Wieczorem dopadł mnie tak senny zgon, że postanowiłam przed wieczorną sesją pracy obejrzeć sobie fragment filmu "Granice wytrzymałości" czyli hollywoodzkiej opowiastki o wyprawie ratunkowej w Himalaje (gdzie oczywiście 6 osób ginie, żeby uratować dziewczynę o wydatnych wargach plus cała ekipa ratunkowa w rytmie niepokojącej a zarazem pompatycznej muzyki zaiwania po górach nie tylko nasmarowana gliceryną ale też z butelkami nitrogliceryny, które tu i ówdzie wybuchają. Plus - gdybym o tym jeszcze nie wspomniała - niepokojąca a zarazem pompatyczna muza. Plus wybuchy. Plus sceny typu: jejku! znowu wisimy wszyscy na jednej linie nad przepaścią! (że też scenarzysta nie wisi z nami na samym końcu liny, bo byśmy go z czystym sumieniem odcieli!)
Ogólnie film ten tak mnie wnerwia, że naturalnie podnosi mi ciśnienie. Zastanawiam się, czy codziennie rano nie działałby lepiej od budzika.
Rzecz tak słaba i żałosna, że trudno o niej (sado-masochistycznie) nie wspomnieć.
Reklamówka Warszawy na Euro 2012. Dostałam linka zaraz po zamieszczeniu tego ustrojstwa na YouTubie, tak, że na bieżąco mogłam śledzić zapis reakcji w komentarzach, co okazało się bardzo, bardzo zabawne. Dawno się tak szczerze nie uśmiałam. W tym celu wrzucam oprócz linku kilka komentarzy, żeby w razie czego poprawić sobie humor.
Pod filmem na YouTube jest co prawda streszczenie (jeśli - jak głosi fama - scenariusz dzieła kosztował 200 tys., to streszczenie wyceniłabym przynajmniej na dwa tysie :) ale bardziej liczy się chyba głos ludu, nie tylko z Warszawy zresztą, a lud widzi historię o tem, jak zagraniczny seksualny predator oglądający przed hotelem swoje porannie wzniecone suspensoria (tak, tak, doceniamy to poczucie humoru realizatorów) rzuca się w pogoń za powiewającą włosami w stylu reklam szamponu Pantene dziewczyną, po czym następuje dużo eee tzw. par-kuku-kuru oraz skoków na źle usuniętych w postprodukcji linach na bardzo widoczne w kadrze materace.
Znowu przy pomocy 500 tys. budżetu i drogiego sprzętu powstało lepkie gówienko antypromocyjne.
Na szczęścia moje mięśnie brzucha (jeśli to w istocie mięśnie...) powiedziały mi co innego ;)
Voila:
Niesamowite jest to, jak szybko teraz każdy taki materiał jest nie tylko oceniany ale i popkulturowo mielony na wszelkie możliwe sposoby.
No i okazuje się, że nawet 'Warszawę 2012' można uratować, zmieniając jej tylko CIUT ścieżkę dźwiękową:
Efekt końcowy uważam za wielce zadowalający, chociaż nie wiem... może sympatia do Reksia i swojskość muzy Benny Hilla w kontekście joggingu pozbawia mnie obiektywizmu ;)
I wiśnia na torcie, Mas Głos wprost z YouTuba:
Jako Warszawianka przyznaję: tak, mamy tu skomplikowaną grę wstępną ( i jeszcze skomplikowańszą grę zstępną ;) i tak, też się dziwię, że tu mieszkam...;)
A biegać odechciało mi się już dawno, z erekcją czy bez...
... a na zdrowym, regenerującym pożywieniu w stylu afrobrokuła skończywszy.
ps. gdyby do tak pakowanych brokułów dodawano pozłacany łańcuch, to przynajmniej czarna część Ameryki nie miałaby więcej problemów z otyłością obywateli.A teraz przepraszam, muszę na stronę podnieść larum, bo to rasistowski wpis był przecież że.
Ostatnio przerzuciłam się z papierosów typu slim na zwykłe, czyli takie o średnicy przeciętnego długopisu. Za każdym razem, gdy kupuję papierosy X, ekspedientka pyta:
- Cienkie czy grube?
I muszę odpowiedzieć:
-Grube.
Ilość słów "grube", "grube", "grube", które wypowiadam w miesiącu wzrosła tak znacznie, iż zaczyna mi się wydawać, że utyłam.
Zgodnie z prawami boskimi oraz prawicowymi wymiany drobnoustrojów w niedzielę nie oferujemy.
Sunday, that's my day of rest... no zapewne, gdyby to nie był jakiś niepisany dzień niezapowiedzianych wizyt znajomych oraz całkiem zapowiedzianych inspekcji sanitarnych rodziców. I gdyby w pakiecie było trochę więcej 'sun'.
I jeszcze raz to-prawie-że-samo w wersji Chordettes, która do wykonania Earthy Kitt ma się, właściwie, jak niedziela do soboty (więcej pampampam ;).
Nogi latami łamałam na podrygach w rytmie funk i groove, ale tak, przyznaję, czasami nosi mnie i w te rejony muzyczne.
Mając za sobą ćwierćwiecze dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak czat. Nie była to przygoda przyjemna, choć niewątpliwie wyrazista. Potem było już lepiej, bo odkryłam, że w sieci można też znaleźć ludzi uszytych z materiału lepszego niż poliestrowa podszewka, choćby tych uzależnionych od czytania, prowadzących różne książkowo-recenzenckie blogi. Nadzieja wróciła, choć mój czas skurczył się znacznie, niczym wełniany szal po upraniu we wrzątku.
Tak czy siak to im dedykuję ten wpis plus trochę mniej praktycznych niż meblościanka lecz zapewne bardziej uroczych rozwiązań na okiełznanie swoich zbiorów:
Mały kramik, a w nim: misz-masz fos-pasów, od Sasa do USA, ad rem w fazie REM, kazamaty codzienności, merytoryczne peryferie, kulturowe perturbacje, psycho-socjo dywagacje.
Kopiowanie tekstów z tego bloga bez zgody i błogosławieństwa autorki podlega karze ustawowej, nieprzyjemnościom towarzyskim oraz ogniowi piekielnemu. I mean it!