Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Jak oglądałam mecz Polska-Irlandia

Niespodziewanie dla samej siebie (oraz swoich gustów i sposobów spędzania wolnego czasu, w tym niedzielnych wieczorów) obejrzałam wczoraj z sąsiadem mecz Polska-Irlandia Północna.


Cały dzień nad dzielnicą unosił się zapaszek oczekiwania oraz coś na kształt scenicznego szeptu: „Meczmeczmecz... sieczsieczsiecz...”.
Jako osoba nieposiadająca telewizorów, radiów oraz fejsów do ostatniej chwili nie zdawałam sobie sprawy, że odbywa się jakiś mundial-euro-sport-cośtam. W ogóle ogólnie z piłką nożną jestem zaprzyjaźniona w małym stopniku: nadal narożnik to dla mnie rodzaj kanapy, korki to pozostałości po winach, a spalony to każdy mój obiad.

Na początku zdziwka, gdy zapytałam z kim gra Polska.
- Z Holandią Północną - usłyszałam
- A co się stało z Holandią Południową? – zdziwiłam się.
- Nie ma Holandii Południowej.
Cóż, pomyslałam. A w leniwe, letnie popołudnia to nie jest zajęcie o wywindowanym jakościowo poziomie, powiedzmy to sobie. Globalne ocieplenie postępuje oraz w maju sporo padało, a Holandia leży, jak wiadomo, w depresji, ergo widać zatem tak wyszło. Nie ma to nie ma. Jako osoba wychowana ułamkiem dzieciństwa w PRL-u, jako stała klientka NFZ-tów, sądów i urzędów wiem, że z „nie ma” się nie dyskutuje.

Nie należy takich pytań zadawać przy otwartym oknie w środku miasta. No i wszyscy musimy popracować nad dykcją. A najbardziej to komentatorzy sportowi, którzy w dodatku z uporem godnym lepszej sprawy nazad i wciąż powtarzają i uklepują błędy językowe („włanczać zawodnika do drużyny”), zupełnie jakby wypowiedziany poprawną polszczyzną komentarz mógłby być dla prostego luda sportującego się niezrozumiały.



Jeśli chodzi o mecz to najbardziej podobał mi się facet we fluorescencyjnych, żółtozielonych rajtkach, który okazał się bramkarzem polskiej drużyny. Choć komiczne wdzianko, godne błazna w teatrze elżbietańskim, było raczej z tych nieszczęsnych, to na nazwisko bramkarz miał właśnie Szczęsny. Piłkarze po obydwu stronach młodzi, postawni, z włosem czarniawym a zaczesem twarzowym. Robert Hłajłej Lewandowski wyglądał przy nich jaro, lecz już staro.


Było dużo wypięć zadków w czerwonych gatkach i gwałtowne odruchy miziania korkiem po łydce. Jedno s p o w o l n i o n e zbliżenie z przejęcia piłki w biegu, w trakcie którego dłoń piłkarza nurkuje w cudze spodenki i czule gładzi suspensoria zawodnika drużyny przeciwnej. To znaczy: trochę przysnęłam, a jak otworzyłam oko, to zobaczyłam takie COŚ. Zrobiło mi się gorąco i usiłowałam sobie przypomnieć, co ja właściwie oglądam.


Był też sędzia Rumun, który, jak każdy sędzia na boisku, nie ogarniał sytuacji. Czy w czasach takiej komercjalizacji sportu a zarazem jego multimedialnej inwigilacji nie należałoby oddać sędziowanie komputerowi centralnemu podłączonemu do wszystkich kamer okalających boisko? Żeby przyznawanie żółtych kartek wynikało z obiektywnych przesłanek, a nie sędziowskim uwidzianek. Uważam też, że tych kolorowych kartek powinno być więcej – czemu tylko żółte i czerwone? A różowe (łososiowe) za incydenty o naturze erotycznej (patrz: wyżej)? A niebieskie, szare, miętowe i pomarańczowe? To by mogło zwiększyć oglądalność targetu kobiecego. Oraz pokrzepić kibiców którzy zainwestowali rozliczne tysie w wielkie tafle telewizorów o jakości HD i szerokim spectrum palety barw.






















Aby nie gapić się bezmyślnie i milcząco w szeroko niewykorzystane kolorystycznie HD plazmy sąsiada, pozwalałam sobie na inteligentne uwagi sportowe:
-Kapustka? Wolałabym już się nazywać Kapusta. Albo Pustka. Ale Kapustka? Eeee.


Kiedy wyszłam zapalić papierosa, przed telewizor sprowadziły mnie okrzyki zza horyzontu osiedla (fala tsunami entuzjazmu).
Powtórka pokazała, czego się już domyśliłam: gol dla naszych. Wynik utrzymany do końca, mimo dogrywki (minut trzy).

Po meczu roztworzyło sie okno w bloku naprzeciwko, a młody chłopak usiłował przytroczyć biało-czerwoną flagę do karnisza. Kibicowałam mu przez bite 10 minut ;). 

Mogłabym ominąć temat, ale przypomniałam sobie z jakim entuzjazmem relacjonowałam Euro 2012 [klik] 

Fajnie, że obejrzałam mecz. I chyba na tym na razie poprzestanę. Ale wszystkim kibicom życzę wielu niezapomnianych golców w dalszej części igrzysk (czy jakoś tak ;) 


sobota, 19 lipca 2014

O tym jak Burek przeleciał Kingę czyli o życiu z chamami. Oraz o poprawie formy na lato czyli ćwiczeniach na siłowni


Każda kobieta, zanim wyjedzie na urlop, wskakuje próbnie w porcięta i biusthalter z motywem tropikalnym czyli tzw. kostium kąpielowy zawiązywany na SZNURECZKI, które ochoczo wpijają się w szynki biodrowe na dole, a na górze niczym garota niemal dekapitują łeb pod ciężarem biustu.
Następnie kobieta postanawia ulec wyższej konieczności zaniechania pochłaniania czyli tzw DIECIE. Oraz być może nawet ćwiczeniom. FIZYCZNYM!

I ja również, mimo fałdowania zasadzie, iż moje ciało jest świątynią (a tejże nie ubiera się w adidasy i nie karze krążyć po osiedlu w żadnej znanej mi religii) i mimo cynicznych stwierdzeń, rzucanych znad papierosa, że mój rekord na 100 metrów wynosi 50 metrów, też postanowiłam poprawić z boczka formę.

Jest w Warszawie pewna Hanka, której organicznie nie cierpię, trzeba jednak przyznać, iż po zaliczeniu wielu porażek logistyczno-administracyjnych, rzuciła niedawno mieszkańcom stolicy pewien ułatwiający ten etap przygotowań ochłapik czyli tzw outdoorowe siłownie.
Jest to, gdybyście nie znali i nie używali, kilka urządzeń typu atlas do machania nogami i ręcami na świeżym powietrzu, często w okolicznościach parkowej przyrody.
Moje bogate koleżanki uznają wyższość siłowni indoorowych, kosztujących 100PLN miesięcznie oraz posiadających karnety wstępu, wykładziny i szatnie. Osobiście uważam jednak, że musiałabym upaść na głowę, by bulić za pokrywany warstwami Old Spice’a w sztyfcie lub psiku zapach testosteronu, który się tam unosi w obiegu zamkniętym. Oraz ławeczki i drążki zroszone męskim potem oraz arcyciekawe spojrzenia w kibić gdy robię skłony przed lustrem w obudowie czterech ścian. Ni wuja i nie za taką cenę, nawet gdyby wujo nie używał Old Spice’a i osobiście płacił. I przyznał, że TEŻ jest zdziwiony, że ludzie w środku lata przychodzą na taką siłownię, by skorzystać z bieżni i rowerka stacjonarnego.

Uczcijmy minutą ciszy tych, którzy utknęli w korku, w drodze na siłownię, żeby tam pojeździć na rowerkach stacjonarnych ;)

















Chodzę zatem do pobliskiej siłki na świeżym powietrzu. Chodzę z innymi spragnionymi świeżego powietrza i okazjonalnego podszczypywania przez komary dziewczynami, kobietami, paniami i emerytkami. I chłopcami, facetami, mężczyznami. Przekrojowo jest. A jednak jest coś, co łączy tę wesołą gromadkę, tę baranią gawiedź, która chce zgubić biodra a zyskać mięśnie. A jest to permanentny i arcyukorzeniony osiedlowym krążeniem brak wychowania. Chamstwo innymi słowy.

Albowiem ludzie wchodzom i wychodzom a gęba im się nie otwiera w celu wypowiedzenia tych słów magicznych, tych tajemnych masońskich zaklęć używanych tylko w ostateczności (zamiast Potterowskiego expecto patronum) czyli ‘Dzień dobry’ albo ‘Dobry wieczór’ oraz ‘Do widzenia’.
K. twierdzi, że się czepiam, że nie mówi się takich rzeczy nieznajomym. A ja twierdzę, że to nie ulica ani autobus, tylko pewna mikrospołeczność sąsiedzka, która się zna z widzenia. Oraz twierdzę, że człowiek dobrze wychowany intuicyjnie zna zasady mówienia ‘Dzień dobry’ lub ‘Dziękuje’(nawet jak mu się należy i mógłby tylko prychnąć) i odróżnia taki człowiek ulicę od wspólnego użytkowania siłowni lub poczekalni u lekarza czy kolejki w urzędzie, gdzie też się homo sapiens dzieńdobrowaniem i dowidzeniowaniem nie skompromituje.
Oraz twierdzę, że swój pozna swego i na swoich to jeszcze tam nie natrafiłam. No, może ze 2 razy.

Miałam nadzieję, że to tylko taki nieśmiały odruch, to nie mówienie. Wchodzisz gdzieś i pomykasz chyłkiem na stanowisko, bezdotykowo, bezkontaktowo, jak cień, w osłonie z milczenia. Ale jak wytłumaczyć, że jak się zdarzy jakiś śmiałek, jakieś indywiduum niedzisiejsze, które ma tak zakodowane, że przychodząc gdzieś do ludzi jednak owe sławetne ‘Dzińdobry’ wyduka, to nikt jej nie odpowiada? Nikt. Za to nagle następuje oglądanie sobie stóp, tudzież nieistniejącego sufitu z zamianą na niebo, albo przelotne patrzenie na delikwenta jakby był ostatnim egzemplarzem nielota dodo.

Rozumiem już proces wymierania ludzi dobrze wychowanych. Po prostu po jakimś czasie człowiek się poddaje. Ile razy można być zignorowanym, żeby się poddać?
Ale potem znowu ktoś mi przywraca wiarę w człowieka.

Raz niemal przewróciłam się z wrażenia, gdy po milczącym wejściu na plac boju przywitało mnie gromkie i radosne ‘Dobry wieczór!’, którego autorem był jakiś niewykluty do końca nastolatek z zaczątkiem wąsa. Porozmawiałam dyskretnie z jego ćwiczącą obok mnie mamą, jakiegoż to dobrze wychowanego potomka przytargała na siłkę. I ta rezolutna pani po wstępie (co dla niej i jej rodziny jest oczywistym w temacie kultury osobistej)  przeszła do opowieści o swojej pracy w sklepie.
‘Wie pani jak niewiele kobiet mówi ‘Dzień dobry’ po wejściu do sklepu? Im która lepiej ubrana, tym się gorzej zachowuje, fuka, prycha, trzaska drzwiami przy wyjściu. Ja zawsze mówię ‘Dzień dobry’ i ‘Do widzenia’, bo bycie uprzejmym to część mojej pracy, ale jest mi najnormalniej w świecie przykro, że jestem tak traktowana, jak jeden z wieszaków na ubrania.’

Zatem poddałam się, nie mówię już ‘Dobry wieczór’ tej z uporem i stuporem milczącej bandzie. I wychodzę też bez słowa.
Nie wiedziałam, że najlepsze dopiero przede mną.
Bo zawsze tak jest – dasz palec, wezmą rękę, przestaniesz mówić dobry wieczór to i reszta zachowań kulturalnych spłynie do rynsztoka.

A jest tak:
Po południu pojawiają się emerytki z wnuczkami. Wnuczki drą mordy, wspinają się na przyrządy, skaczą, ciągną za włosy. Nie to, żebym nie chciała zobaczyć reanimacji na złamanym kręgosłupie ośmiolatki rozochoconej wychowawczą niemocą babci, wszak interesuję się medycyną. Ale nie jest miło się pocić jak w łeb cię wali 1000 decybeli. W końcu obok jest przeznaczony do tego plac zabaw.
Emerytki jak przychodzą, mają klapki i spódnice. W klapkach niełatwo czegoś dokonać, za to łatwo z nich wypaść.
Dużo jedzą na tej siłce te emerytki. Np lody. Lody kapią. Albo owoce. Owoce przyciągają owady.

Wieczorami pojawiają się pary. Jakież to miłe zjawisko – ludzie atrakcyjni, podjeżdżający na rowerach albo wrotkach by wspólnie się pogimnastykować.
Niestety kurwią tak, że uszy więdną (bo oni są bardzo rozmowni, tylko w kierunku samych siebie oczywiście).
Albo palą papierosy, a dym leci wprost w nozdrza.
Albo matki z synami, też razem palą papierosy. Takie matki, co po nich widać, że niczego w życiu nie zaznały i niczego się już nie spodziewają. I zaczyna do nich docierać, że po tych synach też nie mogą się niczego spodziać. Więc dzielą, w letni wieczór, z owocem swoich trzewi, jedyne zainteresowanie, które ich łączy. Nie są to ćwiczenia.

Przychodzą też właściciele psów, oczywiście z psami. Psy się nudzą, szczekają na obcych.
Jeden pies w chwili nieuwagi zgwałcił mi butelkę mineralnej. No wiecie: przewrócił postawioną butelkę*, dosiadł okrakiem i zgwałcił. Odpędziłam go, ale wrócił i próbował zaślinionym pyskiem odgryźć butelce łeb (czyli korek). Jak zaczęłam na niego pokrzykiwać to właściciel psa się w końcu zainteresował:
– Soooorrry – ziewnął w moim kierunku. A następnie dodał leniwie: – Burek*, chodź...
Czekałam aż doda:
– Nie gwałć pani butelki, Burek, bo się spocisz!
Ale nie dodał, wziął Burka, koleżankę, i se poszli. Bez słowa. Bierzesz odpowiedzialność za to co oswoiłeś, przypominają mi się słowa z pewnej książki. Ale nie wszyscy to czytali. Poza tym nie ma pewności czy butelka sama nie jest sobie winna – może chciała? W końcu miała na sobie wyjątkowo krótką etykietę ;)

Czekam na ten moment gdy pies pogryzie wrzeszczące dziecko i nasika na wioślarza. Babcia wypadnie z klapek, wprost w tlące się pety, a ktoś powie Dobry, kurwa, wieczór. Kurwa!
Z utęsknieniem czekam na kondensację.

Ale to jest folklor, to jest antropologia osiedla, bracia i siostry, lejdis und dżentelmen.
Stygmat darmowości. Miejsce śmierci fantazmatów.
Nie zamieniłabym tego na nic innego. Mimo wszystko.
Tylko butelkę, tę puszczalską szmatę, musiałam zamienić na nową, wiadomo.

Dziękuję za uwagę.

* imię psa zmienione / imię butelki to Kinga Pienińska (mniam!)

...............................

A teraz przejdźmy do działu obrazkowego i zobaczmy jak zareklamować siłownie:

Zamiast ataku klaustrofobii w windzie najlepiej wywołać wyrzuty sumienia, że nie chadzamy po schodach ;)
No i oczywiście na krzesełku. Jeśli chodzi o panów to najlepiej odwołać się do argumentów poniżej pasa, np przyjaciół dawno nie widzianych...

I wykorzystać różne miejskie konstrukcje - przeciążony stojak na banery i plac budowy.


I takie zestawienie: dobry efekt można  osiągnąć nie tylko ładując na budynek siedmiopiętrowego Murzyna - wystarczy dobre copy ;)

Tymczasem na kobiety bardziej działa zestawienie przed-po (tu akurat mamy przykłady produktów około siłownianych, jak żarcie light i klub strażników wagi). No kto by litościwie nie wyrwał kawałka boczku!

Mamy też przypadek kłamania na fejsie - podczas gdy na siłowni wyjdzie szydło z worka, czy tam tłuszcz z gaci.
Mamy efekt mozolnego opuszczania jaskini otyłości





















I prosty, choć oczojebny, projekt z odwróconymi nawiasami
Na koniec - żeby dotuczyć jeszcze oczęta ;) - kilka pułapek które mogą czyhać w takich miejscach:

Wyższość ćwiczeń na świeżym powietrzu jest bezdyskusyjna!

niedziela, 16 marca 2014

Biegasz? Spalasz? Kalorie? Sporty? czyli o wiosennym joggingu chodnikowym

 




















Co to się porobiło. Ludzie sportów zapragnęli. Wracam do domu w dzień powszedni i mnie mijają, kolejno, po chodniku pędzące: biegaczka jedna, biegaczka druga, biegaczki w parach (bo biegacze zawsze indywidualnie), tuptaczki (czyli mniej zaawansowane biegaczki – zawsze w parach, bo sama jedna to by się wstydziła chyba oraz ponieważ one się na poły socjalizują rozmową), biegacze-pędziwiatry (taki musi udowodnić, że byle autobus go nie przegoni!) 

Rowerzystów również zatrzęsienie i to z małymi paradujących (dwa rowery duże i dwa małe, zupełnie jakby sezon rozrodczy nowego city-gatunku był w toku. I to zatrzymywanie się na poboczu u wodopoju i pociąganie z jednego bidona, machając porożem z kasków, ah). Jeszcze miesiąc, dwa temu zobaczyć rowerzystę to było coś – na chodnikach niemal ustawiały się szpalery wiwatujące odmrożeniom, bo wiadomo: naród polski-warszawski to się cieszy z cudzego nieszczęścia oraz swojego szczęścia, czyli jak ma miejsce siedzące w autobusie, co go taki rowerzysta nie zajmie.
 
A teraz to na chodniku szpilki nie włożysz między te zwoje adidasów, legginsów i kabli od mptrójek i endomodów. Człowiek idzie ulicą normalnie okutany i niemal czuje, że tu nie pasuje, że powinien być może boczkiem, po trawniku, żeby miejsca tym spalanym kaloriom  zrobić.

A w zimie to co oni robią, ja się pytam? Bo żadnego jednego nie widziałam. Na kanapach się chyba kiszą w letargu, a jak tylko termometr podskoczy o kilka stopni to zaraz i tych joggińców  automatycznie z kanapy unosi, jak lalkarz marionetki.
A poza tym co to w ogóle za bieganie tuż przy ulicy, metr od rur wydechowych? Jak człowiek musi, to co innego, ale że dla zdrowia i kondycji to ja bym tego ołowiowego nektaru tak dobrowolnie nie spijała.

Ostatnio jak JA biegłam do AUTOBUSU, to za mną biegł jeden taki, też spóźniony i zdesperowany. Biegłam w stronę przystanku i ciągle się odwracałam, bo widziałam, że jedzie jakiś autobus, a moim planem było pojawić się na przystanku przed autobusem. No i jak tak biegłam i się odwracałam, by ocenić swoje szanse, to ten za mną też się odwracał, by ocenić swoje-jego szanse, bo prędkość miał zdecydowanie mniejszą. W końcu zauważyłam, że to najczęściej występujący w stolicy autobus nas goni, czyli tzw. Przejazd techniczy. Zatem, dysząc ciężko, zatrzymałam się, a jak ten za mną mnie mijał, to mu Bach! rozcapierzoną dłonią w klatę i mówię:
- Nie ma co biec, to Przejazd  Techniczy jedzie!
Na co on mi mówi:
- Acha.
Na co ja nadal dyszę. A on mi mówi jeszcze:
- Może mnie pani puścić? Bo ja nie do autobusu biegłem, tylko tak ogólnie, dla zdrowia.
- To po kiego się pan odwracał? – dyszę.
- Bo pani się też odwracała!
No skaranie boskie z nimi, mówię wam!

...
Ale zawsze może być gorzej:

Stiletto Race na Filipinach czyli biegi męskie w szpilkach.

Jeśli chodzi o wyniki czasowo-wytrzymałościowe w biegach (a) posiadaczy najzwyklejszych łydek i (b) posiadaczy takich protez tytanowo-węglowo-kryptonitowych to zakwaszone łydki wypadają dużo słabiej. Smutek.


  Wolontariusz ZUO atakuje ;)

Och, szukałam z pełnym wózkiem, w Tesco, w niedzielę, końca kolejki, głupi kundlu.
 ...

niedziela, 16 lutego 2014

Olimpiada i JA. Czyli Czechow na stoku, homoerotyzm saneczek, Justyna bez stopy i Bródka bez ogródek oraz gdzie wkładać czosnek w przypadku choroby

No i stało się. Człowiek się tego po sobie nie spodziewa, ale wystarczy chwila i wot. Człowiek ani się obejrzy a może zostać łajdakiem, pijakiem, złodziejem, dziwką ALBO pilnym i spoconym z emocji widzem Zimowej Olimpiady w Soczi. To w ogóle nie w stylu człowieka jest, a jeszcze ta trójca zniechęcająca: 'coś zimowego' + 'sport' + 'w Rosji' to jak by się mnie kto spytał czy chciałabym mieć wysypkę na złamanej amputowanej nodze. A tu niespodzianka, oglądam, niemal się wzruszam, gdy spiker drze się: „O matko jedyna!!! Wygrał! Ugasił ten płomień olimpijskich oczekiwań!!!”, mając na myśli skromnego strażaka pożarnego, pana Bródkę. A potem są powtórki i spiker drze się jeszcze raz.
No kto by pomyślał.
Być może przyczynił się do tego fakt, że jestem chora i wyleguję się w barłogu, wśród stosu piguł, zasp chusteczek higienicznych, zmemłanych książek i konspektów planu działania na czas, gdy znowu zamogę.
Być może przyczynił się do tego fakt odwiedzin koleżanki K. Telefony od rozemocjonowanego tatusia też być może.
A teraz kolażowa relacja przebiegu mego olimpijskiego nawrócenia, utkana kwiatami dziennikarskiej mowy polskiej ze studia olimpijskiego. A przysięgam, że ten lukrowany entuzjazm w wykonaniu niektórych niedocyklinowanych Ibiszów działu sportowego to są gumowe pociski na moje uszy, w których to środku ośrodku ślimak zdechł.

Dziennikarz: Czy będziesz czarnym koniem konkursu?
Maciej Kot (skoczek): Tak się chyba nie mówi... Będę czarnym kotem konkursu!

Po tym jak wygrał nasz skoczek Stoch, kiedy już obejrzeliśmy jego motywującą wypowiedź o pragnieniu zostania miszczem z czasów, gdy nie usypał mu się jeszcze wąs na facjatowej pyzie, można już rozewrzeć zwieracze i bez bólu usiąść na kanapie w celu obejrzenia dalszej części Olimpiady. A tu jeszcze drugi złoty krążek nadlatuje niespodziewanie w między czasie. A tu jeszcze w międzymiędzy czasie Justyna prezentuje swój (nieco wybrakowany pod kątem złotniczym) medal. Doprawdyż, od tego rozluźniania zwieraczy to się może zrobić w domu dość nieprzyjemnie... ;)

(50% cukru w złocie)
 Oglądam z K. zawody w narciarstwie kobiet - zjazd po muldach.
Młode zawodniczki, wycierając maź stawową w podrygujących rzepkach, pokonują śnieżne muldy, wykonują fikołki, obroty i helikoptery, by dotrzeć do mety na dole, koniecznie obsypując na finiszu stanowiska kamerzystów śnieżną kaskadą. Zawodniczki są w różnym wieku – niektóre mają po 15 lat („Uuu, pedofilia nie olimpiada!” – krzyczymy), inne prawie 30 („ Uuu, tylko się nie wywal, ty stara torbo!’).
Uwagę przyciągają zwłaszcza trzy kanadyjskie siostry (niestety nie trojaczki) startujące jedna po drugiej, nazywające się Dupont-Lepont (czy jakoś tak)
- A teraz pierwsza z sióstr Dupont Lepont – mówi spiker.
Kanadyjka bezwzględnie ujeżdża muldy.
- A teraz trzecia z sióstr Dupont-Lepont – zapowiada następną zawodniczkę spiker.
- No żesz w mordę, nawet na siku nie wyszłam to jak mi się druga Dupont-Lepont mogła zapodziać? – wrzeszczy K. – Przecież widzę, że nie było.
- Widocznie on je zapowiada w kolejności urodzenia, a nie startowania – konkluduję inteligentnie, celując smarkiem w muldę chusteczek.
Kibicujemy w tym domowym kibucu zawodniczce ubranej na żółto i nie wykonującej, jako jedyna zawodniczka, skoku do tyłu („Ooo, to tak jak ja na widok prania!”) ale rzucającej się na stok facjatą naprzód („Ooooo! To tak ja ty na widok czekolady!”).
Ostatecznie dwie siostry Dupont-Lepont wygrywają miejsca 1 i 2. Trzecia, oczywiście najstarsza, ciągnie się gdzieś w ogonie imprezy („To pewnie jakieś 30-letnie truchło, pewnie spadła za barierki i znajdą ją dopiero przy rozbieraniu trybun”).
Smutek. W idealnym świecie siostry zajęłyby trzy pierwsze miejsca i cytowałyby Czechowa.

Dziennikarz: „A pomnik kiedy? Jan Paweł II ma już tutaj pomnik! Kamil będzie chyba musiał poczekać...”



Łyżwiarstwa kobiet nie da się oglądać, bo do komentowania wzięli jakiegoś Ruska, który wykonuje tulupy w deklinacji, myli przydawki z przydomkami i ogólnie ma polszczyznę w niskiej punktacji. A bez fonii to trochę bez sensu. 

("Bezdomne psy w Soczi stają się coraz śmielsze" ;) 
Poza tym to sport dla cioć i pańć, nas rajcuje kobiecy hokej. Dziewczęta wielkie jak dęby w tych bezkształtnych łachach, o sterydowych posturach, wpadające na barierki. A do tego metalowe woalki w kaskach. Jesteśmy retro i uwielbiamy woalki, nawet w kaskach!

Dziennikarz (protekcjonalnie): „Jak mówił Ibsen: ‘Kobieta, kobieta, do czego zdolna jest kobieta’... No i proszę!”

Dzwoni tatuś. Starcie dwóch osobowości. Zainteresowanie sportem kontra miłość do medycyny:
 - Cześć. Wiesz, że Justyna ze złamaną stopą wygrała... – zaczyna tatuś.
- O! w którym miejscu miała to złamanie? – pytam.
- Stopę miała złamaną. A wygrała...
- Ale które kości?
- To se zgoogluj ktore, żeby się głupio nie pytać! No więc jak mówiłem wygrała...
- O! Naprawdę jest w sieci dostępny jej rentgen stop?
- Złoty...
- Złoty Stop? Implant miała?
- Złoty medal wygrała!!! Za złamaną stopą!
- Acha...Ale lewą czy prawą miała złamaną?
Na usprawiedliwienie dodam, że miałam gorączkę. Stop. Głowy. Stop. Bo stopy w normie.

K. twierdzi, że Justyna była w zmowie z ZUS-em i że się nam ten medal jeszcze w narodzie odbije czkawką.
- Zobaczysz, za chwilę będzie tak: Proszę pani, to, że ma pani złamaną stopę nie zwalnia pani z obowiązku uczestnictwa w testach sprawnościowych w celu stwierdzenia zasadności świadczeń. Proszę założyć biegówki i migiem do oddziału!
No i kilka dni później słyszę w mediach, że ZUS odmawia świadczeń osobom ze złamaniem stóp, ha. No kto by pomyślał.

Dziennikarz: Nie sądzi pan, że ten medal Justyny, jest z DEDYKACJĄ dla pana?
Apoloniusz Tajner (trener): Nie, nie wydaje mi się. (pauza) Tak chce pan ze mną rozmawiać?
Dziennikarz (speszony): Nie no, chciałem tylko odgonić złe myśli...

Są jeszcze saneczkarze.


 - To mój sport, powinnam uprawiać saneczkarstwo – mówię. – kładzie się taki jeden z drugim na saneczki plackiem, a potem myk myk, już jest na dole, wstaje z saneczków i kłania się publiczności.
- Co ty mówisz, ty w ogóle pojęcia nie masz, o aerodynamice toru, o ble ble ble – peroruje K.
- A ty jak widzisz kreskę i kropkę w muzeum to mówisz, że też byś tak mogła, jedną ręką i po ciemku, a jakoś nie widzę, byś w jakimkolwiek muzeum wisiało coś więcej niż twoja smętna kapotka na haczyku w szatni, jeśli już się tam wybierzesz raz na ruski rok!

Dyskusje ogólnie mają wysoki niczym skocznia poziom dialogów, ponieważ obie mamy w czubie. Z tym, że ja, jako chorująca, jadę na nalewce z czosnku oraz na skutek tendencji do zdrowego trybu, nie tyle życia, co kurowania się, mam też dwa ząbki czosnku wystające z nosa (‘Grrrrr! Ale daje ten skurwysyn, łeb urywa!’, „Niektórzy wciągają kreski, inni ząbki”)

Dziennikarz: Nie zbiera znaczków, nie zbiera monet! Tylko medale!


















Zostawiamy saneczkarzy i lecimy dalej.
- Chodź obejrzym panelistwów...panacelistów...panczeistów...no chuj mnie zaraz strzeli!
- Jak nie umiesz wymówić panczenistów to mów łyżwiarzy! I weź panacetamol!
Oglądamy zatem łyżwiarki o udach potężnych jak kłody, wysmuklonych aerodynamicznymi neoprenami, pochylonych jak w bliskich naszym kręgom napadach lumbago... A potem sobotnie zwycięstwo Bródki i jego smutne dla straży pożarnej skutki (wszyscy teraz chcą podpalać, żeby Bródka przyjechał, ugasił i dał autograf).
- Mujeju – lamentuje poprawna politycznie K. – Bródka wygrał bezpośrednio z hamerykańskim Murzynem... toż to rasizm! W jakim świetle to nas stawia?
- Eee...to jest źle, rasistowsko, zadane pytanie...

Komentator: To nie jest byle kto, to nie jest ułomek!

- Sportowe ułomki przegrywają o sekund ułamki – stwierdzamy z satysfakcją, choć szkoda nam tej smutnej blondwłosej elficy z drugiego miejsca na podium, co się nią okazuje podkurwiony różnicą  0,003 sekundy osiągniętego wyniku Holender.
-  Ile to w ogóle jest, to 0.003 sekundy?
- "Nowojorska sekunda to czas między zmianą świateł na zielone a uruchomieniem klaksonu przez taksówkę z tyłu". - cytuję ze swadą Terry'ego Pratchett'a. - Zatem soczyste 0.003 sekundy to musi być sporo mniej.

Dziennikarz: Ten moment oczekiwania na werdykt trwał dla nas wieczność, a dla niego to jeszcze dłużej!
- Zanim wyjdziesz, proszę, zrób tulup, proszę ładnie! – mówię do K. i widzę, że na fali sportowych emocji jest ona nawet w stanie to uczynić dla umierającej z niedotlenienia (czosnek się zaklinował) znajomej.
K. przykuca, coś strasznie skrzypi, K. klęka, coś skrzypi potwornie.
- Poczekaj, przeciąg chyba otworzył drzwi na korytarz – mówię i wstaję, żeby sprawdzić.
- Eeee, to tylko moje kolana – szepcze K.
A potem K. dostaje w oko pociskiem z czosnku, bo kicham. Na szczęście nie trzeba jechać na okulistykę, bo choć zasadniczo K. zgadza się ze mną, że ‘czosnek jest wieczny’ i można go włożyć wszędzie, to jednak do oka się nie powinno.
A olimpiada trwa dalej.

Komentator: Nasze gwiazdy, nasze konie pociągowe, muszą być sprawne!





















Czego i sobie życzę.
Oraz wyższego poziomu dziennikarstwa.











A skoro już się tak rozpisałam, to niech będzie, że ramach wprawek u Szeptów w metrze, gdzie można głosować [klik]

niedziela, 9 lutego 2014

Rosja to nie kraj, Rosja to stan umysłu. O Olimpiadzie oraz dla Putina małej radzie, jak pokonać klątwę sraczykowych duetów kibelkowych.

Oficjalnie pogardzam sportem uprawianym biernie i czysto audiowizualnie czyli takim na linii kanapa – telewizor. Ale jak już przysiądę, to daję się wciągnąć. Co olimpiada, to mam taką, inkrustowaną przekąskami na zimno, tradycję obejrzenia czegoś ze znajomymi albo rodziną.
I niemal współczuję Putinowi, który na Olimpiadę w Soczi wydał tyle, za ile normalne państwo mogłyby urządzić 10 olimpiad. Ktoś (najpewniej putinowskie doradce od piaru) bardzo zawinił, bo mimo potężnej skali zniszczeń, mimo bezprecedensowo okrutnego wysiedlenia mieszkańców pod olimpijskie obiekty, mimo degradacji przyrody, mimo nadużyć rujnujących gospodarkę i lokalnych przedsiębiorców, międzynarodowa wizja tej imprezy nie ma w sobie nic nobliwego i godnego podziwu. Nie ma w sobie tego glamouru, który miał pokazać potęgę Rosji. Jak internet długi i szeroki niesie się tylko sraczykowy swąd z podwójnych toalet zafundowanych w hotelach olimpijskich.
Putin został na niwie sportu pokonany przez kilka nieprzemyślanych posunięć hotelarskich: nieszczęsne kibelkowe duo, niezdatna do picia i mycia brązowa woda czy spartański wystój hotelowych wnętrz (obejmujący jednakże motywujące fotki półnagiego prezydenta [klik] heh), to jednak dalsze pozycje na liście.
Być może mogłoby to być przyjęte nawet życzliwie, jako lokalny koloryt taki (takie tam sranko w duecie, hihi oraz hydraulika zbyt szczupła by podołać papierowej podcierce, yhyh) gdyby nie creme de la creme zgubnej polityki piarówkowej czyli wypięcie się na społeczność gejowską. Oj, tego Europa nie przebaczy, a Germania to się nawet specjalnie ubierze w ohydniaste acz lobbujące na rzecz kostiumy tęczowe.
A jakby mało było podkładania się homo społecznościom to jeszcze w promocji jest podkładanie się miłośnikom zwierząt, a to przez potrzebę ujemnego rozdysponowania tysięcy bezpańskich zwierząt namnożonych na rozlicznych wysypiskach śmieci powstałych w trakcie przygotowań [Sochi Hires Private Company To Murder Stray Dogs Ahead Of Olympics [klik]
A na końcu ciągu katastrof organizacyjnych, czyli zasadniczo na początku, bo na ceremonii otwarcia – zepsuła się gwiazdka, co to się miała zmienić w olimpijskie kółeczko. Reakcja rynku natychmiastowa:
Biedny, biedny Włodzimierzu Iliczu. Nie dość, że tyle piniążków poszło to jeszcze goście takie niewdzięczne – tylko narzekają i jeszcze w dodatku odkręcają prysznic i na cały dzień wychodzą z pokoju! [Soczi podgląda gości? Rosjanie się tłumaczą [klik]

Powiem ci Włodzmierzu, jako KOBIETA, że rzecz jest do uratowania, a to dzięki DODATKOM, tzw accessories.
Dodatki mogą uratować największą stylistyczną katastrofę. Nawet kibelkowy dualizm.






















Albo dizajn. Gdybyś zainwestował w znany z Saturday Night Live 'Love Toilet' czyli kibelek miłości:

















No ale tak to jest jak się nie konsultuje przed imprezą z blogosferą, ha!
......................
 Tutaj inwentaryzacja tweetopinii uczestników imprezy olimpijskiej czyli
32 zdjęcia świadczące o tym, że Olimpiada w Soczi jest katastrofą [klik]
oraz o kilkukilometrowej drodze pod skocznię, zbudowanej za 8 bilionów dularów (uf, spociłam się: dla porównania - całe Igrzyska w Vancouver w 2010 roku kosztowały 1,5 biliona dolarów) którą to drogę,   Magazyn Esquire REALNIE wycenia w różnym pokryciu:  warstwą złota, torebek Louisa Vuittona, foie gras, kawioru czy trufli  [klik]
..............
Natomiast naśmiewania się z polskiej drużyny bobslejowej, a zarazem najsłodszego dziecka naszych motoryzacyjnych trzewi czyli Malucha, wcale nie jest fajne, choć zapewne nieco zabawne jednak [klik]
............
Następna olimpiada to przy tym cyrku będzie poprawna politycznie i toaletowo nudna taniocha.
Więcej relacji z Olimpiady, pikantne newsy o zawodnikach i przegląd łyżwiarskich outfitów  już wkrótce ;)
Stay tunned, rjebiata.
Prosim was les enfants de rester przy odbiornikach.
Da swidanja, olimpic lovers.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...