poniedziałek, 8 grudnia 2014

Języka obcego uczymy się całe życie czyli z listy postanowień noworocznych




















The Open University proponuje 10 minutowych odcinków o historii języka angielskiego. Jest zabawnie i ujmująco. Zwłaszcza gdy dżentelmen z XVI wieku pokazuje na planszy kobiecego ciała gdzie, według niego, jest clitoris. Co zresztą i obecnie nie jest wiadome dla sporej ilości mężczyzn, niestety.



Na pewnym etapie długoletniej nauki języka obcego inwestuje się już tylko w zeszyt do zapisywania fancy i whimsical słówek, którymi mamy nadzieję olśnić rozmówców. Słówek, których następnie się nie używa, bo wszyscy inni nie-natywni, z którymi się stykamy konwersatoryjnie, poświęcili ten czas na utrwalenie spectacular zasad gramatycznych, które nas nudzą i kinky idiomów, które mamy gdzieś.

Co do Brytów i Hamerykanów to olśnić jest ich niezwykle trudno, jak że zasób słów mają nieporównywalnie większy niż nasz, obejmujący przeciętnie 2000. Ileż można udawać pozorowane upadki na ulicy, na skutek których, leżąc w omdlałej pozie, pytani czy wszystko OK, wymieniamy z zapałem nazwy organów, przysadek i rzadkich chorób, których się nauczyliśmy, by olśniewać. Również oglądanie w oryginale zagranicznych seriali kryminalnych i obycie z terminologią kryminalno-sądowniczą nie pomaga w prowadzeniu z Brytami olśniewających (ich) pogawędek.
Eh.


A teraz coś pożytecznego: dwa dziewczęcia - brytyjska i hamerykańska pokażą nam, w wielce pouczającym materiale edukacyjnym, różnice pronąsasyjne w wymowie tych samych słów. Bo nie wiem czy wiecie, a jeśli mówicie, że siedzicie w internecie to z brytyjskiego to pronansujecie, a po hamerykańsku powiedziałoby się, że w inernecie, bo między 'n' i 'e' nie wymawiamy 't'.
Takie buty, shoes.
Oczywiście pomogłoby mi bardziej gdyby Brytyjka pomalowała sobie podkładem szyję, bo ciężko mi (wizualnie przynajmniej) przyswajać wiedzę od kogoś, kto ma pomarańczową twarz i białą szyję. Nie to, że jestem jakaś przesądnie krytyczna, czy coś, ale czy tak trudno założyć szalik, scarf, jeśli człowieka nie stać na komplementarny make-uping?



Tymczasem:

"Na konferencji TED w Dubaju wieloletnia nauczycielka języka angielskiego Patricia Ryan stawia prowokujące pytanie: czy koncentracja świata na angielskim nie powstrzymuje rozpowszechniania wielkich idei w innych językach? (Przykład: co, jeśli Einstein musiałby zdać egzamin TOEFL?) Jest to pełna pasji obrona tłumaczenia i dzielenia się pomysłami." 
Tutaj można obejrzeć wykład [klik]

Cóż, jeśli Einstein faktycznie musiałby zdawać TOEFL, żeby w Stanach zadziałać naukowo, to możliwe, że my wszyscy musielibyśmy obecnie, these days, znać niemiecki i japoński, zamiast angielskiego, kto wie. A może i cyrylicę? To wie ktoś inny. A tak wystarczy, że umim użyć co-by-było-gdyby conditionala do przetłumaczenia tego zdania i daswidania, nieprawdaż.
I flow i chillout i gitara.

A to mi zrobiło dzień: Entero somewhere elso jako hiszpańska wersja zakazu. Może to mogłoby olśnić Hamerykanów: znajomość języka, którym w Stanach operuje połowa populacji, a mimo to nie jest nawet obowiązkowy.
 
















No to teraz krótka short inwentaryzacja nauki i kultury anglikańskiej czyli
How to be British by Martin Ford and Peter Legon 

Zaczynamy od nauki wymowy the:
Jak wzywać pomocy, help, żeby zainteresować Anglika:
Jak się ubierać do angielskich klubów (i faktycznie, kto był na wyspach, ten wie, że nawet w grudniu w sobotnie wieczory nie uświadczysz ubranej młodzieży. I w swym puchowym zakutaniu, okraszonym czapko-szalikiem, czujesz się tam jak sybiracki uciekinier, pff).
Jak umierała, wyparta przez nowoczesne technologie, słynna czerwona budka telefoniczna:
Kwintesencja brytyjskości: herbatka.





















 I typowe brytyjskie complaining:





















No to ten, w ramach noworocznych postanowień, których listę powoli należy zacząć kompletować, może dopiszemy szlify językowe? 
Żeby nie było tak:

 Oraz tak:
I jeszcze dowcipaski wysokiego lotu, of course.

Dziękuję za uwagę, thank you.

26 komentarzy:

  1. Iś bin niegramotnaja sawsiem, du ju biliw?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale po rusku pewnie wymiatasz, znaczy się gawarisz, a mienia tylko zawód, eh.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Sama pisałaś o 'mężczyźnie z efektownym akcentem', hm...
      Następnym razem przywieź mi irlandzki akcent w sprayu ;)

      Usuń
  3. Kiedyś zapytałam znajomych Anglików, kiedy używa się czasu 'future simple in the past'. Myślałam, że będę ich musiała reanimować... Nic nie umieją z gramatyki. No nic zupełnie... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he. Zapytaj mnie, co to jest imiesłów przymiotnikowy, albo co to jest zaimek i też będziesz musiała mnie reanimować. Albo weźmy naukowców od języka. Jak taki spec wytłumaczy, że w czasie przyszłym w narzędniku liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego występują jakieś tam końcówki po jakimś rdzeniu, to musiałbym to sobie najpierw zapisać, żeby wiedzieć, o czym on mówi.

      Usuń
    2. Rdzeń to wiem, że jest nuklearny i kręgowy, innych nie znam ;)
      No cóż, well, nigdy nie należy równać do tych co wiedzą bardziej mniej niż więcej.
      I idźcie się gdzie indziej reanimować ;)

      Usuń
  4. Chodziłem do polskiej szkoły, przeto mniemałem do dziś, że używam angielskiej odmiany angielskiego. Teraz już wiem, że słówko "labratory" wymawiam po amerykańsku, bo przyswoiłem je z filmu Hair (zagadka: z jakiej piosenki?) oraz z nazwy przesławnej instytucji JPL (zagadka: co to jest?). Inne słówka wymawiam rozmaicie. Dzięki temu pouczającemu postowi wiem już, że nie mówię ani po angielsku, ani po amerykańsku, tylko lokalnym Ove-english, wzbogaconym o rozmaite zgłoski i pozbawionym innych, czasem gramatyki. Właściwie, to nie mówię, bo nie mam z kim i po co.
    A już na pewno nie będę gadał z Amerykanami, którzy na wodę mówią ło-err!
    Ot, czasem napiszę sobie po polsku komentarz u sawantki (nie mylić z serwantką) w niebieskich pończochach i napiję się herbaty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Labratory to moja ulubiona psia rasa ;)
      A czego byś tam nie wymówił, to i tak zagranico każdy krajan pozna żeś Polakiem, bo mamy ten mięciutko świszczący akcent.
      Może to powinno być celem: nie ważne co mówić, ale tak, by w nas Słowian nie rozpoznali.

      Usuń
    2. Się obawiam, I'm afraid, że poznają nas po wystających kościach policzkowych (cheeks). Tak zostałam rozpoznana na dworcu Victoria (Victoria Station), nic tylko siedząc i czekając...
      Daremny trud (wishful thinking) ;-)

      Usuń
    3. Mnie ostatnio jak byłam w Wielkiej Brytanii wzięli za Szwedkę...

      Usuń
    4. Za moich czasów Szwedzi mieli jasne włosy ;)

      Usuń
    5. A za moich czasów Murzynki nie były blondynkami ;)
      Aga - how international!

      Usuń
  5. Co do labratorów, to rozumiem, sympatyczne są.

    A propos akcentu. Czy używanie tego słowa jako określenia rodzaju wymowy nie jest przypadkiem prymitywną kalką wyrazową z angielskiego? Przecież po polsku akcent to nacisk na sylabę. Nie jest to tak złe, jak "dedykowany" zasilacz do laptopa, ale mylące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, w bardziej zaawansowanych dysputach na ten temat staję się serwantką ;), zatem nie podejmuję się.
      Też nie jestem dumna ze stosowania kalek, ale humorystyczne 'zrobiłeś mi dzień' jest bardziej usprawiedliwialne niż 'jak znajdujesz ten dedykowany zasilacz do laptopa?'.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Kochana, pracuję w firmie, w której tak się do siebie zwracają ludzie:
      "kontrybuujemy" " "marketszery"
      Jestem zdegustowana i załamana słysząc...

      Usuń
    4. "Byleś był szczery robiąc marketszery" ;)
      Uh.

      Usuń
  6. Zrobilas mi dzien, ryli :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim aimem jest zrobienie tygodnia, ale dzięks ;)

      Usuń
  7. też byłam zdziwiona, kiedy kilka tygodni temu na zawodach zostałam zbesztana przez jakąś panienkę krzyczącą, że marszandzi na brifing. Kee?
    A filmiku z obiema paniami nie mogę obejrzeć. Przebolałabym maskę z podkładu, ale te ZĘBY,,! aż słyszę, jak chrzęszczą..!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, kochana, toż to standardy som:
      marszandzi na brifing, project managery na brainstorming w waiting roomie, waitressy do customersów, a hostesy w trakcie breaku mogą wskoczyć w dresy.
      Nie ograniczajmy się ;)

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna do czego pijesz...

      Ale przy odpowiednio bełkotliwej dykcji brzmi to jak polecenie napoczęcia produktu, alkoholowego np ;)

      Usuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...