piątek, 31 grudnia 2010

środa, 29 grudnia 2010

Medyczna rekreacja czyli z wizytą w przychodni

Coś mnie boli, ale do lekarza mi się iść nie chce. Bardziej boli mnie sama myśl, że miałabym o 7 rano ustawiać się w kolejce w przychodni po jakiś numerek.
Durer swojego czasu rozwiązywał to tak:

Wysyłał swojemu lekarzowi rysunek z bolącym miejscem. I po kilku dniach/ tygodniach – w zależności od stanu koni pocztowych – dostawał diagnozę. I o to chodzi. Zasadniczo.
(Ale ostatniego razu nie przeżył, więc...)
No ale ok, przychodzi kryska na matyska, czyli w tym wypadku mnie. I oto siedzę w poczekalni z dziarskim czterdziesto- kilkulatkiem, który koniecznie musi zdobyć skierowania na badania i pobrania, jak to czterdziestolatki (chyba) mają.
Wymieniamy plotki, jak to nasz poprzedni przydziałowy doktorre pierwszego kontaktu, niesamowicie zgorzkniały typ, który zalecał wszystkim jednorazowe leki w postaci arszeniku na skrócenie wszelkich możliwych cierpień, dostał w końcu lepszą propozycję zawodową i zwiał z przychodni do szczęśliwej medycznej krainy, której nazwę miał na swoim długopisie. A na jego miejsce przyszła nowa, młoda lekarka. Czterdziestolatek bardzo się cieszy z powodu lekarki i wiele sobie obiecuje po jej młodości. Pytam, z jakim problemem przyszedł, choć nie trudno samemu zauważyć, że Czterdziestolatek, choć jest ogólnie chudy, ma wielki brzuch typu „zaraz urodzę”, co bardzo go martwi i niepokoi, co też tam może mieć.
Patrzę mu głęboko w oczy:
- Myślę, że to może być wielka, gigantyczna cysta, nawet pan sobie nie wyobraża, jak często zdarzają się takie wielkie, gigantyczne cysty.
I popieram to chaotycznym miksem internetowej wiedzy medycznej wymieszanej z programami Zone Reality o ludziach-potworach. Podatnego Czterdziestolatka przestraszyć łatwiej niż dziecko, a siedzimy akurat obok opustoszałego oddziału chorób dziecięcych(pełnego - zapewne - duchów niemowlaków zmarłych na tyfus), siedzimy całkiem sami na korytarzu wymalowanym jakąś łuszczącą się sraczkowatą olejną, późnym wieczorem, pod syczącą złowrogo świetlówką.
Nadchodzi jego kolej i czterdziestolatek wchodzi do gabinetu. Mijają dni i godziny i znowu pojawia się w drzwiach, a w oczach
ma jakby łzy.
- Cysta? – pytam dramatycznie.
- Nie, nie...chodzi o lekarkę....ona jest taka brzydka!

niedziela, 26 grudnia 2010

Kobiety jak rakiety oraz profesjonalistki ze wsi



Hm, a sądziłam że najlepiej być wolną kobietą wykonującą mężny zawód. W centrum. O ogrzewaniu nie pomyślałam.

Tymczasem feminizm przestał się już w ogóle cackać i sięga, gdzie wzrok nie sięgał, czyli w cudze spodnie:


do kupienia w Luwrze

sobota, 25 grudnia 2010

X -mas

Wieczór wigilijny. Niestety tegorocznym świętom daleko do zeszłorocznych, które były idealne, holy-łódzko filmowe, dobrze nakręcone i jeszcze lepiej zmontowane, mucha nie usiadła, za to wszyscy inni siedzieli w zgodzie i ogólnej miłości. Tymczasem w tym roku jest tak sobie, osobiście też nie pomagam moją postawą znudzonego dystrybutora, któremu nikt nie pokazał filmu na równie wysokim poziomie, więc ziewa.

piątek, 17 grudnia 2010

Symbioza idealna

M. miał w zeszłym tygodniu wystawę. Nie podobało mi się wcale to jego dzierganie, ale co zrobić, udawałam. Na urodziny dałam mu coś własnego. M. jest osobą, której spokojnie i z czystym sumieniem zawsze mogę dać cokolwiek przez mnie udzierganego, bo wiem, że też będzie udawał. 
Symbioza idealna.

wtorek, 7 grudnia 2010

Trzystu (złotych, brak)

Zginęło mi 300 PLN, moje ostatnie, uciułane 300PLN, Boże ratuj, za co ja teraz kupię fajki? Dlaczego mi się to stało? Dlaczego mnie? Jak tu wierzyć w karmę, skoro nie ma za co kupić karmy...
Znajomy mówi mi, że ostatnio bankomat zjadł mu 500 PLN (po tym jak je wypłacił, po czym sobie poszedł, zapominając zabrać). Jednak karmienie maszyn, nawet gotówką, ma w sobie jakiś romantyczny nimb wielbiciela s-f, jak z Asimova czy Huxleya, natomiast zgubienie 300 PLN nie wiadomo gdzie i jak, jest po prostu żałosne i odchudzające w sposób, który wcale nie pomoże naszej figurze, bo spalimy własne mięśnie.


No i dokładnie tak się czuję!

Moskiewskie metro

Hannana Montana każe nam się uczyć rosyjskiego w metrze. Ulubiony poeta: Puszkin. Ja w każdym razie mam zamiar się przyłożyć do nauki, jeśli od tego ma zależeć czy dostanę moją dzienną porcję gazów ;)







(z jakiegoś mądrego artykułu o wschodniej mentalności)

sobota, 27 listopada 2010

Hrabia Monte Christo powrócił


Aichinger House by Hertl Architekten


...i zamieszkał w domu z prześcieradeł.
Czyli bardzo krótka bajka na dobranoc dla dzieci z wyższej półki.

środa, 3 listopada 2010

Cmentarze marzeń




W tym roku wybieramy się na Powązki, porą wieczorową, niemal nocną. Cmentarz pełen jest migoczących świateł i wyłaniających się z niebytu ciemności sylwetek ludzkich, sunących alejkami bezszelestnie, niczym duchy.
Wyszukujemy i raczymy zniczami przypadkowe groby nieznanych, zapomnianych umarłych.

Ale gdzieś tam po cichu marzy mi się odstawienie Frumy Sary poprzez wyskoczenie zza ciemnego grobu z wrzaskiem UUAA! i wysłanie jakiegoś nieszczęśnika o słabym sercu bezpośrednio do babci i dziadka, których dzisiaj odwiedza.

wtorek, 12 października 2010

Księżniczki kontra księciowie

Wielka październikowa bitwa trwa:





W tym kraju jednak może być różowo.

piątek, 8 października 2010

Najdroższe światowe utyskiwania damsko-męskie





Although we obviously feel so f*ing sorry for you...



Za emisję półminutowego spotu podczas Super Bowl telewizja Fox żąda od 2 do 3 mln dolarów, więc to najdroższe utyskiwania świata...
Nawet Lis tyle nie zarabia :)

środa, 6 października 2010

Biatlon czyli biegi z odstrzałem

Podziwiam P. i jej bezzadyszkowe, superconstans - mimo rozlicznych zmian zawodników- uganianie się za płcią przeciwną, dla jasności męską. Ja jednak mam inna dynamikę, jestem jak ten astronauta, który wypełzł z okołokosmicznej kapsuły, wszystko u mnie leci w zwolnionym tempie. Chyba potrzebny mi jest jakiś nieruchawy inwalida, za którym – zakładam – nie trzeba się specjalnie uganiać, bo ma małą prędkość. Pomocna jak zwykle K. dokonuje przeglądu pacjentów, z którymi ma rehabilitację: – Czy ma tylko utykać, czy życzysz sobie jeszcze mniejszą prędkość? – pyta życzliwie. Śmiejemy się. Natomiast T. doradza mi, żebym pouczęszczała za swoim zmitrężonym wysiadywaniem przed monitorem kręgosłupem na rehabilitację w lutym i marcu, bo wtedy jest natłok narciarzy-połamańców, w większości młodych chłopców. Niestety ja wolę chodzić na ćwiczenia ze starymi dziadami, bo wtedy w celu zrobienia wrażenia wystarczy podnieść nogę do góry o 45 stopni. Nie tak, jak ci moi znajomi, którzy biegają, po Warszawie i nie tylko, męscy znajomi, co prawda, ale też można powiedzieć, że uganiają się za chłopami, choć ma to tylko aspekt wyścigowo ambicjonalny, przynajmniej nikt nic innego nie deklarował. Na razie.

piątek, 24 września 2010

Koniec bajki



Krzysztof dorósł i robi w biznesie. Jednak chłopięca wrażliwość nie pozwoliła mu na rozstanie z przyjaciółmi z dzieciństwa.

środa, 22 września 2010

Kanony literatury

Fajnie jest z uchodźcą rozmawiać o narodowych kanonach literatury, które my, Prawdziwi Polacy, znamy ze szkoły. Można dowiedzieć się np że:
Aliny zbierały maliny w chruśniaku leśmym, a Chocholy to biedni staropolscy wieśniacy – tak biedni, że nie stać ich było nawet na ubrania, więc obkładali się słomą ;)
Uhm, tak. A Walt Whitman to dziadek Wiliama Whartona.

niedziela, 19 września 2010

Emigracja ku paradise

J. tłumaczy mi jak się zostaje emigrantem. Najpierw trzeba w sobie wyhodować potrzebę ucieczki z własnego kraju – który nas ukształtował i wychował oraz oferuje wspaniałe pakiety socjalne i emerytalne (czyli nie u nas ;/). Potrzeba taka powoli rośnie, to powiększa się, to znów kurczy – wyjeżdża się wtedy, kiedy zalega na żołądku niczym zbyt obfity obiad nie do strawienia, niczym przenoszona ciąża bez szans na naturalny poród. Potrzebą tą człowiek się wypróżnia zaraz po przekroczeniu granicy. Kraj ucieczki wybiera się przypadkowo i pod wpływem impulsu (foldery, anegdoty znajomych, kinematografia) lub całkowicie świadomie, wertując tomy (lub raczej strony) historii i literatury danego kraju oraz sugerując się indywidualnym gustem plastycznym (design godła, kolory flagi, układ ulic w stolicy) oraz ostatecznie, czy chcą tam się uczyć języka, którym władamy.
Po tym monumentalnym wykładzie ze świadomego uchodźctwa zapytałam go na ile patetyczna obsesja na punkcie wlasnego ptaka wydysocjowala w kraj z orłem w godle*. Chyba się obraził. Wszyscy jesteśmy przywiązani do swoich przeintelektualizowanych przesłanek postępowania. Dla niego wyjazd był aktem odwagi i chyba szuka ludzi, którzy to udowodnią. Jeśli chciał prawdziwego aktu, to mógł jechać do Rosji i napić się z tubylcami nieoakcyzowanej wódki. Myślę, że podobał mu się ten mantyk ze spadającym rządowym samolotem.
Pociąg zwany pożądaniem.
Samolot zapełniony rządem.
A potem stopem do Polski.Hm.

piątek, 17 września 2010

Poema typograficzna

I know one who loves and parties
and has done so since his thirties

o, indeed :)


Social Life with friends ( kinetic typography)

czwartek, 16 września 2010

Wtopy randkowe: Zabójczy forehend

Cenię G. za to, że jest kolekcjonerem dziwów. W przeciwnym razie spotykałby się raczej z jakimś blond-długonogim wytworem masowej wyobraźni a zarazem photoshopa.
G. jest asem jakiejś lukratywnej dziedziny życia w rodzaju szeroko pojętego czegoś o trudnej do zapamiętania angielskiej nazwie ;), W związku z tym podlegam nieustannej indoktrynacji, uzurpacji i echolokacji:
- Dlaczego założyłaś trampki jak jakiś łachmyta? Przecież mówiłem, że zabieram cię do restauracji.
- Nie wzięłam cię na poważnie. Ostatnio oszczędzałeś pojąc mnie na okrągło wodą mineralną.
- A niby dlaczego nie? Ciągle żłopiesz kawę, która odwadnia i palisz, co wysusza skórę.
I tak kwadrans po kwadransie. Gejm, set, mecz. Nasze utarczki wizualizuję sobie jako grę w badmingtona – owszem, skosić przeciwnika, ale lotką możliwą do odebrania; niby zabójczą, ale też ulegającą nieprzewidywalnym falom zefirka.
Czasem jednak mam wrażenie, że w czasie, gdy ja gram z nim w badmingtona, on naparza we mnie piłkami tenistowymi z forehendu – a raz nawet była to piłka lekarska, ze względu jednak na małą sterowność - chybiona.
Jestem zmęczona jak po wuefie w podstawówce.
Wizja własnego Dana Drapera cieszy tylko na początku, potem szybko następuje chętka na Danie Drapaka.

piątek, 3 września 2010

czwartek, 26 sierpnia 2010

Najpiękniejszy ślub na świecie

Człowiek myśli że takie rzeczy są obecne tylko w bardzo, bardzo kiepskich wenezuelskich filmach, zrodzonych w czasie poobiednich snów scenarzysty cierpiącego na ciężką niestrawność. Ewentualnie w burleskach. Tymczasem okazuje się, że nie. Jako osoba czynnie uczestnicząca w recyklingu mulimedialnych materiałów ze ślubu i wesela koleżanki, po czym szukająca pokrewnych tagów na youtiubie znalazłam TO:

Tłuste syreny obleczone w worki z poliestru i zwoje szucznych włosów. Panna Młoda typu drag quer, wysadzana plastikowymi świecidłami niczym biurko dyrektora Jablonexu, zapewne też inkrustowana nimi w tyłek. Brylantynowany pan młody z bardzo czeskim zaczeskiem, a wszystko w scenerii drewnopodobnych paneli jakiejś sali gimnastycznej. Nie byłam tak przerażona od czasu oglądu ‘Gremlinów’ w głębokich i ciemnych czasach dzieciństwa.
Takie rzeczy się zdarzają.


piątek, 20 sierpnia 2010

Oda do sierpnia

Nadchodzi nie wiadomo skąd, jakoś pokątnie, wzbudzając wyrzuty sumienia, że zmarnowaliśmy połowę lata, a słońce nas ledwie ledwie liznęło, o czym świadczą ledwie ledwie widoczne zarysy dekoltu i rękawów od koszulki. Nadchodzi przynosząc melancholijną wizję złotej jesieni, pełnej dzieci, liści i kasztanów w parkach, do których nigdy się nie wybierzemy, bo to jesień z broszur reklamowych 3 filaru, podczas gdy ta realna oferuje nieledwie pakiet chłostania deszczem i wycia wiatru, przyprawiający o pragnienie zakupu kablówki i siedzenia w domu.
Nadchodzi jak zawsze z fasonem, obwieszczany w stolicy syrenami i flagami narodowymi. Paskudne ustrojstwo obwarowane potrzebą zakładania pulowerka popołudniami i o dniach kończących się przed godziną 20.
Sierpień.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Sierpniowe śluby

Mama Małego P. postanowiła wyjść za tatę Małego P. W tym celu ruszyły z kopyta przygotowania do zaślubin. W tym celu wykonuje się do mnie 20 telefonów dziennie, radząc się w kwestiach takich jak: zaproszenia, upięcie kokowego kołtuna oraz garderoba (podpunkt a: jak wykonać biust ze zmarszczeń – ciekawe, że zmarszczenia materiału w przeciwieństwie do zmarszczek ‘materiału’ w tym materiale są bardzo na fali), z pominięciem jednakże kwestii takich jak: makijaż, manikir oraz menu, w których się wielokrotnie nie specjalizuję. Jestem umęczona - połechotana jako ekspert, ale umęczona jako człowiek - obawiam się zresztą, że po wyeksploatowaniu mnie z inwencji i kreatywności zostanę porzucona jak szmaciana lalka

wtorek, 10 sierpnia 2010

Wyjątkowo tępy klient kontra mikroekspresja facjaty

Zastanawiam się jak Ewa Drzyzga, która z takim zrozumieniem przepytuje tych swoich językowo parchatych gości, potrafi to robić z tym sympatycznym wyrazem twarzy? Mój wyraz przypomina kapcio-twarz Toma Cruisa z Raportu Mniejszości, po tym, jak zapodaje sobie w nią kapcio-zastrzyk. Walczę by utrzymać ją w ryzach, walczę, by moje wargi nie nabrzmiały jawną pogardą, moje oczy nie kręciły młynków, a moje uszy nie zwinęły się w desperackiej próbie autozaczopowania się.
Naprawdę się staram.
Utrzymanie twarzy w formie niewzruszonej stagnacji – pracodawcy powinni robić takie turnusy rehabilitacyjne, albo choć dopłacać do akupunktury.
Choć zazwyczaj przyoblekam twarz w całun entuzjastycznego zainteresowania – im nudniejszy rozmówca, tym grubszy warstwa całunu. Tym razem poległam.


poniedziałek, 19 lipca 2010

Herod-Baba czyli o opiece społecznej

- Znowu przychodzi ta Herod-Baba – mówi moja zniesmaczona babcia. Ma na myśli swoją opiekunkę społeczną, osobę oczywiście od babci o dziesięciolecia młodszą, ale wyglądającą podobnie, na skutek palenia potwornej ilości papierosów. Herod-baba ma osobowość skonsolidowaną wokół prostych zaczynów takich jak Super Ekspres, serial Brzydula i działka rekreacyjna. Nic więcej w osobowości Herod-Baby nie fermentuje. Herod-Baba ma własny plan i przemyślenia, od których nic jej odwieźć nie zdoła– nawet wojna atomowa, a co dopiero sugestie czy prośby.
Herod-Baba przez trzy godziny potrafi wypalić 15 papierosów i uczynić atmosferę babcinej kuchni (bez wyciągu) atmosferą klubowo oszałamiającą.
Herod-Baba jest przedstawicielką Pomocy Społecznej, instytucji, którą mogłabym zacząć cenić, gdyby wszyscy jej członkowie lecieli samolotem na jakiś konwent seniorów i tenże samolot by spadł. Herod-Baba strasznie krzyczy, bo następna po babci jest inna babcia, która jest przygłucha. Herod-Baba podregulowała swoje decybele na górny poziom i naówczas pokrętło odpadło i nic już zmienić się nie da. Słychać aż na ulicy. Herod-Baba ma psa, który boi się głośnych dźwięków. Pies Herod-Baby umiera zapewne co dzień na tysiąc zawałów, czy ile tam Herod-Baba wypowiada dziennie kwestii.
Herod-Baba serwuje cukrzycowej babci ciastka oraz słodkie kakao. Prośby, by tego nie robić ignoruje, a w przypadku schowania kakao przynosi kakao własne. Poza tym Herod-Baba nigdy nie gotuje niczego, oprócz wody lub mleka, i nigdy nie sprawdza, co jest przydatnego w lodówce, ponieważ kakao w lodówce nie stoi.
Poza tym jest bez zarzutu.
Kochamy ją, nawet jeśli się tak niewdzięcznie wyzłośliwiamy.

Dzięki niej babcia ma kontakt z prasą codzienną. Informuje mnie na przykład ni z tego ni z owego:
- Weronikę aresztowali. – albo: - Ilona miała wypadek po pijaku. A ja wertuję w myślach wszystkie kuzynki i członków rodziny i nie wiem, o kim mowa, więc dzwonię zapytać mamy, która radzi, żebym raczej kupowała sobie „Party” lub „Show” (2 PLN) niż papierosy (9 PLN), bo to jednak mniej szkodliwe.

niedziela, 18 lipca 2010

Zaproszenie a deklaracja

Dotarło do mnie ostatecznie, że moja filozofia prozwiązkowa przycupniętej na krawędzi patelni kostki masła, która czeka na zaproszenie, żeby skoczyć i dać/ mieć możliwość coś dzięki temu upichcić, jakieś wspólne danie, jest absolutnie nie na te czasy. Kobiety dzisiaj – eksploatując metaforę masła - niezauważalnie rozlewają się po powierzchni patelni i zaczynają skwierczeć. Rozrzucają swoje kosmetyki w łazience, nie wiadomo kiedy odbierają telefony od zaplanowanych przyszłościowo teściowych albo zachodzą w ciążę.
Nikt dziś nie czeka na zaproszenia, co też mi przyszło do głowy? Ludzie, a zwłaszcza ludzie męscy, mylą Zaproszenie z Deklaracją. Rozumiem unikania deklaracji innych niż ta niepodległościowa, ale stosowanie zaproszeń jest po prostu miłym, komunikacyjnym gestem, raczej kurtuazyjnym ukłonem niż potknięciem na wybrukowanej kobiecymi potrzebami drodze do konsensusu.
„Chcę, żebyś została/ pojechała” zamiast : „Jadę. Jak chcesz możesz jechać/ zostać” co brzmi jednak bardziej jak: „Jadę, a jak se tam chcesz lub nie chcesz, to zrób se co chcesz, a w ogóle to gdzie ja postawiłem piwo? O tutaj jest. No więc jak se chcesz.” Nie wiem, gdzie oni się mają uczyć tej kurtuazji, ale nawet w najprymitywniejszych pornosach pan do pani zapodaje kwestię: „Wypnij się!” a nie: „Jak chcesz to możesz się ewentualnie(...)”. Jesteśmy pokoleniem jednostek tak WYMIENIALNYCH, że nie musimy okazywać komukolwiek jakichkolwiek szczególnych względów, skoro może w każdej chwili nawinąć nam się coś podobnego, co nie ma pretensji i oczekiwań rodem z XIX-wiecznego horroru, zwanego romansem.
Wnioski jak zwykle z mojego prywatnego akwenu.

czwartek, 15 lipca 2010

Lipcowe opady śniegu

Niby lipiec, a pada śnieg. Ocieplają osiedle i styropianowa pianka wpada wprost do filiżanki z kawą, gdy rano wychodzę powitać poranek. Czuję się trochę jak w studiu filmowym – z tym sztucznym śniegiem i obnażonymi, spoconymi tarzanami z budowlanki porozwieszanymi na linach na okolicznych blokach.

Moje lipcowe ciało zaczyna mnie nudzić. Ciągle się czegoś domaga - smarowania filtrami, spryskiwania mgiełkami, wieczornej obrony przed komarami, leczenia stóp po bieganiu w japonkach (tak ranić mogą tylko buty wynalezione przez okrutnych Japończyków)

Niektórym marzy się lato na morzem. Zabawy na piasku i świeżo wyciśnięte cytrusy.

czwartek, 8 lipca 2010

Pieprzykowo

Jak zwykle blada jak kartka papieru, mimo nieśmiałych prób uwiedzenia słońca, za to pieprzyki na ciele wyjątkowo bujnie rozrośnięte, pomnożone przez swoją wielokrotność. Rozważam możliwość letniego związku z niewidomym, który mógłby czytać mnie jak otwartą księgę – tak, brajlem....

poniedziałek, 5 lipca 2010

Synagogi na cztery nogi

No i zakończył się Festiwal Kultury Żydowskiej w Kraku.




Fragment Komiksu "Klezmerzy. Podboj wschodu"

Tak mi się skojarzyło, choć oczywiście na festiwalu byli raczej ci młodzi i weseli, a jeśli się trzęśli, to tylko z pobudek muzycznych :)

wtorek, 29 czerwca 2010

Piersiasta kampania



Jako niematka jestem w trudnej sytuacji razem z grupą kobiet, które nie mają czym wytłumaczyć pogorszenia stanu swojego biustu. Grawitacja bezwzględnie czyni swoją powinność. Urodziliśmy się w erze streczu, ale zmierzch młodości przyszło nam spędzać w czasach sterczu, niestety. Badania poczynione wśród okolicznych znajomych wskazują, że rówieśnicy męscy są fanami naturalizmu i absolutnie nie życzą sobie napełniania partnerek coraz bardziej dostępnymi na rynku medyczno-plastycznym prefabrykatami.
Kłamią jak z nut!. Wiedzą co należy powiedzieć, żeby na tych wszystkich kolacyjkach dostać deser i otwieracz do wina. Heh.

Myślę o wszystkich weselach, na których traciłam czas udając wiarę w cudze szczęście, zadzierzgniętę na nutce deklaracji w monogamię. W takiej scenografii, przyobleczonej w satynowo-atłasowe dekolty widać starcie wrogich drużyn: balony z mlekiem kontra balony wypełnione silikonem. Plus pewnie, jak ze statystyki wynika, jakieś biedne balony wypełnione nowotworem.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Po weekendzie czyli wyczerpane baterie

Jeden z tych wyczerpujących weekendów, po których człowiek patrzy na baterie Duracela i zastanawia się, gdzie je sobie wsadzić.




piątek, 11 czerwca 2010

Muzeum Fryderyka Hip-Chop Rubika

Wyspiański powiedział, że Chopin, gdyby żył, to by pił. Gdyby Szop zobaczył swoje muzeum na Tamce to na pewno poszedłby w tango, może nawet to mrożkowe (albo i to mroczkowe, kto go tam wie). Szmery-bajery dla młodzieży z prowincji. Duch Chopina nie jest niestety zachowany, co najwyżej jego spirit, i to tego żółteńkiego Chopina z okładki Przekroju, Chopina w dresiku, współczesnej emanacji Chopina strawnego dla internetowo uwrażliwionej dziatwy. Wychodzę i prawie wypadam z kapci, bo jakieś dziecko z piętrzącego się tłumu kolejkowiczów pyta czy stwierdza, bo nie dosłyszałam dokładnie, coś o muzeum rubika. Rzeczywiście, w razie czego można przebranżowić.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Wtopy randkowe: Kaprawa kolacja

Kolacja u R. Powinnam się cieszyć, że ktoś nie tylko nie zmusza mnie do stania przy garach, ale sam z siebie gotuje dla mnie. Ale na tym koniec miłych podniet. Kolacja nawet smaczna, ale na małym, niewygodnym stoliku, nad którym trzeba się pochylać ( może R nie musi dbać o potrzeby kręgosłupa, a także, najwyraźniej, możne jeść w każdej karkołomnej pozycji – ja jednak nie wiem, jak mam połknąć jakikolwiek kęs, skoro jestem tak sprasowana, że mam odciętą drogę do żołądka). Nie ma normalnych serwetek, takich miękkich, z wzorkami, tylko jakieś sztywne i szorskie, może to najnowszy design z Elle Decoration, kto wie, ale wolałabym tylko zetrzeć z twarzy tłustą plamę, a nie zedrzeć twarz do kości. I to światło. Jakaś potworna przemysłowa halogenówka powodująca krwawe poty. Nie jestem co prawda romantyczną pańcią, którą trzeba prażyć w świetle gromnic, ale tropikalnym żółwiem w terrarium też nie. Czuję się jak na przesłuchaniu, dyskretnie patrzę, czy przypadkiem nie prześwietla mnie toto ustrojstwo na wylot, jak rentgen. Niedomyty kieliszek w każdym razie prześwietliło, bo skąd niby wiedziałabym, że jest niedomyty? Dziubię więc swoje kapary, mając już pewność, że nie będzie z nas pary ;). Udaję pogodę ducha, bo nie chcę dręczyć biedaka podróżowaniem w rejony niewdzięczności. W końcu smaczne darmowe żarcie piechotą nie chodzi.
No dobrze, jeszcze dam mu szansę. Konserwacja, konsternacja. Nie, no, jak to szło...konwersacja – o to to. :) Nawet przy moich staraniach jego ezoteryczne monosylaby są jak ospałe dzieci w przedszkolu, w czasie leżakowania. Wyobrażam sobie siebie jak zdesperowaną przedszkolankę, która wszystkich morduje, po czym ucieka za granicę.
Może to skupienie na serwowanych potrawach powoduje zanik konwersatoryjnych zdolności? Nie ma się jednak czym przejmować: halogenówka utrzymuje stałą ciepłotę potraw, a także, dałabym głowę, po włożeniu torebki do szklanki z wodą, zrobiłaby nam herbatę.
Spróbuję kontynuować tą znajomość w jedyny możliwy sposób: odbierając raz na kilka dni jedzenie na wynos.



sobota, 5 czerwca 2010

Przez życie na pigułach

"Bigger stronger faster". Naprawdę chwacki film o sterydach - dla tych, którzy łykają tylko witaminy.
Tymczasem ja się w życiu nałykałam tyle witamin, że nie do końca się wyrozumiałam, czy za, czy przeciw...hm.



Zaś tak wygląda ulubiona zawartość mojej apteczki ;-):




Dana Wyse pills

piątek, 28 maja 2010

Czarna owca z samolotu

W pociągu na trasie stolica-inne duże miasto przychodzi również ten nieszczęsny moment, kiedy trzeba skorzystać z toalety. Nagle zza drzwi słyszę rozmowę, a im bardziej ją słyszę, tym bardziej nie chce mi się wierzyć w to, co słyszę: kobiecy głos z przekonaniem opowiada, jak to siostrze śniło się wczoraj, że wszyscy ze smoleńskiego samolotu poszli do nieba, tylko jedna osoba do piekła. Co zapoczątkowało niekończące się dyskusje, kłótnie, a nawet zakłady o to, kto też do tego piekła poszedł. Treści snu nikt w wątpliwość nie podaje, bo siostra ma w tej materii renomę. Pytanie tylko, kto jest czarną owcą. Nie wytrzymuję i wyglądam – pod drzwiami, z wypiekami na twarzy, stoi wtulona w komórkę zakonnica.
: D

poniedziałek, 24 maja 2010

Romans taty z urzędem

Mama się skarży, że tata notorycznie mitręży czas w internecie do 4 nad ranem. Tak więc z ciężkim sercem postanawiam w historii połączeń sprawdzić w czym rzecz. Jestem przygotowana na najgorsze. No i co? Tata w środku zuchwałych, namiętnych nocy bywa na stronie Urzędu Dzielnicy. Joj.

Rodzinna herbata

O 14 na ogrodowej herbatce mają pojawić się moi rodzice i W, którego chcę im przedstawić. Najpierw pada nerwowy deszczyk, potem rozmowa jakoś się nie klei, bo W. jest wyjątkowo stonowany a tata oklapnięty, ja biegam z tacą, więc to mama, Murzyn tego świata, bierze na kark ciężar animacji rozmowy tego szalonego kwartetu.
Rodzice. Widzę jak się starzeją, wypowiedzi już nie te, nie ma w nich pasji, życia, są za to umykające wyrazy, wyblakłe wspomnienia, zapomniane nazwiska, obumarłe idee. I życiowe resentymenty. Siedzę w ogródku i obserwuję zjawiska przyrodnicze wokół mnie – po deszczu ogród się zazielenia i pęcznieje, zaś rodzice na tym tle słabną, obumierają, przemijają.
W czystym poburzowym powietrzu widzę jakby wyraźniej ich zmarszczki, utkane w smutnie krzaczaste formy na tle zieleniejących w tle krzewów ogródkowych.
Herbata stygnie i zostawia brązowawy osad na wewnętrznych stronach filiżanek.

niedziela, 23 maja 2010

Obumierająca gwiazda

To już miesiąc jak poznaję W, najstarszego z panteonu moich obecnych znajomych.
W. jest z innej bajki, z planety ‘Jakoś przeżyłem własne życie’, dosyć odległej od planety ‘Na razie nie jestem jeszcze gotowa przeżyć własnego życia’, planety z innej galaktyki. On może i zbliża się Wielkiego Olbrzyma, obumierającej gwiazdy, ale mnie przyciąga grawitacja czarnej dziury, co ma gorsze rokowania.
Tymczasem P. w rozmowie telefonicznej mówi mi z emfazą o spotkaniach z A., o tym, że czuje się dla niego za malutka, o jego humorze, pasji, talencie. I znowu wspomina jak na początku była zafascynowana mną i o tym jak to przeszło. Oto jak przeżyć własną śmierć. Słyszę to nie pierwszy raz, właściwie mogłabym zrobić dłuższą listę podpisów pod tezą na to, że się przeterminowuję. Przyjaciele pozostający przyjaciółmi tylko dlatego, że ich już znamy do nagości, a nawet w prześwietleniach, ale z certyfikatem pewności, że nigdy przenigdy nie wykorzystamy tego przeciwko nim, bo taka już nasza natura; można wypłakać się nam na ramieniu i liczyć na wsparcie - ale na pewno nie na to, że przeżyjemy coś bardziej światowego i godnego pozazdroszczenia. Jestem ręcznikiem dla cudzych łez. Wchłaniam je, racjonalizuje, oczyszczam z soli i zwracam w butelce do wypicia w celu zapobieżenia odwodnieniu. Niezła fucha.

sobota, 22 maja 2010

Ku pomocy

W ramach pomocy Lego przygotowało tanie zestawy dla poszkodowanych dzieci powodzian:


Te dwuelementowe, ekspresowe do zmontowania zabawki będą dołączane do paczek, pełnych:
nieoznakowanych puszek ze zmodyfikowaną genetycznie
mielonką z usa,
pudełek ryżu, wyhodowanego na krwawicy dzielnych opozycjonistów z chin
oraz własnej produkcji ręczników i ściereczek. Howgh.

czwartek, 20 maja 2010

W kraju się powodzi



Biedny nasz kraj, kraj martyrologicznie przysposobiony do nieszczęść, tym razem nawiedziła powódź.
Jak co roku, worki nie wystarczyły, uh uh.



A jednak można. W każdych warunkach :)


A tu powódź w wersji glamour:

fot.eugenio recuenco

W razie czego wolelibyśmy tak.

poniedziałek, 17 maja 2010

Znikające mięso czyli jak zostać przymusowym wegetarianinem

Dom, który pamiętam z dzieciństwa – wielki dom rodziny Ł, w miarę mojego dorastania zmniejszał się i zmniejszał, topił jak lodowa rzeźba, perspektywicznie falował jak na filmach o nawiedzonych posiadłościach. Gdy przyjeżdżam teraz, efekt zmniejszania następuje jednorazowo i bardzo szybko – domek kurczy się i kurczy i wciska między inne domki, a nie wypiłam jeszcze kielonka! Nad głowami latają samoloty i nic wtedy nie słychać. Tata rodziny Ł pozwał za to miasto do sądu, czekamy aż wystąpi w programie ‘Uwaga’ ;).
Na grillu mnóstwo znajomych A. - cała wataha koleżanek z liceum, z mężami, ciążami i dziećmi. Dom rozbrzmiewa odgłosami dorosłych, dzieci, samolotów i psa. Następuje wymiana dóbr wszelakich, głównie akcesoriów dziecięcych. Akcesoria dziecięce piszczą, świszczą, deklamują i śpiewają piosenki. Jedyne, co mnie może ewentualnie zainteresować to dziecięca huśtawka.
– Do ilu kilogramów jest ta huśtawka? – pytam.
– Do 20 – K. lustruje mnie niepokojąco. – Więc niezależnie od tego, jak bardzo się okłamujesz...
Nie załapuję się na żadne mięso z grilla, bo jakoś nie mam instynktu myśliwego. Gospodarze nie mają w zwyczaju zbytecznego troszczenia się o wydelikaconych savoir-vivrem gości, żaden obecny na grillu facet też nie ma w zwyczaju kurtuazyjnego troszczenia się o nie swoje (a jak widzę nawet i swoje) kobiety. W tym towarzystwie każdy sam zdobywa własne mięso, czyha na nie jak lew na antylopę, obserwuje i rzuca się w odpowiednim momencie w celu spożycia - kosztem takich mięsnych sierotek jak ja. Docierają do mnie druzgocące braki w znajomości ramówki Animal Planet. Jem sałatki. Przybywają dodatkowi goście.
– Cześć – ziewam ku nim. – Macie dzieci?
– Nie – odpowiadają.
– Ach, może herbaty, wszechświat się rozszerza, Wig spadł o kolejne dwa punkty ( i etc) – ożywiam się, śpiewam i tańczę w ich kierunku. Naddatek energii – typowe u wegetarian ;)
A potem spada deszcz, straszliwa ulewa. Stłoczeni na tarasie obserwujemy jak pod ścianą wody znika dymiący grill i 5 grilów zapasowych, porozstawianych na ogródku niczym eksponaty Muzeum Grillownictwa, ponieważ na tą imprezę każdy zapobiegliwie przyjechał z własnym sprzętem. Mała stabilizacja.

poniedziałek, 10 maja 2010

Bezsenność majowa

W starciu z bezsennością człowiek jest jak marzec w bitwie z kwietniem, albo jak maj w walce z hiszpańskim konkwistadorem – może się nawet krwawo ofiarnie wypatroszyć, ale jest skazany na klęskę.
Jest taki moment, kiedy senność napływa, jest gęsta jak mgła, oblepiająca, nachalna i daję mi szansę, ale mam na to jakieś 30 sekund – wziąć i paść, albo zapomnieć i wypatrywać poranka, w oparach prawdziwej mgły. Jak spadochroniarz – jeśli w odpowiednim momencie pociągnie za rączkę, uwolni płachtę materiału i bezpiecznie wyląduje na zielonej jak kołdra z Ikei połaci traw.
Jeden moment, jedna szansa. Do wykonania, gdyby nie to, że jestem więźniem mieszczańskich konwenansów, takich jak: ząb umyć, włos wyszczotkować, soczewkowe pokrowce dioptryczne z oczów zdjąć, piżamę wdziać, pęcherz opróżnić. Moment mija bezpowrotnie, spadochroniarz spada korkociągiem w bezdenną otchłań zmęczenia.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...