niedziela, 23 listopada 2014

Jak nie kupować butów zimowych z gejem oraz o wyższym pułapie obuwniczego wyrafinowania

Zaiste, kupowanie zimowych butów to w dzisiejszych czasach mordęga. Ileż to czasu trzeba zmarnować na poszukiwania sklepowe by coś trwale wzuć na stopy.

Na zakupy obuwnicze idę z pewnymi założeniami. Buty mają być na płaskim obcasie, za kostkę, wygodne, w rozsądnej cenie, ze skóry.
I przed wszystkim: mają się szybko i wygodnie wzuwać i zzuwać, wykluczone aby przy tych czynnościach człowiek musiał dyszeć, używając łyżki do butów, oraz zrobić z wysiłku dwa bobki w spodnie.
Ponadto mam jeszcze swój osobisty obuwniczy podział dźwiękowy. Buty wg mnie dzielą się na:
- cichacze (gumowa, miękka, elastyczna podeszwa)
- prykasy (buty ‘oddychające; buty z aeroobcasem, który amortyzuje każdy krok, zanim się nie rozszczelni czy cuś; takoż letnie gumowe, w których stopa się poci. Efekt ten sam: to przy każdym kroku wydaje toto odgłosy podobne do, za przeproszeniem, pierdów)
- stukotki (obcas jak kloc, twardy jak granit, dudniący przy każdym kroku)
Chcę wygodnego cichacza. Chcę móc w takich dyskretnych butach kraść konie, a nie samemu stukać jak galopująca kobyła po grochówce.
No to wio.

Niestety dostępne fasony nie spełniają moich kryteriów i są w większości niewkładalne i nienaszalne. Albo estetycznie obraźliwe.
Projektowane są te buty przez ludzi, którzy najwyraźniej myślą tak:
- mój wujek jest właścicielem fabryki/marki, więc mogę robić co chcę
- jestem sławnym projektantem więc mogę robić co chcę
- jestem chińskim złodziejem projektów sławnych projektantów, więc zrobię to co oni
- jestem zboczonym fetyszystą stóp i kręcą mnie haluksy i krwawiące bąble
- jestem kompletnym zbokiem i kręcą mię kobiety które popuszczają z wysiłku próbując wsadzić do buta stopę przez otwór wielkości (o)
- jestem rzetelnym rzemieślnikiem obuwniczym i oto stworzyłem wygodne i trwałe obuwie. Ale ponieważ taka jest moda, to ozdobię je jeszcze 3 suwakami, 6 klamerkami, łańcuchem, futerkiem, haftowanym kotkiem i megaobleśną podeszwą w kolorze brązowym.
Aaaa. 


Wije się przed mną korowód par niczym z andrzejkowego wieczoru. Buty są niewygodne, cisną w palce, gniotą w piętę albo spadają, nie trzymając się w ogóle na stopie.  
Okazuje się też, że jestem obuwniczo opóźniona, bo nie wiedziałam, że teraz co drugi but WYGLĄDA z zewnątrz jakby był na płaskim obcasie, a obcas ma ukryty w środku, ha!
O czym się przekonuję, gdy zakładam taki model na jedną stopę, wstaję, a druga noga wisi i dynda mi w powietrzu. 

A tak zakupy wyglądały kiedyś: Unknown Photographer The New York Times, July 8, 1947, Black market, Rome



Po kilku godzinach stwierdzam, że najprościej będzie przeorganizować moje życie: będę pracować w domu, ergo: nie muszę wychodzić, ergo: nie potrzebuję zimowych butów. Z drugiej strony moje obecne buty jesienno-zimowe nie są jeszcze w najgorszym stanie. Co prawda lewy but już prawie nie ma podeszwy, ale przecież mogłabym zacząć trochę utykać, przenosząc punkt ciężkości na prawą podeszwę. I powoli zaczynam zmierzać w stronę domu.

Na końcu tej wyprawy wchodzę jeszcze do ostatniego sklepu. Zerkam na pierwszą z brzegu półeczkę i oto widzę parę butów, które stworzono SPECJALNIE dla mnie. Ich forma odzwierciedla to, kim jestem, a kształt to, do czego pretenduję. I vice versal. Patrzę z kiełkującym uczuciem na te buty, a buty patrzą na mnie i uśmiechają się wyszczerzonymi suwakami. I natychmiast się zakochuję! Przynajmniej dopóki nie okaże się, że pantofelki owe wycenione są nie dla nas, nie dla mas, ale dla angielskiej królowej, która zresztą słynie z oszczędności, zatem by ich pewnie nie kupiła w tej cenie. Ale ja je kupię, bo doszłam właśnie do obuwniczej ziemi obiecanej. Siadam na ławeczce i zzuwam to, w czym przyszłam, stare buciory, które napawają mnie teraz wstrętem i zniesmaczeniem. I na znieświeżone wielogodzinną wędrówką skarpetki profanacyjnie zakładam te diamentowe pantofelki. Pantofelki głodu i chłodu i siedzenia w ciemnym mieszkaniu, bo to mnie właśnie czeka po ich zakupie z powodu niewydolności finansowej. 

Ale to nieważne, ważne, że kocham i jestem kochana! Buty czule obejmują moje stopy. Zaciągam się intensywnym zapachem skóry i przytulam policzek do wyprofilowanej podeszwy. A ponieważ mam te buty na stopach to wygląda to zapewne dość osobliwie ;). Decyzja zapadła, odtąd będziemy razem na wieki (za te pieniądze to nie inaczej!). Siedzę na ławeczce i głaszczę buty. Niech ten moment trwa! Moment, w którym się zakochałam i zrozumiałam, że już nigdy nie będę samotna! Bo te buty zawsze będą przy mnie, tak samo jak finansowe konsekwencje defraudacji mojego konta...


I wtedy przychodzi ON.
Sklepowy gej.
I wszystko psuje.
Wiadomo, że w każdym szanującym się sklepie odzieżowym czy obuwniczym musi pracować jakiś gej, bez niego interes czeka niechybny upadek. Taki gej jest fajniejszy niż chude i znudzone blondynki pytające bez entuzjazmu i teatralnej swady, raczej jak automat, Czymogęwczymśpomóc?
Taki PORZĄDNY GEJ, z plemienia gejów, bez których załamały bu się światowe rynki mody, ma wszak w sobie zmiksowaną stanowczość mężczyzny („O jej-juuu! Musi pani kupić te buty!”) i empatyczność kobiety („One są warte każdych pieniędzy!). Taki gej może być kłamliwy w ten jedyny w swoim rodzaju przekonywający sposób („Mam takie same! To najlepsze buty, jakie kiedykolwiek nosiłem!”).
Takiego geja bym sobie życzyła.
Tymczasem oczywiście z moim szczęściem...
Choć jestem zdecydowana 5 sekund po przytuleniu butów, to im bardziej sklepowy gej mnie urabia, tym bardziej jestem pewna, że zaraz stamtąd ucieknę w samych skarpetach.
Nie chodzi o to, że to jest wyjątkowo szpetny okaz geja, ubrany w rozklapciałe kapciuchy, co nie licuje z okolicznościami miejsca. Nie chodzi o to, że gej ów operuje piskliwym falsecikiem, miejscami przypominającym drapanie kredą po tablicy. Chodzi o to, że jest on całkowicie pozbawiony wdzięku, wyczucia i poczucia humoru.
Taki gej zbuk. Steven Segal gejostwa. Kawał aktorskiego drewna strzelający na oślep kupami („Kup!Kup!Kup!). Steven ciśnie mocno i w regularnych interwałach, jakby to była reanimacja gumowej lali, rujnuje światowe trendy zachowania przestrzeni osobistej, krąży jak sęp nad padliną, dyszy w kark, potworne kocopoły sadzi tym falsecikiem, przez co falsecik doskwiera mi jeszcze bardziej. Nie rozumie żadnej mojej żartobliwej kwestii, albo co gorsza powtarza ją dwukrotnie i na końcu dodaje „Aha”.
Koszmar.
Wydaje się, że praca w handlu detalicznym wymaga jakiejś odrobiny wyczucia. Popchnięcia niezdecydowanego klienta w objęcia jakiegoś sweterka, torebusi czy buta. Ale zniechęcenie kogoś, kto po 5 minutach zmierzał do kasy i tylko na chwilę zacukał się nad finansową stroną tego przedsięwzięcia, ale nie na tyle długo by zrobić wydech? To trzeba mieć wyjątkowy antytalent.
Niestety jak widać nie każdy gej, bezkrytycznie niesiony na fali gejowej popularności, zauważa traumatyczne szkody, jakie może wyrządzić klientowi. Przy kasie natomiast przejmuje mnie automat recytujący kwestię dodatkowego zakupu środków pielęgnacyjnych do tychże butów. Automat ma postać chudej blondynki. No nie inaczej przeca.


W każdym razie MAM BUTY.
Napisałabym, że w takich kosztownych butach to hoho, mogę chodzić bez wstydu na celebryckie bankiety. ALE. Te buty wyglądają jak z artystycznego śmietnika a zarazem trochę jak z filmu Mad Max. Ponieważ drogie buty wyglądające jak porządne, drogie buty to jest niższa pólka wyrafinowania. WYŻSZA PUŁAP WYRAFINOWANIA to są drogie buty wyglądające jak ze stajni więziennego kibucu. Zatem, żeby odwiedzić angielską królową, to musiałabym mieć w podobnym stylu całą resztę, od stóp w górę, żeby się w ogóle uprawdopodobnić. Czyli jeszcze długa droga przed mną. Ah.

A teraz uroczy i jakże życiowy wykład francuskiego komika (geja, a jakże) o tym jak wygląda obsługa w sieciówkach dla mas. Można oglądać nawet bez znajomości języka (ten język ciała, ała ;). Zasadnicza teza jest taka: w sklepach dla bogatych, gdzie skarpety kosztują 200 euro, obsługa zawsze będzie miła. W sklepach pośledniejszych, typu Zara, Gap czy H&M, miłej obsługi możemy się spodziewać co najwyżej w Hameryce, który to przypadek zaprezentuje niejaka Cokolwiek-mogę-dla-ciebie-zrobić-Kristy (1.29). Ale w Paryżu...w Paryżu czekają na nas zimne, przewracające oczami, naburmuszone suki. Byłam w sklepie w Paryżu i potwierdzam. Ale to już całkiem inna historia ;)


Tu natomiast coś praktycznego na jesień i zimę, dla tych, którzy z uporem maniaka pozostają przy półbutach albo szpilletach. Ochraniacze.


Na końcu pokaże wam jeszcze pewien sklep obuwniczy, trippen, który znalazłam w sieci. Jest kilka wyrafinowanych cukierasów, które natychmiast powinnam przestać oglądać, gdyż mam przemożną ochotę szmyrgnąć moimi nowymi butami za okno.



26 komentarzy:

  1. Oj, znam ten ból. Nie tak dawno temu zakupiłam drogie buty, wyglądające właśnie na takie, które określiłaś artystycznymi śmieciuchami. Jestem zadowolonaaaaa!!! Jak nigdy dotąd.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja mam problem z kupnem płaszcza na zimę. więc przez kilka zim śmigałam w niezmiennie w takim jednym, co go kiedyś szczęśliwie nabyć mi się udało. a ciągle panuje moda na styl włoski. niestety polskie zimy to nie te same co we Włoszech, a co za tym idzie włoskie płaszcze nie nadają się (przynajmniej dla mnie) na nasze warunki. jak dla mnie to powinni importować (lub przynajmniej się inspirować) płaszczami z Syberii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Włoskie płaszcza się jak najbardziej nadają na nasze warunki pogodowe, a konkretnie na ostatnie dwa tygodnie kwietnia.
      Mnie się marzy powrót do futer i etniczna linia eskimoskich okryć. I owszem, ktoś mógłby pójść po rozum do głowy i założyć firmę pt Gułag Empire z walonkiem w logu ;)

      Usuń
  3. Ja tam w ogóle nie wychodzę z domu, Przez co mam zimowe buty a'la eleganckie beżowe glany z ażurowymi wycinankami już jakieś 15 lat. I ciągle w stanie idealnym. Kochamy się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto zrobił te ażury, chyba nie myszy?
      Siedzenie w zimie w domu wymaga podobnego strategicznie inwestingu w przemysł kapciowy, ha.

      Usuń
    2. Ja rżnęłam kozikiem, odliczając ile dni siedzę.
      A kapcie mam boskie, zaiste!

      Usuń
    3. Ja kapcie chciałam kupić od góralki z polówką, która mi rzekła:
      - I co się tak paczy i paczy i nie kupuje? Forsy nie ma?
      Na co ja jej:
      - Zaiste, gotówki mi obecnie nie staje.
      Takeśmy pogadały ;)

      Usuń
    4. A byłam w Zakopanem! Mogłaś rzec, kupiłabym! W Zakopcu 15-20zł zarówno futerkowe jak i haftowane filcanki.

      Usuń
  4. Buty, moja trauma nieustająca... Czy to letnie, czy zimowe! Ostatnie dwie zimy przechodziłam w cud-fioletach, ale już się na amen porozklejały, niestety! Mam nowe na obecny sezon, ale to nie jest spełnienie marzeń...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buty szyte, w przeciwieństwie do klejonych, żyją dłużej niż dwa sezony, zatem uszanowania i rip dla cud fioletów.

      Usuń
  5. To o oblakanych projektantach obówniczych, to prawda najprawdziwsza. Albo ohydny ten obów jak sam szatan, albo niewygodny jakby byl z betonu, albo jedno i drugie. A jesli juz normalne, zwykle buty, to trzeba je na kredyt brac. Nie wiem, oni naprawde nie chca zarabiac?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak z betonu to tylko sycylijskie ;)
      Co do reszty to widać my za wybredne. Nie dla każdego wyhaftowany kotek oraz kępka futerka, jakby mysza na wpół wpełza i zdechła, to zuo.

      Usuń
  6. Dla mnie najlepsze buty byłyby takie, które wytrzymałyby od mojego 18 roku życia do śmierci (mojej). Wygląd mniej ważny.
    Aha. I żeby nie przeciekały, co jest powszechne, niestety.

    Po obejrzeniu występu francuskiego geja stwierdzam, że Anglicy i Amerykanie nie umieją mówić po angielsku, gdyż jak oni mówią, to nie rozumiem, a Francuza tak!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No toż trzeba buty impregnować, najlepiej Kropelką, to nie będą przeciekać.
      Ten Francuz bardzo mimiczny w dodatku, akcentował niektóre kwestie wypychem gałek ocznych, rzadki talent, hm.

      Usuń
  7. Uświadomiłaś mi, że warszawiacy (?) w Hmie się zachowują dosyć parysko, po obu stronach lady- a ja myślałam, że prowincjonalnie :)
    Gratuluje butów. Wygodne buty to, obok zmywarki, najlepszy przyjaciel kobiety. No i trafne spostrzeżenie, że jak coś kupimy to od razu widzimy lepsze i 30 proc. tańsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zachowuję jeszcze gorzej niż parysko: tłumaczę się i przepraszam, że zabieram czas.
      To efekt odbicia się od obycia na skutek zakupów internetowych najprawdopodobniej, eh.

      Usuń
  8. Mnie niezmiennie zadziwia, że w pełni sezonu letniego nie można kupić sandałów, bo są już właśnie na półkach buty jesienne, a podczas największych mrozów i śniegów na półkach goszczą klapeczki, cichobieżki i sandałki. W związku z tym typowa matka-Polka albo decyduje, że jej dzieci chodzą przez pierwszą połowę zimy w butach za dużych, albo przez drugą połowę w za małych... Bo stopa każdego dziecka rośnie oczywiście właśnie wtedy, gdy uszczęśliwiona mamusia kupiła mu nowe, śliczne, drogie buciki... (PS. Kocham Was, córeczki!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozwiązaniem dla ciebie i innych matek dzieciom jest najprawdopodobniej drukarka 3D do butów. Napiszę o tym niedługo, bo teraz się nie zmieściło, ale przemyśl sprawę ;)

      Usuń
  9. może w takich sklepach przebierać facetów za królewiczów, niech mierzą buciki księżniczkom

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto jak nie ty znalazłby dla całej sytuacji najlepsze rozwiązanie? :)

      Usuń
  10. Jakże się cieszę, że poprzedni awatar został zmieniony na tę niewiastę opętaną warkoczem. Trochę dziwna, ale przynajmniej nie kojarzy mi się z żywym trupem, jak poprzednia. Świetnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro już o awatarze mowa, to zdejmij w końcu te buciory ze stołu... ;)

      Usuń
    2. One są na podłodze, słowo honoru! :)

      Usuń
  11. Odpowiedzi
    1. Spójrz http://mahabis.com/products/larvik-light-grey-mahabis-classic-bundle-slipper-free-soles

      Usuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...