czwartek, 23 maja 2013

Vivat miseczki, kubeczki, termosy i SŁOIKI czyli domowe podsumowanie dekady w kwestii sprzętów kuchennych oraz neonów warszawskich


















Uwielbiam wszelkiej maści miseczki. Wszystko, co nie zostanie doszczęknie zjedzone, każdy kawałek ogóreczka i pół rzodkiewki, zostaje włożone do miseczki  i zaaplikowane w otwarte usta lodówki aby stać tam z oszczędności i nienawiści ku marnacji, aż pokryje się zamszowym nalotem i musi zostać wyrzucone z powodów zdrowotno zdroworozsądkowych.
Moja lodówka to trupiarnia, moja lodówka to prosektorium, moja lodówka to zimny kosz na śmieci.
Uwielbiam też spodeczki. Spodeczkami można przykryć miseczki. Spodeczki schodzą mi w ilości kilku sztuk w tygodniu zawsze kończąc w malowniczym rozprysku. Czasem spodeczek schodzi na złą drogę, w złym czasie i miejscu spodeczek się znajdzie i kończy jako popielniczka. Z tej drogi nie ma odwrotu... Kubki uwielbiam umiarkowanie i tylko dlatego, że nie da się parzyć herbat i ziół w miseczkach. Zioła i herbaty parzy się jednak pod spodeczkiem, choć znam takich, co zaparzają w termosie. Muszę nabyć termos z wkładem szklanym. Bo czynności notorycznego chodzenia do kuchni, gotowania wody i zaparzania zajmują mi pewnie 15 dni w roku, których to 15 dni w roku na pewno nie zajmuje mi zmywanie, jak głoszą reklamy skierowane do kobiet w pudle telewizora. Kiedyś byłam pionierką w noszeniu termosów, w czasach, gdy mieliśmy po dwadzieścia lat i nikt nie potrzebował w zimie termosa, tylko ja ;). Kiedyś zaparzałam też herbaty w zlewce laboratoryjnej i w ogóle lubiłam spożywać na laboratoryjnym szkle, przynoszonym z pracy przez moją mamę-naukowca w celach zbożnych, bo byłam niejadkiem, jeśli w grę nie wchodziło laboratoryjne szkło. Zlewka się w końcu zbiła i od tej pory herbata mi już nigdy tak nie smakowała, no i zresztą odeszły w zapomnienie te czasy, gdy herbatę doprawiało się połową cytryny oraz taką ilością cukru, że poziom glukozy wychodził nam uszami. Teraz pijam sobie lipę, pokrzywę i skrzyp. Oraz liście porzeczki, miętę i melisę. No i kawę, rzecz jasna. Morze kawy. O dziwo - w filiżance. Kropla w morzy potrzeb.

Teraz, po remoncie, zrobiłam w kuchni małe przemeblowanie. W odstawkę poszedł podręcznie umiejscowiony zestaw suszonych przypraw. Po co ma się kurzyć skoro ja nie przyprawiam. Już prędzej bym chyba rogi niż sałatkę. Dużym patelniom też mówimy won. Duża patelnia to dużo skrobania, a wizja skrobania skutkuje jadaniem poza domem. Tylko u Marii Czubaszek skutkuje wystąpieniem medialnym ;).


















No i zmierzamy wprost w objęcia słoików, które jak mi się wydawało zostały w celu przewożenia żywności już dawno zastąpione przez higienicznie nietłukące plastikowe pojemniki pet. Okazuje się jednak, że nie tylko, iż nadal funkcjonują słoiki w podróżach od-domowych i od-mamowych, ale też że działa w stolicy cała słoikowa społeczność, co wypłynęło z okazji rozwiązania konkursu na neon Warszawy (do którego to konkursu zachęcałam).
Poniżej linki, gdzież można poczytać o słoikowej siatce napływowej.

"Kim jest warszawski słoik? Wraca na weekend do zapadłej wioski albo w najlepszym wypadku do pięciotysięcznego miasteczka, nie płaci podatków w Warszawie, a w niedzielę wieczorem brzęka wstydliwie słoikami pełnymi jedzenia, przemykając po Białołęce. Teraz ma szansę stać się symbolem Warszawy."
Link do całości [.]

Wywiad z twórcami neonu, z których jeden też jest słoikiem [.]

Finałowa piątka neonowa [.]

Mam nadzieję, że ktoś się też w końcu zajmie opisywaniem pozostałych społeczności warszawskich: zlewek (dziewcząt źle prowadzących się), miseczek (dziewcząt z dużym biustem), spodeczków (wielbicieli konwentów s-f) i termosów (chłopców gorących i zakręconych). Hyhy.

To teraz, z dedykacją dla słoików, zaprezentujemy bogactwo spożywcze stolicznych sklepów. Doprawdyż nic nie trzeba przywozić od mamy!

 Miłego spożywania!



19 komentarzy:

  1. Hehe, pierogi ze spinaczem czy raczej ziemniaki

    są świetne, bo nie wiem, czy smaczne

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo... Moje wyrzuty, że nie mam czasu się odezwać do ziomkini wzrosły teraz już tak, że chyba się nie odezwę nigdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiem, od jakich pojemników cię nawyzywać ;)

      Usuń
  3. Ale w okolicznych sklepach trzeba za zakupy zapłacić, a od mamy jest za darmo, co niebagatelne jest w przypadku bycia studentem.
    Zawsze więcej zostanie na piwo i papierosy.

    Słoiki chyba będą zawsze, bo nie da się zapasteryzować dania ( np. gulaszu, czy bigosu)) w plastikowym pojemniku.
    Zawartość słoików poddana obróbce cieplnej długo zachowuje przydatność do spożycia, co sprawia, że nie trzeba za często do domu jeździć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty chyba byłaś mamą studenta ;)

      No cóż, zasadniczo się zgadzam, choć skoro można zagotować wodę w papierowej torebce (w warunkach survivalowych)...
      ;)

      Usuń
  4. Ale fajna żabka w słoiku mniam :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurosanty mnie powaliły! Cudne... A herbata ze zlewki faktycznie była najlepsza na świecie! Przez kilka lat takową pijałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ktoś wie, o czym mówię!

      Usuń
  6. Łeee, ja herbatę tylko z musztardówki, jak każdy. Pobite gary normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, teraz nawet w historycznych filmach o Westerplatte pijają w szklankach z Ikei... hm.

      Usuń
  7. Słoiki jako neon dla Warszawy to głupi pomysł. Oryginalny, owszem, ale głupi. Każdemu, kto zapyta, co to znaczy, będzie się tłumaczyło "wiesz, bo w Warszawie to mieszkają tacy ludzie, co żarcie wożą od mamy z małego miasteczka i to jest właśnie dzisiejsza Warszawa". Bez sensu. Gorsze niż wystawianie cepelii na międzynarodowych wystawach.

    Kupuj hamburgery z McDonalda i chowaj nadgryzione do lodówki. One podobno nigdy się nie psuja. Ciekaw jestem, czy to prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli widziałeś finałową piątkę - to nie było z czego wybierać (numer kierunkowy jako symbol Warszawy? seriously?) - jedynie słoiki dawały szansę na medialną nagłośnię, w imię zasady 'nieważne co, byle mówili'.

      A co do hamburgerów to zrobiono kiedyś eksperyment w szkolnym sklepiku, przestrajając go na kramik ze zdrową żywnością. Hamburger leżał na widoku obok zdrowej kanapki z zieleniną, która zszezła szybko, podczas gdy hamburger w ogóle. Nie wiadomo czy młodzież wyciągnęła odpowiednie wnioski...

      Usuń
  8. Hehehe:) Taki kurosant zagryziony spinaczem chyba ciężko strawny, co?:)))
    Swoją drogą w mojej lodówce też się panoszy jakieś naście bzdurnych miseczek :)
    Był jeszcze rak szyjki macicy w restauracyjnym menu:
    http://m.poznan.gazeta.pl/poznan/1,106517,13847907,Restauracja_przy_Starym_Rynku_miala_w_menu_raka_szyjki.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurosant zawsze ciężkostrawny niemożebnie (niemożabnie?).
      Miseczki to plaga!
      I nie takie menu już widziałam ;)

      Usuń
  9. A ja mam fioła na punkcie plastikowych pudełeczek, oczywiście wszelkie warzywa do mrożenia na zimę, część owoców, wszystko w pudełeczkach! Ze słoikami też masakra! każdy słoiczek mi się przyda, mam pełną piwnicę pustych słoiczków (pełnych coraz mniej;) i co kupię majonez, koncentrat, inne jakieś- słoiczki myję i magazynuję - bo a nuż się przyda?! eh... a "warszawskie słoiki" nie przypadły mi do gustu, nawet przy moim poczuciu humoru i maksimum zrozumienia i tolerancji, jakoś tak szyderczo mi się jawią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam - posiadanie piwnicy w zadziwiający sposób sprzyja gromadzeniu słoików (oraz wszystkiego innego ;).
      Co do neonów - jak wyżej.

      Usuń
    2. Posiadanie strychu też... Niestety.

      Usuń

No to cyk! Nie ma się co pieścić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...