Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2016

Ja jestem dziewczyna czysta, leczona i wyleczona! Agnieszka Osiecka, Biała bluzka. Oraz oczywiście nonszalancka inwentaryzacja białych bluzek


Agnieszka Osiecka
Biała bluzka
Wydawnictwo Literackie 1988

Jakaż to jest słodka, wesoła opowieść! A zarazem taka smutna i tragiczna. Któż jak nie Agnieszka O. może tak przewrotnie się z nami zabawiać, że nam uśmiech na ustach, a nawet chichot gorączkowy, zamiera w konfuzji.

Wariatka Ela snuje się po mieście, głównie knajpach. Pije z przypadkowo poznanymi mężczyznami, słucha ich opowieści, czasem się zakochuje, czasem u kogoś pomieszkuje. Prowadza na smyczy indyka z bazaru, opiekuje się cudzym dzieckiem, notorycznie gubi pieniądze i dowód osobisty, jeździ na traktorze, odwiedza w charakterze aresztantki komisariat. I jak o tym opowiada, och jak. Powiem wam jak: to melanż niezwykłej wrażliwości, poczucia humoru, psychologii przeniesień i wódki.
Racjonalna Krystyna bezskutecznie próbuje ją zmobilizować do ogarnięcia się, tworzy listy rzeczy do załatwienia, prasuje jej białą bluzkę.
Nigdy nie włożona biała bluzka jest symbolem powrotu z tego dzikiego rauszu na łono społeczeństwa. Do zakładów pracy, kolejek, urzędów i kartek. Do bolesnej rzeczywistości, z której taki kolorowy ptak jak Ela ciągle wyfruwa jak z klatki.

„(...) wróciłam na miejsce straceń. Tam urzędniczka urzędulska urzędująca w miejscu pracy. Usta czerwone, usmarowane po sam nos. Zęby czerwone jak we krwi. Kriss kochana, wiesz doskonale, jaki jest mój stosunek do szminki na zębach: potworny. Potwornie histeryczny. Na paszczękę tę patrzeć nie mogłam. W dodatku urzędulska zaczęła paszczęką poruszać, bułkę czerwoną pożerać. Tego juz było dla mnie za wiele, tego ode mnie nie możesz wymagać, są pewne granice tolerancji.”



Kim jest dla Eli Krystyna? Po co piszą do siebie listy z tych całkiem innych światów, których nic nie łączy? (Łączy je za to miłość do jednego mężczyzny, społecznika i aktywisty, który przewija się gdzieś w tle.)
Sceny podrywu w knajpie albo artystycznego happeningu w podwarszawskiej willi janusza biznesu to majstersztyki, zaprzeczające w swojej ponadczasowej uniwersalności istnieniu tamtej siermiężnej rzeczywistości.

„Dzisiaj z Rębotem uprawialiśmy dżogging.. Niepowtarzalne przeżycia, aksamitne powietrze, wsie i osiedla migotały nam przed oczami, do nóg łasiła się przyroda naszych pól i lasów, szkoda, ze pani przy tym nie było. Pierwsza seta smakowała potem jak napar z leśnych fiołków.


Mnie się wydawało, że twórczość Osieckiej znam. W głowie miałam jej wiersze i piosenki. Jej „drżyjcie aorty bo idę na korty” i „chłoporobotnik jak boa grzechotnik z niebytu wynurza się fal” zawsze mnie elektryzowały swoją niebanalnością. Ale Białą bluzkę, małą, zakurzoną książeczkę z wyrastrowaną na niebiesko Jandą na okładce, znalazłam dopiero teraz, gdy wypadła nonszalacko zza regału. To piękny dar od losu. Dawno się tak nie uśmiałam i tak nie zacukałam. Jednocześnie. I na zmianę.
Perła inkrustowana diamentem.

Polecam.


Na koniec scenka, w której Ela nabywa na bazarze nielegalnego ptaka (indyka, nazwanego Azor), a potem wykorzystuje go jako łapówkę dla milicjanta (nazywanego Władziem):

„A Ja mu mówię tak: Władku, nie ekscytuj się. Opowiem ci bajkę o pewnej wytwornej damie. Ta dama nazywała się Władza. I pewnego dnia tak mówi do znajomego: wiesz co, ty jesteś ze wsi, ja jestem ze wsi, możesz mi mówić Władziu. I odtąd się bardzo kochali...”

„Wiesz co Władek, mówię. Ja jestem dziewczyna czysta, leczona i wyleczona, ty jesteś nadzwyczajnie inteligentny, pójdźmy do łóżka i oddajmy temu tu obywatelowi Azorowi wolność. Po co go ćwiartować, kiedy on na to nie ma najmniejszej ochoty. Ty będziesz miał swoją przyjemność i Ja będę miała; więc poszliśmy do pobliskiego aresztu, położyliśmy się na kozetce jeszcze ciepłej po jakimś spekulancie (chesterfieldy palił), kochaliśmy się w natchnieniu jak tygrysy i następnie, zgodnie z umową, otworzyliśmy okno. Boże ty mój, cóż to był za widok, cóż to był za indyk! (...)
Frunął nad Targową ulicą jak po fiołkowym niebie Argentyny. Mówię ci. Ciężkawy i z lekka tylko pozłacany (...) frunął ciężko i dostojnie, jak kiedyś fruwały upiory. Druhno ty moja. Wszak kiedyś niebo nasze pełne było miłych potworów, dynozaurów i pterogreków, które tylko dlatego wyginęły, że nie miały na to wszystko siły. A Ja mam, a Ja mam.

....................................................................................................
Tymczasem w sekcji Moda i uroda zinwentaryzujemy BIAŁE BLUZKI.
.................................................................................................... 

O gustach się nie dyskutuje, choć o kroju i doborze dodatków można. Zamieszczam kilka wyciągniętych z zapomnianych folderów nonszalanckich przykładów bluzecznej niebanalności. Osobiście samotna biała bluzka wydaje mi się zbyt mdła, dlatego preferuję czarne lamówki, paseczki, kukardki i inne takie, które tę mdławicę mogą trochę ożywić, przeformatować i zaakcentować.

Na początek ażury, proste, geometryczne formy (szyk zakładek) oraz czujny nadmiarunek:


(Ostatnia po prawej: bardzo mądry projekt, który zakryje ci schaby na ramionach. Oraz biust.Stąd pewnie ta mina, meh)

Teraz coś jeszcze bardziej nonszalanckiego czyli biała bluzka z lejącym kołnierzem.
Oraz bluzka typu spienione mleko do latte:

Czarny akcent! Czarny akcent robi biała bluzkę, mówię wam.


(Piękna ta ostatnia, no ale trzeba do niej nie mieć biustu)
....................................................................................................
Teraz wystąpią celebrytki
(Na pierwszym zdjęciu przykład, że czasem, gdy brak klasy, i biała bluzka nie pomoże - cycki na wierzchu pomogą zawsze ;)

(Śliniaczek Victorii bardziej formalny od kukardek, mimo wszystko, ale kukardki nadal wygrywają w podkręcaniu kobiecości. Czarne kukardki zwłaszcza)

Na koniec: w co się nie ubierać w kwestii białej bluzki. 
Czyli nie ma wyglądać jakby się w praniu rozciągłooo, zefilcowało, połowę odgryzł pies, a rękawy są wypchane skarpetami, które nie zmieściły się do stanika.

Najgorszy koszmar na koniec. Projekt, zdaje się Victora&Rolfa, którzy, jak każde projektanty-dizajnery, mają czasem słabszy dzień. Słabszy, megachujowy dzień, trochę poliestru,  zdechłą fretkę i nieletnią, rosyjską modelkę z łapanki ;)

Dziękuję za uwagę.

wtorek, 3 lutego 2015

Książka typu baton czyli jak uwiódł mnie Jack Reacher. „Ostatnia sprawa” Lee Child


Każdy z nas ma takie dni, gdy się pioruńsko spieszy, a że musi coś zjeść, to wrzuca do ust bułkę/banana/batona i gna gdzie go okoliczności zmuszają. Podobnie jest z książkami. Czasem nie ma czasu na delektowanie się metafizycznym słowotwórstwem siedmiusetstronnicowej cegły i naówczas wrzuca się na czytelniczy ruszt książkę –batona.
Książka-baton to kawałek niezłej rzemieślniczo i pożywnej fabularnie, bez subtelności skrojonej i mocno zszytej historii. Gatunek dowolny, od thrillera po tak zwaną literaturę kobiecą. Na kobiecego batona jestem jednak za mało upośledzona i prędzej obgryzłabym sobie palce niż czytała te życiowo domniemane dialogi damsko-męskie ze szczęśliwym miłosnym zakończeniem. Ale kryminalny thriller z super menskim herosem, który jak raz w tygodniu kogoś nie zabije to dostaje swędziawki i ogólnie traumy? Why not.

Ostatnio miałam przyjemność poznać w ten sposób Jacka Reachera, bohatera kryminalnej serii książek autorstwa Lee Childa. „Ostatnia sprawa” to szesnasta część cyklu o przygodach genialnego śledczego-wagabundy, a zarazem powrót do początków opisywanych wcześniej (acz czasowo późniejszych) przygód Reachera. W „Ostatniej sprawie” (tytuł oryginalny: „Affair”) jest on jeszcze majorem w żandarmerii wojskowej.
Akcja idzie tak: są trupy, trza znaleźć winnego, Jack nadchodzi, Jack nabruździ. Voila.
Opowiem wam za to czego się dowiedziałam o Jacku. Mmm.

Jack jest bardzo zarośnięty, co pozwala mu na pracę incognito w terenie, gdzie głową okoloną kłębem kłaków może główkować udając cywila. Tak się też zaczyna jego ostatnie śledztwo z ramienia armii. Zostaje Jack wysłany do miasteczka w pobliżu szkoleniowej bazy wojskowej, gdzie dokonano morderstw na trzech olśniewających kobietach. Przy czym dopóki ofiarami były Murzynki, to nikogo to nie interesowało, dopiero kiedy trzecią ofiarą padła Białaska, sprawa zaczęła wymagać wyjaśnienia. Zatem te wszystkie głupawe amerykańskie filmy, w których dziewczyna w potrzebie dzwoni na policje i mówi: „Jestem białą kobietą przed trzydziestką potrzebującą pomocy!” wcale nie kłamią, tylko wciskają w policyjnych radiowozach akceleratory i koguty.
Jack odżywia się byle jak, głównie lokalnymi plackami i wypija hektolitry kawy, co nie przeszkadza mu zachować ekstra-formy i potencji. Ma Jack niejaki problem modowy, charakterystyczny dla armijnych samców, którzy przez całe życie byli zobligowani do chadzania w mundurze: nie wie jak się ubrać po cywilnemu. Kupuje kasztanoworóżową koszulę i cierpi (no nie dziwota: kasztanowo-różową? Aaa). Nie bawi się w takie rzeczy jak pranie: jeśli ubrania się zużyją, to je wyrzuca i kupuje nowe. Ubrania zużywają się kilka dni, dni obejmujące zróżnicowany wachlarz aktywności fizycznej, kwestia jak przy tym wonieje nasz bohater nie jest jednak poruszana. Zastanawiam się jednak czy te przyzwyczajenia nie są jednym z powodów, dla których armia z Jacka zrezygnowała: może był oficerem, który miał największe i druzgocące armiję finansowo zużycie mundurów ;)

Jack Reacher i olśniewające kobiety
Jack spotyka na swej drodze same OLŚNIEWAJĄCE kobiety - większość martwych, ale też niektóre żywe. Doprawdyż, jeśli w regionie nie ma olśniewających kobiet, to Jack się tam na bank nie pojawi, to poniżej jego męskiej godności. Dla dobra śledztwa z żywymi olśniewającymi kobietami Jack zażywa stosunków, ściągając z nich staniczki i majteczki (majteczki koniecznie z paseczkami!). Bardzo bym chciała zajrzeć do oryginału powieści, żeby sprawdzić czy to aby nie tłumacz tak zinfantylizował kobiecą bieliznę. Ten sam tłumacz który nie zna synonimów dla słowa olśniewający, niezależnie czy chodzi o płeć piękną czy samochodowe reflektory.
Może to kwestia rozmiarówki w armijnym slangu? Może chude kobitki noszą staniczki i majteczki, kobiety o normalnej budowie ciała staniki i majtki a kobiety XL biusthaltery i majciochy? W końcu armia USA to jedna wielka zagadka.

Jedną z żywych olśniewających kobiet jest miejscowa pani szeryf. Jack olśniewającą szeryfę grzmoci lubieżnie obok torów szybkobieżnego, towarowego pociągu. Ja rozumiem, że w armii jest umiłowanie warunków polowych, ale to jest absolutnie skandaliczne pogwałcenie zasad BHP i wcale nie żałuję, że armia takiemu łamaczowi w końcu podziękowała. Ogólnie Jack ma jakąś seksualną obsesję pociągową, bo w powieści zawsze dochodzi, gdy nadjeżdża pociąg (sic!). Pociąg amerykański jest punktualny, więc można się tak zabawiać. Gdyby Jack stacjonował w Polsce to miałby nie lada problem.
Sobotni wieczór rozkoszy Jacka wygląda tak:
„Pochyliła się i pocałowała mnie. Poszedłem zmyć z rąk ślady krwi. Potem się kochaliśmy. Pokój zaczął się trząść jak na zawołanie. Szklanka na półce w łazience zadzwoniła, podłoga dygotała, łóżko trzęsło się i podskakiwało. A potem pociąg przejechał”.
Rispect, Jack. I chwała hamerykańskiemu kolejnictwu.

Więcej o pociągach pisałam i obrazkowałam tu [klik]

Drugą zdiagnozowaną u Jacka obsesją, jest ta na punkcie kłaków. Już wspominałam, że nasz bohater ma niechęć do golenia i strzyżenia. A co do kobiet:

„Z bliska pani szeryf okazała się piękną kobietą. Naprawdę piękną. Wysoka, olśniewające włosy. Sam koński ogon ważył pewnie ze dwa kilo. (...) W jej oczach wciąż było światło. Nie tylko odblask prędkościomierza caprice’a”.
Zapamiętajcie sposób na armijny podryw: garbimy się, jakby kilogramy kłaków bardzo nam ciążyły. Z braku świecącej deski rozdzielczej auta, świecimy se w oczy komórką. Byle nie wyglądać łyso i matowo. Kobieta musi olśniewać!
Kobieta powinna też arcydziarsko trawić:
„Zjadłem więc mój placek. Ona zjadła burgera i frytki, przez większość czasu patrząc mi w oczy. Była szczupła. Musiała miec przemianę materii jak reaktor atomowy.”
Noszkurwa, to jakieś science-digestive-fiction.

Jack Reacher i produkcja trupów
Jeśli Jack w tygodniu kogoś nie zabije doznaje traumy i skurczu mięśni. Ale spokojna głowa – w tej jednej przygodzie śledczej, w której, przypominam, na początku mamy 3 truchła olśniewających kobiet, Jack doprodukowuje własnoręcznie jeszcze 4 nowe trupy męskie (dwa skręcenia karku, jeden celny strzał i jedno śmiertelne nadzianie na łokieć. Tak – łokieć!). Co jak dla mnie jest wątpliwym bilansem sukcesu śledczego, ale co ja tam wiem o armii.

„Wynik starcia zależał od tego jak bystry okaże się przeciwnik. Przetrwał Wietnam, wojnę w Zatoce i lata pentagońskich niedorzeczności. Nie da się tego zrobić będąc bezmózgowcem. Nie groziło mu zapewne, że zdobędzie Nagrodę Nobla, ale był bystrzejszy niż przeciętny niedźwiedź. I to mi pomogło. Trudniej walczy się z kretynami. Nie sposób przewidzieć, co zrobią. Ale inteligentni ludzie są przewidywalni.”
Zapamiętajcie żołnierską definicję inteligencji: to pomiędzy niedźwiedziem a Noblem, hm.

„Facet wyszczerzył się w uśmiechu (...). Nacisnąłem spust. Broń świetnie zadziałała. Po prostu świetnie. Strzał trzasnął, syknął, echo przetoczyło się po okolicy. (...) Konus upadł wyprostowany, luźno podskoczył i rozlał się w splątany kształt bez kości, jak to się zdarza tylko z ludźmi zmarłymi niedawno i gwałtowna śmiercią.”
Zapamiętajcie sposób na reacherowy safer-vivr: Będąc konusem nie szczerzymy się w pobliżu Jacka. Na wszelki wypadek nie radziłabym też krytykować wymagającej prania kasztanowo-różowej koszuli.

Lubię książki, z których dowiaduję się czegoś pożytecznego albo które inspirują mnie do poszukiwań w dziedzinach, które mnie dotychczas nie interesowały. Gdy byłam małą dziewczynką przeczytałam ‘Tożsamość Bourne’a’ i się dowiedziałam, że faceta najłatwiej rozbroić kopiąc go w jaja. Potem mama musiała chodzić do mojej podstawówki i zapewniać, że rozważy nawrócenie mnie na lekturę Ani z Zielonego Wzgórza i Emilki ze Srebrnego Nowiu. Po lekturze „Ostatniej sprawy” zapoznałam się z kodem oznaczeń i wiem już jak się dostać do dowolnego pokoju w Pentagonie, czego nie mogę (nadal!) powiedzieć o jakimkolwiek polskim urzędzie. Dowiedziałam się też jak skutecznie skręcić kark oraz zabijać łokciem. Niech no teraz jakiś olśniewający babiszon wepchnie się w Biedro bez kolejki, ha!

Tymczasem powstała pierwsza ekranizacja, gdzie w rolę Jacka wciela się, no cóż, Tom Cruise. Wyszedł emocjonująco odmóżdżający klon Mission Impossible. Wartka akcja, intrygi i truposze, a nawet kilka niekurtuazyjnych seksistowskich żarcików, haha. Radziłabym agentowi Toma pogadać z oświetleniowcami, żeby olśniewali go jakoś tak mikrzej, bo ta sflaczała szyja pińćdziesięciolatka na tle arcyheroicznych wyczynów nie wygląda realistycznie, hm.

Dziękuję za uwagę.
Jeśli ktoś ma jakieś porady w kwestii następnego batona to proszę radzić. Nie mam chwilowo czasu na pełnowartościowe posiłki literackie.

sobota, 13 września 2014

Anna chce skoczyć a Wiktor i Wisznu dokazują za ścianą czyli ogólnie bez komentarza. Komiksy z prywatnej kolekcji, part 1



Siódme dziecko matki Literatury, sponiewierany brat Prozy i Poezji -  Komiks - w końcu urósł, zmężniał, wąs mu się sypnął, kazał się zwać powieścią graficzną, a w zeszłym roku był już nominowany do Nagrody Literackiej Nike.
Zamiast więc go nadal lekceważyć i jak większość polskiego społeczeństwa uważać za disneyowskie popłuczyny po psie Plucie i kaczorze Donaldzie, czas może zacząć przeglądać artystyczne kadry? Od czasu do czasu?
W ramach odkurzania komiksowych zbiorów pozwolę sobie pioniersko zaniechać przeglądu moli zastygłych w tysiącach linijek pisanych i zaprezentować co nieco z mojej najlżejszej, obrazkowej półeczki.
 ........................................................................................

‘Anna chce skoczyć’ Lucia Lemova

Bardzo sympatyczny, kryminalno-obyczajowy czeski komiks.
Bohaterka, całkiem przeciętna Czeszka Anna, idzie pewnego razu na basen... a potem jej życie staje się komiksem drogi, kryminałem pełnym ucieczek przed rosyjską mafią, z przystojnym Hamerykaninem Alanem u boku. Razem z tą uroczą parą wędrujemy po praskich dzielnicach Cygańskich, oraz świecie snów i wspomnień bohaterki, by w finale wyjaśnić tajemnicę z przeszłości Anny. Oraz tajemnicę poliszynela przystojnego Alana.

Punktem zwrotnym i powodem, dla którego kupiłam tę pozycję było spotkanie przez parę bohaterów, na leśnym spacerze, Waclava Havla z zestawem ochroniarzy i w towarzystwie suczki Dziuli ;)

Nie będę spojlerować, ale Alana serdecznie zapraszamy do ostatniego komiksu w tym zestawieniu.

 
Dla kogo: dla czechofilów, havlofilów, szczygłofilów i często podróżujących singielek
  ........................................................................................

'Wiktor i Wisznu' Jeroen Funke


Z jakąś frywolną przyjemnością ogląda się to text-free dzieło holenderskiego komiksiarza, nagrodzone zresztą 2 miejscem w konkursie Ligatury.
Wiktor jest niedźwiedziem z głową psa a Wisznu małpą z głową kaczki (lub vice versa ;). 
Świat Wiktora i Wisznu jest graficznie prosty, malowany grubym flamastrem, ale kreatywności, wyobraźni i absurdów w nim nie brak, jak choćby w historyjce, gdy Wisznu czyta na kanapie książkę a Wiktor gra obok w gry wideło, a ich światy zaczynają się niebezpiecznie przenikać.






















Spokojnie! To nie przemoc kulinarna, Wiktor starł Wiszniego na tarce, żeby go przecisnąć przez dziurę w ścianie, do sąsiadów. Może w waszych blokach macie jakieś lepsze sposoby, spryciarze? ;)

Dla kogo: dla dzieci, montypajtonowców, terrygilliamistów, absurdalistów i absolwentów filozofii
 ........................................................................................


'Bez komentarza' Ivan Brun

Mocna rzecz. Pjur-imidżowy zestaw pesymistycznych historii o współczesnym świecie. Konformizm, znieczulica, bieda, matactwa, góry śmieci, morderstwa, korupcja – do wyboru, choć nie do koloru, bo wszystko tu raczej w czarnych barwach. Degrengolada w pigułce gwałtu. Autor przebiera w bohaterach, którzy przegrali już na starcie lub w okolicznościach, które bohaterów do upadku bezlitośnie doprowadzą.

Johnny zaciąga się do wojska, by po powrocie jako beznogi weteran wylądować na ulicy. Bezrobotny Hesus przenosi się z rodziną do metropolii, gdzie wkrótce jego córka zostaje prostytutką a syn płatnym mordercą. Tommy wiedzie bezcelowe życie, urozmaicane w weekendy przygodnym seksem, by w końcu bez perspektyw i elegancji sczeznąć na śmierć. Grupa zdeterminowanej młodzieży bierze udział w reality show, gdzie trzeba  poświęcić wiela wiela godności, by wygrać.

Crem de la cupa.
(Imiona nadałam sama, gdyż, jak wspominałam, komiks jest beztekstowy. Niemym bałabym się go jednak nazwać, bo krzyczy)
Tutaj możecie zobaczyć w całości jedną z historii - o pechowym punku [klik]

Dla kogo: ciocia Krysia napisała korzystny testament ale nie wybiera się jeszcze na tamten świat? Pomóż jej tym komiksem ;) Brat spłacił kredyt i ma za dobry humor? Zepsuj mu go tym komiksem! Oraz dla młodzieży, byle pełnoletniej, niech WIE.
  ........................................................................................

Tak sobie myślałam, żeby przez wakacje te komiksowe perełki prezentować, bo wakacje i komiks – wiadomo. Ale się skończyły wakacje – no kto by pomyślał? Niech i mnie Wiktor zetrze na tarce, ja nie chce jesieni, mamuniu.

Może pewnego razu będziecie w Empiksie, to se popatrzycie, zacukacie się.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Planeta i dziewczyna. Książka, której nie należy czytać w upały – „Wiek cudów” Karen Thompson Walker


















„Częściej podejmowaliśmy ryzyko. Rzadziej poskramialiśmy żądze. Coraz trudniej było oprzeć się pokusie. Niektórzy z nas podejmowali decyzje, których w innych okolicznościach by nie podjęli.
Dlaczego mielibyśmy nadal kochać, przyjaźnić się, być wierni, skoro jutro jest tak niepewne i kruche?”
Taki oto cytat wdzięczy się do nas na tylnej okładce. Z przodu jakiś nieokreślony rozbłysk. I dziewczyna zaplątana we włosy.
Człowiek myśli sobie: nadal nie wiem o czym to, ale chyba chcę to przeczytać.
Chyba o katastrofie jakiejś, która wzmaga przepływ adrenaliny a zarazem heroizmu. Człowiek zawsze chce czytać o ludziach, którzy w normalnych okolicznościach nie zrobili by tego czy tamtego, ale z powodu okoliczności literackich robią.
Ale obok na okładce jest też informacja iż „Prawa do wydania "Wieku cudów" zostały sprzedane za astronomiczną na rynku wydawniczym sumę miliona dolarów. Jeszcze zanim powstała!”
Człowiek myśli sobie: Ale lipa! Ale ten marketing grubymi nićmi szyty! Jeszcze zanim powstała książka, debiut w dodatku, ktoś wykłada milion? To trepanacja na czytelniczym zdrowym rozsądku! A to dopiero katastrofa!

No ale jednak: wzięłam do ręki, przeczytałam, zacukałam się.
I powiem tak: jeśli będziecie to czytać – jak ja – w środku upalnego lata, w sierpniowy dzień, 30 stopni w cieniu, leżąc na wyschniętym trawniku i podskubując wypłowiałe źdźbła trawy, służące wam za zakładkę, skryci wewnątrz ciała o uprażonej słonecznym żarem skórze, to zapamiętacie tę książkę bardzo sensualnie. Niepokojąco sensualnie.

Julia ma naście lat, kiedy Ziemia zwalnia swój bieg. Wszystko, o czym opowiada, znamy (mniej lub bardziej) z autopsji, z przeszłości, z sepiowych fotografii naszej pamięci: pierwsza szkolna miłość, zdrada najlepszej przyjaciółki, próby odnalezienia swojego miejsca w grupie rówieśniczej, pierwsze, dostrzeżone dojrzewającym okiem bohaterki, rysy na małżeństwie rodziców.
Utrata bezpieczeństwa, wejście w dorosły świat ma tu jednak inny wymiar. Globalny i katastroficzny. A zarazem najintymniejszy z możliwych. Bo rzecz dzieje się na podwórku jednego z małych amerykańskich miasteczek. I widzimy ją tylko oczami naszej bohaterki.
„Od początku, kiedy wyobrażałam sobie tę książkę, widziałam, że musi w niej występować narrator, który patrzy wstecz na swoje dzieciństwo. Jestem sentymentalna. Lubię słuchać historii z przeszłości, bardzo mnie poruszają. Czuje się w nich, prawie dotykalnie, upływający czas. Lubię ten retrospektywny głos, tę nostalgię. W "Wieku cudów" piszę o dwóch straconych światach – tym należącym tylko do Julii i tym wspólnym wszystkich ludziom.”
(cytaty z wywiadu z autorką, via[klik])

To nie będzie typowa, filmowa katastrofa: żadnych spadających meteorów, nuklearnej zagłady i buntu maszyn. Zbuntują się jedynie prawa fizyki i natury. Planeta Ziemia zacznie nieznacznie zwalniać. Dni zrobią się trochę dłuższe. I noce zrobią się trochę dłuższe. Dni zrobią się bardzo długie, a potem niekończące się noce będą spowijać skonfundowany takim obrotem spraw rodzaj ludzki. Słoneczny żar będzie wypalał zbiory i nie pozwalał spać. Niekończące się noce będą niszczyć zbiory długimi okresami braku światła i powodować depresje i przeciążenia agregatów prądotwórczych.
„Starałam się jednak, żeby moja opowieść wydawała się realistyczna. Nie chciałam używać naukowego żargonu, wprowadzać polityków czy naukowców jako bohaterów, bo zależało mi na tym, żeby pokazać katastrofę w codziennym życiu zwykłych "zjadaczy chleba".”

Ziemia nie pozwoli już funkcjonować ludzkości tak jak dotychczas. Niektórzy porzucą dotychczasowe życie i wyjadą na pustynię oczekiwać końca świata. Inni będą kierować się wskazaniami zegarów i z uporem maniaka trzymać się prawideł starej, nieaktualnej już doby.
Julia będzie dorastać. Jej matka będzie histeryzować. Jej ojciec będzie jej matkę zdradzać. Jej dziadek zbuduje schron. Jej chłopak...
„To nie film katastroficzny, ale intymny dramat w czasie katastrofy.”

„Wiek cudów” czyta się dobrze, płynnie i z zapałem. Autorka na szczęście nie znajduje powodu do grzmocenia nas jakimś ekologicznym moralitetem, proporcje nastoletnich bolączek bohaterki i klimatycznego kontekstu są bardzo zrównoważone. Ja bym nawet pożądała szerszego katastroficznego tła a także większego trzymania się realiów geofizyki: czyli ziemskie zwolnienie nie powinno być tak jakże filmowo-adaptacyjnie skompresowane i błyskawiczne. Pyk, pyk, jeden sezon cudów. Takie rzeczy dzieją się cały czas (weźmy chociaż topniejące na biegunach masywy lodowców) ale nie w tak zawrotnym tempie.
„Nikt dokładnie nie wie, co by się stało, gdyby obrót Ziemi spowolnił, tak jak opisałam to w mojej książce, więc miałam pewną swobodę, jednak niektóre skutki wydają się bardziej prawdopodobne niż inne - tłumaczy Karen Thompson Walker. - Chciałam, aby moja książka była na tyle prawdopodobna, na ile to możliwe - dodaje. Dlatego konsultowała się choćby ze znajomym astrofizykiem.” (via [klik])
Niestety znajomy astrofizyk był chyba akurat po sobotniej imprezie, na której odbywał się konkurs na najszybsze piruety.
Psychoanalityk natomiast wiele by mógł powiedzieć o stosunkach łączących autorkę z matką, bo jakoś tak roboczo założyłam, że postać wyjątkowo irytującej matki książkowej Julii musiała mieć właśnie taki biograficzny prototyp.
Człowiek czyta i zastanawia się jakby to było stracić pod nogami grunt. Jak bardzo bowiem nie podupadniemy moralnie (jako ludzkość) czy gospodarczo (jako naród ;) to Ziemia i jej sposób funkcjonowania nadal są murowanym, fundamentalnym pewnikiem (To ten moment, w którym żałuję, że nie jestem bardziej komercyjnym blogiem bo aż się tu prosi reklama cementu ;)

Wrócę jeszcze na moment do wywiadu z autorką, której inspiracji się domyślałam jeszcze przed lekturą (wywiadu, a nie książki ;):

Czy lęk przed końcem świata był ci bliski od zawsze?

Raczej lęk przed katastrofami naturalnymi. Realny strach przed całkiem zwyczajnym wypadkiem, który może wkroczyć w codzienne życie i przewrócić je do góry nogami. Dorastałam w San Diego w Kalifornii, więc od dziecka towarzyszył mi lęk przed trzęsieniami ziemi i pożarami. Dorastaliśmy w świadomości, że może to nam się przytrafić każdego dnia. Oczywiście, nie wpływało to na nasze życie przez cały czas, ale przy każdym najmniejszym sygnale, że coś jest nie tak, ten lęk powracał i przypominał nam, że nasz świat nie jest bezpiecznym miejscem. Te lęki, że nagle jakaś katastrofa może wkroczyć w moje życie, towarzyszą mi do dzisiaj.

W swoim wykładzie na TEDx powiedziałaś, że lęk nie musi być koniecznie uczuciem destrukcyjnym, że może pobudzać kreatywność.

Lęk jest zawsze związany z wyobraźnią. Lęk tworzy fantastyczne historie, pisze niesamowite scenariusze, które można bardzo twórczo wykorzystać. Lęk może stanowić artystyczną inspirację, a snucie tych scenariuszy złagodzić nasze obawy. To jednak tyczy się tylko lęków nieracjonalnych. Te racjonalne trzeba traktować poważnie, bo to nasz jedyny system wczesnego ostrzegania. Najtrudniejszą sztuką jest rozsądzenie, które są racjonalne, a które nie. Myślę, że analizowanie swoich lęków, a nie wypieranie ich, jest nam, szczególnie współcześnie, bardzo potrzebne.

A wczoraj mieliśmy na nocnym niebie śliczne perygeum – mam nadzieję, że widzieliście ten nisko wiszący nad horyzontem, obrzmiały księżyc. Jutro odbędzie się natomiast  przemarsz Perseidów przez nieboskłon czyli noc spadających gwiazd.
Takie tam kosmonowinki z prywatnego skynotatnika wykraczającego poza google earth.
Dziękuję za uwagę.

niedziela, 29 czerwca 2014

DZICY ZNAD GRANICY czyli dlaczego kolejna ekranizacja nie dorównała książce czyli ‘Savages. Ponad bezprawiem’ Dona Winslowa kontra ‘Savages” Oliviera Stone’a

"Dlaczego Lado ma oczy zimne jak głazy? Może dlatego, że widziały piłę łańcuchową w jego własnych dłoniach (...)
Niektórzy z tych siedmiu płakali, błagali, wzywali na pomoc Boga, swoje matki, mówili, że mają rodziny i moczyli się. Inni nic nie mówili, po prostu spoglądali z milczącą rezygnacją, która, zdaniem Lado, jest symbolem Meksyku. Nieszczęścia przyjdą, to tylko kwestia czasu. Powinni to wyhaftować jako motto na państwowej fladze."

No chyba nie tylko na meksykańskiej! Ale dzisiaj będzie o przekraczaniu granic hamerykańsko-meksykańskich. I książkowo-filmowych.

Kiedy mamy przed sobą mąkę, masło, jajka  i proszek do pieczenia, możemy się domyślać, że powstanie z tego ciasto. Podobnie jest ze składnikami książkowo – filmowymi – pewien zestaw elementów (a zwłaszcza  klisz) zapewnia określony... zaczyn i wypiek.
(No dobra, chciałam błyskotliwie zacząć od przepisu na metamfetaminę, ale nie znalazłam w sieci przepisu  - dziwne, nie? ;).

















Gdy więc bierzemy do ręki książkę Dona Winslowa ‘Savages’, w której występuje dwóch mężczyzn a między nimi kobieta (którego wybierze?) oraz starcie niezależnych handlarzy marihuaną z meksykańskim kartelem (kto będzie górą?), to raczej domyślamy się przebiegu akcji i finału. I finał będzie, a jakże, przewidywalny, dopóki nie dojdzie do ekranizacji, w której wszystko będzie musiało skończyć się dobrze, gdyż albowiem realizm jest domeną kinematografii europejskiej raczej. Tymczasem w powieści Don Winslow młodzieżowo i na luzie bawi się schematami i kompozycją oraz serwuje dowcipne przemyślenia o hamerykańskim duchu i nieświeżym narkotycznych chuchu – aż się zdziwiłam, że to szećdziesięcioletni dziad jest, a nie jakiś debiutant.

Chon, Ben i Ofelia tworzą nowy typ kaliforniskiej rodziny alternatywnej – trójkąt. Jeden z panów jest twardzielem z wojskową przeszłością, drugi zdolnym botanikiem i pełnym empatii działaczem charytatywnym. Łączy ich braterstwo i żyła do zakazanych interesów (sieć dystrybucji wysokiej jakości marihuany). Nie wiadomo, co do tego układu, oprócz drobnego ciała i młodej wadżajny, rzecz jasna, wnosi blondwłosa Ofelia, która na każdy problem reaguje jedną mantrą „Muszę iść na zakupy”(dzicy swojscy). Kiedy do spółki Ben&Chon zgłaszają się niemili panowie z meksykańskiego kartelu (dzicy zza granicy) z propozycją przejęcia interesu, nasza bananowa młodzież (no tego się nie spodziewacie!) odmawia a następnie udaje się na kolację w miasto, pali zioło i uprawia wspólnie seks (to tyle, jeśli chodzi o schematy ewakuacyjne – nawet ja by wiedziała, że czeba bardzo uciekać, noszprzeciesz).
Potem następuje konfrontacja z kartelem, a nasi niezależni przedsiębiorcy muszą walczyć o porwaną i podstępnie przetrzymywaną wadżajnę Ofelii, jak również jednocześnie o świetną jakość marihujany, bo amerykański rynek wymagający jest!
"Trudno o wolny stolik z tak krótkim wyprzedzeniem, chyba, że chodzi o Bena, króla hydromarihuany. Wtedy z pewnością znalazłoby się miejsce nawet przy ostatniej wieczerzy. Tak, ponaglaliby Jezusa, żeby szybciej jadł deser, żeby zrobił Benowi miejsce".

Cała sprawa wygląda trochę tak, że w rozsypaną na blacie kupkę mąki, bach, wali się pięścią i już posprzątane. Autor w wywiadach wspomina „I don’t event do drugs” (‘Nie robiem w narko’) i trochę widać, że pisząc, nie za bardzo przemyśliwał nad REALNYMI sposobami ochujania kartelu. Innymi słowy, risercz na temat narkobackgroundu robił w biblio, kapewu?
Z drugiej strony – jeśli wychowaliśmy się na filmach, które w czasie godziny muszą zmieścić kryminalny plot, więc suną do finału gładko jak prostownica po iberolokach, takie uproszczenia dają się zakąsić bez wstrętu dla logiki.
Zwłaszcza w wakacje.
A zwłaszcza dlatego, że powieść jest napisana oryginalnie: trochę lapidarnie, często skrótowo, zawsze bardzo potoczyście, z kolażowymi wklejkami retrospektywnymi, z didaskaliami niczym wprost ze scenariusza. I z dowcipem.

" Meksykanie bez przerwy giną na pustyni.
Nawet w południowej Kalifornii, nawet na samym środku pustyni nie zostawia się sześciu martwych Meksykanów, wśród tlących się szczątków trzech samochodów, nie zwracając niczyjej uwagi.
Tego wszystkiego można się spodziewać po drugiej stronie granicy, tak zachowują się Meksykanie.
Ale regularna bitwa w stylu meksykańskim – bomby i wraki wypalonych samochodów po tej stronie granicy?
To za dużo, panowie.
To oburzające.
To przerażające.
Stosy ciał mają leżeć po południowej stronie granicy albo na obszarach wyznaczonych dla gangów, a nie na drogach publicznych.
W południowej Kalifornii samochody traktuje się bardzo poważnie.
Kalifornijczycy bardzo poważnie traktują drogi. Przecież to właśnie po nich jeżdżą swoimi pieprzonymi samochodami."
 
I znów powołam się na wywiad z autorem, w którym wspomina on, że pisał tak, jak to słyszał i widział w głowie – jako ciąg przesuwających się scen,  poporcjowanych w kawałki. My, którzy też nie znamy narkobiznesu, a za to znamy kolejki po mięso w PRL-u, nie będziemy strasznie grymasić, jak ktoś nam serwuje 20 deka przemocy i 10 deko egzotycznego seksu, nieprawdaż.

Powieść Dona Winslowa jest nie tyle nawet skomponowana pod ekranizację, jest nie tyle nawet zaproszeniem ekranizacji na randkę już w pierwszym rozdziale - w istocie jest zdjęciem majtek i nadstawieniem tyłka Hollywoodowi (niestety Hollywood nie utrafił i w efekcie nie narodziło się udane dziecię, tylko FILMOWY BÓL ANUSA, no przykrość. Plus wybaczcie potoczystość językową ;)). Nawet zamiast okładki ma ta powieść  plakat promocyjny filmu Oliviera Stone’a (minus, minus, minus, bo film kiepski oraz każdej książce należy się OKŁADKA z prawdziwego zdarzenia – tu chyba wszyscy się zgodzimy?)

Zatem przejdźmy do rzeczonej EKRANIZACJI ‘Savages. Ponad bezprawiem’ Oliviera Stone’a, bo owszem, obejrzałam, bo bardzo mię zawsze interesuje, jak dozując składniki wizualne da się przekuć słowo w octan celulozy (czy z czego robią teraz taśmę filmową).
Muszę stwierdzić, że Olivier Stone albo doznał wypadku z uszkodzeniem rejonów mózgu odpowiedzialnych za dobre, filmowe decyzje albo za dużo się w życiu nażarł jaj z estrogenem, bo film postanowił sprzedać jako retrospektywną opowieść Ofelii, która w świetle zachodu słońca snuje się po plaży i coś tam burczy, że nam opowie o przeżywaniu orgazmów w duecie, chociaż nie jest dziwką („Wiem co myślicie”). A następnie w trakcie porwania zaprzyjaźnia się z szefową meksykańskiego kartelu w postaci Eleny (Salma Hayek), a to z powodu kompleksu braku matki.

Seriously, Olivier? Menopauzę miałeś? Oswajasz kobiecy punkt widzenia? Chyba cosik ci się pomyliło? Zwłaszcza fragmenty, w których królowa podziemia Elena-Salma upokarza i policzkuje swoich męskich macho podwładnych, są po prostu wzruszające. Zupełnie jakby Hilary Clinton wydała rozporządzenie, ze teraz w filmach o przemocy musowo trochę trzeba wprowadzić FEMINIZMU, bo inaczej przyznamy dodatkowe dotacje na szczelność granicy meksykańsko-hamerykańskiej.

Obawiam się jednak, że może powodem, dla którego film w ogóle powstał, jest John Travolta – wyłysiały, podstarzały scjentolog, którego nie chcieli nigdzie indziej (no bo serio – gdzie on ostatnio grał?). Postać grana przez Travoltę jest nieprawdopodobnie w stosunku do powieści rozwinięta, sprzedajna postawa rządowego agenta usprawiedliwiona (a jakże), a w finale pojawia się jako obrońca prawdziwych hamerykańkich wartości („aby nasze dzieci miały bezpieczniej”) i z uśmiechem na ustach WSZYSTKICH ARESZTUJE. Naprawdę - po książkowym końcu następuje przewijka (nastąp się, wcale tak nie było, tłumaczy Ofelia) i Travolta przybywa okrakiem na helikopterze w nowym, lepszym końcu - nie wiadomo czy śmiać się czy płakać (chyba płakać).

Bardzo żałuję, John, żeś ty przyszedł do mojego domu i pokalał mi monitor tym gniotem.


Taka drobna różnica w stosunku do oryginału, ale świadczy o tym, że  scjentolodzy majom dobrych negocjatorów do spraw jak ma wyglądać film z podopiecznymi organizacji (przypominam, że za obronę prawdziwych hamerykańskich wartości w starciu z kosmitami odpowiedzialny jest Tom Cruise).

Zatem ODRADZAM obejrzenie tego kolorowego gniota o hipisach, nawet jeśli mucho wąsatym kartelowym macho, pogrywającym z Eleną-Salmą, jest Benicio del Toro we własnej, intrygująco obleśnej osobie ;), a rzeczona Elena dostaje w finale z broni snajperskiej w silikonowe cycochy (tak, tak, nie jest letko na tej granicy ;).
Jako snajper wymiękłabym przy decyzji, w który cycek celować, hm.
.........
Zamiast tego polecam inny film o tym samym tytule – powstały 5 lat wcześniej „Savages” z nieżyjącym już Philipem Seymourem Hoffmanem i nadal żyjącą Laurą Linney – opowieść o dorosłym rodzeństwie, które musi zająć się starym, schorowanym  ojcem. Bardzo dobry kawał obyczajowego, choć ponurego kina. A tytułowe ZDZICZENIE jest tylko emocjonalne – gdzieś między wierszami dowiadujemy się, dlaczego zarówno brat jak i siostra nie byli zdolni, każde obstalowane w swoim życiu i ambicjach, do stworzenia normalnych związków i rodziny.

Bo wiadomo – zdziczenie zdziczeniu nie równe. Amen.

sobota, 22 lutego 2014

Samobójcze chłopaki i Atomowe Dziewczyny czyli coś ty mi uczynił, Znaku. Oraz dwa kejsy w temacie, ile czasu potrzeba, by napisać rzetelną biografię. I trochę o butach.

Zaczęło się to w głębokim dzieciństwie, kiedy będąc wczesną nastolatką przeglądałam albumy swoich dwóch ulubionych artystów: Gigera i Beksińskiego. A teraz wykonamy skok w czasie, niczym w pretensjonalnych hollywódzkich filmach, które nie mogą normalnie, liniowo opowiedzieć nam żadnej historii bez skoków czasie, reminiscencji i nawrotów, albowiem byśmy się znudzili, bo próg naszej uwagi, spasionej na internetach, wynosi 5 minut ledwie.
Jesteśmy zatem dwa tygodnie temu, kiedy w trójce leci audycja o ojcu i synu, o malarzu i radiowcu, o Zdzisławie i Tomaszu Beksińskich. Niczym ze spowitej głębokim kurzem półki pamięci wyłania mi się ten etap kształtowania moich artystycznych gustów. Z przyjemnością słucham głosu Magdaleny Grzebałkowskiej, autorki książki „Beksińscy. Portret podwójny”, opowiadającej fragmenty historii niezwykłej rodziny.
A potem (skok w czasie) idę na spotkanie z autorką prowadzone przez Mariusza Szczygła. Zaraz po tym gdy ze spotkania, trzaskając drzwiami, uchodzi jakaś kobieta, która dowiedziała się, że książka nie jest napisana przez Mariusza Szczygła. Touche.
No i cóż, nie wracam z niego podbudowana i uskowronkowiona, o nie.
Pani Magda i pan Mariusz, których podczas spotkania oglądałam z poziomu buta, albowiem tak tylko zdołałam umiejscowić zad w przepełnionej sali, robili co mogli, aby było wesoło i rubasznie, choć historia rodu Beksińskich skłania raczej do smutku i zostania beksą. Ale braki w ewentualnej wiedzy na ten temat, o które was wcale nie podejrzewam, pozostawiam do wypełnienia Wikipedii albo rzeczonej książce.

Ja o zostaniu beksą w temacie stylu pisania biografii w dzisiejszych czasach. Biografii pisania i w Znaku ich wydawania.

Pani Magda, do której trudno nie żywić sympatii, ponieważ ma naprawdę porządne obuwie (a to świadczy o człowieku) opowiadała o tym, jak przed przystąpieniem do pisania biografii (na którą wcale nie miała ochoty) NIC o Beksińskich nie wiedziała i nawet bardzo się zmartwiła, że będzie musiała jeździć do jakiegoś tam Sanoka w celu zbierania materiałów.
Ponoć taka niewiedza dobrze biografowi robi, albowiem w takim przypadku występuje poprawne politycznie zjawisko zwane obiektywizmem.
No ale otóż gdy na sali zaczęli ujawniać się znajomi królika (i ci namierzeni przez autorkę w trakcie pisania i ci całkiem nowi), a ja raz po raz słyszałam jej okrzyki w rodzaju „Och, czemu mi pan tego wcześniej nie powiedział?” albo „Szkoda, że dopiero teraz!” to mi się jakoś ten obiektywizm zaczął odbijać czkawką, a proporcje biograficznej zawartości książkowej do jej ceny zaczęły wykręcać śliskie młyńce.
Do tego doszło wyznanie, że nie trzeba jeździć do archiwów, bo wszyćko w internecie stoi. Jakoś mi się tak straszno przed oczami zrobiło, bo zawsze sądziłam, że biograf to ma jednak ten moralny obowiązek ruszyć tyłek i pojechać do źródeł, do wód.
No i jeszcze to pominięcie faktu, że Beksińscy to była drużyna tak ścisła, że aż skisła, a słoików ów rodzinny obejmował nie tylko Zdzisława i jego syna Tomasza, ale także żonę pierwszego i matkę drugiego panią Zofię. Niestety na skutek nikłej ilości materiałów się portret potrójny skurczył do podwójnego.

Akurat w kwestii, że od patrzenia na obrazy Beksińskiego, niezależnie, czy się nam one podobają czy nie, nie można się powstrzymać, bo są jak wypadek, zgadzam się z autorką.

Pani Magda napisała to duo-bio w mniej niż dwa lata, wieńcząc laur jedynej ze Znaku reportażycy, która oddała materiał przed czasem. Czy naprawdę dwa lata to czas wystarczający, żeby kogoś poznać od podstaw, podróżować po kraju, dokonać riserczu ludzi i historii, opisać, dokonać selekcji materiału, zredagować i oddać do wydawnictwa w stanie najwyższej rzetelności? Czy mam prawo postawić diagnozę, że raczej zapewne na pewno na sto procent za Chiny, NIE?

W każdym razie jeśli mogę coś wtrącić, małą radę zaserwować, skromnie dygnąć i się odezwać to prosiłabym ślicznie, aby w czytelnikach nie wzbudzać takich odczuć swoim spontanicznym zachowaniem i wypowiedziami. Bo czuję się zmemłana i niepewna mimo bycia idealnym wprost targetem tego przedczasowo ukończonego produktu marki bio.
I doprawdyż nie ma nic złego w zleceniu napisania biografii komuś, kto ma trochę bardziej rozchodzone buty w jakimś temacie. Nie zawsze od rozchodzonych butów droga prowadzi wprost do laurek. Ale co ja tam wiem.
........
Tymczasem zamówiłam też w Znaku książkę „Atomowe dziewczyny. Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową” Denise Kiernan. Cudownie, pomyślałam, mając nadzieję na rzetelne studium roli kobiecych naukowców w tym historycznym momencie. Chemiczek, matematyczek, fizyczek – kobiet łebskich, a więc w rzeczy samej: atomowych. Może oryginalny tytuł powinien dać mi nieco więcej do myślenia, albowiem głosił on w języku angielskim: The Girls of Atomic City co niewątpliwie oznacza Dziewczyny z Atomowego Miasta, czyli można się już domyślić, że nie będzie w tej historii nic o Europie, ani nawet o Stanach tylko o miasteczku Oak Rigde, gdzie produkowano bombki na rynek japoński. U mienia zawód. Oj, głupia ty, pomyślałam. Autorka jest Hamerykanką, oni tam nie jeżdżą po próżnicy do Europy, jak nie muszą, bo kto by chciał ciągle buty zdejmować na tych odprawach lotniskowych?
Zatem OK, wąska specjalizacja to dziś atut, niech będzie ta jedna jedyna łatka na patchworkowej mapie działań wojennych i kobiecych ról finiszujących.

Powinien mi następnie dać do myślenia spis postaci na początku książki: 3 sekretarki, 2 panie od obsługi kalutronu, pielęgniarka, pani sprzątająca... Zgięta w pół strasznym podejrzeniem, że autorka ma jakieś demokratyczno lewicujące przekonania i że mam w ręku podbeletryzowane i ubrane w rozkloszowane spódnice historie intelektualnej niszy społecznej wojennych pomagierek, zaczęłam się jednocześnie cieszyć, że nie trzymam w ręku, dajmy na to, „Nieznanej historii czarnych kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową”. To jest – pardon – kobiet Afroamerykańskich. 

Plakaty zachęcające do dyskrecji, która jest strasznym poświęceniem wojennym
Z narastającą złością czytałam zdania w rodzaju:
„Miała faliste, ciemnobrązowe włosy, ale nie tak ciemne jak węglowy pył, który pokrywał całe  Shenandoah, jej rodzinne miasteczko w Pensylwanii.” oraz „W domu Szapków trzy razy dziennie jedzono tradycyjne polskie dania i Celii bardzo to odpowiadało. Nawet jeśli było krucho z pieniędzmi – czyli prawie bez przerwy – matka dbała o to, by dzieci dostawały przyzwoite, dobre posiłki. Za każdym razem kiedy matka wysyłała Celię z jednym dolarem na zakupy – „Kup tyle ziemniaków ile zdołasz!” – sprzedawca (...) zawsze dorzucał jej kilka dodatkowych za darmo. A matka robiła z nich placki ziemniaczane, zapiekankę ziemniaczaną, kluski ziemniaczane. Ziemniaki królowały w jej kuchni.”
Boże, pomyślałam zajadając po raz trzeci tego dnia, ziemniaki, poproszę o dietę złożoną z Oppenheimera i uranu. Albowiem jeśli jeszcze raz przeczytam rozdział o jadącej nie-wiadomo-dokąd-sekretarce-na diecie-ziemniaczanej-plus-opis-jej sukienki to mnie szlag trafi!
„Ponieważ dwóch jej braci walczyło na froncie Celia miała bardzo mocne poczucie obowiązku, które rozwiewało wszelkie wątpliwości. Jeśli jej wkład w tę wojnę wymagał wyjazdu do jakiegoś dalekiego, obcego i zapomnianego przez Boga miejsca, to niech tak będzie. (...) Mój Boże, dostała przecież porządną, dobrze płatną pracę! Odrobina tajemniczości jeszcze nikomu nie zaszkodziła (...) Wyjaśni matce, że robi to dla zwycięstwa w wojnie (...) W ten sposób uciszy wszelkie jej protesty.”
Mój Boże, myślałam, dostałam w końcu porządną, czterystustronnicową książkę, odrobina lania wody jeszcze nikomu nie zaszkodziła – może tylko wyciętym lasom. Ale ogólnie to jednak myślałam po hamerykańsku: Are you kiddin’ me? Oraz myślałam także: Seriously?
Ale czytałam dalej.

 Kolejki na poczcie i po papierosy - straszne, straszne poświęcenia wojenne...
Co chwila wspomagałam się też zamieszczoną na tylnej winietce fotką autorki, jakby nie mogąc uwierzyć, że tak sympatyczna z wyglądu dziewczyna, mogła mi wcisnąć, za pośrednictwem Znaku, taki kit. A w dodatku kit, nad którym pracowała 7 lat.
7 lat!
Okazuje się bowiem, że za długo też nie można. Jeśli materiał o wojennych sekretarkach będziem picować 7 lat, panie dzieju, to wyjdą nam takie kwiatki, że znajoma, której pożyczamy książkę przed osobistym czytaniem, rzuca nią w nas ze słowami „Co to za głupie baby!”
I taki właśnie grzybek żalu i rozpaczy czytelniczej zagości nam w rejonach mózgu odpowiedzialnych za zakup pozycji biograficznych i historycznych. Ach.
 A jak się cała, opisana w książce, atomowa historia skończyła, można zobaczyć tu [klik]
....
Nie zrozumcie mnie źle – były rozdziały popychające akcję do przodu i wnoszące nieco historycznej wiedzy, ale doprawdyż ja nie mam 7 wolnych lat na czytanie o jakichś podrasowanych wojennie kobiecych fiki-miki, o tym, że jakaś sekretarka „Toni poczuła nagle motylki w brzuchu, widząc, że to jej ostatni tej nocy taniec z Chuckiem.” i opisu miasteczka, gdzie głównymi problemami było błoto na drogach, konieczność zachowania tajemnic służbowych przed żonami oraz przemyt bimbru w pudełkach z podpaskami. Co to są straszne wojenne poświęcenia wedle autorki, która w obozie na Okinawie nie była, bo to niekobiece. Ja muszę te 7 lat oszczędzić na siedzenie na fejsie, to rzecz oczywista. I zaprawdę wolałabym dostać suchotniczy konspekt MĘSKICH robótek ręcznych z uranu wzbogacanego wojenną strategią, którego się nie pisze 7 lat. No ale też bez tych feministycznych wkręto-gniotów to się z książką o powstaniu bomby atomowej, których powstało już multum, nie zostaje bestsellerem „New York Timesa” najwyraźniej.
Shame on you, Sign! Tj Znaku ty ty!
...
Kończy się olimpiada w kraju rad, zatem parafrazując, zaśpiewajmy: Nam nie dogodzit!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...