Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety jak rakiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety jak rakiety. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

O walce z demonami oraz o pęcherzach czyli kobieta w gniewie











 






Zdarzyło się tak, że na Trzech Króli wyszły ze mnie trzy demony. 
A były to urażona ambicja, zazdrość i gniew.
A demony te zrodziły następne pokolenie: próżność, pychę,  gorycz, złość, ordynarność, nieumiarkowanie w słowach, które mają ranić.
Rodzina demonów wzięła sobie zabawki do zabawy. Oto urażona ambicja wsiadła do czołgu  postrzelać pociskami zarzutów. Zazdrość opróżniała z zażaleń magazynek granatnika. Gorycz strzelała z armatki wodnej oskarżeń. Pycha przysiadła w kąciku z walizeczką nuklearną i przypatrywała się czerwonemu guzikowi. Ale potem ją zamknęła.



Więc to była ta bańka, która pękła. Ten pęcherz rosnący pod skórą. Od czasu do czasu podrapany. Na co dzień przykrywany łachmankiem w celach, żeby nie było widać. Niespełnione pragnienia, niezrealizowana lista oczekiwań i planów. Wymuszona moralna elastyczność, która okaleczała we mnie człowieczeństwo, bo okazało się, ze moje standardy nie są uniwersalne. 
 

















Wybuch był nieunikniony. W gniewie mówi się rzeczy, które nie budują zwięzłej argumentacji. Słowa drżące, zdania wytrzebione z sensu. Nic nie wnoszą a wszystko niszczą. Druga osoba stoi jak naelektryzowana, zmoknięta kurka pod rynną i próbuje zrozumieć dlaczego się nagle tak rozpadało, skąd ta burza z piorunami. Z zachodu? Z zawodu? Wszak prognoza uczuć nic nie zapowiadała. Była raczej optymistyczna. Nawet jeśli zakłamana i utkana ze złudzeń i niedopowiedzeń.



Druga osoba nigdy nie widzi naszego pęcherza. 
Nawet jeśli sama go stworzyła.

Druga osoba nie wie, że właśnie, na swój nieudolny sposób, oczyściliśmy wrzód. Nie przeprowadziliśmy operacji z chirurgiczną precyzją, w świetle lamp i z asystą dr.Rozwagi, ale przy pomocy zardzewiałej puszki w błotnistym okopie, podczas ostrzału pułkownika Kurwamacia.

Druga osoba nie rozumie nieobecności doktora Rozwagi oraz obecności pułkownika Kurwamacia.

Ni w ząb.

Niezrozumienie rodzi demony. 
Złość, gorycz i gniew.

Koło się zamyka.

Sprawy zostają ustalone. Trawy zostają wypalone. 
Zostaje zrzucony napalm.


-Dobrze zrobiłaś, siostro! – potwierdziłaby każda zakładowa feministka.

-Kup sobie teraz paczkę chusteczek i paczkę fajek – doradziłaby mi pani z kiosku.

-Nie należy się zadręczać tylko wyciągnąć wnioski i iść dalej – zasugerowałby mi coach w typie 100PLN/h.

-Kochana, przyjedź, zrobię ci kotlecika – powiedziałaby mama.

Otóż to, mamo, konkrety. 
Konkrety mają zalety.

Dramaty sercowe to ja mogę przeżywać, owszem, ale po obiedzie.



Spokój wraca, na emocjonalnej pustyni dysonansu poznawczego wychodzi słonko. 
Słonko grzeje, słonko praży, słonko parzy. Powoduje udar, oparzenia oraz bolesne pęcherze.

Które muszę przykryć nowym łachmankiem w celu aby nie było ich widać.

Koło się zamyka.



Po kilku dniach okazuje się, że napalm był za słaby i należało jednak wcisnąć atomowy guzik, a najlepiej dwa. A jeszcze lepiej siedem. Gdyż nie dość, że musiałam przeprosić, to teraz będę najwyraźniej nosić jeszcze pod łachmankiem całą masę nowych pęcherzy. Dzięki którym będę przypominała jakąś nową, tym razem życiową postać z komiksu Marvela  - Supermientkowoman.
Eh.



No to teraz inwentaryzacja kobiet-heter, do której to drużyny chciałabym należeć ( a jak!)


















Ostatnie już było, ale skoro zawsze mię cieszy... :)
"Z ko­bietą nie ma żartów - w miłości czy w gniewie
Co myśli, nikt nie zgad­nie; co zro­bi nikt nie wie. "
(Fredro)

wtorek, 10 marca 2015

Kobieta w pracy czyli techniki udręki

Sprawa z niedzielnym Dniem Kobiet ma się tak, że w poniedziałek podarły się rajstopki, a we wtorek zwiądł goździk, com je te dary dostała. Tymczasem trzeba było w między czasie iść do pracy. I co też tam, może taką kobietę jak, nie przymierzając ja, spotkać w tej pracy? No niestety nie stare, dobre, tradycyjne molestowanie. (Gdyż niestety nadal jest dosyć chłodno, zatem przez warstwy 4 swetrów mogłabym nie poczuć, że ktoś mnie gdzieś klepnął, hm)
Ale wybierać jest w czym, hoho. Zawsze pozostają nowoczesne i kosmopolityczne techniki psychiczne.

Dzisiaj przyjrzymy się sposobom dręczenia kobiet w pracy.
Zapożyczymy, poprzez zacytowanie, taką oto inwentaryzację dręczeń od profesjonalistki, Violetty Rymszewicz, która pisze o takich 'flirtach' na swoim blogu (linki poniżej).
Nie to, żebyśmy intuicyjnie nie znały poniższych technik, ale po lekturze można będzie ciemiężycielowi bardziej erudycko zripostować, że  np: "Nie ze mną te numery z Withholding łamane przez Trivializing, ciulu!"

No to zaczynamy:

"Kobietom (nie tylko tym robiącym kariery) przykleja się łatki. Takie słowne bicze – publiczne chłostanie epitetami, werbalna przemoc w najczystszej postaci. Doliczyłam się czterech epitetów-etykiet, które raz przyklejone nie dadzą się już zmyć ani oczyścić, a zespół (nie tylko jego męska cześć) będzie powtarzał je zawsze wtedy, kiedy kobieta-szef zechce zarządzać i egzekwować obowiązki.
Szmata/kurwa – to ta, która chce cieszyć się swoją seksualnością. Nie musi nawet romansować w pracy, wystarczy że jest seksowna, uwodzicielska i strojem podkreśla swoje fizyczne atuty.
Pasztet/maszkaron – to ta inteligentna, ale w oczach mężczyzn (i podwładnych kobiet) niewystarczająco atrakcyjna. Ta etykieta jest szczególnie bolesna, bo drastycznie przypomina kobietom o tym, że ani pozycja zawodowa ani wykształcenie nie gwarantują im takiego szacunku i uznania, jaki daje młodość i uroda.
Suka/wywłoka – to kobieta z charakterem, asertywna, skuteczna i…. zbyt inteligentna. To kobieta, z którą nie dość bystry facet nie wchodzi w dyskusję, bo przepada w przedbiegach. A tego panowie nie lubią. Nie lubią, więc upodlą kobietę. Przykleją łatkę suki i po sprawie. Polscy macho z sukami/wywłokami przecież nie dyskutują.
Wariatka/idiotka – tę etykietę zostawiłam na koniec, bo kojarzy mi się z pewną dramatyczną historią.
Tuż po skończeniu wieloetapowej, skomplikowanej rekrutacji pracodawca zaprosił 4 najlepsze osoby na spotkanie (3 mężczyzn, 1 kobietę) i ogłosił, że mimo ustaleń i obietnic nie zatrudni żadnej z nich. Stanowiska nie są już otwarte.
Panowie jak jeden mąż wpadli w szał – były krzyki, wyzwiska i przekleństwa – agresja w najczystszej postaci. Kobieta siedziała milcząc. W apogeum męskiego szaleństwa zaczęła głośno łkać. Była wyraźnie zdenerwowana, a łzy wyciszały emocje. Co zrobili panowie?
Panowie całą agresję i wściekłość skierowali na płaczącą i jej łzy. Wykrzykiwali, że zachowuje się niedojrzale, nieprofesjonalnie i reaguje jak… wariatka. Okazuje się, że chamstwo, wrzaski i wyzwiska mieszczą się w ramach akceptowalnych zachowań biznesowych. Kobiece łzy – już nie.

Ta łatwość etykietowania kobiet jest męskim sposobem na kontrolę i manipulację. Kobieta lekceważona, traktowana protekcjonalnie, poniżana i oskarżana o szaleństwo zawsze już będzie wątpić w racjonalność swoich ocen i reakcji."

via Idiotki, szmaty i wywłoki  {klik}

Teraz mały przerywnik, świadczący o tym, że pewien rodzaj skrzywionej wizji kobiecości nosimy w sobie, niczym zużyty tampon.


"Gaslighting jest formą przemocy emocjonalnej najczęściej stosowaną wobec kobiet w pracy. Początkowo w psychologii o technikach z tej grupy mówiło się wyłącznie w kontekście toksycznych małżeństw i związków. W tym przypadku sprawcami  byli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Jednak, od początku lat 90-tych i większego udziału kobiet na rynku pracy o przemocy z grupy „gaslighting” mówi się, jako o najczęstszej  zawodowej formie agresji mężczyzn wobec kobiet w pracy.
Podstępność technik z tej grupy polega na tym, że przemocowiec (osoba stosująca przemoc) doprowadza swoją ofiarę do zwątpienia  zasadność jej ocen, odczuć i doświadczeń. Ofiara zaczyna wierzyć, że tylko opinie oprawcy są prawdziwe i wątpić we własną zdolność podejmowania trafnych decyzji.
Gaslighting często wyprzedza inne rodzaje emocjonalnego i fizycznego znęcania się. Przemocowiec osłabiając zdolność oceny sytuacji ofiary, z czasem osłabia również jej zdolność do samoobrony.
Termin „gaslighting” pochodzi z napisanej w 1938 roku, sztuki „Gas Light”. Autor, Patrick Hamilton, opisuje małżeństwo, w którym mąż usiłuje doprowadzić żonę do szaleństwa. Za pomocą różnych sztuczek doprowadza do tego, że kobieta zaczyna kwestionować  własne zdrowie psychiczne.
Techniki z grupy “gaslighting”

Techniki stosowane w tej formie przemocy są zazwyczaj bardzo subtelne i przez to trudne do rozpoznania. Celem osoby stosującej tę formę przemocy jest to, aby ofiara możliwie najdłużej pozostała nieświadoma stosowanej agresji.
Najczęstsze techniki z grupy gaslighting:

Odmowa (ang. „Withholding”)
– sprawca udaje brak zrozumienia dla ocen i opinii ofiary, nie słucha, odmawia dzielenia się swoimi emocjami. Zachowuje się jak osoba, od której „odbijają się” słowa, opinie i prośby ofiary.
Przykłady:
  • „Znowu zaczynasz!?”
  • „Nie będę słuchać tych bzdur”
  • „Wiecznie się mnie czepiasz!”
„To Twoja wina” („Countering”)
– technika, w której sprawca cyklicznie poddaje w wątpliwość oceny, wiedzę i opinie ofiary.
  • “Sprawdź to, żeby znowu nie opowiadał (a) głupot”
  • „Czy ty niczego nie umiesz zrobić dobrze?”
  • „Potrzebuję tu kogoś lepszego, kogoś, kto się na tym zna.”
Ta technika jest wyjątkowo skuteczna przede wszystkim dlatego, że podważa wiarę w umiejętności oceny sytuacji, wiedzę i kompetencje ofiary. Może pojawiać się zarówno pracy jak i życiu prywatnym. Czasami przyjmuje formę wypowiadanych w gniewie oskarżeń typu:
„Przesada!”, „Histeryzujesz!” lub bardzo popularne – „To Twoja wina!”, „Spójrz na siebie”

Umniejszanie („Trivializing”)
– osoba stosująca techniki z tej grupy stara się sprawić, by opinie ofiary wydawały się nieważne, nieprzemyślane i nie warte uwagi:
  • „Co Ty gadasz?”
  • „Co za bzdury!”
Do poza-werbalnych reakcji z tej grupy należy przerywanie wypowiedzi i np. powtarzające się gesty dezaprobaty – odwracanie się plecami do mówiącego lub wyraźne lekceważenie.
Zapominanie i odmowa (ang.”Forgetting” and „Denial”).
W tej technice, sprawca cyklicznie udaje, że zapomniał o sytuacjach, słowach, obietnicach, wydarzeniach, które naprawdę miały miejsce.
Do najczęstszych werbalnych reakcji z tej grupy należą:
  • „O czym Ty mówisz?”
  • „Czy niczego nie nauczono Panią (a) na studiach?”
Najczęściej wszystkie powyższe techniki są używane łącznie lub się na siebie nakładają. Celem jest zazwyczaj to, by ofiara zwątpiła w sprawność swojego umysłu, dobrą pamięć i zdolność do kojarzenia faktów i podejmowania decyzji. Zawsze chodzi o to, by pozbawić ofiarę zdolności do niezależnej oceny sytuacji.
Czy jesteś ofiarą przemocy emocjonalnej z grupy “gaslighting”?
Znana amerykańska psychiatra Robin Stern, opracowała zestaw symptomów charakterystycznych dla osób, które padły ofiarą przemocy emocjonalnej z grupy “gaslighting”:
  1. Masz skłonność do wątpienia w siebie, swój potencjał i jakość podejmowanych decyzji. Znajomi i rodzina mówią o Tobie, że jesteś niepewna (y) siebie.
  2. Myślisz, że jesteś przewrażliwiony i zbyt wrażliwy.
  3. W pracy czujesz się zakłopotany, niepewny swoich umiejętności i masz uczucie „nie-przystawania”, nie-pasowania do reszty zespołu.
  4. Zdecydowanie za często bierzesz odpowiedzialność na siebie i przepraszasz nawet, jeśli obiektywna „wina” nie leży po twojej stronie.
  5. Nie rozumiesz, dlaczego pomimo obiektywnie dobrego życia, często czujesz się nieszczęśliwa (y) i niespełniona(y).
  6. Często tłumaczysz usprawiedliwiasz złe zachowanie partnera przed znajomymi i rodziną.
  7. Nawet, jeśli z czymś się nie zgadzasz lub uważasz za złe lub niewłaściwe nie masz dość odwagi i pewności siebie, by się przeciwstawić i podzielić się swoją opinią.
  8. Kłamiesz, aby uniknąć odpowiedzialności lub nie przyznać się do porażek życiowych.
  9. Masz kłopot z podejmowaniem nawet najprostszych decyzji.
  10. Marzysz, by być inną osobą – bardziej wyluzowaną, pewną siebie, radosną i szczęśliwą.
  11. Czujesz, że jesteś osobą beznadziejną i nikomu niepotrzebną.
  12. Myślisz, że w niczym nie jesteś wystarczająco dobry.
  13. Myślisz o sobie, jako o fatalnym pracowniku, żonie, matce/ojcu lub przyjacielu.
Chyba jedynym sposobem obrony przed manipulacją i przemocą emocjonalną jest jej obnażenie i wiedza o procesach, którym podlegamy. Ta wiedza pozwala działać – mówić o wyrządzanej krzywdzie  i ewentualnie poszukać profesjonalnej pomocy prawnej i wsparcia psychologicznego."


via Gaslighting – o przemocy emocjonalnej, nie tylko w pracy {klik}

wtorek, 3 marca 2015

O dziewczynach infantylinach i babochłopach. I o tym że ASAP jest już passé

Miałam kiedyś taką koleżankę, obsadzoną wówczas na etacie kandydatki na przyjaciółkę, która jak coś mówiła, to wszyćko infantylizowała. Wiecie, co to za typ: pysiu-mysiu, pimpci-rymci. W dodatku takim dziecięcym głosikiem. Nawet nie mogę przytoczyć przykładów, bo mój odział pamięci w te pędy wszystko na bieżąco usuwał, żeby nie oszaleć. Doprawdyż, miałam ochotę po każdej jej kwestii wziąć zmitokę, szufelkę i przy ich pomocy wymieść jej z gębuni wszystkie zębusie. Kurwica paniczna mnie ogarniała, taka w rodzaju: co ja tu robię z tą za chwilę bezzębną dzidzią piernik, aaa! No ale gdzieś tam w środeczku tliło się we mnie przekonanie, że to będzie jeszcze mądry człowiek, rozwojowy, tylko po prostu ma taki ETAP. 

Niektórzy to mają w wieku lat pięciu, inni w wieku lat dwudziestu pięciu, niestety. Przy czym określenie niektórzy zawsze w takich przypadkach odnosi się do kobiet, bo 25-letni facet mówiący GŁOSIKIEM, na 100% jest gejem albo ofiarą ciężkiego urazu neurologicznego. Tymczasem z babami bywa różnie: seks uprawia toto permisywnie od 14 roku życia, ale jeszcze 10 lat później gra słodką dzieweczkę zbiegłą ze żłobka. Co ja mówię gra – ona jest słodką dzieweczką, ewentualnie wciela się w nią jakiś duch XIX wiecznej słodkiej dzieweczki, taki arcydzieweczkowy dybuk. 

A teraz przepraszam na chwilę, muszę pójść do kącika i dyskretnie wrzasnąć kurwamać, inaczej szlag trafił całe, wypracowywane latami, wyparcie tych dzieweczkowych wspomnień. 

No, już mi lepiej. 
Już jestem z powrotem. 

Co niewyobrażalne, infantylizacja słownikowo-głosikowa działała na facetów, aczkolwiek nie bezterminowo. To zupełnie jak z typem babochłopa, który też działa na niektórych facetów i też w ściśle określonym interwale czasu, zwykle krótkim. Gdyż przeciętny chłop zafascynowany niezwykłą chucpą i siłą osobowości babochłopa daje się ponieść wizji, że nie będzie musiał o niczym decydować i nic robić. Ale potem jednak te postkoitalne teksty, w rodzaju: ‘Kopsnij mi szluga, melepeto’ trochę go otrzeźwiają. I pragnie taki chłop długich włosów, sukienek w kwiatki i domowej szarlotki. Oraz żeby drapać go w krocze z okrzykiem ‘Misiu’ pazurami raczej obleczonymi w lakier niż opuszkami palców zdartymi heblarką.

Znam też chłopców, którzy latami szarpią się od infantylin do babochłopów, nazad z powrotem. Co jest dziwne, bo wydawało by się, że to są inne grupy docelowe. Ale wszystkie postawy skrajne powodują u odbiorcy traumy i chęć spróbowania całkowitego przeciwieństwa. Tak to przynajmniej to wygląda wedle moich obserwacyj. 

Pewnie dlatego byłyśmy swojego czasu z ową infantyliną doborowym duetem, takim dwubiegunowym stylistycznie, pełne spektrum odbioru kobiecości. Pewnie dlatego w takich duetach występowałam nie raz. Aż mi się to znudziło, bo zaczęło grozić utratą tożsamości pciowej. I że odplamiacz nie zadziała.

Ostatnio spotkałam po latach infantylinę i wszystko już u niej dobrze. Przeszło jej. A nawet role się jakby odwróciły. Ja zbezbronniałam. Ona jest niezwykle konkretną kobietą sukcesu.
Mówi normalnym głosem, a nie głosikiem. Nie używa określeń typu piniążki, nawet nie pieniądze, tylko od razu karta debetowa. Mówi briefy, lejouty, kejsy, czardże i takie tam, aż się dziwuję, że pomiędzy tymi zangielszczonymi zezwłokami są polskie czasowniki. Powiedziała mi też, że 'ASAP się już nie mówi, bo to jest passe, że przecież wiadomo, że teraz wszystko w życiu jest ASAP'. Tak wydoroślała, iż poczułam, że o ile ASAP nie spożyję tabletki APAP, to head zwieńczający moje korpo zacznie pulsować z powodu paniki, że aż niektórzy TAK profesjonalnie dorastają, a ja co najwyżej proekologicznie zbabiochłopiałam. Aż cud, że nie żuję tytoniu i nie spluwam gdzie popadnie, ale nie mam pomysłu gdzie, bo przecież nie pomiędzy karty debetowe. Prędzej między grządki ogrodowe. Eh.
 

Zatem, jak sądzę, istotne nie są charakterologiczne fatałaszki infantylnio-babochłopskie, tylko kwestia życiowego tempa. Ona zawsze była ASAP, a ja zawsze byłam SAPU-SAP (od sapania).

No ale co sobie pokomplementowałyśmy, to nasze ;).

sobota, 26 lipca 2014

Kobieta kontra aparat czyli poradnik pozowania na wakacje i inne sytuacje życiowe

Ostatnio zdarzyło mi się fotografować kilka koleżanek i ilość fuknięć i ucieczek z miejsca zdarzenia była zaiste typowa dla tego rodzaju sytuacji. ‘Dzisiaj źle wyglądam’,’Och nie nie nie’ i ‘Poczekaj, tylko nałożę koc’ to już klasyka odzywek w momencie, gdy wyciągamy cyfrę zza pazuchy.
Choć wystarczyłby uśmiech i zabawny wygibas. Choć potrzeba tylko nastawienia, które wyginęło jak dinozaury w tej opresyjnej dla kobiet cywilizacji.
Mojej drogiej madre, nieodmiennie narzekającej na efekty każdej sesji, zawsze natomiast powtarzam, żeby nie przyciskała ramion do tułowia (bo zrobią się naleśniki), żeby naleśniki noszone z przodu wypięła ponętnie i wyciągnęła szyję (jak żółw) w celu zniwelowania podbródka.

Niestety albo ma się we krwi fotogeniczność, albo tylko przeciwciała. No ale w dobie cyfryzacji trzeba się jakoś do aparatu ustosunkować. Nie zachowując się jak rozsierdzona kangurzyca.

Ostatni natrafiłam w internetach na coś takiego:

................................................................................................
5 tips for creating flattering poses of women [klik] czyli 
 5 wskazówek jak przypochlebić się aparatowi.


Na wypadek nieznajomości języków lub lenistwa antyklikowego streszczę (własnymi słowami z własnymi fotoprzykładami):

1. Unikaj symetryczności w pozach.
Symetryczność jest dobra tylko na twarzy! A co do reszty to nie ryzykujmy: pochyły, wypinki, lewa ręka za głowę, prawą łapiemy się za kostkę - dla pewności!

















2. Stwarzaj 'dziury' (holes) w zagospodarowaniu przestrzennym kończyn 
- czyli  wpuść trochę pejzażu między nogę a nogę, pochwal się wystrojem wnętrz między pachą a tułowiem. Nazywa się to odciążeniem postaci. 

3. Zajmij czymś ręce. 
Hej, to wyjątkowo szowinistyczna porada. Niech ręce dotykają twarzy, kręcą loki na włosach albo chociaż piorą lub prasują. (Ja tam ręcami zawsze staram się podtykać biustowie pod brodę, żeby ponencji było więcej - ale nie pytajcie jak to zrobić asymetrycznie i z dziurą!)

4. Zakryj problematyczną części ciała. Albo odwróć od niej uwagę. (To nie wymaga komentarza ;)



5. Daj ciału podpórkę na której może się oprzeć. 
Drzewa, ławki, ściany, drzwi, poręcze i balustrady. Naręcza poręczy, drzwi z drzewa i uwięzienie między ścianą a ławką mile widziane!

















......................................................................
Tymczasem biegła w technikach autopromocji bo rozchwytywana marketingowo blogerka Segritta [klik] udziela następujących porad, które wybiórczo zacytuję (uwagi w nawiasach ode mła):


2. "Możesz też lekko przygryźć sobie policzki, co uwydatni kości policzkowe. Tak, wiem, że to brzmi dziwnie, ale to jest protip od profesjonalistki. "
*(dlatego zawsze po sesji kup sobie w aptece Aftin i płukanki ziołowe w celu zaleczenia ran na dziąsłach. Jeśli masz twarz typu księżyc - ergo: zasysania jest dużo - to najlepiej od razu zrobić sesję w zagonie szałwii ;)

4. "Jeśli pozujesz przodem, wypnij biodra do tyłu, żeby wyszczuplić uda i zarysować talię."
*(chyba że masz lumbago, kłopoty z korzonkami lub przetrenowałaś się na siłowni i możesz już w tej pozycji zostać - wtedy lepiej poprosić kogoś, przykrytego kocem w kolorze tła, żeby ci z tyłu ściskał uda i talię. Tak przynajmniej radziliśmy sobie przed fotoszopem, azaliż)





















 5. "Jeśli pozujesz bokiem, wysuń nogę od strony fotografa trochę w jego stronę. Wyda się wtedy dłuższa i szczuplejsza."
*(uważaj jednak żeby tą wysuniętą nogą nie podciąć fotografa!)















8. "Unieś ręce do góry, by wysmuklić sylwetkę."
*(Chyba że fotograf jest Niemcem, wtedy nie podnoś rąk za żadne skarby, nawet wawelskie ;)


















9. "Użyj gadżetu w postaci np. torebki, żeby zasłonić tę część ciała, z której nie jesteś zadowolona."
*(Dla każdego oznacza to coś innego choć najczęstszym problematycznym przypadkiem wydaje się wór, w którym nosimy cały osprzęt trawienny czyli brzucho  Chudzi z zasady narkomani nigdy nie zrozumieją czemu to jedyne, co powinniśmy wciągać ;)
Jeśli jednak jest to twarz...na którą nie pomagają nawet aksamitne fluidy... to użyj czegoś pluszowego.)
 
















12. "Nie rozczapierzaj palców, bo dłonie wyglądają wtedy nieładnie." 
*(a już na pewno nie rozczapierzaj palców kiedy masz uniesione do góry ręce i wysuniętą nogę, chyba że przy sesji asystuje twój chłopak Edward Nosferatu;)

13. "Nie chowaj całych kciuków do kieszeni, bo na zdjęciu to będzie wyglądało, jakbyś nie miała palców."
*(ale z manualną nobliwością też nie przesadzaj)

















14. "Nie rób dziubka. Nie, bo nie. Nawet jeśli dzięki niemu wyglądasz korzystniej (usta wydają się większe, kości policzkowe uwypuklone twarz wyszczuplona), to będziesz też wyglądać jak debil. Dziubki tylko w ramach wygłupów, ironicznie i z umiarem. Czyli nie na każdej focie, na litość Buzka."
*(nie wiem czemu autorka powołuje się na Buzka, który miał, jak pamiętamy, zacukany wyraz twarzy zdziwionego gołębia. Nie rób dzióbka bo od tego robią się zmarszczki na twarzy i reputacji, po prostu)

















 15. "Jeśli wystawiasz język, to upewnij się, że nie masz na nim grzybicy czy innego osadu. To się zdarza, wiem, po antybiotykach albo w chorobie, ale my nie chcemy na to patrzeć."
*(fuj!  jeśli masz grzybicę to prawdopodobnie wdało ci się zakażenie po niezaleczonych ranach od przygryzania policzków z punktu 1! Poza tym co za problem - jeśli już koniecznie chcesz się wystylizować na Einsteina - przyróżowić sobie językową pieczarkę szminką? Niektóre kobiety noszą ja nawet na zębach)


A teraz coś ode mnie w kwestii rekwizytów:

1.Nigdy nie fotografuj się z ładniejszymi i lepiej ubranymi koleżankami – to ma być twoja liga!

2.Ocieplaj swój wizerunek czym się da – podstawowym narzędziem jest oczywiście uśmiech, ale możesz też użyć innych sposobów

3.Używaj osładziaczy – podstawowym narzędziem jest oczywiście kot, ale mogą być też inne stworzenia, które osłodzą twój wizerunek (króliczki, sarenki, delfiny - flora wszak przebogata). W żadnym razie bezwłose koty albo ryby.


4. Niech światło będzie po twojej stronie – Marlena Dietrich zawsze podróżowała ze swoim oświetleniowcem nie bez powodu. A my mamy w końcu latarki w komórkach.


5. Nieważna poza i z aparatem osmoza jeśli nie towarzyszy ci jakiś twarzowy kolor. Twój, intensywny, taki który ożywi i ciebie i zdjęcie. Oczywiście bardziej emeraldowy niż mdle beżowy (dobry na ścianę) albo łososiowy (łosoś to ryba – pamiętaj)

 6. Zbyt często po weselach znajomych pytano mnie "Dlaczego jako jedyna kobieta na imprezie nie masz oczu?". Brak mejkapingu na codzień jest dobry i zdrowy ale na zdjęciach powinno się mieć jednak jakieś rysy twarzy. Zatem namaluj je sobie. I niech będą wyraziste.


Życzę miłych sesji. 
(Choć poradnik jest zasadniczo dla kobiet poprawnośc polityczna nie pozwoliła mi zrezygnować z udziału męskiego elektoratu, który jak widać ma mniej zahamowań i często może służyć za przykład).

 

niedziela, 26 sierpnia 2012

I w Paryżu nie zrobią... ryżu. Jak dysponować kobiecymi atutami w celu uszczęśliwienia męża i przyjaciółki. Oraz jak po sposobie chodzenia rozgryźć kobietę

Gdybym była osobą skłonną do pesymizmu i malkontenctwa mogłabym sobie powiedzieć:
- Kurwa mać! Wszystkie te moje koleżaneczki i psiapsiółki są ode mnie atrakcyjniejsze!
Co zresztą zawdzięczam tylko i wyłącznie sama sobie: zbyt małej ilości przyjmowanych płynów i snu, zbyt dużej ilości przyjmowanych papierosów i kawy, wysiadywaniu owoców pracy na stołeczkach i krzesełeczkach, które znajomości ergonomii nie liznęły, w pozycjach tak karkołomnych, że gdyby ci wszyscy bohaterowie dokumentów pt: „Jestem dziwem nad dziwy bo urodziłem się bez rąk i nóg” mnie zobaczyli – to zapłakaliby się na śmierć z powodu niesprawiedliwości, że to właśnie o nich nakręcono film ;)
Wiadomo, że w duecie dwóch przyjaciółek - mimo, iż z biegiem lat upodabniają się do siebie, a nawet synchronizują okresowe zegary - jedna zawsze wodzi prym i błyszczy mocniej, druga zaś jest jej cieniem – podstawką pod doniczkę, podszewką pod sukienkę. Podobny los przypadł i mnie – zawsze w takich tandemach byłam osobą co prawda albo bardziej oczytaną albo bardziej utalentowaną albo tylko bardziej wyszczekaną ale nigdy nie piękniejszą, wizualnie nigdy nie zdobyłam najwyższych osiągów. A kogo w sumie obchodzi co tam masz do zacytowania, jeśli twojemu rozmówcy właśnie wyrwało gałki, które teraz, spocone ze szczęścia, turlają się w tą i wewtę po gładkim licu i epickim ciele twojej urodziwszej towarzyszki.
Jak byśmy nie emanowali swoją osobowością czy sznytem (co zresztą zaniedbane i roztrwonione rozwiewa się jak dym) to piękno zawsze pozostaje pięknem. I działa to w obie strony. Nie wiem czy zaznałyście tego rozdarcia, kiedy oczywiście wmawiamy sobie, jak to dobrze obudzić się obok kogoś czułego i wartościowego, ale obudzić się obok anioła Botticellego (niechby i nawet na ‘dzień dobry’ chlasnął nas po pysku) to zupełnie inna kategoria, to doznanie tak doskonałe wizualnie jak zamieszkanie w katedrze w Chartres.
(Nie zapominajmy jednak, że dziesięciolecia temu moje łydki z fartownie szczupłymi pęcinami występowały w reklamie skarpet ;) do czego się zresztą nie przyznaję, bo aż boję się myśleć, jak złośliwie można by to skwitować, heh...)

Wszystko to tytułem skojarzenia wypłynęło z okazji niedawnej wizyty - prosto z Paryża do mojego ogródka - słodkiej P. razem z mężem L.
Z P.  nie przyjaźniłam się na zasadzie sukienkowo-podszewkowego duetu, bo dawno temu, w czasach jeszcze licealnych, wszystkie chadzałyśmy w powyciąganych swetrach i martensach i dużo czytałyśmy (nie to co teraz, tfu), ale przez pewien czas było nam po drodze. Później nasze drogi rozeszły się i podryfowałyśmy w odmiennych kierunkach – ja skończyłam w ogródku ;), a P. wyszła za mąż za rodowitego Francuza i mieszka w Paryżu (i trust me - tylko rodowity, w ząbek czesany Francuz mógł założyć koszulkę z dekoltem w serek, z którego wystawała mu włosowa kępka i uczynić z tego przejaw nonszalancji a nie dowód uczestnictwa w prowincjonalnym koncercie obleśnej Budki Suflera ;)
P. stała się kobietą urodziwą – ma ładną figurę, owalną twarz o regularnych rysach i zdrowej, w lecie złocistej, karnacji, duże niebieskie oczy. W przeciwieństwie jednak do wszystkich tych moich atrakcyjnych koleżaneczek uwielbiam z nią przebywać, ponieważ fakt bycia urodziwą nie tylko nie jest przez nią w jakikolwiek sposób eksponowany, ale raczej głęboko i wstydliwie skrywany. Każda raszpla, która liznęła z blogów modowych nieco francuskiego stylu, albo choć tylko dokonała zakupów ubraniowych w towarzystwie lustra, idąc obok niej ulicą mogłaby poczuć się wyśmienicie.
Jest to dla mnie doprawdy zadziwiające, jak można będąc tak obdarzonym przez los tak bestialsko zaniechać korzystania z tego dobrodziejstwa inwentarza dobrych genów i zdrowego trybu życia!
Toż to marnacja najgorszego sortu.

Pomijam rzeczy, których dopracować nie sposób, bo są w nas nierozerwalnie i niezmiennie wpisane, jak np sposób chodzenia, po którym poznałabym P. i z 200 metrów, jak snajper. Miałam taką teorię, że po sposobie chodzenia, po stylu sekwencji kroków, można kobietę rozgryźć – czy ma życie udane, czy jest szczęśliwa i pewna siebie, jak ma status społeczny albo choć doraźne tego dnia samopoczucie (no może oprócz tych tlenionych nastolatek z poodkrywanymi o każdej porze roku nerkami, które maszerują tak, jakby świat kładł się przed nimi pokotem już z powodu samego ich istnienia i ostentacyjnej młodości). Tymczasem przy P. moja teoria upada – niezależnie od tego, w której dekadzie życia ją widzę i pominąwszy fakt, że owo jej życie wydaje się raczej udane, zawsze lezie tak, jakby pytała „To gdzie właściwie jestem i yyy dokąd właściwie idę?”, jakby zgubiła się na środku jakiej podhalańskiej łąki. 
Pozostaje też kwestia niesprecyzowanej jakości i koloru koafiury, który okala jej całkiem, jak już wspomniałam, urodziwą fizis.










Oprawa jest jak najbardziej w cenie: przyjrzyjmy się choćby obrazom w muzeum, czy robiłyby na nas takie wrażenie, gdyby nie wisiały tam w stylowych, złotych ramach albo byle cyrkonii, która dzięki srebru staje się pierścionkiem i hoho, jak narzeczona się nie zorientuje to może i udawać diament ;)
P. mimo wszystkich tych lat spędzonych w Paryżu nie liznęła paryskiego stylu nic a nic. Nawet jeśli nie było to jej życiowym celem (tylko pogratulować - w końcu doskonale zna język, ma pracę i udany związek), to choćby nawet przez osmozę, obserwacje... A tu zapuszkowane merde i guzik z pętelką zapięty na suwak oraz na deser strzał do własnej bramki. Jej mąż L., narzeka, że chciałby być czasem przez żonę uwodzony, a tymczasem na naszej wieczornej nasiadówie cały czas powracał jak refren, jak szlaczek w zeszycie pierwszoklasisty, temat jej tragicznych, dżinsowych szortów, które ze zgrabnych bioder uczyniły gargantuicznie rozdętą brzuchodupę wszechczasów jakiejś nadodrzańskiej Berty. 
Następnie  Komisja dyscyplinarna złożona z L. i mnie skazała rzeczone szorty na śmierć przez wyrzucenie (no zobaczymy...)
L. dokonał (pominąwszy pułap rozważań o podobieństwie charakterów i przekonań)  darwinowsko uzasadnionego wyboru żony: wybrał dobre geny, natomiast to, co jego żona z tymi genami wyrabia przechodzi ludzkie pojęcie, albowiem nie wyrabia NIC albo całkowicie WSPAK. W kwestii wybitnej urody jestem osobą spoza branży, nie mniej - na zdrowy rozum – posiadając jakieś atuty należy nimi jakoś zadysponować i je podkreślać, a nie niczym wylniałą koszulinę wciskać głęboko w gacie, podciągnięte i zapięte następnie pod brodą.
Mimo uroczego rozwoju wieczoru zakrapianego tyleż alkoholem co brakiem jedzenia (ponieważ nieuprzedzona nie miałam nic w lodówce) podskórnie wyczuwało się tę smutną, antymodową melodię.


















Z drugiej strony, może się niepotrzebnie czepiam - w końcu ma dziewczyna jeszcze czas... dużo czasu... advancedstyle.blogspot.com 

Siak więc to by było na tyle w kwestii mojego o tyleż pierwszego co nieostatniego posta modowego.
A teraz proszbardzo pierwszy z brzegu eksample na to, że jestem wybitną specjalistką modową i wiem, co dobre: na lato proponuję kratki a la grilowy obrus i uniwersalnie twarzową garsonkę w walenie oraz srebrnawy odcień karnacji i takież buciki :)

http://youtu.be/sqdVhjqgGAo
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...