Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 maja 2014

Jak ugotowałam miód z mniszka lekarskiego (dummies version) i że od czasu do czasu warto korzystać z kulinarnych zasobów trawnika

Widziałam przepisy na miód z mniszka na kilku blogach, jednak droga do przyswojenia tej incepcji, że ja - przeciwieństwo pszczółki, zwłaszcza w kuchni - też mogłabym takie coś uczynić, była długa i wyboista.
Zwłaszcza, że wici mód kulinarnych nic nie donosiły w kwestii domowego robienia miodów. Wici powiedziały swojego czasu, jak już byłam gotowa nawet eksperymentalnie upiec chleb, że tera to je modne domowe robienie sera. No hellou.Ta frustracja, że nigdy nie jest się na czasie, ta straszna frustracja, zapijana kawą rozpuszczalną z mlekiem z biedro w stosunku 1 do 1 ;) Czekam aż wici mi doniosą, że przy pomocy austriackiej kiełbasy wurst i strzykawki robi się teraz domowy botoks.
W końcu, notorycznie brodząc we wiosennie wybujałych dalibóg mleczach [klik], którymi obsiały się wszystkie trawniki i również mój ogródek, zakasałam rękawy i ugotowałam miód z mniszka, howgh.

Przepis na miód z mniszka lekarskiego idzie tak:
500 mniszkowych, żółtych łbów (bez łodygi ale z zielonym kołnierzem) zerwać. Rozłożyć i odłożyć. Poczekać 2 godziny, aż wyjdą z nich robale (ktoś widać ustalił, że tyle w tym światku trwa eksmisja). Wrzucić do wody (1l) i gotować 20 min od zagotowania. Odstawić w chłodne miejsce na dobę. 
Powtarzać mantrę: „Po dobie dalej miód robie”. 
Następnie odcedzić płyn przez gazę, dodać cukier (1 kg) i 1-2 cytryny (to w końcu 1 czy 2, hę?) też wyciśnięte przez gazę. Gotować na małym ogniu 2 godziny, bez pokrywki. Wlać do wypasteryzowanych słoików. Zeżreć.
That’s it.

Spojrzałam i nawet nie zapisałam bo przecież takie łatwe, że no proszę cię. Zapamiętam. Ale ten przepis ma wiele mankamentów, które powinno się dopisywać małym, jak wychodzące robale, druczkiem. Poza tym na jakieś 2 lata przed sprawdzaniem w praktyce swojej pamięci należy przejść na dietę złożoną z orzechów, warzyw strączkowych i co tam jeszcze stymuluje neurony i półkule – bo niestety nie zapamiętałam ;) (niespodzianka).

Po pierwsze ciężko znaleźć mniszki z dziewiczych terenów, najlepiej obok alpejskiego klasztoru ;) a w każdym razie nie skażonych psim moczem. Mnie się od natury udało wytargować tylko 150 sztuk. 
150 to nie 250 – co by to było połowa, 125 to by była ćwierć, a 150 to nie wiadomo ile, ja jestem humanistką! Zatem choć ominęłam kwestię psich sików to znalazłam się w psiej dupie. 
Potem mi się pomyliło i zamiast na 2 godziny to zostawiłam te mniszki na 2 doby. W związku z czym wszystkie robale wyszły ale weszły jakieś inne, lubiące kościelną padlinę albo insektowe hotelarstwo bo część mniszków przemieniła się w puchowe podusie, wrr.
Nic to, zagotowałam a potem sobie poszłam zapalić papierosa na uspokojenie. Dlaczego nikt nie napisał, że TRZEBA WAROWAĆ jak pies te 20 minut po tym zagotowaniu, bo jak się gdzieś pójdzie, to połowa wykipi na kuchenkę? Pewnie specjalnie, na złość! 
No trudno. 
Po zagotowaniu odstawiłam w chłodne, ciemne miejsce. Dlaczego nikt nie napisał w tym przepisie, że to NIE MA BYĆ używany korytarz? Jak się stawia w ciemnym korytarzu to się na bank garnuszek z breją kilka razy potrąci i połowa się wyleje, nieprawdaż, eh.
No trudno. 
Dodałam na oko cukru i połowę cytryny do tego co zostało i czekałam aż zgęstnieje podczas gotowania, ale zgęstniało średnio, bo musiałam dolać wody, żeby mieć coś więcej niż 20 ml. ( Po powiem wam, że 20 ml to bardzo mało jest. Kiedyś sobie zamówiłam przez internet róż w kremie, taki do policzków, i się bardzo cieszyłam na ten wydajny zakup, ale się potem okazało że to było 20ml a nie 200ml. Ale mogłam się pomylić jak każda, blada na gębie, humanistka. Przecież ;)
A słoiki wypasteryzowane a nie wypastowane.
No trudno.
Coś tam jednak wyszło, o czym dalej.
Za to ZAPACH... Co to był za zapach! Już w trakcie gotowania moje zmysły węchowe zaczęły przypominać igiełkę na wariografie irańskiego terrorysty kłamiącego w kwestii zamachu na przesłuchaniu w centrali CIA. Jakbym oczadziała, jakbym się upiła i nie wiadomo gdzie była, jakby ktoś na mnie wylał flakon zmysłowo ciężkich perfum o niepokojącej nucie, a potem mnie w nich utopił. Zawsze głęboko pogardzałam filmem Pachnidło, ale w tamtym momencie to już nie byłam taka pewna czy pogardzać dalej.
Cokolwiek to było, smażenie peyotlu na głębokim oleju czy wędzenie gałki muszkatałowej to przy tym aromatyczna betka, believe me.
Wyszło pół słoika likłidu o silnej nucie cytrynowej. 
Całkiem całkiem.
Jak przyszła do mnie K. to jej tym słoikiem zamachałam przed nosem.
- Popatrz, popatrz! – zaprezentowałam z dumą.
- No rzeczywiście kolor imponujący – powiedziała K. – Ale powinnaś wiedzieć, że mocz do analizy to się oddaje w takich specjalnych pojemnikach kupowanych w aptece. W słoiku ci nie przyjmą.
Well.
Dałam więc do spróbowania M.
- Bardzo dobry, aromatyczny, z cytrynową nutą na finiszu, middlu i beginningu również.
Postanowiłam, że skoro mu tak szczerze smakuje, to jednak oddam mu zeszłoroczną pożyczkę ;)
Następnie zawiozłam połowę połowy zawartości mojej mamie, bo miód z mniszka ma różne prozdrowotne właściwości, głównie chodziło jednak o recenzję, bo moja mama jest znakomitym kucharzem o znakomitym podniebieniu.
Mamy nie było w domu, był za to tata.
- Może spróbujesz? – zapytałam. – Córka pierwszy raz w życiu zrobiła miód!
 - No wybacz, ale na tym etapie życia mogłabyś zrobić na mnie wrażenie tylko gdybyś zrobiła sobie dziecko – ziewnął tatuś. – Nawet, gdyby ojcem był jakiś truteń. Poza tym nie potrzebujemy miodu, już kupiłem nam miód, stoi w kuchni.
- To jest miód będący mieszanką miodów z Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej – co znaczy z Chin, i sam sobie żryj te pestycydowe chińskie gówno z chińskich kwiatków, które sami se Chińczycy zapylają, bo im w tym pestycydowaym bagnie wszystkie pszczoły wyginęły! – się zdenerwowałam na taką niewdzięczność.
A wszystko co mówiłam to prawda

Na szczęście przyszła mamusia, spróbowała i wykrzyknęła:
- Jakie to dobre!
Aż mi kapcie spadły z wrażenia, bo widać było wyraźnie, że nie udaje, podczas gdy zawsze też widać, kiedy udaje, bo jej aktorstwo też jest zazwyczaj produkcji chińskiej ;)
- Kochanie, musisz spróbować - zawołała, wraziła do słoika łyżeczkę, nabrała miodu i z tą łyżeczką poleciała do dużego pokoju, gdzie siedział zatruty pestycydami i w związku z tym skwaszony, tatuś, i wraziła mu tę łyżeczkę do ust.

Potem się zastanawiałam, czemu miałam takie trudności w wyjściu od nich z mieszkania, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że się krok za krokiem przyklejałam do podłogi w korytarzu, całej upstrzonej kropelkami miodu, skapującymi z tej niesionej na skrzydłach entuzjazmu łyżeczki. Moja mama dostaje zazwyczaj amoku jak mi się dwie kropelki wody podczas zaparzania herbaty uleją na blat. A teraz zapaskudziła miodem cały korytarz.
W związku z tym mniemam, że choć z przeciwnościami, to wyszło dobrze. I że olać miód, ale mam się czym narkotyzować w lecie.

Czego i wam życzę. W tym sezonie lub następnym.

Dodam jeszcze, że trawnik jest o wiele bogatszy we frykasy i że można z jego zasobów zrobić też np sałatkę, jakby ktoś, sama nie wiem - stracił pracę i zbiedniał, albo był proekologizującym hipsterem.
Nakarm królika w sobie. Sałatka majowa Magazynu Smak [klik] 
w której występują min "świeżo zebrane i umyte liście mniszka lekarskiego, krwawnika, babki i  pokrzywy".

Czasem trawnik, sam z siebie, w promocji chyba, serwuje dania typu Gałąbki, ale nie jestem na razie na tyle zdesperowana ;)

środa, 9 października 2013

Oda do ogroda. Jesień i zima czyli z pamiętnika ogródkoholika, part 2

Wrzesień
Gdyby rok złożyć na pół wzdłuż i wedle najdłuższego dnia w roku to wrzesień zostałby odpowiednikiem kwietnia: ciemność i zimność zapadające o niestosownie wczesnych godzinach.
Groch opuszcza się w dół ciężkimi strąkami. Liatry usychają i sterczą niczym zużyte szczotki do czyszczenia butelek. Rukola kwitnie etapowo już od lipca, ale teraz jej liście stają się węższe i ostrzejsze w smaku. Aksamitki i lobelie w pełnej krasie – jeśli potrzebują 5 miesięcy na pełną dojrzałość estetyczną to w przyszłym roku powinnam je zasiać w inspekcie chyba już w styczniu, nieprawdaż.
Orzechowa orgia! Można dostać w łeb, jeśli się pod orzechem siedzi dłużej niż 5 minut. Za to uschnięty orzech karleje i czernieje jak truchło, pokrywa się biała hubą. Po ogródku zaczyna szabrować jakiś tajemniczy drapieżnik, który po niewprawnych próbach na wszystkich drzewach ostatecznie do ostrzenia kłów i pazurów wybiera sobie orzechowe truchło, zdzierając z niego całkowicie korę. Okazuje się, że to tchórz zwyczajny, samotny, nocny myśliwy, o którego zwyczajach życiowych dowiaduję się dzięki guglu (pierwsze, nieśmiało wpisane w przeglądarkę hasło poszukiwań: drapieżne misiowate ;). Pewnego wieczoru jestem świadkiem jak rzeczony tchórz próbuje się dostać na dach, przednimi łapami trzymając się rynny a tylnymi maszerując po podwieszonym kablu. Żaden balet już nigdy mnie tak nie zachwyci! ;)

No ale cena za te balety wydrapana na drzewach...
Październik
18. 30 – ciemność spada nagle, granatowoszarą kurtyną. Grabię liście. Zbieram ostatnie orzechy, niektóre niewiele większe od paznokcia. Ostatnie, porzucone dzieci łysiejących orzechowców. Powoli dogasa życie - zielone bukiety grządek zmieniają się w pęki małych ikeban.
Prace ogrodowe wyglądają dość szczególnie: jeśli jest mniej niż 10 stopni, to w kuchni na garze gotują mi się świeże skarpetki i rękawiczki ;) które zakładam, jak już przemarznę do reszty. Świeżo przycięte trawniki prezentują estetyczny, wojskowy ład, ale tylko przez jakaś godzinę, bo później zostają zasypane nowymi liśćmi. Chłód już od późnych popołudniowych godzin podkrada się pod dom i wpełza do środka przez nieszczelne okna. Mam szczerą nadzieję, że tchórz się do czegoś przyda i do tego chłodu nie dołączą polne myszy i wielkie jak pięść włochate pająki jesienne, które nie mają nic wspólnego z eteryczną gracją letnich pajęczaków.

Torba z Ikei to oprócz grabek podstawowe narzędzie ogrodnicze ;)
Do nieba ulatują duchy martwych liści...


Listopad
Zanim wszystko zostanie przykryte śniegową pierzyną, wygląda raczej smętnie. Na wpół zgniłe, oślizgłe liście leżą wbijane w ziemię każdym spadającym deszczem. Reszta grządek schowana pod kłębowiskiem uschniętych grochowych łodyg i gałązek w celu zapobieżenia przemarznięciom wieloletnich roślin. Ogołocone drzewa i krzaki wyglądają pięknie gdy natura przystraja je biżuterią z kropel lub śniegową posypką.
A czasem uschnięte drzewo dostaje w promocji koronę z chmur ;) 
Grudzień, styczeń, luty, marzec
Cały ogród zdaje się zamrożonym w czasie jednym wielkim oczekiwanie na marcowe morderstwo Marzanny. Na śniegu o chrupiącej skórce co rano znajduję ślady zwierząt - kocich pazurów i pracowicie wydeptanych ptasich ścieżek. Z wnętrza rynien z łoskotem wypadają lodowe rękawy. Co rano sikorkowa orgia karmnikowa! Czasem karmnikowe drzewo aż się trzęsie, takie tłumy go oblegają. Majątek idzie na pestki słonecznika, bo to zawsze znika najszybciej. Słonina ma mniejsze lub nawet zerowe osiągi popularności – widać moje sikorki nawrócone na wegetarianizm ;). Zanim ucieszą mnie pierwsze pąki rozkręcające wiosenny interes, bawią mnie te głośne i żółte oznaki życia w uśpionym ogrodzie. Tylko czy to się musi odbywać pod moim oknem o świcie? Bo jakby tak podsumować te wszystkie ptasie historie to wychodzi, że od dobrych kilku lat jestem w wuj niewyspana ;)
W przeciwieństwie do wielu nieodpowiedzialnych nastolatek nawet liście noszą w zimie czapki ;)
Samotna kosmonautka Kapusta Ozdobna w podróżny przez zimowe zaspy

I tak się kręci ten uroboros, to ogródkowe perpetum mobile.
Bo tymczasem w kwietniu ...(part1;)

piątek, 4 października 2013

Sezon w ogrodzie czyli z pamiętnika ogródkoholika. Part 1.

Kwiecień
Pracowicie klękam na ochraniaczach służących  kiedyś do zabaw i gier i wtykam w brunatną ziemię pełną dżdżownic i starych śliwkowych pestek różnej maści nasiona: nachyłek, złotokwiat, nasturcja, smagliczka, aksamitka. A kiedy starając się ignorować ból w krzyżu wstaję, mam w uchu tylko jeden kolczyk i jestem zła na siebie, że będę musiała to wszystko jeszcze raz przekopywać, ale  M. mówi mi, żebym sobie darowała, bo prędzej coś wyrośnie z tego kolczyka (kolczykowe drzewo?), niż z tych nasion. I muszę mu przyznać rację, jestem marną ogrodniczką, żal mi wyrywać każdego chwastu, myśląc: Czy mam prawo odmówić mu prawa do egzystencji, skoro tu zawitał? Rozwinął się i ściągnął (sądząc po liczebności dość dużą) rodzinę?
Weźmy taki uroczo słonecznikowy w barwie wrotycz albo koniczynę, która przyciąga bąki.
Maj
Trawa rozrasta się bujna, zielona, zarastają nawet łyse placki posypane czymś z piwnicy ,co wbrew pozorom okazało się rokującymi nasionami. Ma już chyba z pół metra  kiedy pewnego popołudnia wchodzę w nią i plask! – przewracam się na pysk. Kopiec kreta giganta. Po rzetelnym oglądzie muszę stwierdzić, że trawa nie ma pół metra wysokości tylko nastąpiło ogóle wypiętrzenie terenu wskutek działalności tego podstępnego i nieproszonego gatunku. Natomiast na grządkach harcują ślimaki. Brakuje tylko żaby do kompletu, żebym się poczuła jak we francuskiej restauracji.
Po niebie krążą stadami mewy i jaskółki. Mewy drą mordy, jaskółki wywijąją te swoje piruety. Trzy metry ode mnie ląduje dzięcioł z krwistoczerwonym zadkiem i po próbnymi opukaniu orzecha daje dyla. Jestem urzeczona, jestem podniecona. Trzy metry ode mnie! Żaden celebryta nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia w tej odległości.
Konwalie, ta niezwyciężona armia, kolonizują kolejne obszary, wychylając spod ziemi zielone łby. No i oczywiście: lilakowa orgia! Czyli kwitnie bez.
Czerwiec
Znowu zapomniałam wystawić w tym roku budki lęgowe dla ptaków. U rodziców na balkonie założyły rodzinę dwa gołąbki. U mnie na skutek działań wojennych prowadzonych przy pomocy procy i łuku nastąpiło odwrót od tradycyjnych, gołębich wartości, takich jak składanie jaj i defekacja pollockiem na dach.
Populacja drących mordy już od piątej rano srok zmniejszyła się na rzecz drących mordy w tych samych godzinach wron i kawek. Sikorki ćwierkają do ćwierkającego laptopa (strona z odgłosami ptaków). Znowu mam kompleksy na punkcie nieznajomości języków obcych. Bo kto wie, co ćwierka laptop? Może same wulgaryzmy?
Piwoniowa orgia! Nie jestem żadną romantyczną pańcią ale rozczochrana, mięsista bujność tych kwiatów na absurdalnie cienkiej łodydze nieodmiennie zapiera mi w piersiach dech (niech ktoś wreszcie pogrzebie w genach i osadzi główki peoni na tych solidnych i kolczastych różanych cokołach, żeby było trochę praktyczniej je wręczać ;)
Całe lato zajmuje mi też mi wieczorne ściganie jeży, które mają w zwyczaju tratować aksamitki, przeraźliwie piszczeć (jest to odgłos przypominający pompowanie dziurawej dętki) i przesiadywać pod drzwiami (kolczasta wycieraczka od której można dostać zawału, o czym już pisałam [klik]).
Lipiec
Morelowa orgia! Oraz fala upałów. Słoneczniki wyrastają w najmniej oczekiwanych miejscach czyli na trawniku. Dzikie bluszcze leniwie pełzają po trawniku, aż docierają do starego, metalowego krzesełka, które ginie z oczu owinięte ich zielonymi mackami. Znowu zza ogrodzenia zawitał do nas, robiąc korzenne podkopy, sumak. Szpalery grochu jak oszalałe pną się w górę, w niebo, byle do słońca. Codziennie poświęcam sporo czasu na owijanie ich według mojego widzimisie (tanie i na świeżym powietrzu w dodatku zastępstwo jakiejkolwiek terapii ;). Rukola zalewa ogródek niczym populacja islamska Europę ;). Liście jedzone przez ślimaki, ślimaki zasypiające na wieki po niebieskach antyślimakowych pralinach, którymi wszystko posypuję. Mam bardzo zielony ogródek. Nie uświadczysz tu niemal innego koloru, co najwyżej żółty, jak coś się zeschnie, a w czasie upałów zsycha się notorycznie. Mam pokusę obrabowania z plastiku kilku grobów z najbliższego cmentarza. Może nikt nie zauważy różnicy jeśli wprowadzę embargo na wąchanie kwiatów?
clue programu: lawenda i tytoń. W przeciwieństwie do manny ryby bardzo często spadają z nieba i nie raz znajduję w tytoniu uroczy filecik ;)

Sierpień
Co też zastanę jak wrócę? W zeszłym roku po powrocie zamiast wiśni zastałam bufet z wiśniówką. Albowiem nie zapraszany przez nikogo tatuś pokochał na nowo piłowanie ;)
Malinowa orgia! Maliny to teraz podstawa mojej diety, przeciętnie zbieram dwie szklanki dziennie, resztę obgryzam prosto z krzaka.
Takie małe a już wąsate!
Upały na zmianę nieludzkie a potem nieobecne, jednak każdy ciepły dzień trzepie mnie po kieszeni, bo wymaga wieczornego podlewania ogródkowych zieleni. Lawenda w pięknych fioletach, za to motylki nadobne wybujały na półtora metra i nie przyoblekły się w kwiaty – wyglądają jak zmutowany koper. Po rozdaniu grządkom darmowych drinków z florowitu i azofoski następuje znaczny postęp w tej materii.
Zacienione miejsca obsadzam bluszczykiem kurdybankiem, który tworzy teraz zielone połacie dywanów. Pająki leniwie wylegują się na wszystkim – a zwłaszcza na malinach. Zastanawiam się czy ich nie myć przed spożyciem, bo kto tam zna pajęcze zwyczaje – może (skoro ich nie jedzą) to robią sobie z malin toaletę? Po zjedzeniu maliny z pająkiem zaczynam być jeszcze ostrożniejsza. Fuj!
A w kurdybankach harcują kowale ;)
(...)
Ciąg dalszy po niedzieli ;)

wtorek, 5 lutego 2013

Rośliny filtrujące czyli jak oczyścić i wzbogacić w tlen powietrze domowe

- Witam nowych lokatorów! - uśmiecham się czule do przytarganego ze sklepu Zamiculasa, podczas gdy teściowa pokazuje mi język ;). A następnie już twardo, po wojskowemu:
- Proszę się rozbierać! Sprawdzimy, czy nie ma pasożytów. Proszę do mycia zdjąć doniczkowe majty i okazać mi korzenne suspensoria, liście rozchylamy, raz-dwa. Proszę się nie wstydzić tylko współpracować. Ale już!

Coby nie mówić o tym jak traktujemy rośliny domowe (i czy je w ogóle mamy, bo tendencja jest w zaniku) to nikt zapewne nie chce mieć w domu benzenu, amoniaku, toluenu,  formaldechydów i trójchloroetylenu. A przynajmniej - jako że świństwa te występują w twardej opozycji do gotówki - chciałby mieć mniej. Więc czas by się przyjrzeć jak rośliny domowe mogą potraktować nas.

"Badacz Kamal Meattle przedstawia 3 pospolite rośliny, które postawione w domu lub biurze, mogą w mierzalny sposób poprawić jakość powietrza." 
Dane zdrowotne są obiecujące, dane pracownicze zaś świadczące o podniesieniu wydajności (yyy a co to? ;). Mnie zaś najbardziej podoba się test na zamknięcie się z teściową w foliowym worze, który to pomysł można by zastosować w jakimś gangsterskim filmie ekologicznym (ofiara duszona torebką przeżywa, bo miała w kapeluszu liście wężownicy ;)
http://www.ted.com/talks/kamal_meattle_on_how_to_grow_your_own_fresh_air.html

Przyjrzyjmy się więc tym Top 3 roślinom tlenodajnym:
Sansewieria gwinejska, zwana też wężownicą lub językiem teściowej [.]

















Epipremnum złote [.]
Areka żółtawa (w dziale z palmami [.])
No bo jak tu, hopsasa, nie wierzyć badaniom NASA? Niezłe osiągi mają też:
skrzydłokwiat [.]
dracena [.]
zielistka [.]
gerbera [.]

Moje osobiste badania w laboratorium zwanym kuchnią świadczą zaś, że już przeczytanie tego posta dotleniło cię o 0,5 % ;) 
No to jeszcze przydatne linki dla zainteresowanych.

15 roślin domowych polepszających jakość powietrza w domu [klik]

Best air-filtering houseplants, according to NASA [klik]

Tutaj zaś lista roślin filtrujących z wykazem toksyczności dla  zwierząt domowe w rodzaju psa i kota.
List of air-filtering plants (compiled by NASA as part of the NASA Clean Air Study)  [klik]

sobota, 21 lipca 2012

Oda do dmuchawca

W tym roku byłam wyjątkowo bezwzględna i wyrwałam tego gatunku jakieś miliard trzysta sztuk z całej połaci trawnika  (co wyjaśnia tajemnicę łupania w krzyżu - i to nie tylko w niedzielę ;)
In mementum więc.

Dmuchawiec wielki jak ego Dalego ;)





















Co się kisi w dandelionie? Zaczynam podejrzewać, że człowiek gdzieś w okolicach trzydziestki zaczyna dopiero doceniać ten rodzaj sztuki filmowej, jakim jest time lapse ;)


Żółty i puchaty - nie dziwota że swoją piosenkę miał w latach 80...

wtorek, 3 stycznia 2012

Atomowe kwiatki oraz kwestia globalnego ocieplenia

W styczniu, jak to w styczniu - żeby było smacznie i ładnie,  zerwałam na ogródku trochę rukoli do sałatki oraz kwiatków do wazonu. Teraz powinno nastąpić takie ZZZZ i agent Mulder lub inny Wołoszański powinien z offu wyszeptać, że coś jest nie tak, że jakieś to podejrzane, że przeczy to naturze oraz urąga historii. A jednak. Część cywilizacji pozamykana w blokach może nie mieć tego rodzaju ekologicznych obaw, mnie jednak czasem dopadają. Ponieważ jednak nie mam szczelnych okien  globalne ocieplenie poniekąd trochę mnie rajcuje. 
Co do tych kwiatków, to rzeczywiście jakaś wyjątkowo atomowa odmiana - trwała i niezniszczalna. Miały być jednoroczne, ale z żelazną konsekwencją wyrastają w tym samym miejscu już od trzech lat. A może to kwestia jakości gruntu? Zastanawiam się, czy nie powinnam zjeść trochę ziemii, na której rosną.

No i pośpieszam zaparzyć trochę ziółek, póki mi wolno, póki nie zrzucono ich jeszcze do jednego worka z maryśką:





















Całość materiału  tutaj:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/unia-europejska-zakazala-ziololecznictwa

Zawsze wiedziłam że z bandyty Dziurawca to niezłe ziółko jest! Miłorząb wcale nie jest taki miły, a żeńszeń powinien być zakazany już ze względu na samą pisownię ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...