Zdarzyło się tak, że na Trzech
Króli wyszły ze mnie trzy demony.
A były to urażona ambicja, zazdrość i gniew.
A demony te zrodziły następne
pokolenie: próżność, pychę, gorycz, złość, ordynarność, nieumiarkowanie w
słowach, które mają ranić.
Rodzina demonów wzięła sobie
zabawki do zabawy. Oto urażona ambicja wsiadła do czołgu postrzelać pociskami zarzutów. Zazdrość
opróżniała z zażaleń magazynek granatnika. Gorycz strzelała z armatki wodnej
oskarżeń. Pycha przysiadła w kąciku z walizeczką nuklearną i przypatrywała się
czerwonemu guzikowi. Ale potem ją zamknęła.
Więc to była ta bańka, która
pękła. Ten pęcherz rosnący pod skórą. Od czasu do czasu podrapany. Na co dzień
przykrywany łachmankiem w celach, żeby nie było widać. Niespełnione pragnienia,
niezrealizowana lista oczekiwań i planów. Wymuszona moralna elastyczność, która
okaleczała we mnie człowieczeństwo, bo okazało się, ze moje standardy nie są
uniwersalne.
Wybuch był nieunikniony. W
gniewie mówi się rzeczy, które nie budują zwięzłej argumentacji. Słowa drżące,
zdania wytrzebione z sensu. Nic nie wnoszą a wszystko niszczą. Druga osoba stoi
jak naelektryzowana, zmoknięta kurka pod rynną i próbuje zrozumieć dlaczego się
nagle tak rozpadało, skąd ta burza z piorunami. Z zachodu? Z zawodu? Wszak
prognoza uczuć nic nie zapowiadała. Była raczej optymistyczna. Nawet jeśli
zakłamana i utkana ze złudzeń i niedopowiedzeń.
Druga osoba nigdy nie widzi
naszego pęcherza.
Nawet jeśli sama go stworzyła.
Druga osoba nie wie, że właśnie,
na swój nieudolny sposób, oczyściliśmy wrzód. Nie przeprowadziliśmy operacji z
chirurgiczną precyzją, w świetle lamp i z asystą dr.Rozwagi, ale przy pomocy
zardzewiałej puszki w błotnistym okopie, podczas ostrzału pułkownika
Kurwamacia.
Druga osoba nie rozumie
nieobecności doktora Rozwagi oraz obecności pułkownika Kurwamacia.
Ni w ząb.
Niezrozumienie rodzi demony.
Złość, gorycz i gniew.
Koło się zamyka.
Sprawy zostają ustalone. Trawy
zostają wypalone.
Zostaje zrzucony napalm.
-Dobrze zrobiłaś, siostro! –
potwierdziłaby każda zakładowa feministka.
-Kup sobie teraz paczkę
chusteczek i paczkę fajek – doradziłaby mi pani z kiosku.
-Nie należy się zadręczać tylko
wyciągnąć wnioski i iść dalej – zasugerowałby mi coach w typie 100PLN/h.
-Kochana, przyjedź, zrobię ci
kotlecika – powiedziałaby mama.
Otóż to, mamo, konkrety.
Konkrety
mają zalety.
Dramaty sercowe to ja mogę
przeżywać, owszem, ale po obiedzie.
Spokój wraca, na emocjonalnej
pustyni dysonansu poznawczego wychodzi słonko.
Słonko grzeje, słonko praży,
słonko parzy. Powoduje udar, oparzenia oraz bolesne pęcherze.
Które muszę przykryć nowym
łachmankiem w celu aby nie było ich widać.
Koło się zamyka.
Po kilku dniach okazuje się, że
napalm był za słaby i należało jednak wcisnąć atomowy guzik, a najlepiej
dwa. A jeszcze lepiej siedem. Gdyż nie dość, że musiałam przeprosić, to teraz
będę najwyraźniej nosić jeszcze pod łachmankiem całą masę nowych pęcherzy.
Dzięki którym będę przypominała jakąś nową, tym razem życiową postać z komiksu
Marvela - Supermientkowoman.
Eh.
No to teraz inwentaryzacja kobiet-heter, do której to drużyny chciałabym
należeć ( a jak!)
Ostatnie już było, ale skoro zawsze mię cieszy... :)
"Z kobietą nie ma żartów - w miłości czy w gniewie Co myśli, nikt nie zgadnie; co zrobi nikt nie wie. "
(Fredro)
Sprawa z niedzielnym Dniem Kobiet ma się tak, że w
poniedziałek podarły się rajstopki, a we wtorek zwiądł goździk, com je te dary dostała.
Tymczasem trzeba było w między czasie iść do pracy. I co też tam, może taką
kobietę jak, nie przymierzając ja, spotkać w tej pracy? No niestety nie stare,
dobre, tradycyjne molestowanie. (Gdyż niestety nadal jest dosyć chłodno, zatem przez warstwy 4 swetrów mogłabym nie poczuć, że ktoś mnie gdzieś klepnął, hm)
Ale wybierać jest w czym, hoho. Zawsze pozostają nowoczesne i kosmopolityczne techniki psychiczne.
Dzisiaj przyjrzymy
się sposobom dręczenia kobiet w pracy.
Zapożyczymy, poprzez zacytowanie, taką oto inwentaryzację dręczeń od
profesjonalistki, Violetty Rymszewicz, która pisze o takich 'flirtach' na swoim blogu (linki poniżej).
Nie to, żebyśmy intuicyjnie nie znały poniższych technik, ale po lekturze można będzie ciemiężycielowi bardziej erudycko zripostować, że np: "Nie ze mną te numery z Withholding łamane przez Trivializing, ciulu!"
No to zaczynamy:
"Kobietom (nie tylko tym robiącym kariery)
przykleja się łatki. Takie słowne bicze – publiczne chłostanie epitetami,
werbalna przemoc w najczystszej postaci. Doliczyłam się czterech
epitetów-etykiet, które raz przyklejone nie dadzą się już zmyć ani oczyścić, a
zespół (nie tylko jego męska cześć) będzie powtarzał je zawsze wtedy, kiedy
kobieta-szef zechce zarządzać i egzekwować obowiązki.
Szmata/kurwa
– to ta, która chce cieszyć się swoją seksualnością. Nie musi nawet romansować
w pracy, wystarczy że jest seksowna, uwodzicielska i strojem podkreśla swoje
fizyczne atuty.
Pasztet/maszkaron
– to ta inteligentna, ale w oczach mężczyzn (i podwładnych kobiet) niewystarczająco
atrakcyjna. Ta etykieta jest szczególnie bolesna, bo drastycznie przypomina
kobietom o tym, że ani pozycja zawodowa ani wykształcenie nie gwarantują im
takiego szacunku i uznania, jaki daje młodość i uroda.
Suka/wywłoka
– to kobieta z charakterem, asertywna, skuteczna i…. zbyt inteligentna. To
kobieta, z którą nie dość bystry facet nie wchodzi w dyskusję, bo przepada w
przedbiegach. A tego panowie nie lubią. Nie lubią, więc upodlą kobietę.
Przykleją łatkę suki i po sprawie. Polscy macho z sukami/wywłokami przecież nie
dyskutują.
Wariatka/idiotka
– tę etykietę zostawiłam na koniec, bo kojarzy mi się z pewną dramatyczną
historią.
Tuż po skończeniu wieloetapowej, skomplikowanej
rekrutacji pracodawca zaprosił 4 najlepsze osoby na spotkanie (3 mężczyzn, 1
kobietę) i ogłosił, że mimo ustaleń i obietnic nie zatrudni żadnej z nich.
Stanowiska nie są już otwarte.
Panowie jak jeden mąż wpadli w szał – były
krzyki, wyzwiska i przekleństwa – agresja w najczystszej postaci. Kobieta
siedziała milcząc. W apogeum męskiego szaleństwa zaczęła głośno łkać. Była
wyraźnie zdenerwowana, a łzy wyciszały emocje. Co zrobili panowie?
Panowie całą agresję i wściekłość skierowali na
płaczącą i jej łzy. Wykrzykiwali, że zachowuje się niedojrzale,
nieprofesjonalnie i reaguje jak… wariatka. Okazuje się, że chamstwo, wrzaski i
wyzwiska mieszczą się w ramach akceptowalnych zachowań biznesowych. Kobiece łzy
– już nie.
Ta łatwość etykietowania kobiet jest męskim
sposobem na kontrolę i manipulację. Kobieta lekceważona, traktowana
protekcjonalnie, poniżana i oskarżana o szaleństwo zawsze już będzie wątpić w
racjonalność swoich ocen i reakcji."
Teraz mały przerywnik, świadczący o tym, że pewien rodzaj skrzywionej wizji kobiecości nosimy w sobie, niczym zużyty tampon.
"Gaslighting jest formą przemocy emocjonalnej
najczęściej stosowaną wobec kobiet w pracy. Początkowo w psychologii o
technikach z tej grupy mówiło się wyłącznie w kontekście toksycznych małżeństw
i związków. W tym przypadku sprawcami byli zarówno mężczyźni jak i
kobiety. Jednak, od początku lat 90-tych i większego udziału kobiet na rynku
pracy o przemocy z grupy „gaslighting” mówi się, jako o najczęstszej
zawodowej formie agresji mężczyzn wobec kobiet w pracy.
Podstępność technik z tej grupy polega na tym, że
przemocowiec (osoba stosująca przemoc) doprowadza swoją ofiarę do zwątpienia
zasadność jej ocen, odczuć i doświadczeń. Ofiara zaczyna wierzyć, że
tylko opinie oprawcy są prawdziwe i wątpić we własną zdolność podejmowania
trafnych decyzji.
Gaslighting często wyprzedza inne rodzaje emocjonalnego
i fizycznego znęcania się. Przemocowiec osłabiając zdolność oceny sytuacji
ofiary, z czasem osłabia również jej zdolność do samoobrony.
Termin „gaslighting” pochodzi z napisanej w 1938
roku, sztuki „Gas Light”. Autor, Patrick Hamilton, opisuje małżeństwo, w którym
mąż usiłuje doprowadzić żonę do szaleństwa. Za pomocą różnych sztuczek
doprowadza do tego, że kobieta zaczyna kwestionować własne zdrowie
psychiczne.
Techniki z grupy “gaslighting”
Techniki stosowane w tej formie przemocy są zazwyczaj
bardzo subtelne i przez to trudne do rozpoznania. Celem osoby stosującej tę
formę przemocy jest to, aby ofiara możliwie najdłużej pozostała nieświadoma
stosowanej agresji.
Najczęstsze techniki z grupy gaslighting:
Odmowa (ang. „Withholding”)
– sprawca
udaje brak zrozumienia dla ocen i opinii ofiary, nie słucha, odmawia dzielenia
się swoimi emocjami. Zachowuje się jak osoba, od której „odbijają się” słowa,
opinie i prośby ofiary.
Przykłady:
„Znowu zaczynasz!?”
„Nie będę słuchać tych
bzdur”
„Wiecznie się mnie
czepiasz!”
„To Twoja wina” („Countering”)
– technika,
w której sprawca cyklicznie poddaje w wątpliwość oceny, wiedzę i opinie ofiary.
“Sprawdź to, żeby znowu
nie opowiadał (a) głupot”
„Czy ty niczego nie
umiesz zrobić dobrze?”
„Potrzebuję tu kogoś lepszego,
kogoś, kto się na tym zna.”
Ta technika jest wyjątkowo skuteczna przede
wszystkim dlatego, że podważa wiarę w umiejętności oceny sytuacji, wiedzę i
kompetencje ofiary. Może pojawiać się zarówno pracy jak i życiu prywatnym.
Czasami przyjmuje formę wypowiadanych w gniewie oskarżeń typu:
„Przesada!”, „Histeryzujesz!” lub bardzo popularne – „To Twoja
wina!”, „Spójrz na siebie”
Umniejszanie („Trivializing”)
– osoba
stosująca techniki z tej grupy stara się sprawić, by opinie ofiary wydawały się
nieważne, nieprzemyślane i nie warte uwagi:
„Co Ty gadasz?”
„Co za bzdury!”
Do poza-werbalnych reakcji z tej grupy należy
przerywanie wypowiedzi i np. powtarzające się gesty dezaprobaty – odwracanie
się plecami do mówiącego lub wyraźne lekceważenie.
Zapominanie i odmowa (ang.”Forgetting” and „Denial”).
W tej technice, sprawca
cyklicznie udaje, że zapomniał o sytuacjach, słowach, obietnicach,
wydarzeniach, które naprawdę miały miejsce.
Do najczęstszych werbalnych reakcji z tej grupy należą:
„O czym Ty mówisz?”
„Czy niczego nie nauczono
Panią (a) na studiach?”
Najczęściej wszystkie powyższe techniki są
używane łącznie lub się na siebie nakładają. Celem jest zazwyczaj to, by ofiara
zwątpiła w sprawność swojego umysłu, dobrą pamięć i zdolność do kojarzenia
faktów i podejmowania decyzji. Zawsze chodzi o to, by pozbawić ofiarę zdolności
do niezależnej oceny sytuacji.
Czy jesteś ofiarą przemocy emocjonalnej z grupy “gaslighting”?
Znana amerykańska psychiatra Robin Stern,
opracowała zestaw symptomów charakterystycznych dla osób, które padły ofiarą
przemocy emocjonalnej z grupy “gaslighting”:
Masz skłonność do wątpienia
w siebie, swój potencjał i jakość podejmowanych decyzji. Znajomi i rodzina
mówią o Tobie, że jesteś niepewna (y) siebie.
Myślisz, że jesteś
przewrażliwiony i zbyt wrażliwy.
W pracy czujesz się
zakłopotany, niepewny swoich umiejętności i masz uczucie
„nie-przystawania”, nie-pasowania do reszty zespołu.
Zdecydowanie za często
bierzesz odpowiedzialność na siebie i przepraszasz nawet, jeśli obiektywna
„wina” nie leży po twojej stronie.
Nie rozumiesz, dlaczego
pomimo obiektywnie dobrego życia, często czujesz się nieszczęśliwa (y) i
niespełniona(y).
Często tłumaczysz
usprawiedliwiasz złe zachowanie partnera przed znajomymi i rodziną.
Nawet, jeśli z czymś się
nie zgadzasz lub uważasz za złe lub niewłaściwe nie masz dość odwagi i
pewności siebie, by się przeciwstawić i podzielić się swoją opinią.
Kłamiesz, aby uniknąć
odpowiedzialności lub nie przyznać się do porażek życiowych.
Masz kłopot z podejmowaniem
nawet najprostszych decyzji.
Marzysz, by być inną osobą
– bardziej wyluzowaną, pewną siebie, radosną i szczęśliwą.
Czujesz, że jesteś osobą
beznadziejną i nikomu niepotrzebną.
Myślisz, że w niczym nie
jesteś wystarczająco dobry.
Myślisz o sobie, jako o
fatalnym pracowniku, żonie, matce/ojcu lub przyjacielu.
Chyba jedynym sposobem obrony przed manipulacją i
przemocą emocjonalną jest jej obnażenie i wiedza o procesach, którym podlegamy.
Ta wiedza pozwala działać – mówić o wyrządzanej krzywdzie i ewentualnie
poszukać profesjonalnej pomocy prawnej i wsparcia psychologicznego."
via Gaslighting – o przemocy emocjonalnej, nie tylko w pracy {klik}
Miałam kiedyś taką koleżankę, obsadzoną wówczas na etacie
kandydatki na przyjaciółkę, która jak coś mówiła, to wszyćko infantylizowała.
Wiecie, co to za typ: pysiu-mysiu, pimpci-rymci. W dodatku takim dziecięcym
głosikiem. Nawet nie mogę przytoczyć przykładów, bo mój odział pamięci w te
pędy wszystko na bieżąco usuwał, żeby nie oszaleć. Doprawdyż, miałam ochotę po
każdej jej kwestii wziąć zmitokę, szufelkę i przy ich pomocy wymieść jej z
gębuni wszystkie zębusie. Kurwica paniczna mnie ogarniała, taka w rodzaju: co
ja tu robię z tą za chwilę bezzębną dzidzią piernik, aaa! No ale gdzieś tam w
środeczku tliło się we mnie przekonanie, że to będzie jeszcze mądry człowiek,
rozwojowy, tylko po prostu ma taki ETAP.
Niektórzy to mają w wieku lat pięciu,
inni w wieku lat dwudziestu pięciu, niestety. Przy czym określenie niektórzy zawsze w takich przypadkach
odnosi się do kobiet, bo 25-letni facet mówiący GŁOSIKIEM, na 100% jest gejem
albo ofiarą ciężkiego urazu neurologicznego. Tymczasem z babami bywa różnie:
seks uprawia toto permisywnie od 14 roku życia, ale jeszcze 10 lat później gra słodką
dzieweczkę zbiegłą ze żłobka. Co ja mówię gra – ona jest słodką dzieweczką,
ewentualnie wciela się w nią jakiś duch XIX wiecznej słodkiej dzieweczki, taki
arcydzieweczkowy dybuk.
A teraz przepraszam na chwilę, muszę pójść do kącika i
dyskretnie wrzasnąć kurwamać, inaczej
szlag trafił całe, wypracowywane latami, wyparcie tych dzieweczkowych
wspomnień.
No, już mi lepiej.
Już jestem z powrotem.
Co niewyobrażalne, infantylizacja słownikowo-głosikowa
działała na facetów, aczkolwiek nie bezterminowo. To zupełnie jak z typem babochłopa, który też działa na
niektórych facetów i też w ściśle określonym interwale czasu, zwykle krótkim.
Gdyż przeciętny chłop zafascynowany niezwykłą chucpą i siłą osobowości
babochłopa daje się ponieść wizji, że nie będzie musiał o niczym decydować i
nic robić. Ale potem jednak te postkoitalne teksty, w rodzaju: ‘Kopsnij mi
szluga, melepeto’ trochę go otrzeźwiają. I pragnie taki chłop długich włosów,
sukienek w kwiatki i domowej szarlotki. Oraz żeby drapać go w krocze z
okrzykiem ‘Misiu’ pazurami raczej obleczonymi w lakier niż opuszkami palców
zdartymi heblarką.
Znam też chłopców, którzy latami szarpią się od infantylin
do babochłopów, nazad z powrotem. Co jest dziwne, bo wydawało by się, że to są
inne grupy docelowe. Ale wszystkie postawy skrajne powodują u odbiorcy traumy i
chęć spróbowania całkowitego przeciwieństwa. Tak to przynajmniej to wygląda
wedle moich obserwacyj.
Pewnie dlatego byłyśmy swojego czasu z ową infantyliną
doborowym duetem, takim dwubiegunowym stylistycznie, pełne spektrum odbioru
kobiecości. Pewnie dlatego w takich duetach występowałam nie raz. Aż mi się to
znudziło, bo zaczęło grozić utratą tożsamości pciowej. I że odplamiacz nie zadziała.
Ostatnio spotkałam po latach infantylinę i wszystko już u niej dobrze. Przeszło jej. A nawet
role się jakby odwróciły. Ja zbezbronniałam. Ona jest niezwykle konkretną
kobietą sukcesu.
Mówi normalnym głosem, a nie głosikiem. Nie używa określeń
typu piniążki, nawet nie pieniądze, tylko od razu karta debetowa. Mówi briefy, lejouty, kejsy, czardże i takie tam, aż się dziwuję, że pomiędzy
tymi zangielszczonymi zezwłokami są polskie czasowniki. Powiedziała mi też, że 'ASAP się już nie mówi, bo to jest passe, że
przecież wiadomo, że teraz wszystko w życiu jest ASAP'. Tak wydoroślała, iż
poczułam, że o ile ASAP nie spożyję tabletki APAP, to head zwieńczający moje
korpo zacznie pulsować z powodu paniki, że aż niektórzy TAK profesjonalnie
dorastają, a ja co najwyżej proekologicznie zbabiochłopiałam. Aż cud, że nie
żuję tytoniu i nie spluwam gdzie popadnie, ale nie mam pomysłu gdzie, bo
przecież nie pomiędzy karty debetowe.
Prędzej między grządki ogrodowe. Eh.
Zatem, jak sądzę, istotne nie są charakterologiczne
fatałaszki infantylnio-babochłopskie, tylko kwestia życiowego tempa. Ona zawsze
była ASAP, a ja zawsze byłam SAPU-SAP (od sapania).
No ale co sobie pokomplementowałyśmy, to nasze ;).
Ostatnio zdarzyło mi się fotografować kilka koleżanek i
ilość fuknięć i ucieczek z miejsca zdarzenia była zaiste typowa dla tego
rodzaju sytuacji. ‘Dzisiaj źle wyglądam’,’Och nie nie nie’ i ‘Poczekaj, tylko
nałożę koc’ to już klasyka odzywek w momencie, gdy wyciągamy cyfrę zza pazuchy.
Choć wystarczyłby uśmiech i zabawny wygibas. Choć potrzeba tylko nastawienia, które wyginęło jak dinozaury w tej opresyjnej dla kobiet cywilizacji.
Mojej drogiej madre, nieodmiennie narzekającej na efekty
każdej sesji, zawsze natomiast powtarzam, żeby nie przyciskała ramion do
tułowia (bo zrobią się naleśniki), żeby naleśniki noszone z przodu wypięła
ponętnie i wyciągnęła szyję (jak żółw) w celu zniwelowania podbródka.
Niestety albo ma się we krwi fotogeniczność, albo tylko
przeciwciała. No ale w dobie cyfryzacji trzeba się jakoś do aparatu
ustosunkować. Nie zachowując się jak rozsierdzona kangurzyca.
5 tips for creating flattering poses of women [klik] czyli 5 wskazówek jak przypochlebić się aparatowi.
Na wypadek nieznajomości języków lub lenistwa antyklikowego
streszczę (własnymi słowami z własnymi fotoprzykładami):
1. Unikaj symetryczności w pozach.
Symetryczność jest dobra tylko na twarzy! A co do reszty to
nie ryzykujmy: pochyły, wypinki, lewa ręka za głowę, prawą łapiemy się za kostkę - dla pewności!
2. Stwarzaj 'dziury' (holes) w zagospodarowaniu przestrzennym kończyn
- czyli wpuść trochę pejzażu między nogę a nogę, pochwal się wystrojem
wnętrz między pachą a tułowiem. Nazywa się to odciążeniem postaci.
3. Zajmij czymś ręce.
Hej, to wyjątkowo szowinistyczna
porada. Niech ręce dotykają twarzy, kręcą loki na włosach albo chociaż piorą
lub prasują. (Ja tam ręcami zawsze staram się podtykać biustowie pod brodę, żeby
ponencji było więcej - ale nie pytajcie jak to zrobić asymetrycznie i z dziurą!)
4. Zakryj problematyczną części ciała. Albo odwróć od niej uwagę. (To nie wymaga komentarza ;)
5. Daj ciału podpórkę na której może się oprzeć.
Drzewa,
ławki, ściany, drzwi, poręcze i balustrady. Naręcza poręczy, drzwi z drzewa i
uwięzienie między ścianą a ławką mile widziane!
Tymczasem biegła w technikach autopromocji bo rozchwytywana
marketingowo blogerka Segritta [klik] udziela następujących porad, które wybiórczo zacytuję (uwagi w nawiasach
ode mła):
2. "Możesz też lekko przygryźć sobie policzki, co uwydatni
kości policzkowe. Tak, wiem, że to brzmi dziwnie, ale to jest protip od
profesjonalistki. "
*(dlatego zawsze po sesji kup sobie w aptece Aftin i
płukanki ziołowe w celu zaleczenia ran na dziąsłach. Jeśli masz twarz typu
księżyc - ergo: zasysania jest dużo - to najlepiej od razu zrobić sesję w zagonie
szałwii ;)
4. "Jeśli pozujesz przodem, wypnij biodra do tyłu, żeby
wyszczuplić uda i zarysować talię."
*(chyba że masz lumbago, kłopoty z korzonkami lub
przetrenowałaś się na siłowni i możesz już w tej pozycji zostać - wtedy lepiej
poprosić kogoś, przykrytego kocem w kolorze tła, żeby ci z tyłu ściskał uda i
talię. Tak przynajmniej radziliśmy sobie przed fotoszopem, azaliż)
5. "Jeśli pozujesz bokiem, wysuń nogę od strony fotografa
trochę w jego stronę. Wyda się wtedy dłuższa i szczuplejsza."
*(uważaj jednak żeby tą wysuniętą nogą nie podciąć
fotografa!)
8. "Unieś ręce do góry, by wysmuklić sylwetkę."
*(Chyba że fotograf jest Niemcem, wtedy nie podnoś rąk za
żadne skarby, nawet wawelskie ;)
9. "Użyj gadżetu w postaci np. torebki, żeby zasłonić tę
część ciała, z której nie jesteś zadowolona."
*(Dla każdego oznacza to coś innego choć najczęstszym problematycznym
przypadkiem wydaje się wór, w którym nosimy cały osprzęt trawienny czyli
brzucho Chudzi z zasady narkomani nigdy nie zrozumieją czemu to jedyne, co
powinniśmy wciągać ;) Jeśli jednak jest to twarz...na którą nie pomagają nawet aksamitne fluidy... to użyj czegoś pluszowego.)
12. "Nie rozczapierzaj palców, bo dłonie wyglądają wtedy
nieładnie."
*(a już na pewno nie rozczapierzaj palców kiedy masz
uniesione do góry ręce i wysuniętą nogę, chyba że przy sesji asystuje twój
chłopak Edward Nosferatu;)
13. "Nie chowaj całych kciuków do kieszeni, bo na zdjęciu to
będzie wyglądało, jakbyś nie miała palców."
*(ale z manualną nobliwością też nie przesadzaj)
14. "Nie rób dziubka. Nie, bo nie. Nawet jeśli dzięki niemu
wyglądasz korzystniej (usta wydają się większe, kości policzkowe uwypuklone
twarz wyszczuplona), to będziesz też wyglądać jak debil. Dziubki tylko w ramach
wygłupów, ironicznie i z umiarem. Czyli nie na każdej focie, na litość
Buzka."
*(nie wiem czemu autorka powołuje się na Buzka, który miał,
jak pamiętamy, zacukany wyraz twarzy zdziwionego gołębia. Nie rób dzióbka bo od
tego robią się zmarszczki na twarzy i reputacji, po prostu)
15. "Jeśli wystawiasz język, to upewnij się, że nie masz na
nim grzybicy czy innego osadu. To się zdarza, wiem, po antybiotykach albo w
chorobie, ale my nie chcemy na to patrzeć."
*(fuj! jeśli masz grzybicę to prawdopodobnie wdało ci
się zakażenie po niezaleczonych ranach od przygryzania policzków z punktu 1!
Poza tym co za problem - jeśli już koniecznie chcesz się wystylizować na
Einsteina - przyróżowić sobie językową pieczarkę szminką? Niektóre kobiety
noszą ja nawet na zębach)
A teraz coś ode mnie w kwestii rekwizytów:
1.Nigdy nie fotografuj się z ładniejszymi i lepiej ubranymi koleżankami – to
ma być twoja liga!
2.Ocieplaj swój wizerunek czym się da – podstawowym narzędziem jest
oczywiście uśmiech, ale możesz też użyć innych sposobów
3.Używaj osładziaczy – podstawowym narzędziem jest
oczywiście kot, ale mogą być też inne stworzenia, które osłodzą twój wizerunek (króliczki, sarenki, delfiny - flora wszak przebogata).
W żadnym razie bezwłose koty albo ryby.
4. Niech światło będzie po twojej stronie – Marlena Dietrich zawsze
podróżowała ze swoim oświetleniowcem nie bez powodu. A my mamy w końcu latarki
w komórkach.
5. Nieważna poza i z aparatem osmoza jeśli nie towarzyszy ci
jakiś twarzowy kolor. Twój, intensywny, taki który ożywi i ciebie i zdjęcie.
Oczywiście bardziej emeraldowy niż mdle beżowy (dobry na ścianę) albo łososiowy (łosoś to ryba –
pamiętaj)
6. Zbyt często po weselach znajomych pytano mnie "Dlaczego jako jedyna kobieta na imprezie nie masz oczu?". Brak mejkapingu na codzień jest dobry i zdrowy ale na
zdjęciach powinno się mieć jednak jakieś rysy twarzy. Zatem namaluj je sobie. I
niech będą wyraziste.
Życzę miłych sesji.
(Choć poradnik jest zasadniczo dla kobiet poprawnośc polityczna nie pozwoliła mi zrezygnować z udziału męskiego elektoratu, który jak widać ma mniej zahamowań i często może służyć za przykład).
Gdybym
była osobą skłonną do pesymizmu i malkontenctwa mogłabym sobie powiedzieć:
-
Kurwa mać! Wszystkie te moje koleżaneczki i psiapsiółki są ode mnie
atrakcyjniejsze!
Co
zresztą zawdzięczam tylko i wyłącznie sama sobie: zbyt małej ilości
przyjmowanych płynów i snu, zbyt dużej ilości przyjmowanych papierosów i kawy, wysiadywaniu owoców pracy na stołeczkach i krzesełeczkach, które znajomości ergonomii
nie liznęły, w pozycjach tak karkołomnych, że gdyby ci wszyscy bohaterowie
dokumentów pt: „Jestem dziwem nad dziwy bo urodziłem się bez rąk i nóg” mnie
zobaczyli – to zapłakaliby się na śmierć z powodu niesprawiedliwości, że to
właśnie o nich nakręcono film ;)
Wiadomo,
że w duecie dwóch przyjaciółek - mimo, iż z biegiem lat upodabniają się do
siebie, a nawet synchronizują okresowe zegary - jedna zawsze wodzi prym i
błyszczy mocniej, druga zaś jest jej cieniem – podstawką pod doniczkę,
podszewką pod sukienkę. Podobny los przypadł i mnie – zawsze w takich tandemach
byłam osobą co prawda albo bardziej oczytaną albo bardziej utalentowaną albo
tylko bardziej wyszczekaną ale nigdy nie piękniejszą, wizualnie nigdy nie
zdobyłam najwyższych osiągów. A kogo w
sumie obchodzi co tam masz do zacytowania, jeśli twojemu rozmówcy właśnie
wyrwało gałki, które teraz, spocone ze szczęścia, turlają się w tą i wewtę po
gładkim licu i epickim ciele twojej urodziwszej towarzyszki.
Jak
byśmy nie emanowali swoją osobowością czy sznytem (co zresztą zaniedbane i
roztrwonione rozwiewa się jak dym) to piękno zawsze pozostaje pięknem. I działa to w obie strony. Nie wiem czy zaznałyście tego rozdarcia, kiedy
oczywiście wmawiamy sobie, jak to dobrze obudzić się obok kogoś czułego i
wartościowego, ale obudzić się obok anioła Botticellego (niechby i nawet na
‘dzień dobry’ chlasnął nas po pysku) to zupełnie inna kategoria, to doznanie
tak doskonałe wizualnie jak zamieszkanie w katedrze w Chartres.
(Nie
zapominajmy jednak, że dziesięciolecia temu moje łydki z fartownie szczupłymi pęcinami występowały w reklamie
skarpet ;) do czego się zresztą nie przyznaję, bo aż boję się myśleć, jak
złośliwie można by to skwitować, heh...)
Wszystko
to tytułem skojarzenia wypłynęło z okazji niedawnej wizyty - prosto z Paryża
do mojego ogródka - słodkiej P. razem z mężem L.
Z
P. nie przyjaźniłam się na zasadzie sukienkowo-podszewkowego duetu, bo dawno temu, w czasach jeszcze
licealnych, wszystkie chadzałyśmy w powyciąganych swetrach i martensach i
dużo czytałyśmy (nie to co teraz, tfu), ale przez pewien czas było nam po drodze. Później nasze drogi
rozeszły się i podryfowałyśmy w odmiennych kierunkach – ja skończyłam w ogródku
;), a P. wyszła za mąż za rodowitego Francuza i mieszka w Paryżu (i trust me - tylko
rodowity, w ząbek czesany Francuz mógł założyć koszulkę z
dekoltem w serek, z którego wystawała mu włosowa kępka i uczynić z tego przejaw
nonszalancji a nie dowód uczestnictwa w prowincjonalnym koncercie obleśnej Budki Suflera ;)
P.
stała się kobietą urodziwą – ma ładną figurę, owalną twarz o regularnych rysach
i zdrowej, w lecie złocistej, karnacji, duże niebieskie oczy. W przeciwieństwie
jednak do wszystkich tych moich atrakcyjnych koleżaneczek uwielbiam z nią przebywać, ponieważ fakt bycia urodziwą nie tylko nie jest
przez nią w jakikolwiek sposób eksponowany, ale raczej głęboko i wstydliwie
skrywany. Każda raszpla, która
liznęła z blogów modowych nieco francuskiego stylu, albo choć tylko
dokonała zakupów ubraniowych w towarzystwie lustra, idąc obok niej ulicą
mogłaby poczuć się wyśmienicie. Jest to dla mnie doprawdy zadziwiające,
jak można będąc tak obdarzonym przez los tak bestialsko zaniechać korzystania z tego
dobrodziejstwa inwentarza dobrych genów i zdrowego trybu życia!
Toż to marnacja najgorszego
sortu.
Pomijam rzeczy, których
dopracować nie sposób, bo są w nas nierozerwalnie i niezmiennie wpisane, jak np
sposób chodzenia, po którym poznałabym P. i z 200 metrów, jak snajper.
Miałam taką teorię, że po sposobie
chodzenia, po stylu sekwencji kroków, można kobietę rozgryźć – czy ma życie
udane, czy jest szczęśliwa i pewna siebie, jak ma status społeczny albo choć
doraźne tego dnia samopoczucie (no może oprócz tych tlenionych nastolatek z
poodkrywanymi o każdej porze roku nerkami, które maszerują tak, jakby świat
kładł się przed nimi pokotem już z powodu samego ich istnienia i ostentacyjnej młodości).
Tymczasem przy P. moja teoria upada – niezależnie od tego, w której dekadzie
życia ją widzę i pominąwszy fakt, że owo jej życie wydaje się raczej udane, zawsze lezie tak, jakby pytała „To gdzie właściwie jestem i
yyy dokąd właściwie idę?”, jakby zgubiła się na środku jakiej podhalańskiej
łąki. Pozostaje też kwestia
niesprecyzowanej jakości i koloru koafiury, który okala jej całkiem, jak już
wspomniałam, urodziwą fizis.
Oprawa jest jak najbardziej w cenie: przyjrzyjmy
się choćby obrazom w muzeum, czy robiłyby na nas takie wrażenie, gdyby nie
wisiały tam w stylowych, złotych ramach albo byle cyrkonii, która dzięki srebru
staje się pierścionkiem i hoho, jak narzeczona się nie zorientuje to może i
udawać diament ;)
P. mimo wszystkich tych lat
spędzonych w Paryżu nie liznęła paryskiego stylu nic a nic. Nawet jeśli nie
było to jej życiowym celem (tylko pogratulować - w końcu doskonale zna język, ma pracę i udany związek), to choćby nawet przez osmozę, obserwacje...
A tu zapuszkowane merde i guzik z pętelką zapięty na suwak oraz na deser strzał
do własnej bramki. Jej mąż L., narzeka, że chciałby być czasem przez żonę
uwodzony, a tymczasem na naszej wieczornej nasiadówie cały czas powracał jak
refren, jak szlaczek w zeszycie pierwszoklasisty,temat jej tragicznych, dżinsowych szortów,
które ze zgrabnych bioder uczyniły gargantuicznie rozdętą brzuchodupę wszechczasów jakiejś
nadodrzańskiej Berty.
NastępnieKomisja
dyscyplinarna złożona z L. i mnie skazała rzeczone szorty na śmierć przez
wyrzucenie (no zobaczymy...)
L. dokonał (pominąwszy pułap
rozważań o podobieństwie charakterów i przekonań)darwinowsko uzasadnionego wyboru żony: wybrał
dobre geny, natomiast to, co jego żona z tymi genami wyrabia przechodzi ludzkie
pojęcie, albowiem nie wyrabia NIC albo całkowicie WSPAK. W kwestii wybitnej urody jestem
osobą spoza branży, nie mniej - na zdrowy rozum – posiadając jakieś atuty należy nimi jakoś
zadysponować i je podkreślać, a nie niczym wylniałą koszulinę wciskać głęboko w
gacie, podciągnięte i zapięte następnie pod brodą. Mimo uroczego rozwoju wieczoru
zakrapianego tyleż alkoholem co brakiem jedzenia (ponieważ nieuprzedzona nie
miałam nic w lodówce) podskórnie wyczuwało się tę smutną, antymodową melodię.
Z drugiej strony, może się niepotrzebnie czepiam - w końcu ma dziewczyna jeszcze czas... dużo czasu... advancedstyle.blogspot.com
Siak więc to by było na tyle w kwestii mojego o tyleż
pierwszego co nieostatniego posta modowego. A teraz proszbardzo pierwszy z brzegu eksample na to, że jestem wybitną specjalistką modową i wiem, co dobre: na lato proponuję kratki a la grilowy obrus i uniwersalnie twarzową garsonkę w walenie oraz srebrnawy odcień karnacji i takież buciki :) http://youtu.be/sqdVhjqgGAo
Mały kramik, a w nim: misz-masz fos-pasów, od Sasa do USA, ad rem w fazie REM, kazamaty codzienności, merytoryczne peryferie, kulturowe perturbacje, psycho-socjo dywagacje.
Kopiowanie tekstów z tego bloga bez zgody i błogosławieństwa autorki podlega karze ustawowej, nieprzyjemnościom towarzyskim oraz ogniowi piekielnemu. I mean it!