Widziałam przepisy na miód z mniszka na
kilku blogach, jednak droga do przyswojenia tej incepcji, że ja -
przeciwieństwo pszczółki, zwłaszcza w kuchni - też mogłabym takie coś uczynić,
była długa i wyboista.
Zwłaszcza, że wici mód kulinarnych nic
nie donosiły w kwestii domowego robienia miodów. Wici powiedziały swojego czasu,
jak już byłam gotowa nawet eksperymentalnie upiec chleb, że tera to je modne
domowe robienie sera. No hellou.Ta frustracja, że nigdy nie jest się na czasie,
ta straszna frustracja, zapijana kawą rozpuszczalną z mlekiem z biedro w
stosunku 1 do 1 ;) Czekam aż wici mi doniosą, że przy pomocy austriackiej
kiełbasy wurst i strzykawki robi się teraz domowy botoks.
W końcu, notorycznie brodząc we
wiosennie wybujałych dalibóg mleczach [klik], którymi obsiały się wszystkie trawniki i również
mój ogródek, zakasałam rękawy i ugotowałam miód z mniszka, howgh.
Przepis na miód z mniszka lekarskiego idzie tak:
500 mniszkowych, żółtych łbów (bez
łodygi ale z zielonym kołnierzem) zerwać. Rozłożyć i odłożyć. Poczekać 2
godziny, aż wyjdą z nich robale (ktoś widać ustalił, że tyle w tym światku trwa
eksmisja). Wrzucić do wody (1l) i gotować 20 min od zagotowania. Odstawić w chłodne miejsce na dobę.
Powtarzać mantrę: „Po dobie dalej miód robie”.
Następnie odcedzić płyn przez gazę, dodać cukier (1 kg) i 1-2 cytryny (to w końcu 1 czy 2, hę?) też wyciśnięte przez gazę. Gotować na małym ogniu 2 godziny, bez pokrywki. Wlać do wypasteryzowanych słoików. Zeżreć.
Następnie odcedzić płyn przez gazę, dodać cukier (1 kg) i 1-2 cytryny (to w końcu 1 czy 2, hę?) też wyciśnięte przez gazę. Gotować na małym ogniu 2 godziny, bez pokrywki. Wlać do wypasteryzowanych słoików. Zeżreć.
That’s it.
Spojrzałam i nawet nie zapisałam bo
przecież takie łatwe, że no proszę cię. Zapamiętam. Ale ten przepis ma wiele mankamentów,
które powinno się dopisywać małym, jak wychodzące robale, druczkiem. Poza tym
na jakieś 2 lata przed sprawdzaniem w praktyce swojej pamięci należy przejść na
dietę złożoną z orzechów, warzyw strączkowych i co tam jeszcze stymuluje
neurony i półkule – bo niestety nie zapamiętałam ;) (niespodzianka).
Po pierwsze ciężko znaleźć mniszki z
dziewiczych terenów, najlepiej obok alpejskiego klasztoru ;) a w każdym razie
nie skażonych psim moczem. Mnie się od natury udało wytargować tylko 150 sztuk.
150
to nie 250 – co by to było połowa, 125 to by była ćwierć, a 150 to nie wiadomo
ile, ja jestem humanistką! Zatem choć ominęłam kwestię psich sików to znalazłam
się w psiej dupie.
Potem mi się pomyliło i zamiast na 2 godziny to zostawiłam
te mniszki na 2 doby. W związku z czym wszystkie robale wyszły ale weszły
jakieś inne, lubiące kościelną padlinę albo insektowe hotelarstwo bo część
mniszków przemieniła się w puchowe podusie, wrr.
Nic to, zagotowałam a potem sobie poszłam zapalić papierosa na uspokojenie. Dlaczego nikt nie napisał, że TRZEBA WAROWAĆ jak pies te 20 minut po tym zagotowaniu, bo jak się gdzieś pójdzie, to połowa wykipi na kuchenkę? Pewnie specjalnie, na złość!
No trudno.
Po zagotowaniu odstawiłam w chłodne, ciemne miejsce. Dlaczego nikt nie napisał w tym przepisie, że to NIE MA BYĆ używany korytarz? Jak się stawia w ciemnym korytarzu to się na bank garnuszek z breją kilka razy potrąci i połowa się wyleje, nieprawdaż, eh.
No trudno.
Nic to, zagotowałam a potem sobie poszłam zapalić papierosa na uspokojenie. Dlaczego nikt nie napisał, że TRZEBA WAROWAĆ jak pies te 20 minut po tym zagotowaniu, bo jak się gdzieś pójdzie, to połowa wykipi na kuchenkę? Pewnie specjalnie, na złość!
No trudno.
Po zagotowaniu odstawiłam w chłodne, ciemne miejsce. Dlaczego nikt nie napisał w tym przepisie, że to NIE MA BYĆ używany korytarz? Jak się stawia w ciemnym korytarzu to się na bank garnuszek z breją kilka razy potrąci i połowa się wyleje, nieprawdaż, eh.
No trudno.
Dodałam na oko cukru i połowę cytryny do tego co zostało i czekałam aż zgęstnieje podczas gotowania, ale zgęstniało średnio, bo musiałam dolać wody, żeby mieć coś więcej niż 20 ml. ( Po powiem wam, że 20 ml to bardzo mało jest. Kiedyś sobie zamówiłam przez internet róż w kremie, taki do policzków, i się bardzo cieszyłam na ten wydajny zakup, ale się potem okazało że to było 20ml a nie 200ml. Ale mogłam się pomylić jak każda, blada na gębie, humanistka. Przecież ;)
A słoiki wypasteryzowane a nie wypastowane.
No trudno.
Coś tam jednak wyszło, o czym dalej.
Za to ZAPACH... Co to był za zapach! Już w trakcie gotowania moje zmysły węchowe zaczęły przypominać igiełkę na wariografie irańskiego terrorysty kłamiącego w kwestii zamachu na przesłuchaniu w centrali CIA. Jakbym oczadziała, jakbym się upiła i nie wiadomo gdzie była, jakby ktoś na mnie wylał flakon zmysłowo ciężkich perfum o niepokojącej nucie, a potem mnie w nich utopił. Zawsze głęboko pogardzałam filmem Pachnidło, ale w tamtym momencie to już nie byłam taka pewna czy pogardzać dalej.
A słoiki wypasteryzowane a nie wypastowane.
No trudno.
Coś tam jednak wyszło, o czym dalej.
Za to ZAPACH... Co to był za zapach! Już w trakcie gotowania moje zmysły węchowe zaczęły przypominać igiełkę na wariografie irańskiego terrorysty kłamiącego w kwestii zamachu na przesłuchaniu w centrali CIA. Jakbym oczadziała, jakbym się upiła i nie wiadomo gdzie była, jakby ktoś na mnie wylał flakon zmysłowo ciężkich perfum o niepokojącej nucie, a potem mnie w nich utopił. Zawsze głęboko pogardzałam filmem Pachnidło, ale w tamtym momencie to już nie byłam taka pewna czy pogardzać dalej.
Cokolwiek to było, smażenie peyotlu na
głębokim oleju czy wędzenie gałki muszkatałowej to przy tym aromatyczna betka,
believe me.
Wyszło pół słoika likłidu o silnej nucie
cytrynowej.
Całkiem całkiem.
Całkiem całkiem.
- Popatrz, popatrz! – zaprezentowałam z
dumą.
- No rzeczywiście kolor imponujący –
powiedziała K. – Ale powinnaś wiedzieć, że mocz do analizy to się oddaje w
takich specjalnych pojemnikach kupowanych w aptece. W słoiku ci nie przyjmą.
Well.
Dałam więc do spróbowania M.
- Bardzo dobry, aromatyczny, z cytrynową
nutą na finiszu, middlu i beginningu również.
Postanowiłam, że skoro mu tak szczerze
smakuje, to jednak oddam mu zeszłoroczną pożyczkę ;)
Następnie zawiozłam połowę połowy
zawartości mojej mamie, bo miód z mniszka ma różne prozdrowotne właściwości,
głównie chodziło jednak o recenzję, bo moja mama jest znakomitym kucharzem o
znakomitym podniebieniu.
Mamy nie było w domu, był za to tata.
- Może spróbujesz? – zapytałam. – Córka
pierwszy raz w życiu zrobiła miód!
-
No wybacz, ale na tym etapie życia mogłabyś zrobić na mnie wrażenie tylko
gdybyś zrobiła sobie dziecko – ziewnął tatuś. – Nawet, gdyby ojcem był jakiś
truteń. Poza tym nie potrzebujemy miodu, już kupiłem nam miód, stoi w kuchni.
- To jest miód będący mieszanką miodów z
Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej – co znaczy z Chin, i sam sobie
żryj te pestycydowe chińskie gówno z chińskich kwiatków, które sami se Chińczycy
zapylają, bo im w tym pestycydowaym bagnie wszystkie pszczoły wyginęły! – się
zdenerwowałam na taką niewdzięczność.
A wszystko co mówiłam to prawda
Na szczęście przyszła mamusia,
spróbowała i wykrzyknęła:
- Jakie to dobre!
Aż mi kapcie spadły z wrażenia, bo widać
było wyraźnie, że nie udaje, podczas gdy zawsze też widać, kiedy udaje, bo jej
aktorstwo też jest zazwyczaj produkcji chińskiej ;)
- Kochanie, musisz spróbować - zawołała,
wraziła do słoika łyżeczkę, nabrała miodu i z tą łyżeczką poleciała do dużego
pokoju, gdzie siedział zatruty pestycydami i w związku z tym skwaszony, tatuś,
i wraziła mu tę łyżeczkę do ust.
Potem się zastanawiałam, czemu miałam
takie trudności w wyjściu od nich z mieszkania, dopóki nie zdałam sobie sprawy,
że się krok za krokiem przyklejałam do podłogi w korytarzu, całej upstrzonej
kropelkami miodu, skapującymi z tej niesionej na skrzydłach entuzjazmu łyżeczki.
Moja mama dostaje zazwyczaj amoku jak mi się dwie kropelki wody podczas
zaparzania herbaty uleją na blat. A teraz zapaskudziła miodem cały korytarz.
W związku z tym mniemam, że choć z przeciwnościami,
to wyszło dobrze. I że olać miód, ale mam się czym narkotyzować w lecie.
Czego i wam życzę. W tym sezonie lub
następnym.
Dodam jeszcze, że trawnik jest o wiele
bogatszy we frykasy i że można z jego zasobów zrobić też np sałatkę, jakby
ktoś, sama nie wiem - stracił pracę i zbiedniał, albo był proekologizującym
hipsterem.
Nakarm królika w sobie. Sałatka majowa Magazynu Smak [klik]
w której występują min "świeżo zebrane i umyte liście mniszka lekarskiego, krwawnika, babki i pokrzywy".
Czasem trawnik, sam z siebie, w promocji chyba, serwuje dania typu Gałąbki, ale nie jestem na razie na tyle zdesperowana ;)
Nakarm królika w sobie. Sałatka majowa Magazynu Smak [klik]
w której występują min "świeżo zebrane i umyte liście mniszka lekarskiego, krwawnika, babki i pokrzywy".
Czasem trawnik, sam z siebie, w promocji chyba, serwuje dania typu Gałąbki, ale nie jestem na razie na tyle zdesperowana ;)





































