niedziela, 26 maja 2013

O matkach, kwiatkach i poświęceniach oraz ciut florystycznej dekonstrukcji

Często myślę, że moja mama jest jak Korczak. Żaden przysłowiowy Korczak, tylko bardzo konkretnie historyczny Korczak Janusz. Prowadzi naszą rodzinę – czyli grupkę dzieci we mgle –  opiekuńczo i czule przez odmęty życia, wprost to piekarnika, skąd w niedzielne popołudnia wyciąga różne pyszności na rodzinny obiad.  Szlachetność zbiera pochwały i drży przy tym z zimna, jak powiedział ktoś mądry. I moja mama drży z tego zimna, najczęściej przy rozgrzanej kuchni, zlewie albo pralce. Zdaje się, że należy do pokolenia kobiet, które po prostu wliczyło to w koszty małżeństwa. Podczas gdy ja należę do pokolenia, które mogłoby ewentualnie wliczyć w koszta kociej łapy gotowe dania do mikrofali i pralnie samoobsługowe.
Bardzo życiow rzeźba Gustava Vigelanda w norweskim mieście  Kristiana. Zwłaszcza jeśli porównamy ją z przykładowym przedstawieniem pomnika 'ojcowego' - poniżej:
Wczoraj mama dzwoni do mnie i mówi, ze jest taka zmęczona, bo się nie wyspała, bo spać nie mogła, bo miała zły sen – o mnie....
- O moich finansach chyba? – doprecyzowuję.
... i jest taka zmęczona po tej bezsennej nocy, a tyle ma dziś do zrobienia, i jak ona to zrobi w stanie tego zmęczenia. A to wszystko moja wina jest, bo o mnie był ten sen, co ją obudził i już spać nie mogła....
- Może to po prostu podświadoma reakcja na  przewidywania umysłu,  że jestem kompletnie nieprzygotowana na dzisiejsze święto i nie nabyłam pakietu prezentowo-kwiatowego - mówię.
- No przecież ja od dawna wiem, że ty OLEWASZ takie okazje, niczego się nie spodziewam!
No to gites.
Kiedyś się starałam. Za kieszonkowe jeszcze kupowałam jakieś broszki, apaszki, ale nic się nie podobało. Nie trafiałam w gust rodzicielki, kulą w płot natomiast trafiałam zawsze. No to się trochę zniechęciłam, bo 26 maja to był zawsze dzień wymiany darów na pakiet grymasów, co było ciężkostrawne dla nas obu, a potem prezentowało swe lustrzane odbicie w Dzień Dziecka. Potem był jeszcze etap florystyczny, ale tu też nie mogłam trafić, bo lubię kwiaty, które mamie się nie podobają ani na jotę i jej nieprzyjemnie wanieją (jak np hiacynt). Pewnie mogłabym kupować klasyczne róże, ale nie cierpię róż. Co to w ogóle ma być, taki metrowy kolczasty patyk, zakończony małą główką, który wygląda bardziej jak groźba niż przejaw sympatii (no chyba że w liczbie bardzo mnogiej, co czyni koszta, które zwiędną po trzech dniach). 
Więc po etapie nieuzasadnionych fochów przyszedł etap jak najbardziej uzasadnionych fochów, a teraz jesteśmy już w okresie braku jakichkolwiek fochów oraz kwiatów i prezentów. Następuje ‘wszystkiego najlepszego’ plus cmok i przechodzimy do planu dnia powszedniego. Obawiam się, że kiedyś tego pożałuję i za – mam nadzieję –  jakieś 1500 lat, kiedy madre już obumrze, będę sobie odejmowała od ust, żeby jej na grobie położyć wiązankę z 50 róż, które 15 minut  po moim wyjściu z cmentarza, ukradnie jakiś szczyl. Trochę to niesamowite, że ludzie lekką ręką wydają 700 zł na wieńce pogrzebowe, chociaż za życia nigdy nie dawali sobie kwiatów.
Cóż. Kiedyś i ja miałam amanta, który przysyłał mi wielgachne bukiety róż do domu taksówką – ha. Ale on też nie żyje. Przemysł kwiatowy poniósł wielką stratę, nieprawdaż :I

A skoro o kwiatkach mowa to coś dekonstruktywistycznego


Exploded Flowers by Fong Qi Wei. Więcej  [tu]

No to zakończmy optymistycznym materiałem filmowym. Czyli Zdzisław Maklakiewicz w mistrzowskiej scenie hołdu matce ;)

Tiaaa.

(An a fejsie - jak wyhodować czterokolorową różę ;)

24 komentarze:

  1. Na to jest lekarstwo. Musisz zostać mamą i zobaczyć to wszystko z drugiej strony.
    Choleraż, jaka szkoda, że nie jestem facetem!
    Wnet bym Ci się oświadczyła z pękiem eustom lub kwiatów ogrodowych w dłoni, bo niestety, a może stety, ja róż nie trawię, podobnież. Jedyne to chyba kwiaty niestrawne. Tak jak i kolor żółty jest mi obrzydliwym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee, dla kwiatków raz w roku to mi się nie opłaca zostawać... ;)

      Na ścianach żółć też mi obrzydliwą jest - ale buty/torebki/kwiaty/sery w tym kolorze trawię dobrze.

      W kwestii zostania facetem, to nie jest aż takie skomplikowane, chyba nawet NFZ to refunduje. (Przyjrzę się temu wnikliwiej ;)

      Usuń
  2. Te wszystkie sztuczne twory pt. dzien czegostam sa wyjatkowo irytujace. Przez rok caly traktuje sie matke/kobiete/dziecko/bezdomne zwierzeta/srodowisko (niepotrzebne skreslic lub wpisac wlasciwe) jak piate kolo u wozu, jak mebel, czy mijane drzewo, a tego dnia robi sie powstanie i strasznie docenia. By dnia nastepnego, oczywiscie, wrocic do szarej rzeczywistosci i zapomniec.
    Nie lubie, ale dzwonie do mamuski i gratuluje, bo tak wypada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może panna traktujesz matki i kobiety jak 5 lub 6 koło u wozu na co dzień. Ale proszę nie generalizować.

      Ja do mojej Mamy dzwonię co tydzień.

      Ale to może tylko ja?

      Usuń
    2. Z tym dzwonieniem na pewno jesteś w dużej mniejszości, że tak wesoło to określę :)

      Usuń
    3. Nie wrzucałabym matki, bezdomnych zwierząt i środowiska do tego samego wora niepotrzebnych skreśleń, bo to jednak inna skala jest ;)

      Ja tam dzwonię często. Ale znam takich co nie dzwonią w ogóle, a nawet na święta do domu nie jeżdżą.

      Usuń
  3. ach, ach, uśmiechnęłam się ze zrozumieniem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kwiaty ode mnie nigdy nie były dość dobre. Co innego telewizor albo fotel z ikei od mojej siostry. Ano, tak bywa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiadomix - kwiaty z ikeją nie mogą stawać w konkury ;)
      Bywa.

      Usuń
  5. No tak ;-) Ja upiekłam ciasto ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mojej mamie za dobrze życzę, żeby coś upiec, hyhy.

      Usuń
  6. Oj, ciężki temat! W ostatnich latach też się Mamie nic nie podobało, czym obdarowana została. Dziś udałam, że nic mi o święcie nie wiadomo. Hurtowo zaliczymy wszystkie uroczystości mamine, gdy przybędzie Sister.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ech, chyba każdy kto ma Mamę, wie o czym piszesz :)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem życzę wszystkim zainteresowanym zdrowej i wesołej pacyfikacji mamuś :)

      Usuń
  8. Że się broszki nie podobały, to jeszcze mogę zrozumieć, ale kaprysić przy kwiatach... e, to już przegięcie. Wziąć, podziękować, ucałować, ucieszyć się, że dziecko nie zapomniało. To prosty scenariusz. I jedyny słuszny. Kondolencje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przyjmuję kondolencji bo koniec końców wychowałam mamę na typ tak niefochliwy, iż nawet podarunek z niczego nie wytrąca jej z równowagi ;)

      Usuń
  9. Hej, ja Was proszę- nie dołujcie IK! Po wtóre- blog to nie pamiętniczek.
    Swoją drogą przeraziło mnie trochu kilka wypowiedzi. Obyście nie byli głosem ogółu ;) Ja kocham. Mimo wszystko, a nie za coś :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja dostałam laurkę i "bukiet" dzikich kwiatków z korzeniami:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, jak z korzeniami to nie przeszkadzałoby nawet wręczanie do góry nogami ;)

      Usuń
  11. No cóż, pojechałam do Mamy na grób się pomodlić, nawet świeczki nie zapaliłam, bo nie wzięłam zapałek. Ale dzień Matki mam w sercu, bo wiele Jej zawdzięczam:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Och, z tymi prezentami to zawsze jest problem. Ja ograniczam się do dobrych kosmetyków (perfumy ze sklepu wolnocłowego zawsze w cenie. I to w niezłej cenie :))) ale te kupuję raz na rok. Na inne okazje muszą wystarczyć życzenia - urok emigracji.

    A kwiatki rozczłonkowane piękne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Perfumy dla madre z wolnocłówki to jak najbardziej dobry pomysł. O ile sama mam nie wybrać, grrr

      Usuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...