piątek, 20 listopada 2015

Spóźnione wyznania o tym jak zostałam Entem, co powiedział lekarz i castingu na kochanka

Zatem moje dni w miesiącu październiku wyglądały tak, że pracowałam w przejmującym i urywającym dupę zimnie na dworze, dopóki po kilku godzinach nie traciłam czucia w stopach. Wówczas na czworakach albo ciągnąc ciało na samych łokciach (jak ci hamerykańscy weterani na filmach wojennych o Wietnamie) doczołgiwałam się do domu i wsadzałam stopy do miski z wrzątkiem. Kiedy w moim mózgu pojawiał się komunikat ‘podłączono nowe urządzenie: stopy’ to wracałam działać dalej. Następnie odmroziłam sobie w ten sam sposób dłonie, ale manewr z miską zadziałał inaczej: ręce mi popękały, przybrawszy brunatnosiną barwę. A ponieważ zajmowałam się np szlifowaniem drewna i się przy tym troszku oprószyłam, to zaczęłam przypominać Enta (to ten chodzący człowiek-drzewo z Władcy Pierścieni). A właściwie to Enta skrzyżowanego z mumią (ręce w bandażach). Zatem na Halloween to się nie musiałam specjalnie przebierać.

Żeby NIE OSZALEĆ podczas jesieni, podczas remontu oraz podczas trudnego okresu rzucania czekolady, postanowiłam wziąć sobie kochanka. Strasznie mi się to określenie podoba, bo podjeżdża mi literaturą kostiumową, a zwłaszcza de Lacsosem (‘hrabina wzięła sobie kochanka’). A właściwie to nawet kilku kochanków, bo w Unii wszystko musi być załatwiane uczciwie, na zasadzie uczciwego przetargu po sprawdzeniu ofert ;). Zatem zorganizowałam oficjalny casting do obsady musicalu ‘My fair lover’ (nie licząc uchodźców, wyposażonych w tradycyjne rekwizyty do dekapitacji ;), nie było jakoś tabunów chętnych. Wielu utalentowanych bambaryłów nie przyszło, gdyż się już obsadziło i umościło w przedstawieniach typu ‘Muszę wynieść śmieci, bo żona mnie zabije’ czy ‘Idę z dzieckiem na szczepienia’ albo ‘Moja korpokarma nie pozwala mi na takie ekscesy gdyż mamy deadlajny’ oraz najpopularniejszym ‘Dajcie mi wszyscy święty spokój’).
Ostatecznie na jesiennej scenie zostało dwóch kandydatów na tle remontu. Z jednym połączył mnie związek kulinarny a z drugim romans anorektyczny (o czym będzie kiedy indziej albo wcale).

Potem się okazało, że mi się nie zgadza bilans energetyczny przedsiębiorstwa Organizm Własny SA. Jako światowa kobieta przemyślałam sprawę przy pomocy second thoughts. I uznałam, że raczej sensowniej mieć jednego kochanka, jeden remont i nie rzucać czekolady. Albo kochanka i czekoladę albo czekoladę i remont. Remont bez czekolady i z dwoma kochankami na karku kończy się na Ojomie pod respiratorem.



Jak mi powiedział ostatnio podczas wizyty lekarz, sugerując, że za mało o siebie dbam:
- Młodo pani wygląda, ale ja tu mam przed sobą pani pesel!
Co za cham.
Jakież to przygnębiające, że w niektórych placówkach, jak przychodnie i urzędy, nie można udawać i odstawiać tej uroczej pantomimy dzieweczki zagubionej w okolicznościach dupy złego wilka, gdyż oni wszyscy mają przed sobą nasz pesel.

O czym niedawno przypomniał mi urodzinami listopad. 


Listopad nie jest fajny.
Nie wiem jak tam u was, ale u nas to prawdziwy skurwol i piździelec (a najgorsze, że NIE WIADOMO KIEDY minął aaa).
Remont jest zniechęcający, bo nie widać końca.
Czekolada jest niesmaczna (nie wiem z czego ją teraz robią, ale cokolwiek to jest nie leżało chyba nawet koło kakała ;)
Kochanek jest absorbujący w ten neurotyczny sposób, który opóźnia efekty remontu i wzmaga spożycie czekolady.
Wszystko wygląda całkowicie inaczej niż bym chciała.

A teraz fotografka Isabelle Wenzel opowie o tym jak wygląda moje życie, remont i listopad: 

















poniedziałek, 16 listopada 2015

O francy z Francji, postrzeganiu świata i jedzeniu świni

Ciekawe, że człowiek może spędzić weekend nie oglądawszy telewizji, nie posłuchawszy radia i nie nurkowawszy w internetach i się dopiero po czasie dowiedzieć, że wojna, co się toczy cichaczem już od jakiegoś czasu, przybrała nagle WTEM na krwawych symptomach. I to we Francji, co tym bardziej kłuje czułe serce panienki z dobrego domu (nauka francuskiego, gry na pianinie i pełnego zrozumienia dla poddania się w czasie drugiej wojny światowej w celu ocalenia zabytków).

Temat wynika w trakcie spotkania, na niwie towarzyskiej. Reakcje są różne. Zacukanie, niedowierzanie, smętne miny oraz jedna waleczna deklaracja, że ‘mógłbym teraz do wojska by dać Isisowi popalić’.
Ja osobiście mogłabym terrorystom pograć na pianinie, natenczas szybko i kolektywnie  palnęliby sobie w łeb, gdyż tego nie można, niestety, przeżyć. Druga propozycja z mojej strony obejmowałaby zostanie sexi hostessą w stroju francuskiej pokojówki i częstowanie wieprzowymi pierożkami. Pokojowo lecz podstępnie!

Tak, oczywiście to są haniebnie niestosowne rozważania. Jednakowoż nerwowy śmiech jest częstą reakcją na objawy horroru pustoszące naszą cywilizację przez kulturę, w której nadal obowiązuje przekonanie, że Ziemia jest płaska a niewierne ciało lepiej wygląda bez głowy.

Oczywiście zapalenie znicza pod ambasadą francuską jest gestem uroczym, zwłaszcza, że nam spore zapasy zostały po Święcie Zmarłych. Ale naiwne formułowanie myśli przez spikerów telewizyjnych w rodzaju ‘Zewsząd płyną gesty poparcia, NIESTETY nie pomaga to ukoić bólu rodzin po stracie najbliższych’. Oh, vraiment? No to FATALNIE. Muszę poszukać kanału na którym twierdzą, że jednak malowanie sobie facjaty we flagę francuską i wyświecanie świateł ukoi ten ból. Gdyż nie lubię jak się mię straszy, za to lubię jak mię się poklepuje po pleckach z czułym szeptem, że wszystko będzie dobrze.

Nie wiem czemu producenci wieprzowiny i alkoholu nie mogliby ugrać obecnie czegoś dla siebie. Interes życia w sosie z okoliczności dziejowych. Wszak gdybyśmy wszyscy zaczęli teraz spożywać więcej świniny popijanej procentami to byłby gest jednoznaczny. Kontestatorski. Protestancki?

Oczywiście bardzo mi przykro, droga Francjo, ale w ogóle mnie to nie dziwi.
Gdyż robisz to, co i cała Europa, a co można przedstawić słowami Paula Éluarda:

Il ne faut pas voir la réalité telle que je suis.
(Nie należy widzieć rzeczywistości takiej, jakim jestem)











Teraz będzie wiersz  Paula Éluarda
(tu można zerknąć na tłumaczenie na ang [klik] )

Adieu tristesse,
Bonjour tristesse.
Tu es inscrite dans les lignes du plafond.
Tu es inscrite dans les yeux que j’aime
Tu n’es pas tout à fait la misère,
Car les lèvres les plus pauvres te dénoncent
Par un sourire.

Bonjour tristesse.
Amour des corps aimables.
Puissance de l’amour
Dont l’amabilité surgit
Comme un monstre sans corps.
Tête désappointée.
Tristesse, beau visage.

sobota, 31 października 2015

O wyborach do konkursu czyli depiluj ręce, głosuj i jedz polskie jedzenie

Słodki październiku, zanim opowiem, co u mnie słychać i zanim się pożegnamy, muszę ci podziękować, żeś nam, społeczeństwu oraz obywatelom, zafundował takie wstrząsające różnymi partiami duszy rozrywki. 
Jak Konkurs Chopinowski i wybory parlamentarne.




Konkurs wygrał niepozorny Koreańczyk (wyglądający jak mała Chinka, gdyż jeszcze nie opakowany marketingowo). Siąpiło mi z oczu jak grał finałowego mazurka. Tymi sprawnymi, zwinnymi, gładkimi paluszkami tak przebierał po tych klawiszach, że mujeju, jak tu nie chlipać? Wcześniej widziałam występy innych uczestników grających Chopina i czasem TO BYŁO STRASZNE. Spod mankietów wystawały niektórym takie futra, kłaki takie czarne na ręcach mieli, że nie szło na to patrzeć. Doprawdyż jury w trakcie selekcji powinno rozważyć wprowadzenie obowiązku depilacji dłoni. Gdyż ja kcem płakać z powodów artystycznych a nie ze strachu i przerażenia, że przebrany we frak niedźwiedź (zoom na ręce) wylnieje na klawisze. 


Było wiele pianistek w sukniach bez ramion i JA SIĘ PYTAM: czy im futro spode pach wystawało? W sumie trudno powiedzieć, bo ręce trzymały opuszczone, ale możemy chyba założyć, że nie. Owo minimum estetyki, elegancji i szacunku dla kosmetyki powinno obowiązywać obydwie płcie! W końcu to Konkurs Chopinowski a nie jakiś obóz przetrwania na Alasce. 
Chociaż... zaczynam trochę rozumieć....
Ale najbardziej to jednak przypomina azjatycki obóz pracy dla ciężko utalentowanych muzycznie dzieci.





Tymczasem gładki Koreańczyk skromnie zapowiedział, że nie planuje już brać udziału w żadnych innych konkursach, bo po co. A na pytanie co robił przed najważniejszym występem konkursowym odpowiedział, iż był wypoczął i zjadł polskie jedzenie. Specjaliści w studiu wypowiadali się ze znawstwem, że ludzie pochodzący z Azji mają duży dar koncentracji i mądrze nad tym pracują i takie tam. Ja cenię u Azjatów nienaganne maniery. Oczywiście gdyby zwycięzca DOPRECYZOWAŁ, że najadł się bigosu i kremówek, to znowu bym zapłakała i to nawet rzewniej, ale młody jest, to się jeszcze nauczy jak wzruszać nawet bez bębnienia w klawisze.



...............................................................................


Co do wyborów to zawsze biorę udział, a owszem. Nie głosuję na spis treści. Nie to, żebym nie miała ochoty, ale skoro mi telewizor i radio przez miesiąc powtarzały w reklamówkach za państwowe pieniądze żeby nie głosować na spis treści, to pomyślałam, że niech już stracę te cenne minuty i kalorie w celu przerzucenia kilku kartek.


Brałam już w wyborach udział jako członek komisji. W końcu nocny ze mnie marek a i inwentaryzować lubię, zatem między kadencjami mogę (głosy) liczyć ku chwale ojczyzny. To znaczy ojczyzna może na mnie liczyć za drobne kieszonkowe. Oraz za nowe doświadczenia z dziedziny antropologicznie socjologicznej, gdyż w komisjach przekrój ludzki jest znacznie zróżnicowany. Wiek, wzrost, uroda, poziom wykształcenia a nawet zapachy własne są bardzo... różne. W komisjach napotkałam nawet starego blogera a nawet nawet młodzieńca, po którego przyszła mama, gdyż następnego dnia musiał iść do szkoły (uspokajam, że miał więcej niż 6 lat ;). Najciekawsze są jednak stare wygi komisyjne, tj. kobiety typu urzędniczki, tak zniszczone, opuchnięte, fatalnie pomalowane oraz skołtunione na głowie melanżem trwałej i pasemek, że moim ciałem wstrząsały falami dreszcze grozy. Ach, oto sól ziemi, tej ziemii, lastrykowej posadzki w szkole zawodowej lub przedszkolu, na posłaniu z miękkich kart nieważnych głosów, pod mrugającą jarzeniówką, o drugiej nad ranem. 
Ah, oto oblicze demokracji.


Ale czuję, że czas na następny etap: w kolejnych wyborach chcę być mężem zaufania. No bo wiecie, że ci smutni, poważni panowie (i panie), którzy w trakcie krzyżykowania łypali wam przez ramię, czy nie dopisujecie przypadkiem do listy senatorów Króla Juliana (to stały repertuar  młodzieżowego elektoratu) to mężowie zaufania. Oczywiście jako stara panna... to jest, jak jej tam, singielka, wolałabym być żoną zaufania albo ostatecznie zaufaną żoną. Ale i tak na tym nie stracę. Gdyż np na pytanie:
- Czy ma pani męża?
Będę mogła odpowiedzieć:
-Phi, sama ostatnio byłam mężem!


Zatem członek albo mąż, gdyż polityka to męska rzecz. Mimo, iż w tym roku wyjątkowo obstalowana paniami. Po nieudanym eksperymencie z ogórkową, postawiono na dojrzalsze i solidniejsze materiały do skrojenia kandydatek. Rozczuliły mnie te przemyślane dodatki: np liderka lewicy występująca w warkoczu, albo rumiane rumieńce ex pani premier (sugerujące żywotność i zaangażowanie) w połączeniu z  bladą cerą (gabinetowe przepracowanie).
















Najlepszą wyborczą tartinkę zostawiłam na koniec. Przed lokalem wyborczym, na papierosie, spotkałam wyborczą dziewicę. Chłopak przystojny, zadbany, apetyczny i stylowy wyznał mi na pogawędce, że pierwszy raz w życiu ever przyszedł zagłosować.
- To ile ty masz lat? – zapytałam zdumiona, bo coś mi się nie zgadzało.
- Trzydzieści dwa.
Więc nawet nie musiałam pytać na kogo.


Ale znajomy niejako bloger Ove u jeszcze bardziej znajomej blogerki Newy zapodał w komciu koreczek nadziewany dykteryjką  z internetu o blokersie, który na wyborach pobrał kartę a potem oddał mamie, żeby prawidłowo zagłosowała. Bo mama to mama, wiadomo. O mujeju, co za wzrusz, znowu chyba zacznę chlipać.

Tak oto mnie te wątki muzyczne i polityczne odwodniły nieco w uciekającym miesiącu.

Zatem zinwentaryzujemy trochę muzyki  i wyborów.

Najsamwpierw ;) w trzech obrazkach podsumujemy sytuację kulturalno-geopolityczną, która wstrząsała nami tej jesieni. 
Ta-dam:



Kultura wysoka, społeczeństwo, uchodźcy, no wiadomo ;)

A teraz na szybko o wyborach. 
Odpowiedniego INSTRUMENTU:
warto kliknąć, powiększyć i zdecydować w co dąć ;)





 








Do usłyszenia w listopadzie.

poniedziałek, 5 października 2015

O kulinarnych frustracjach. Jak się spłakałam ze wzruszenia oglądając filmy o gotowaniu na YT

Wiadomo, że gdy jadamy sami, w gotowanie i stołowanie się wkładamy mniej standardów europejskich. Ja tam np nie nabłyszczam talerza i nie owijam sztućców serwetką udrapowaną w fantazyjnego łabądka. Nie podchodzę do gara by czule umieścić w nim pora i selera, tylko rzucam nimi z drugiego końca kuchni, patelnią osłaniając się przed deszczem wrzątku. Czasem chybiam i seler rykoszetem trafia mnie w łeb, a potem wpada do kosza na śmieci, takie tam. 

No ale jak przychodzą goście to tip-top, trala-lala, proszę wyciągnąć łabądkowi widelec z tyłka a nóż z dzioba i wsuwać żarło, a nie przeglądać się w talerzu. 
(Chyba że to sąsiedzi albo blogerzy, to eee) 

Na jesieni kryzys estetyki w kulinariach wzrasta. Już któryś sezon próbuję z godnością zrobić placki dyniowe i za każdym razem kuchnia wygląda potem jakby się w niej odbyła jakaś lubieżna orgia, zakończona następnie rzezią dyniowatych. Gdy potem na straganie zieleniaka widzę dorodną dynię mam ochotę od razu sprzedać jej kopa.



I doprawdyż, jak ktoś mi stoi w kuchni nad głową to się wiję jak węgorz przygwożdżony do posadzki himalajskim bucikiem z kolcami.
















Prawdopodobnie dlatego oglądając niektóre z poniższych filmików zawyłam z uciechy.
To cudownie stwierdzić, że nie jest się w swoich zmaganiach osamotnionym!I że niektórzy dają tej frustracji daleko dalszy upust.
Co prawda marnacji jedzenia nie pochwalam, ale tym razem zrobię wyjątek. 
Na początek tutorial w materii zmiękczania karkówki. A potem...well.






Oczywiście to internetowa masówka a nie trawestacyjne korepetycje z Monthy Pythona, więc efekt oglądania jest taki, że za pierwszym razem filmy nas cieszą, a potem się już tylko z tego powodu wstydzimy.

Czy ja nie powinnam pisać więcej o jedzeniu? Czy tu jest na to jakiś target? Bo kiedyś jednak obchodziłam np Mięsne piątki

No koniec przykład cudownego projektu samoobsługowego keczupa, powstałego w ramach europejskich dotacji na wspieranie polskiej myśli techniczej ;)









No to smacznego!

wtorek, 29 września 2015

Melanchujnia jesienna a księżyc biało-czerwony


Stephen Criscolo
Kiedy się w takie noce zimne, wrześniowe jak wczorajsza albo przedwczorajsza chodzi na spacery, to depresja człowiecza dostaje dotację i zaczyna stawiać solidną podmurówkę przyszłej siedziby. Pałacu Zimowego. Człowiek czuje się taki samotny i nieistotny. Oczywiście, czerwony księżyc przydaje naszej melanchujnii nieco stylu. Oczywiście w łóżku czeka na nasz powrót rozgrzany termofor w kształcie pingwina (nawet nie pytajcie ;).W ciepłe, letnie noce nigdy się nie odczuwa takich przykrotek, złe mary nie wyskakują zza rogu pokrytej rosą i mgłą ulicy. W ciepłe, letnie noce człowiek, niezależnie od wieku i sytuacji czuje, że ma przed sobą przyszłość. Przyszłość! Gdy wszystko może się zdarzyć. Na pewno jednak nie ośmiomiesięczny dół klimatyczny, na który rynek zareagował wypuszczając Prognostil (autentyk, w tabletkach ;)
Tęsknię za wami, letnie noce. Może zamiast w zimie sypać solą powinno się  rozpylać podgrzane w mikrofali pyłki bzów i jasminów? Żeby nas chemicznie oszukać, żebyśmy w jakimś pionie psychicznym dotrwali do wiosny, nie próbując się zabić przedawkowaniem Prognostilu (mam nadzieję, że ten produkt placement nie jest zbyt nachalny, hyhyhy).






















Żal mi dawno odprawionego kochanka, który mi na dobranoc opowiadał bajki o kosmosie. To nie były prawdziwe bajki, raczej straszne historie o nieubłaganych prawach fizyki, statystyczne dane o miliardach gwiazd. Ale kontrastowała z nimi ta kojąca świadomość, że na jednej z planet, na drobnym kontynencie leżę w rozciągniętym na łóżku prześcieradle niczym w ogonie pędzącej komety. W kapsule cudzych uczuć. A złowrogie, ciemne niebo nie spadnie na mnie nieubłaganie ale powita mnie rano różowo-niebieską jutrzenką.

Tej nocy, gdy księżyc pokrył się rumieńcem, rozpaliłam ognisko. Gdyby mi tak dupa nie odmarzała czułabym się wielce romantycznie, niczym druidka, tańcząca wokół płomieni. Druidka z zapalniczką i butelką denaturatu w ręku, bo ogień trzeba umieć podtrzymać.

Michał Karcz
Dotrwałam do rana w stanie bladości i opuchnięcia podobna do księżyca. Już białego, płaskiego, który będzie nam towarzyszył co miesiąc. Żegnaj, krwawy księżycu.

„Księżyc. Cudowny księżyc. Pełny, tłusty, czerwonawy, noc jasna jak dzień i poświata, z którą spływa na ziemię radość, och, jaka radość. Radość i gromki zew tropikalnej nocy, łagodny, jednocześnie dziki ryk wiatru szalejącego we włosach na ręku, głuche zawodzenie światła gwiazd, zgrzytliwy krzyk migotliwie skrzącej się wody.”
‘Darkly dreaming Dexter’ Jeff Lindsay
Rano, nieprzytomna, zasiadam ze śniadaniem przed telewizorem. Nie powinnam tego robić! W ogóle tego nie robię, ale tym razem chcę, żeby mi jeszcze raz pokazali ten księżyc. W studiu Pytania na śniadanie chłopak z Centrum Kopernika nie może zabrać głosu zagłuszany przez panią astrolog, która pierdzieli o tym, że czasy tera niespokojne przez ten księżyc czerwony i uchodźcy uchodzą też przez ten księżyc, jak pływy. Pani astrolog, taka od kart i wróżb, występuje w roli eksperta i nikt się nie śmieje. Zaraz potem na kanapie siada pani z pięcioma kotami, których wygląd i gatunek oryginalny jest, bo powstał przez krzyżówkę z bobrami. Albo oposami. Nie pamiętam, bo się popłakałam.
Czuję ideologiczną i cywilizacyjną rozpacz. 
Księżyc był czerwony a rozpacz jest czarna.




„Och, ten tłusty, ten wesoło rozgadany księżyc. Ileż miał do powiedzenia. I chociaż ja próbowałem mu powiedzieć, że wybrał nieodpowiednią porę, że jest za wcześnie, że mam na głowie wiele innych rzeczy, rzeczy naprawdę ważnych, on znajdował argumenty dosłownie na wszystko. Dlatego mimo, że wykłócałem się z nim przez cały kwadrans, tak naprawdę nie miałem żadnych szans.” 
‘Darkly dreaming Dexter’ Jeff Lindsay
 

Przy okazji – odkąd mam w sypialni (również) lampkę z czerwoną żarówką (w świetle której zawsze wygląda się rewelacyjnie i tak zmysłowo ;) mniemam, że gdyby więcej kobiet było astronautkami to wybrały by na czas lądowania na księżycu taką kolorystyczną okoliczność jak przedwczoraj. 








































Teraz trochę inwentaryzacji nocnego nieba dla tych, których kosmiczne zjawiska nie pobudzają.





Na koniec kosmiczne odległości oraz ponadgalaktyczne inwektywy ;):


A tutaj, przypominam, można obejrzeć dwa fajne filmidła z księżycem w roli głównej 
 

wtorek, 22 września 2015

Dzisiaj uczniem, jutro korpowyrobnikiem. Spec od autorytetów w szkolnictwie oraz inwentaryzacja szkolnej tablicy.

Co poniektórzy (dzieciaci)  trzydziestolatkowie otworzyli właśnie nowy rozdział interpretacyjny września. SZKOLNY.

Np moje rówieśniczki w tym roku szkolnym podzieliły się na dwie grupy: jedne szybko i asertywnie załatwiły szkolne odroczenie swoim sześciolatkom. Druga grupa powiedziała sobie dziarsko "Oj tam oj tam" i teraz spędza wieczory pełne krwi, łez i bezglutenowych chrupków nad hektarami szlaczków i ćwiczeń domowych (relacje z pierwszej, pokrytej odciskami, ręki!)

Mamy dopiero połowę pierwszego miesiąca, a już można zwiędnąć z wysiłku by edukacyjnie pociechę swą ustabilizować, doprawiwszy ją jeszcze zajęciami pozaszkolnymi w rodzaju dżuda, zuchów, chóru i języków obcych. Bez opanowanego jeszcze alfabetu. Tymczasem (jak powiedziało mi radio) w gimnazjach  i liceach rocznie odbywają się ponoć 4 godziny zajęć, zwanych szumnie 'doradztwem zawodowym', co może, ale raczej nie naprawi sytuacji pokolenia, które będzie nam musiało zafundować te symboliczne 300 zł emerytury na łebka.
Niestety brak zajęć w rodzaju:
- 'Jak nie oszaleć w korporacyjnych kazamatach',
- 'Jak przeżyć życie na umowie o dzieło' czy
- 'Plusy dodatnie czterdziestoletniej hipoteki - pokoloruj szlaczek'.

Chwilowo opuszczam wzrok ode nieboskłonu (kolejny superksiężyc 28 IX nad ranem zafunduje nam zaćmienie) by poobserwować ten nieznany pedagogiczny kosmos.


A teraz poniżej w temacie edukacji wypowie się specjalista.
Rozmowa ze światowej sławy pedagogiem i terapeutą Jesperem Juulem [klik]
Całość pod linkiem, u mnie fragmentarycznie. No to posłuchajmy:
"Nauczyciele, uczniowie i rodzice powinni razem wyjść na ulicę i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi? - napisał pan kiedyś. To nadal aktualne?

W wielu krajach, niestety, tak. Sytuacja jest dramatyczna m.in. w Niemczech, w Austrii, we Francji, w Polsce, z tego, co słyszę, również. I wymaga radykalnej zmiany, bo ten system, który jest, nikomu już nie służy. Ani dzieciom, ani nauczycielom, ani rodzicom.Ten opresyjny i przestarzały pomysł na edukację jest oparty na hierarchii, władzy i bezwzględnym posłuszeństwie. Wymyślono go po to, żeby dostarczyć państwu uległych obywateli, którzy będą karnie wykonywać polecenia w halach fabrycznych, ale czasy się zmieniły.   
Zamiast fabryk mamy korporacje.  

I te korporacje dzisiaj nie chcą już posłusznych wykonawców rozkazów, tylko ludzi z inwencją, którzy potrafią myśleć nieszablonowo i samodzielnie podejmować decyzje."





















Boże, spuść zasłonę miłosierdzia nad ludźmi, którzy nie wiedzą, co mówią. "Korporacje dzisiaj nie chcą już posłusznych wykonawców rozkazów, tylko ludzi z inwencją". Panu Jesperowi pracownicy korporacji pomylili się najwyraźniej z delfinami, od których wymaga się nieszablonowej, samodzielnej inwencji w wykonywaniu wyskoków z półobrotem z basenu przed oszołomioną publiką w delfinarium w niedzielny poranek. Oh, wait, to chyba też zły przykład. No ale czy ja twierdzę, że jestem specjalistą od naprawy edukacji? Natomiast Jesper, który w trybie pilnym powinien się zająć wyplataniem wiklinowych koszyków w jakiejś samotni (zamiast andronów na forum publicznym) już tak.

"Co jeszcze uległo zmianie? 

Sposób, w jaki rodzice odnoszą się do dzieci. Coraz częściej mają z nimi autentyczny, a nie pozorny kontakt. Zmieniły się też same dzieci, które - podobnie jak 30-40 lat temu kobiety - domagają się swoich praw do głosu, szacunku, decydowania o tym, co dla nich ważne. To oczywiście budzi sprzeciw i opór, tak jak budziło, kiedy kobiety się emancypowały, bo nikt, kto ma władzę, nie lubi się nią dzielić. Szkoła więc dalej obstaje przy swoim. Udaje, że to wszystko się nie dzieje. Nadal przypomina fabrykę z czasów industrializacji. I w takim wydaniu jest toksyczna."

Vivat rodzice, którzy mają ze swoimi pociechami autentyczny, a nie pozorny KONTAKT - to przyszło NIEDAWNO i niespodziewanie, zupełnie jak moda na jedzenie sałatek warzywnych zamiast smażonych buraczków (zwłaszcza w szkolnych stołówkach). Bo jeszcze w takich np czasach antycznych dzieci się od razu po urodzeniu zrzucało ze skały (kontakt pozorny). A w XIX, w dobie galopującej industrializacji, dzieci w wieku szkolnym wrzucało się do kopalni (kontaktowy pozór). Tak więc jest lepiej.


Porównania dzieci do emancypujących się kobiet nawet nie umiem skomentować, ale SKORO z biologi wynika, że te pierwsze wychodzą z wrzaskiem z tych drugich... no to jest to intelektualnie i społecznie uprawnione. Charaszo, doprawdyż.
"To widać w wielu krajach - co rząd, to nowy pomysł na edukację. Jednego dnia nauczyciele są przedstawiani jako bohaterowie, innego są kozłami ofiarnymi, w zależności od politycznego widzimisię. I dopóki rodzice i nauczyciele biorą się za łby i obwiniają się nawzajem, politycy mogą spać spokojnie.   

Dlaczego?  

Bo w ten sposób nie muszą się zajmować tym, czym powinni, czyli pracą nad spójną wizją edukacji. "Jaki jest nasz cel pedagogiczny?", "Jakich obywateli chcemy wykształcić?", "Posłusznych wykonawców czy ludzi krytycznych, kreatywnych, odpowiedzialnych za siebie?", "Zdrowych psychicznie, z poczuciem własnej wartości i kompetencjami do budowania relacji czy niepewnych i niezdolnych do empatii i współpracy?". Ministerstwo Edukacji w Polsce powinno mieć taką wizję. Ma ją?  Obserwując to, co się dzieje w ciągu ostatnich kilkunastu lat, mam wiele wątpliwości.  Kiedy brakuje wizji, w jej miejsce wchodzi biurokracja, kontrola, sankcje, całe to g... Dlatego trzeba uświadomić władzom, jak bardzo szkoła potrzebuje reform."

Jakież to cyniczne sugerować, że jakikolwiek rząd myśli o ludziach jako o obywatelach, a nie niewolniczych wyrobnikach, ciągle sprawiających problemy swoimi roszczeniowymi chętkami do socjalu, mieszkalnictwa i ogólnie godnego życia. Zdrowie psychiczne bez tych podstaw zdaje się trudno osiągalnym luksusem. A jeszcze w tym sorry-klimacie próbować jakoś sensownie wychować małego człowieka zdaje mi się istnym  heroizmem. Zwłaszcza CUDZEGO małego człowieka.

"Ja z kolei często słyszę od nauczycieli, że dzisiejsi rodzice są "roszczeniowi".

Nauczyciele z kolei często obwiniają rodziców o to, że źle wychowują dzieci, że nie uczą ich szacunku dla autorytetów, ale nie rozumieją, że budowanie autorytetu tylko i wyłącznie na funkcji, którą pełnią, za pomocą kar i gróźb to pieśń przeszłości. Dzisiejsze dzieci rzeczywiście nie mają szacunku dla takiego rodzaju autorytetu. Będą go za to mieć dla kogoś, kto ma autorytet osobisty.  

Na czym polega różnica?  

Autorytet osobisty bierze się z poczucia własnej wartości, a nie z władzy wynikającej z zajmowanego stanowiska. Jeśli znasz siebie dobrze, lubisz siebie (w miarę), znasz swoje mocne strony, ale też umiesz przyznać się do porażki czy że czegoś nie potrafisz - zdobędziesz uznanie dziecka. Jeśli umiesz określić swoje granice i potrzeby, ale też szanujesz cudze - zdobędziesz uznanie dziecka. Jeśli będziesz słuchał uważnie, co do ciebie mówi, i traktował je jak partnera, ale jednocześnie weźmiesz odpowiedzialność za jakość relacji z nim - będzie cię szanować za to, kim jesteś, a nie za to, w jaki sposób potrafisz je ukarać."
Im jestem starsza tym bardziej przekonana, że dzieci nie znają w ogóle słowa autorytet. Może intuicyjnie, jeśli do zbioru tegoż kwalifikuje się (oprócz, powiedzmy, Batmana) np rodzic. Ale filozofii traktowania dziecka jak równorzędnego partnera, któremu na chilloucie przyznajemy się do każdego błędu i porażki jakoś nie mogę zaakceptować. Oczywiście jednocześnie dziękując losowi, że ten przywilej spotkał kobiety ;)


Ogólnie mister Juul ma kilka niezłych spostrzeżeń (choćby o szkole jako miejscu odpowiedzialnym za rozwój psychospołeczny dziecka) ale co z tego, skoro na początku się kompromituje, najwyraźniej nie wiedząc dokładnie, czym w istocie jest jest neoliberalny kapitalizm, do którego trafią w przyszłości absolwenci. Ale może właśnie takie osoby mogą szczerze wierzyć w empatię i kreatywność w szkole .

A teraz  wisienka reklamy społecznej czyli o szkolnej fali (mówi się tak, czy to tylko wojskowe zjawisko?). Nie dręcz, albowiem w przyszłości twe szkolne ofiary mogą ci zaszefować nie podpisując z tobą umowy o pracę (zupełnie jakby miały zamiar podpisać w innym przypadku, meh)



No to teraz ZINWENTARYZUJEMY SZKOLNĄ TABLICĘ:






(To ostatnie tak, wiem, że znane i oklepane, ale mam sentyment, bo kto dziś na pochodach niósłby tablicę?A nie baner albo tableta, meh)

A co do Łęckiej, to ktoś się nie zgadza? ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...