza)

Na koniec: w co się nie ubierać w kwestii białej bluzki. 
Czyli nie ma wyglądać jakby się w praniu rozciągłooo, zefilcowało, połowę odgryzł pies, a rękawy są wypchane skarpetami, które nie zmieściły się do stanika.

Najgorszy koszmar na koniec. Projekt, zdaje się Victora&Rolfa, którzy, jak każde projektanty-dizajnery, mają czasem słabszy dzień. Słabszy, megachujowy dzień, trochę poliestru,  zdechłą fretkę i nieletnią, rosyjską modelkę z łapanki ;)

Dziękuję za uwagę.

niedziela, 23 listopada 2014

Jak nie kupować butów zimowych z gejem oraz o wyższym pułapie obuwniczego wyrafinowania

Zaiste, kupowanie zimowych butów to w dzisiejszych czasach mordęga. Ileż to czasu trzeba zmarnować na poszukiwania sklepowe by coś trwale wzuć na stopy.

Na zakupy obuwnicze idę z pewnymi założeniami. Buty mają być na płaskim obcasie, za kostkę, wygodne, w rozsądnej cenie, ze skóry.
I przed wszystkim: mają się szybko i wygodnie wzuwać i zzuwać, wykluczone aby przy tych czynnościach człowiek musiał dyszeć, używając łyżki do butów, oraz zrobić z wysiłku dwa bobki w spodnie.
Ponadto mam jeszcze swój osobisty obuwniczy podział dźwiękowy. Buty wg mnie dzielą się na:
- cichacze (gumowa, miękka, elastyczna podeszwa)
- prykasy (buty ‘oddychające; buty z aeroobcasem, który amortyzuje każdy krok, zanim się nie rozszczelni czy cuś; takoż letnie gumowe, w których stopa się poci. Efekt ten sam: to przy każdym kroku wydaje toto odgłosy podobne do, za przeproszeniem, pierdów)
- stukotki (obcas jak kloc, twardy jak granit, dudniący przy każdym kroku)
Chcę wygodnego cichacza. Chcę móc w takich dyskretnych butach kraść konie, a nie samemu stukać jak galopująca kobyła po grochówce.
No to wio.

Niestety dostępne fasony nie spełniają moich kryteriów i są w większości niewkładalne i nienaszalne. Albo estetycznie obraźliwe.
Projektowane są te buty przez ludzi, którzy najwyraźniej myślą tak:
- mój wujek jest właścicielem fabryki/marki, więc mogę robić co chcę
- jestem sławnym projektantem więc mogę robić co chcę
- jestem chińskim złodziejem projektów sławnych projektantów, więc zrobię to co oni
- jestem zboczonym fetyszystą stóp i kręcą mnie haluksy i krwawiące bąble
- jestem kompletnym zbokiem i kręcą mię kobiety które popuszczają z wysiłku próbując wsadzić do buta stopę przez otwór wielkości (o)
- jestem rzetelnym rzemieślnikiem obuwniczym i oto stworzyłem wygodne i trwałe obuwie. Ale ponieważ taka jest moda, to ozdobię je jeszcze 3 suwakami, 6 klamerkami, łańcuchem, futerkiem, haftowanym kotkiem i megaobleśną podeszwą w kolorze brązowym.
Aaaa. 


Wije się przed mną korowód par niczym z andrzejkowego wieczoru. Buty są niewygodne, cisną w palce, gniotą w piętę albo spadają, nie trzymając się w ogóle na stopie.  
Okazuje się też, że jestem obuwniczo opóźniona, bo nie wiedziałam, że teraz co drugi but WYGLĄDA z zewnątrz jakby był na płaskim obcasie, a obcas ma ukryty w środku, ha!
O czym się przekonuję, gdy zakładam taki model na jedną stopę, wstaję, a druga noga wisi i dynda mi w powietrzu. 

A tak zakupy wyglądały kiedyś: Unknown Photographer The New York Times, July 8, 1947, Black market, Rome



Po kilku godzinach stwierdzam, że najprościej będzie przeorganizować moje życie: będę pracować w domu, ergo: nie muszę wychodzić, ergo: nie potrzebuję zimowych butów. Z drugiej strony moje obecne buty jesienno-zimowe nie są jeszcze w najgorszym stanie. Co prawda lewy but już prawie nie ma podeszwy, ale przecież mogłabym zacząć trochę utykać, przenosząc punkt ciężkości na prawą podeszwę. I powoli zaczynam zmierzać w stronę domu.

Na końcu tej wyprawy wchodzę jeszcze do ostatniego sklepu. Zerkam na pierwszą z brzegu półeczkę i oto widzę parę butów, które stworzono SPECJALNIE dla mnie. Ich forma odzwierciedla to, kim jestem, a kształt to, do czego pretenduję. I vice versal. Patrzę z kiełkującym uczuciem na te buty, a buty patrzą na mnie i uśmiechają się wyszczerzonymi suwakami. I natychmiast się zakochuję! Przynajmniej dopóki nie okaże się, że pantofelki owe wycenione są nie dla nas, nie dla mas, ale dla angielskiej królowej, która zresztą słynie z oszczędności, zatem by ich pewnie nie kupiła w tej cenie. Ale ja je kupię, bo doszłam właśnie do obuwniczej ziemi obiecanej. Siadam na ławeczce i zzuwam to, w czym przyszłam, stare buciory, które napawają mnie teraz wstrętem i zniesmaczeniem. I na znieświeżone wielogodzinną wędrówką skarpetki profanacyjnie zakładam te diamentowe pantofelki. Pantofelki głodu i chłodu i siedzenia w ciemnym mieszkaniu, bo to mnie właśnie czeka po ich zakupie z powodu niewydolności finansowej. 

Ale to nieważne, ważne, że kocham i jestem kochana! Buty czule obejmują moje stopy. Zaciągam się intensywnym zapachem skóry i przytulam policzek do wyprofilowanej podeszwy. A ponieważ mam te buty na stopach to wygląda to zapewne dość osobliwie ;). Decyzja zapadła, odtąd będziemy razem na wieki (za te pieniądze to nie inaczej!). Siedzę na ławeczce i głaszczę buty. Niech ten moment trwa! Moment, w którym się zakochałam i zrozumiałam, że już nigdy nie będę samotna! Bo te buty zawsze będą przy mnie, tak samo jak finansowe konsekwencje defraudacji mojego konta...


I wtedy przychodzi ON.
Sklepowy gej.
I wszystko psuje.
Wiadomo, że w każdym szanującym się sklepie odzieżowym czy obuwniczym musi pracować jakiś gej, bez niego interes czeka niechybny upadek. Taki gej jest fajniejszy niż chude i znudzone blondynki pytające bez entuzjazmu i teatralnej swady, raczej jak automat, Czymogęwczymśpomóc?
Taki PORZĄDNY GEJ, z plemienia gejów, bez których załamały bu się światowe rynki mody, ma wszak w sobie zmiksowaną stanowczość mężczyzny („O jej-juuu! Musi pani kupić te buty!”) i empatyczność kobiety („One są warte każdych pieniędzy!). Taki gej może być kłamliwy w ten jedyny w swoim rodzaju przekonywający sposób („Mam takie same! To najlepsze buty, jakie kiedykolwiek nosiłem!”).
Takiego geja bym sobie życzyła.
Tymczasem oczywiście z moim szczęściem...
Choć jestem zdecydowana 5 sekund po przytuleniu butów, to im bardziej sklepowy gej mnie urabia, tym bardziej jestem pewna, że zaraz stamtąd ucieknę w samych skarpetach.
Nie chodzi o to, że to jest wyjątkowo szpetny okaz geja, ubrany w rozklapciałe kapciuchy, co nie licuje z okolicznościami miejsca. Nie chodzi o to, że gej ów operuje piskliwym falsecikiem, miejscami przypominającym drapanie kredą po tablicy. Chodzi o to, że jest on całkowicie pozbawiony wdzięku, wyczucia i poczucia humoru.
Taki gej zbuk. Steven Segal gejostwa. Kawał aktorskiego drewna strzelający na oślep kupami („Kup!Kup!Kup!). Steven ciśnie mocno i w regularnych interwałach, jakby to była reanimacja gumowej lali, rujnuje światowe trendy zachowania przestrzeni osobistej, krąży jak sęp nad padliną, dyszy w kark, potworne kocopoły sadzi tym falsecikiem, przez co falsecik doskwiera mi jeszcze bardziej. Nie rozumie żadnej mojej żartobliwej kwestii, albo co gorsza powtarza ją dwukrotnie i na końcu dodaje „Aha”.
Koszmar.
Wydaje się, że praca w handlu detalicznym wymaga jakiejś odrobiny wyczucia. Popchnięcia niezdecydowanego klienta w objęcia jakiegoś sweterka, torebusi czy buta. Ale zniechęcenie kogoś, kto po 5 minutach zmierzał do kasy i tylko na chwilę zacukał się nad finansową stroną tego przedsięwzięcia, ale nie na tyle długo by zrobić wydech? To trzeba mieć wyjątkowy antytalent.
Niestety jak widać nie każdy gej, bezkrytycznie niesiony na fali gejowej popularności, zauważa traumatyczne szkody, jakie może wyrządzić klientowi. Przy kasie natomiast przejmuje mnie automat recytujący kwestię dodatkowego zakupu środków pielęgnacyjnych do tychże butów. Automat ma postać chudej blondynki. No nie inaczej przeca.


W każdym razie MAM BUTY.
Napisałabym, że w takich kosztownych butach to hoho, mogę chodzić bez wstydu na celebryckie bankiety. ALE. Te buty wyglądają jak z artystycznego śmietnika a zarazem trochę jak z filmu Mad Max. Ponieważ drogie buty wyglądające jak porządne, drogie buty to jest niższa pólka wyrafinowania. WYŻSZA PUŁAP WYRAFINOWANIA to są drogie buty wyglądające jak ze stajni więziennego kibucu. Zatem, żeby odwiedzić angielską królową, to musiałabym mieć w podobnym stylu całą resztę, od stóp w górę, żeby się w ogóle uprawdopodobnić. Czyli jeszcze długa droga przed mną. Ah.

A teraz uroczy i jakże życiowy wykład francuskiego komika (geja, a jakże) o tym jak wygląda obsługa w sieciówkach dla mas. Można oglądać nawet bez znajomości języka (ten język ciała, ała ;). Zasadnicza teza jest taka: w sklepach dla bogatych, gdzie skarpety kosztują 200 euro, obsługa zawsze będzie miła. W sklepach pośledniejszych, typu Zara, Gap czy H&M, miłej obsługi możemy się spodziewać co najwyżej w Hameryce, który to przypadek zaprezentuje niejaka Cokolwiek-mogę-dla-ciebie-zrobić-Kristy (1.29). Ale w Paryżu...w Paryżu czekają na nas zimne, przewracające oczami, naburmuszone suki. Byłam w sklepie w Paryżu i potwierdzam. Ale to już całkiem inna historia ;)


Tu natomiast coś praktycznego na jesień i zimę, dla tych, którzy z uporem maniaka pozostają przy półbutach albo szpilletach. Ochraniacze.


Na końcu pokaże wam jeszcze pewien sklep obuwniczy, trippen, który znalazłam w sieci. Jest kilka wyrafinowanych cukierasów, które natychmiast powinnam przestać oglądać, gdyż mam przemożną ochotę szmyrgnąć moimi nowymi butami za okno.



sobota, 26 lipca 2014

Kobieta kontra aparat czyli poradnik pozowania na wakacje i inne sytuacje życiowe

Ostatnio zdarzyło mi się fotografować kilka koleżanek i ilość fuknięć i ucieczek z miejsca zdarzenia była zaiste typowa dla tego rodzaju sytuacji. ‘Dzisiaj źle wyglądam’,’Och nie nie nie’ i ‘Poczekaj, tylko nałożę koc’ to już klasyka odzywek w momencie, gdy wyciągamy cyfrę zza pazuchy.
Choć wystarczyłby uśmiech i zabawny wygibas. Choć potrzeba tylko nastawienia, które wyginęło jak dinozaury w tej opresyjnej dla kobiet cywilizacji.
Mojej drogiej madre, nieodmiennie narzekającej na efekty każdej sesji, zawsze natomiast powtarzam, żeby nie przyciskała ramion do tułowia (bo zrobią się naleśniki), żeby naleśniki noszone z przodu wypięła ponętnie i wyciągnęła szyję (jak żółw) w celu zniwelowania podbródka.

Niestety albo ma się we krwi fotogeniczność, albo tylko przeciwciała. No ale w dobie cyfryzacji trzeba się jakoś do aparatu ustosunkować. Nie zachowując się jak rozsierdzona kangurzyca.

Ostatni natrafiłam w internetach na coś takiego:

................................................................................................
5 tips for creating flattering poses of women [klik] czyli 
 5 wskazówek jak przypochlebić się aparatowi.


Na wypadek nieznajomości języków lub lenistwa antyklikowego streszczę (własnymi słowami z własnymi fotoprzykładami):

1. Unikaj symetryczności w pozach.
Symetryczność jest dobra tylko na twarzy! A co do reszty to nie ryzykujmy: pochyły, wypinki, lewa ręka za głowę, prawą łapiemy się za kostkę - dla pewności!

















2. Stwarzaj 'dziury' (holes) w zagospodarowaniu przestrzennym kończyn 
- czyli  wpuść trochę pejzażu między nogę a nogę, pochwal się wystrojem wnętrz między pachą a tułowiem. Nazywa się to odciążeniem postaci. 

3. Zajmij czymś ręce. 
Hej, to wyjątkowo szowinistyczna porada. Niech ręce dotykają twarzy, kręcą loki na włosach albo chociaż piorą lub prasują. (Ja tam ręcami zawsze staram się podtykać biustowie pod brodę, żeby ponencji było więcej - ale nie pytajcie jak to zrobić asymetrycznie i z dziurą!)

4. Zakryj problematyczną części ciała. Albo odwróć od niej uwagę. (To nie wymaga komentarza ;)



5. Daj ciału podpórkę na której może się oprzeć. 
Drzewa, ławki, ściany, drzwi, poręcze i balustrady. Naręcza poręczy, drzwi z drzewa i uwięzienie między ścianą a ławką mile widziane!

















......................................................................
Tymczasem biegła w technikach autopromocji bo rozchwytywana marketingowo blogerka Segritta [klik] udziela następujących porad, które wybiórczo zacytuję (uwagi w nawiasach ode mła):


2. "Możesz też lekko przygryźć sobie policzki, co uwydatni kości policzkowe. Tak, wiem, że to brzmi dziwnie, ale to jest protip od profesjonalistki. "
*(dlatego zawsze po sesji kup sobie w aptece Aftin i płukanki ziołowe w celu zaleczenia ran na dziąsłach. Jeśli masz twarz typu księżyc - ergo: zasysania jest dużo - to najlepiej od razu zrobić sesję w zagonie szałwii ;)

4. "Jeśli pozujesz przodem, wypnij biodra do tyłu, żeby wyszczuplić uda i zarysować talię."
*(chyba że masz lumbago, kłopoty z korzonkami lub przetrenowałaś się na siłowni i możesz już w tej pozycji zostać - wtedy lepiej poprosić kogoś, przykrytego kocem w kolorze tła, żeby ci z tyłu ściskał uda i talię. Tak przynajmniej radziliśmy sobie przed fotoszopem, azaliż)





















 5. "Jeśli pozujesz bokiem, wysuń nogę od strony fotografa trochę w jego stronę. Wyda się wtedy dłuższa i szczuplejsza."
*(uważaj jednak żeby tą wysuniętą nogą nie podciąć fotografa!)















8. "Unieś ręce do góry, by wysmuklić sylwetkę."
*(Chyba że fotograf jest Niemcem, wtedy nie podnoś rąk za żadne skarby, nawet wawelskie ;)


















9. "Użyj gadżetu w postaci np. torebki, żeby zasłonić tę część ciała, z której nie jesteś zadowolona."
*(Dla każdego oznacza to coś innego choć najczęstszym problematycznym przypadkiem wydaje się wór, w którym nosimy cały osprzęt trawienny czyli brzucho  Chudzi z zasady narkomani nigdy nie zrozumieją czemu to jedyne, co powinniśmy wciągać ;)
Jeśli jednak jest to twarz...na którą nie pomagają nawet aksamitne fluidy... to użyj czegoś pluszowego.)
 
















12. "Nie rozczapierzaj palców, bo dłonie wyglądają wtedy nieładnie." 
*(a już na pewno nie rozczapierzaj palców kiedy masz uniesione do góry ręce i wysuniętą nogę, chyba że przy sesji asystuje twój chłopak Edward Nosferatu;)

13. "Nie chowaj całych kciuków do kieszeni, bo na zdjęciu to będzie wyglądało, jakbyś nie miała palców."
*(ale z manualną nobliwością też nie przesadzaj)

















14. "Nie rób dziubka. Nie, bo nie. Nawet jeśli dzięki niemu wyglądasz korzystniej (usta wydają się większe, kości policzkowe uwypuklone twarz wyszczuplona), to będziesz też wyglądać jak debil. Dziubki tylko w ramach wygłupów, ironicznie i z umiarem. Czyli nie na każdej focie, na litość Buzka."
*(nie wiem czemu autorka powołuje się na Buzka, który miał, jak pamiętamy, zacukany wyraz twarzy zdziwionego gołębia. Nie rób dzióbka bo od tego robią się zmarszczki na twarzy i reputacji, po prostu)

















 15. "Jeśli wystawiasz język, to upewnij się, że nie masz na nim grzybicy czy innego osadu. To się zdarza, wiem, po antybiotykach albo w chorobie, ale my nie chcemy na to patrzeć."
*(fuj!  jeśli masz grzybicę to prawdopodobnie wdało ci się zakażenie po niezaleczonych ranach od przygryzania policzków z punktu 1! Poza tym co za problem - jeśli już koniecznie chcesz się wystylizować na Einsteina - przyróżowić sobie językową pieczarkę szminką? Niektóre kobiety noszą ja nawet na zębach)


A teraz coś ode mnie w kwestii rekwizytów:

1.Nigdy nie fotografuj się z ładniejszymi i lepiej ubranymi koleżankami – to ma być twoja liga!

2.Ocieplaj swój wizerunek czym się da – podstawowym narzędziem jest oczywiście uśmiech, ale możesz też użyć innych sposobów

3.Używaj osładziaczy – podstawowym narzędziem jest oczywiście kot, ale mogą być też inne stworzenia, które osłodzą twój wizerunek (króliczki, sarenki, delfiny - flora wszak przebogata). W żadnym razie bezwłose koty albo ryby.


4. Niech światło będzie po twojej stronie – Marlena Dietrich zawsze podróżowała ze swoim oświetleniowcem nie bez powodu. A my mamy w końcu latarki w komórkach.


5. Nieważna poza i z aparatem osmoza jeśli nie towarzyszy ci jakiś twarzowy kolor. Twój, intensywny, taki który ożywi i ciebie i zdjęcie. Oczywiście bardziej emeraldowy niż mdle beżowy (dobry na ścianę) albo łososiowy (łosoś to ryba – pamiętaj)

 6. Zbyt często po weselach znajomych pytano mnie "Dlaczego jako jedyna kobieta na imprezie nie masz oczu?". Brak mejkapingu na codzień jest dobry i zdrowy ale na zdjęciach powinno się mieć jednak jakieś rysy twarzy. Zatem namaluj je sobie. I niech będą wyraziste.


Życzę miłych sesji. 
(Choć poradnik jest zasadniczo dla kobiet poprawnośc polityczna nie pozwoliła mi zrezygnować z udziału męskiego elektoratu, który jak widać ma mniej zahamowań i często może służyć za przykład).

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...