czwartek, 18 grudnia 2014

Z wizytą na Zamku Królewskim w Warszawie czyli kurcgalopadyczna randka z Rembrandtem


Wiadomo, że gdy wyjeżdżamy do jakiegoś miasta na urlop, to na lokalne zabytki kultury rzucamy się jak szczerbaty na steki (w wersji wege: suchary ;). Ale czy w swoim własnym mieście potrafimy docenić przybytki przeszłości? Zameczki, pałace i kościoły?
Gdyby zapytać Warszawiaka, kiedy zwiedzał Zamek Królewski albo Krakowiankę, kiedyż ostatnio przechadzała się po Wawelu, to potrzeba by sporo cebulek do przeszczepów by uzupełnić ubytki w owłosieniu, powstałe po intensywnym drapaniu się po głowie, które często towarzyszy pamięciowym procesom myślowym.
Kiedy?
Kiedy ja ostatnio zwiedzałam Zamek Królewski? Dawno, drzewniej, nie wiem czy w ogóle miałam wtedy piersi. 

Dlaczego w ogóle miałabym mieć taką potrzebę powtórnie, jeśli widziałam autentyczne europejskie kompleksy zamkowe? Weźmy taki Palazio Real de Madrid. Uwierzcie, że do Pałacu Królewskiego w Madrycie należy założyć pieluchomajtki i grube, dresowe spodnie w ramach zabezpieczenia, bo w każdym oglądanym pomieszczeniu człowiek całą siłą woli skupia się tym, żeby się nie zesrać z wrażenia. 
Takie cuda, takie luksusy! 

Albo taki Wersal, gdzie mieszkały Ludwiki. Człowiek młody, jedzie tam wprost z blokowiska, gdzie sypiał na wersalce i Ludwikiem całe życie zmywał. Jak żyć, panie premierze? Jak nie popuścić? Jak się nie zatracić w tych złoceniach, odcieniach, welurach, piórach? Otóż bardzo łatwo, bo panowie strażnicy tylko przepychają z sali do sali te stłoczoną, zaślinioną ludzka masę. Tłum, który ciężkie Euro zapłacił myśląc, że będzie się mógł wślepiać do woli, fotki pstrykać na wieczną pamiątkę i jeszcze co zmacać, organoleptycznie uszczknąć, plując se w brodę, że dotychczas marzył o białych, skandynawskich loftach z industrialnymi sufitami i minimalistycznymi meblami.
Zapewniam, że każdy kto zobaczy inkrustowany drewnem różanym sekretarzyk z okuciami w formie inicjałów i lwimi nogami, zapragnie po powrocie kopnąć swoją ikejową szafeczkę w sklejkową dupę.

I potem do Zamku Królewskiego naszego, warszawskiego, po wojnie odbudowanego na podstawie zdjęć sprzed 1939 roku? Starając cię czuć wyrozumiałość dla okoliczności? Eee.

No ale skoro Zamek Królewski przez cały listopad uczynił zwiedzanie darmowym, a przy tym przylecieli znajomi z zagranicy, którzy nie widzieli, to czemu nie?
Zatem idziemy zwiedzać!















A właściwie biegniemy! Przez cały Zamek kurcgalopem. Sprinterskie trio: K. sadzi wielkie kroki, S. podąża za nim stylowym patatajem, a na końcu kuleję ja, jako że obcierają mnie nowe, drogie buciki. Panie pilnujące fukają na nas z niesmakiem, bo wyglądamy jakbyśmy szacunku nie mieli za grosz, tylko se joggingi uprawiali.
- Za godzinę mamy samolot! – tłumaczę.
No i  widzę panie ułagodzone, bo wiadomo: zamek stoi i stać będzie, a samolot to nie ma przebacz, jak się spóźnisz to odleci.
Szlachciankom z obrazów, które nie wiedzą co to samolot, a które śledzą naszą galopadę również z niejakim fochem na facjatach, wytłumaczę inną razą, jak będzie więcej czasu.


A biec nie jest łatwo.
Bo jak za darmo, to ściąga najgorsza dzicz, tłumy zaślinione, pałętające się, głośne, choć niskie. Czyli szkoły podstawowe i przedszkola. W liczbie, na oko, dwudziestu tysięcy. Jeśli widzieliście Jurrasic Park, a konkretnie scenę, w której bohaterowie pędzą przez sięgające do pasa sitowie, z grasującymi pomiędzy małymi, wrednymi, podgryzającymi zadki dinozaurzątkami, to jest właśnie tak.
Powyżej: to zupełnie jak tatuś i mamusia, wzrusz! 
Poniżej: słabe cycki na plafonie, pff


Ale nie ma przebacz, biegniemy, biegniemy!
Odsuwając łagodnie łany głów, nucąc pod nosem: „Idźiem przez zboże, we wsi Moskal stoi!”. Docieramy do  złoto-lustrzanej Sali Balowej, którą pewnie kojarzycie z telewizji, z albo i może osobiście (zależy jakich macie znajomych albo osiągnięcia) bo w tej sali dekoruje się zasłużonych dla narodu, przypinając medale, wygłaszając przemowy, dłonie ściskając, gratulując i transmitując.

Potem docieramy do końcowych sal ekspozycji, z gablotkami a potem obrazami.
Jest strasznie ciemno, światła punktowe jakieś niby, ale mi się kurza ślepota załącza.
- Czy dopadły mnie właśnie pierwsze objawy jaskry, czy tu jest tak ciemno z powodu, że w listopadzie zwiedzanie za darmo? – pytam panią pilnującą. – Oszczędzacie na oświetleniu, tak?
- No co też pani, tu tak zawsze! – odpowiada pani pilnująca. Oraz fuka, bo biegniemy. A że jest ciemno, to tak raczej w kółko. K. długimi krokami, S stylowym patatajem i ja jako ten Karusek z przetrąconym kopytkiem, do rzeźni bieżący, na końcu. A że to ostatnie sale, to pytamy, gdzie jest exit, bo mamy samolot!

Jednak pani pilnująca tarasuje własnym ciałem drzwi wyjściowe i woła dramatycznie, wskazując ominiętą salę:
- Tam jest Rembrandt!
Przystajemy, zacukani, zawstydzeni. Może dlatego tak tu ciemno, z szacunku dla Rembrandta, który, jak wiemy, nie malował pastelowo i radośnie. Cieszę się w związku z tym, że na Zamku nie ma Goi, wtedy pewnie nie dałoby rady bez noktowizora, bo ten to dopiero był mroczny gość. I zapewne projektant ekspozycji by to uwzględnił w kreacji scenografii, hm.
Robię zatem sesję przy Rembrandt'ach, sztuk portretowych dwie, męska i żeńska, oczywiście za grubą pleksą. No nie ma przebacz, czosnkiem nie nachuchasz, wąsów nie dorysujesz, organoleptycznie nic nie zmajstrujesz, pieść się z pleksą, amigo, eh.

Muszę wam jednak powiedzieć, że mimo wszystko jestem miło zaskoczona. Wiadomo, że to nie Palazio, ale daliśmy radę. Przedszkolakom też wybaczam rozliczność zaprawioną decybelami, trzeba je prowadzać w takie miejsca, zanim dorosną i wezmą kredyty na zakup Mebli Bodzio i gigantycznych plazm zamiast obrazów.

No i to nie tak, że ze znajomymi oglądałam autentyczne skarby narodowe. Raczej z autentycznymi skarbami narodowymi oglądałam zamek. Bo ci znajomi to nasza najbardziej rokująca młódź w wieku produkcyjnym i rozrodczym, której nieobecność jest ujmą na krajowym wzroście gospodarczym i zadaje straty przyszłym narodowym zasobom emerytalnym.
Czyli emigracja irlandzka. 




Wszystkie fotki z Zamku, nie z Palazio.
Ze względu na marną jakość zdjęć z przebieżki, musiałam się jednak  wspomóc fotkami z oficjalnej strony Zamku Królewskiego, gdzie oczywiście zainteresowani mogą też znaleźć opisy.

13 komentarzy:

  1. No popatrz pani! Prawie jakbym zwiedziła... Nie miałam okazji Zamku wizytować, choć mam ku temu pełne prawo moralne. Tatuś albowiem w latach wczesnych 70-tych przeznaczył w całości pokaźną premię na odbudowę tegoż. I potem o mało rozwodu nie było, bo Mamidło względem tatowej premii miało całkiem inne plany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie, choć listopad minął, masz pełne moralne prawo wizytować w ramach jakiejś promocyjnej wejściówki, co gorąco polecam.

      Usuń
  2. Wzięłaś mnie i zachęciłaś! Bo w warszawskim Zamku byłam tylko na wystawie darów Piaseckiej Johnson, gdzie w mroku snułam nitkę śliny po dekolcie oglądając oryginalne rysunki Leonarda i Botticellego.
    Pamiętam też (mimo,że lat minęło dwadzieścia parę) gigantyczne, pachnące bukiety w stylowych zamkowych wazonach. Ponoć co dzień dostarczano świeże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz niestety kwiata żywego nie uświadczysz, smutek.

      Usuń
  3. Co tam Rembrandt, a nawet Goya. Ciesz się, że Beksińskiego nie powiesili, bo wtedy nie tylko mroczność byłaby obowiązkowa, ale kto wie, czy na koniec zwiedzania nie nie chciałoby się palnąć sobie w łeb :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym ich jednak do jednego worka (czy zamku) nie wrzucała...
      A mrok być może z tego powodu, że światłość szkodzi na olejną cerę, hm.

      Usuń
  4. w Padwie z przyjaciółką zmuszone byłyśmy zwiedzić wystawę sztychów dzięki prawdopodobnie tej samej pani tylko pracującej wtedy w tamtejszym muzeum. byłyśmy z Conana i miałyśmy ochotę przemknąc obok sztychów (bynajmniej nie z niechęci), ale pani, jak Rejtan zagrodziła nam drogę i okazując delacrooixińską pierś rzekła - tu są sztychy! zwiesiłyśmy więc pokornie głowy i smętnie skręciłyśmy w stosowne okazane nam drzwi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że sztychy były warte powrotu, że to były prawdziwe szychy wśród sztychów ;)

      Osobiście w galeriach spotykam się z następującą formą podziału strażniczych funkcji: panie napominają i zawracają, a panowie krzyczą, żeby się cofnąć, bo za blisko.

      Usuń
  5. Zastanawiałam się, gdzie przepadłaś, teraz już wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mam się gdzieś zasiedzieć to wolę w zamku lub pałacu, wiadomo ;)

      Usuń
  6. Niedawno byłam na Zamku ale tylko na Sali Wielkiej, bo tam ciągle coś wręczają, a ja tłumaczę albo towarzyszę. Natomiast na prawdziwym zwiedzaniu nie byłam od bardzo dawna, więc tym bardziej żałuję, że tym razem przegapiłam darmowe zwiedzanie, ale dzięki Twoim zdjęciom czuję się, jakbym tam prawie była.
    Ściskam Cię świątecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale żeby dojść do 'sali wręczeniowej', musiałaś wszak przejść przez kilka innych pomieszczeń, co też się liczy, a nawet może więcej niż jeden kulawy sprint z dzieciarnią ;)

      Usuń
  7. Zamek Królewski, czyli jednak wiedzą, że jeszcze istnieje ktoś z krwi rodów królewskich.

    OdpowiedzUsuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...