wtorek, 14 lipca 2015

O letnim blogerstwie, nihilistycznym żuczku i pobycie w Hamptons

(Aron Wiesenfeld - Winter Cabin, 2011)

Doprawdyż za wiele czytałam o nowojorskim establishmencie, by kiedykolwiek aspiracyjnie zachcieć do tego towarzystwa należeć. Zarówno w pozycjach dawniejszych (jak np u Edith Wharton, którą bardzo polecam) jak i nowszych (choćby Candance Bushnell) wieje smutkiem, zimnem i pogardą do pseudokultury i pseudoemocji prawdziwego życia, takiego np za 1500 netto w kraju nad Wisłą, najprawdziwszego, wiadomo. Ale jedno mi się u nich podoba: te letnie domy w Hamptons. Każdy Nowojorczyk, który coś znaczy albo chce coś znaczyć w tym ichnim mrowisku, przenosi się na lato do Hamptons albo udaje, że jedzie w lecie do Hamptons. To nie tak, żebyśmy my tu w Europie nie mieli stosownych letnisk. Wiadomo: Lazurowe Wybrzeże jest, dacze na Krymie są, barcelońskie plaże i włoskie wyspy i Grecje a nawet hotel w Juracie i Międzyzdrojach też, prosz bardzo. Ale chodzi o to, że to wszystko daleko od każdego jednego stolicznego życia. A Hamptons jest godzinę drogi pociągiem ode Nowych Jorków i Waszyngtonów. Jest tak blisko, że można na luzaku zapomnieć kluczy i połowy gratów. Innymi słowy to jest mega strategiczne rozwiązanie, tylko o punkt niżej od teleportacji.

Co prawda gdybym ja była bardzo bogata to bym sobie letni dom postawiła za wysokim żywopłotem na terenie całorocznej posesji, 10 do 20 minut piechotą albo 5 minut małą cesną zaprzęgniętą w dwie Arabskie kobyły (taka ekscentryczna dorożka, a co). Gdyż albowiem gdybym była bardzo bogata to bym mieszkała w miejscu gdzie jest ciepło. I nie narzekałabym na upały na fejsbuku. Kupiłabym fejsbuka i zamykała konta wszystkim, którzy narzekają na upały (ale dawałabym bitcoiny wszystkim innym, którzy narzekają, że w zimie jest zimno).

Hm, no tak, ale o czym to ja chciałam?

Acha, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Znaczy się Hamptons odpada.

Na lato przeniosłam się na mojego letniego bloga. 

Dlatego mnie nie było. I o ile będę to raczej nieczęsto.

Nie ja pierwsza tak sobie obmyśliłam, że bloger na poziomie ma więcej niż jednego bloga. Na jednym pisze co ma do powiedzenia, na drugim prezentuje fotki, gdzie podróżował, na trzecim zdaje relacje z przebiegu macierzyństwa albo pracy zawodowej. Oprócz tego na Instagramie pokazuje co jadł na śniadanie i jak pomalował se dziś paznokcie, na fejsie rozdaje lajki i śledzi wydarzenia, na twiterze daje linki i pisze bon-moty (do 130 znaków, bo powyżej 130 znaków to są już bon-bon-moty). I to wszystko robi na płaszczącym się coraz bardziej zadku (jeśli jest bardziej retro) albo przebierając nogami z hybrydy do loftu (jeśli dysponuje aj-cosiami).

Bloger aspirujący aspiruje wszędzie, gromadzi, multiplikuje, trzyma rękę na pulsie, nie daje się wypchnąć z centrum wydarzeń, kurczowo trzyma się pępka wszechświata aby mu net ambicja nie dostała przepukliny. A czasem to nawet przemianowuje się na Jasona Hunta, mujeju.

Nie wiem jak wam, ale mnie to coraz bardziej brzmiało jak istne szaleństwo. W którym zapragnęłam przestać uczestniczyć. Stopniowo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wtedy okazało się, że umysł nie stymulowany nowoczesnymi technologiami, nie zapładnianym będąc net-interakcjami ze społecznościami, otóż umysł taki przestaje czuć imperatyw podzielenia się przemyśleniami i anegdotkami. Przestaje PRODUKOWAĆ SŁOWA. Przestaje czuć potrzebę inwentaryzowania cudzych obrazków. I zaczyna produkować własne zdjęcia. Eh.

W innym miejscu. Blogu na poły terapeutycznym gdyż ogrodniczym. Ogrodniczo-spacerowo-podróżniczym. 

Na którym zastanawiam się czy można wytępić w ogródku chwasty metodą siedzenia i patrzenia się na te chwasty dajmy na to. Na którym uczę się nazw roślin i że pecha mam nie tylko ja, ale i gleba i że od tego pH wiele zależy, np czy coś urośnie czy nie. Na którym poluję na muchy i pająki oraz a także obserwuję mieszkańców miasta, którzy zachowują się w sumie dość podobnie.  Nie, nie odbiło mi, po prostu nastąpiło przeciążenie materiału. Po tylu latach bezpłatnej produkcji lajfstajlowej, no kto by pomyślał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na razie nie jestem jeszcze w psychicznej gotowości do rzucenia w cholerę kompletnie wwwszystkiego, ale myślę, że jestem na dobrej drodze. Przynajmniej w lecie. Bo żeby tak w ogóle, ostatecznie,  to przydałaby się jakaś horendalna popijawa espresso w realu w rodzaju finisażu (jestem ze starej szkoły dzieci prlu, you know).

 

A TY BLOGERZE czy w lecie przeniosłeś się już na swojego letniego bloga? Czy ograniczyłeś siedzenie na zadzie w celu wślipiania się w monitor? Czy pomyślałeś ile rzeczy mógłbyś robić w zamian?

I tylko komci, komci żal, lalala.

ps. Zawsze możesz do mnie napisać mailem (jakieś słowa) i wtedy mogę nawet dać linka, ale (tak między nami), to nie warto specjalnie marnować wakacyjnego czasu na jakieś e-eko-pierdy. 

ZACHĘCAM  raczej do położenia się na trawie i godzinnej obserwacji żuczka, który z uporem maniaka wpróbuje wliźć na szczyt trawki. Na której czubku NIC NIE MA! Żeby następnie się spierdolić z powrotem na ziemię. Doprawdyż, takie obserwacje generują nowe perspektywy i przemyślenia, kim w istocie jesteśmy mieląc ciągle na tych blogach, ciągle i wciąż, od lat.

Jednak będzie coś.  

Inwentaryzacja dziewcząt na łonach przyrody.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Było by mi miło, gdybyście tak mnie sobie teraz wyobrażali, ah. Ale tak bardziej realnie rzecz biorąwszy to...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ukłony.

Spod trawnika.


14 komentarzy:

  1. No i uświadomiłaś mi, że bloger ze mnie jak z koziej d..y rajzentasza... Ech!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty jesteś bardziej kronikarką, a to inna, jedyna w swoim rodzaju liga.
      A co do koziej d. to owszem, może w wyjątkowych sytuacjach służyć jako rajzentasza dla przemytników, chyba że za dużo seriali wątpliwej konduity oglądnęłam, hm.

      Usuń
  2. Bloger na poziomie to ma vloga i trzepie tam tutoriale makupowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez sarkazmu w kierunku tutoriali mejkapowych proszę, gdyż dzięki nim się dowiedziałam jak w jedyne 20 minut namalować IDEALNE brwi, które przydają osobowości facjacie (albo horrendalnej zdziwki, jeśli nam rączka się wymsknie...)

      Anyway, bez kamery nie ma kariery.

      Usuń
  3. Hm. Wypaliłaś się? Wszystko ma swój koniec, kij nawet dwa, a proca trzy. Ale może jeszcze nie teraz, może to przejściowe. Chociaż nie wiem... Blogi żyją zwykle kilka lat. Może na Ciebie już czas...? Szkoda by było, Tak ładnie inwentaryzujesz i tak szlachetnie składasz słowa. Często obce. Dzięki Tobie poznałem słowo endometrium i długi czas zastanawiałem się, co to są fos-pasy, zanim zajarzyłem. Wróć do nas. Może na jesień, co?
    A na razie - inspirującego obcowania z żuczkami! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że poznałeś dzięki mnie dwa trudne słowa, w tym jedno z opóźnionym zapłonem jarzeniowym ;)
      Teraz wiem, że nie mogę odejść.
      Będę się pojawiać, by podczytywać cudze błyskotliwe obserwacje, skoro mi atroficznie własne nie skapują na klawiaturę.

      Usuń
  4. Bloger na poziomie? Ktoś widział?! :P
    PS. Proszę mi tu nie histeryzować, jeno inwentaryzować. Dalej i wciąż :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poziom sero-toniny w marynacie z estragonu chwilowo padł na pysk ale, panie poruczniku, nie wychodzimy z okopów! ;)

      Usuń
  5. Pani Popiołkowa, koniec świata!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że tylko ósmy dzień tygodnia...

      Usuń
  6. masz racje, i .... nic nie poradzimy:))))

    OdpowiedzUsuń
  7. Nic nie wiem o blogowaniu... ale o wypoczywaniu i owszem.

    kiss miła i uśmiechy posyłam

    OdpowiedzUsuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...