Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 maja 2016

Rozbiór majowy. O Targach Książki, pogrzebie, inauguracji sezonu grillowego i Dniu matki w jednym poście


Świty majowe są zimne. Są też wilgotne w ten nieprzyjemny sposób, który jednocześnie zapowiada, że reszta dnia będzie upalna. Mechanizm musi się rozkręcić.
Trzeba mieć kaloszki i naprawdę ciepłą kapotę, żeby nie drżeć jak osika, jak cały las osik, majowym świtem. A rozumiem przez to tę porę, gdy rozrzedza się mrok, gdy odgórnie włączają światło, to jest trzecią nad ranem. Dzień już przygotowany, jak scena, choć przedstawienie zacznie się za kilka godzin: na razie całe miasto śpi. 
Słodką ciszę świszcząco-zgrzytliwie  zaszumiają pierwsze, ospale sunące tiry i autobusy.
Ptaki prowadzą swe perory.

Życie wydaje się jeszcze tak nieprzeżyte. Nieprzeżute. Wydaje się, że ma jeszcze coś do zaoferowania.
Bardzo polecam świty majowe.

Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija – rzecze Lec. Szkoda mi mijającego maja. Zielonego rozbujania, pełnego aromatu bzów zaczynu lata, który niedługo skończy się narzekaniem na upały i susze oraz wonią niedomytych pach w środkach publicznego transportu.
Wszystko mija.
Złudzenia trzymają się dzielnie.
Że jakoś to będzie.
Przecież.

Byłam na pogrzebie kogoś z rodziny. Paliłam papierosy z dawno niewidzianymi kuzynami ukryta za jakąś kryptą. Panowie w czarnych garniturach i białych rękawiczkach nieśli trumnę w miarę stabilnie i z niejakim namaszczeniem, ale rzucali wiązankami kwiecia i ordynarnie gnietli wieńce żałobne. Kwiatom odpadały łby i główki, które potem leżały smętnie na kopcu piachu obok dołu na trumnę.
Wzruszyłam się i zrobiłam im zdjęcie.


Ta (wymierająca) odnoga rodziny ma styl i niejakie aspiracje: na cmentarzu obecna była skrzypaczka, której zadaniem było urzewnić moment. Niestety, gdy tylko skrzypaczka dotykała smyczkiem strun, nad cmentarzem przelatywał samolot. Skrzypaczka grała, a samoloty leciały. Skrzypaczka przestawała grać, przestawały lecieć samoloty. Szybko, szybko: graj, skrzypaczko, nic teraz nie leci! Skrzypaczka zatem zaczynała grać, zatem natychmiast pojawiał się samolot. 
Bosz.
Czasem aspiracje można zrealizować tylko na Powązkach, ze znajomościami w zarządzie ruchu lotniczego. Jak widać.

Potem byłam na Targach Książki.
Było raczej tak jak zwykle. Przez cztery dni.

Tłumy ludzi przechadzały się między pachnącymi farbą drukarską nowościami i pachnącymi starością autorami. Niektórzy byli nawet dość młodzi. Ale pisarstwo dodaje plus dziesięć punktów do przemijania: nakład, który przeżyje twój rozkład.

Ja nie z tych, którzy zaprezentują uśmiechnięte zdjęcia okolicznościowe z przyznaną mi, jako blogerce, wejściówką, którą nawet zapomniałam odebrać.
Plus dziesięć punktów do alzheimera.

Przez te tłumy znowu czułam się jak mały hadron w zderzaczu hadronów.
Niezbyt płynnie płynęłam przez zróżnicowane strefy klimatyczno-klimatyzacyjne: od przylądków arktycznych porywów wichru do krainy strychowej stęchlizny i zastałego powietrza. Przynajmniej na środku Stadionu było jakieś życie, a nie betonowa pustynia jak w roku zeszłym czy jeszcze w ześlejszym ;). Jakaś atmosfera zaistniała. Piknikowa oraz prorodzinna.
Plus dziesięć punktów dla organizatorów. 

W przyszłym roku proponuję im zrobienie wielkiej, ale to przewielornej, makiety książki z gigantycznymi, przewracanymi stronami. Albo wystawienie hamaków z nadrukiem stronic z  klasyków („Leżę na Przedwiośniu”, „ A ja na „Lalce”, „Ty perwersie, ty!”).






















Znowu nie wykorzystałam szansy żeby sobie zaprzyjaźnić jakieś wydawnictwo komiksowe, żeby mi aby przysyłało komiksy do recenzji. Przez ten pogrzeb nie miałam do tego głowy.
Bo wiecie – o konieczności konsumowania książek nie ma co dyskutować. Ale z komiksami  jest u mnie trochę jak z kupowaniem kawioru. Można, ale podstawowa dieta tego nie obejmuje. Gdyż nie jest poselska.

Poczułam się nieco dotknięta, gdy dwójka znajomych, całkiem niezależnie od siebie, powiedziała, że życzą mi udanych, tanich łowów i żebym osiągnęła Everest swoich możliwości na polu negocjacji cenowych. Nie życzyli mi, żebym w trakcie jakiegoś panelu dyskusyjnego, ukryta w ostatnim rzędzie krzeseł,  krzyknęła rozdzierająco acz elokwentnie: „Sofizmat!”, na co autor by się poderwał i odkrzyknął „Nieprawda! Nieprawda! Kto to powiedział? Proszę wstać!” .
Jak to drzewniej bywało, ah.

Muszę popracować nad piarem.
Muszę to dopisać do postanowień noworocznych: popracuj nad piarem, a nie nad mniejszym obwodem ud i większym obwodem półkul.

No dobra, ja nie z tych, ale mogę wam pokazać jak wyglądałam na tym Stadionie. Emocje, rumieńce, masa kontra pęd. Prosz:




Zainaugrowałam u siebie sezon grillowy. 
- Uwaga! Inauguruję sezon grillowy! - powiedziałam trzymając ostentacyjnie wtyczkę od grilla, bo grill mam raczej elektryczny. Jeden kolega przytomnie zaczął klaskać.
Lubię bystrych mężczyzn ;).


Zatem było tak: zaprosiłam znajomych.
Powiedziałam im, że będą kotleciki. Powiedziałam im to ze dwadzieścia razy nieruchawo wtopiona w krzesełko, siorbiąc mineralną. W końcu  przytomny kolega powiedział, że chyba jednak mi nie wierzy w kwestii mięsnej. Faktycznie: kotleciki same nie wyszły z marynaty i nie położyły się na grillu. Musiałam się w końcu ruszyć i sama je przynieść.
Mówię wam: los kobiety i gospodyni to nie bułka z masłem.
(Bezglutenowa)



W Dzień Matki kupiłam herbaciane róże, jednocześnie ganiąc się za ten banał.
Powiedziałam mamie:
-Dziękuję, żeś mnie tym bożym ciałem urodziła.
W tym roku mogłam tak powiedzieć, to powiedziałam.

Chciałam powiedzieć: „Gratuluję!”, ale czy jest czego? Jeszcze nie wiadomo. Nie wiadomo kiedy będzie wiadomo. Tajemniczo wyrosły jakiś czas temu słupek samozadowolenia opadł był ostatnio nieco. Po czym rymsnął na pysk i zczezł. Jest mi jakoś smutno i nieswojo. Gdzie jesteś, słupku? Mój nowy słupku? Tęsknię za tobą!
Urządziłam ci już urocze mieszkanko obok tej wielkiej, metafizycznej wyrwy w klatce piersiowej, której nie zapełni nic, ani majowe świty, ani komiksy ani przytomni mężczyźni.

Pewnego razu, też w maju, naprawdę się wyspałam. Umarłam wieczorem i zmartwychwstałam bladym świtem. Rozrywki na starość stają się, jak widać, niezwykle frywolne. 

sobota, 1 listopada 2014

A czego tu się bać? (Małgośka, golf i śmierć)

- Chcę być skremowany!
- Teraz, czy po śmierci?
Taki mi się przypomniał fragment z filmu Woody'ego Allena, z okazji. Tymczasem pójdę się nakremować, która to czynność, jak wiedzą wszystkie kobiety, pośrednio oddala moment skremowania ;)

W zeszłym roku przerobiliśmy proces obróbki truchła oraz ostatnią wycieczkę na wieczne osiedle [klik]

W tym roku polecam fajny dokument o umarlakowej tradycji, autorstwa Małgorzaty Szumowskiej (która jak wiemy zmarła w połogu rodząc Małgośkę Szumowską, swoją nową, lepsiejszą wersję)

Słodka i urocza piosenka od razu na początku. Oj, pośpiewałabym, ale koleżanek odpowiednich brak ;)

I tak, są priorytety: "Nawet na wesele nie przyjeżdża cała rodzina, ale na pogrzeb, to z najdalszych stron".

Tu link do części [2], [3], [4]

Różności antropologiczne, wiejskie, w kwestii operowania zwłokami i 'wyprowadzania z domu umarłego': zapobieganie by nieboszczyk był "grubszy jak wyższy", proszenie nieboszczyka o współpracę w kwestii przybrania pozycji, o spaniu z nieboszczykiem w jednej chałupie, o chłodzeniu żelazem, o szyciu ostatnich sukienek, o tym, że najlepiej w lipowej trumnie, bo "lipa uspakaja", a "dębowa droga". (Ludzie, którzy żyją wśród sklejkowych meblościanek nagle marzą o dębie, ah. Ja bym już wolała być pochowana w mojej meblościance, żeby ulżyć następnemu pokoleniu poprzez brak możliwości obcowania z nią ;)


Moim zdaniem powyższy dokument powinien być materiałem obowiązkowym do oglądania na plazmach, w gabinetach przez klasę rządzącą, establishment i menagów z zachodnich koncernów.
Jeśli TO ich nie wzruszy, serc im nie poruszy w kwestiach miłosierdzia do tego wymierającego pokolenia, to już nie wiem CO inszego. Oł, wait. Oni nie mają serc.

Mają za to drogie kijki, meleksy i lekcje golfa. No i ha:
("Więcej ludzi umiera grając w golfa niż w jakąkolwiek inną sportową grę" jak głosi jeden z plakatów reklamowych Science World. Chyba że ktoś to lepiej przetłumaczy...)





















...
- Idziecie na pogrzeb Zacha? Padł na zawał zaraz po odebraniu idealnych wyników EKG.
;)
Ech, Woody, dałbyś już spokój.
...

Tymczasem, gdybyście nie wiedzieli, to niestety umarłam na Fejsbuku. Z powodu żądania mojego skanu dowodu. Kreatywne menadżery Fb do spraw zbierania danych osobowych wszystkich ludzi na ziemi niestety nie padły jeszcze na polu golfowym, bo póki co rżną w minigolfa na synetycznej korpo-wykładzinie.
Zanucę im więc pięknie, jak w tej piosence filmowej: Robactwo, zgnilizna, robactwo, zgnilizna...





























Adieu.

sobota, 2 listopada 2013

Zmarłosie, truchła i grobulaki. O gościach z 2 listopada czyli długa droga do domu... tj do grobu ;)

W zeszłym roku wypowiedziałam się już na temat Halloween oraz czemu należy na cmentarz przyjeżdżać punktualnie, a ponieważ człowiek co roku nie zmienia zdania na niektóre tematy i nie ma nic do dodania, to w tym sezonie po prostu odwiedzimy, zgodnie ze staropolską tradycją, wirtualny cmentarzyk. 
Ale po kolei. Najpierw prześledzimy ostatnią drogę na to wieczne osiedle.


1. Kostnica

Bardzo piękny wizualnie shorcik. Proszę docenić jako że rzadko daję coś gustownego ;)


2. Pogrzeb
(proszę sobie kliknąć w celu powiększenia dla lepszej delektacji)


















A tu link do artykułu Wirtualne życie umarłych [klik] (Można przeczytać, mimo, że artykuł, stosownie do okoliczności, za mgłą)

A teraz wisienka na torcie (dosłownie, jeśli ktoś zbytnio lubi torty) czyli bardzo popularna w Stanach trumna w rozmiarze XXL. (Pod rozwagę, hm)













3. Cmentarz

Wśród jednakich marmurowych lub lastrykowych płyt dopada człowieka tęsknota za pomnikami nieco bardziej zaawansowanymi estetycznie, np takimi jak sarkofag poniżej. Ja tam w każdym razie czuję, że wieczność (wietrzność?) spędzona pod płytą bez kościotrupa czule tulącego moje popiersie to nie będzie już to...
Inna zajmująca mnie kwestia to tajemniczy zanik tak popularnego niegdyś nagrobnego epitafium. Cóż to były za perełki, z humorem i charakterne, podczas gdy co mamy dzisiaj do podziwiania na płytach? Czcionkę co najwyżej i to marną czasem, bo jak Boga kocham widziałam ostatnio imię i nazwisko w czymś co przypominało Comic Sans.
No to popatrzmy co nas omija:

"Nie było mnie. Nie ma mnie. Nie wiem nic. Nie moja to już sprawa."

"Tu złożono Leburde, mistrza gry scenicznej, który żył mniej więcej sto lat. Ileż razy umierałem! Tak jednakże nigdy. O dobre zdrowie dla was wstawiam się u bogów". 

"Pewien jestem, ze jutra nie ma".

"Spoczywam tu ja, Florus, woźnica, dziecko jeszcze. Szybko chciałem pędzić, szybko stoczyłem się w ciemność".

No to wracamy do alei zasłużonych.

Dwóch hipsterów, którzy nie lubiom grobbingu ;)

 ( a młodzież dalej nie odróżnia Wszystkich świętych od Zaduszek)



Lepiej zamiast się gapić, zatańczcie coś dla nas, bo kolejna tradycja upadnie ;)
Tymczasem gdybyście zobaczyli na cmentarzu parę uroczych staruszków czyszczących z zapałem płyty nagrobne z wykutymi już  nazwiskami i datami narodzin (bo jeszcze nie śmierci), SWOJE płyty, to byście się jako i ja wzruszyli i pomyśleli, że takie rzeczy to tylko u nas ;)
Takie związkowe planowanie wieczności.

I tym wesołym akcentem...
Do przyszłego. Obyśmy się wszyscy spotkali w tym gronie. NAD płytą, nieprawdaż.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Śmierć przybywa na wibrującym koniu

Po śmierci skóra ma kolor żółty. Nie mlecznobiały, jak w sagach o Zmierzchach, nie zimnobłękitny jak w skandynawskich pokojach ani nie sinoszary, jak pierwsze listopadowe niebo. 
Jest żółta jak zleżały ser.
Kładę dłoń na tej skórze chłodnej i żółtej. Babcinej. Twarz zapadnięta, wszystkie mięśnie zwiotczałe, lekcja mimiki skończona. Ciało nie oddycha a jednak się porusza. Bo w szpitalach mają takie łóżka nowoczesne, wibrujące. To łóżko pląsające jak wierzchowiec, który dalej niesie na grzbiecie martwego wojownika. Już po walce. Teraz tylko do wora i do kostnicy, oby tylko nie być rzuconym na podłogę, na inne trupy zleżałe. Teraz już się tak nie robi – mówią. Ale dziadka rzucili. Dziadek, który wrócił po wojnie z obozów gdzie się trupy rzucało na kupę, tak się cieszył, że wrócił i umrze w warunkach daleko bardziej ludzkich. Niedoczekanie twoje, dziadku! Tak samo rzucony byłeś w stolicznym szpitalu, w wieku XXI, tylko że w worku czarnym, poliuretanowym. Bo to worek jest przejawem cywilizacji, nie czynność rzucania czy podłoga. Przecież wam i tak jest wszystko jedno. A worek mocny, trwały, z suwakiem!
Mówią też, że się nie łamie kończyn do ubierania nieboszczki. No ale co nieboszczce po kończynach niepołamanych, grunt że makijaż będzie miała świeży, rumieńce i wieńce, włosy całe w lokach i szarfy w liliach. Buty trzeba nieboszczce włożyć, bez butów nie uchodzi. Nogi takie, że nie da rady nic dopasować, skąd tu wziąć takie buty? I garsonkę. I rajstopy. Bo z gołymi nogami zimno.

Umrzeć, tego się nie robi kotu – mówią. Ale co tam kot. Umrzeć, tego się nie robi twarożkowi w miseczce, który został na później, bo porcja była za duża. Tego się nie robi marchewce ugotowanej i przetartej, niewypitemu soczkowi się tego nie robi! Soczkowi w kubeczku z dwoma uszami i dziubkiem, jak dla dziecka. Jak dla staruszki. Jak było na początku tak i na końcu, czas zatacza krąg.
Tego się nie robi 35 pudełkom pełnym tabletek do podniesienia jakości życia. Ale bez wdechu i wydechu się jakości życia nie poprawi żadnemu ciału. Sercowa przepompownia ogłasza strajk, nie będzie dłużej pracować, oto jej postulaty: płaska linia na monitorze. Mały ostatni pik. Ostatni haust powietrza opuszcza płuca i rozpływa się w szpitalnej sali. Rodzina przyszła się pożegnać, może pomodlić. W ciszy postać i łzę uronić. Rodzina potrzebuje kilku chwil, prosi o te kilka chwil i je dostaje, w tej przetwórni trupów zwanej Ojomem. Reszta przyszłych trupów z wyrokiem w zawieszeniu na czas nieokreślony opuszcza swoją szpitalną salę z radością, kto by tam chciał wciągnąć ten ostatni haust, co krąży gdzieś po sali. Prześcieradło naciągnięte na głowę, święty obrazek położony. Jakiś respirator w oddali odmierza nieubłagany czas od zgonu po wędrówkę do kostnicy. Mała chwila, zamrożenie w czasie, gdy rodzinna drużyna jest w pełnym składzie, gdy jesteśmy razem, obok siebie, bo później już razem nie będziemy. Trzask, wchodzi pielęgniarka założyć opaskę na rękę, dane osobowe, nowy dowód tożsamości pośmiertnej. Rodzina chce się pomodlić w ciszy no ale OPASKA.
- Muszę teraz bo później zapomnę – mówi pielęgniarka i przedziera się przez ludzką masę, żywą i w pionie do pokurczonej, poziomej masy martwej. Żadna lekcja taktu nie wygra z tym przejawem niećwiczonej pamięci, która musi właśnie TERAZ. Codzienna porcja śmierci robi się tak nudna, że się o niej zapomina.

Nadjeżdża worek.






















obrazy Victorii Reynolds

poniedziałek, 19 listopada 2012

Aaaaby przeżyć czyli wypadki chodzą po ludziach ;:)

Wymiatacz poniedziałkowy na poprawę humoru.

Moim faworytem jest super glue oraz topless siurkająca pozostałość po niedźwiedziu ;)

Jako osoba mająca za sobą kilka dramatycznych (choć nie śmiertelnych) doświadczeń pozwolę sobie podzielić się kilkoma radami:
- piecyk gazowy jest niczym kochanek z krajów śródziemnomorskich – płomień gaśnie w nim  szybko a niespodziewanie. Stale musimy być czujne, żeby nie zrobiło się zbyt czadowo (z piecykiem, nie z kochankiem)

- jeśli nie chcemy być posądzeni  o post-punkowy styl z powodu braku połowy brwi i dziur w swetrze - nie kupujemy najtańszych zapałek i nie podpalamy nimi papierosa! Jest duże prawdopodobieństwo, że producent robił wcześniej w fajerwerkach i choć splajtował na odszkodowania dla kalek to ambicje niejakie, w skali mikro ale jednak, mu po przebranżowieniu pozostały ;)

- sprawdzamy czy podarowane nam w promocji rękawice kuchenne mają atesty, bez nich bowiem nasza własna ręka dzięki pośrednictwu rękawiczkowego bubla może stopić się w jedność z plastikową rączką  zdejmowanego z kuchenki gara, po której to niespodziance wykonamy dziwny indiański taniec w podskokach i skończymy z ręką w kiblu, w celu przyniesienia sobie doraźnej ulgi

- Nigdy nie używamy prostownicy do włosów, kiedy się spieszymy na spotkanie ponieważ swądu pieczonego ucha nie da się zniwelować żadną perfumą. Już chyba lepiej nakryć takie ucho liściem sałaty i bułką i udawać hamburgera niż wyjść na taką fryzjerską niemotę.

Miałam taką koleżankę dochtorkę (teraz za granicą of kors) która pracowała na ostrym dyżurze. Lubiłam te jej zdziwienia nad światem. To, że w anusie może dochtór pogotowia znaleźć rzeczy wszelakie, od butelki po komórkę, to są nowinki z lat 90, które już na nikim nie robią wrażenia. Natomiast zaposiąść koński włos w mosznie to jest już osiągnięcie moim zdaniem godne czempiona. I się proszę nie pytać jak, wyobraźnię proszę uruchomić! ;) 
(albo i nie) 
Nie poddawajmy się zatem!  Tylko zanućmy...dumb ways to die...

wtorek, 30 października 2012

Matka Joanna od blogerów

Zdarzyć się mogło, zdarzyć się musiało...

Pewnie na połowie nie tyle istniejących blogów ale blogów na które zaglądam pojawił się już post-wspomnienie o mądrej, walczącej blogerce Chustce. Choć pewnie raczej tylko link do piosenki albo wiersz. Tak netowa wić. Taka nieumiejętność nazywania rzeczy. Albo brak potrzeby ich nazywania.
Taki gest-skinienie: ja też.
Dzisiaj rano pojawiła się na jej stronie smutna wiadomość o przegranej z chorobą.Weszłam, zostawiłam wyrazy współczucia dla rodziny i... miałam wyjść. No bo stało się, co się miało stać, koniec pieśni, cóż zrobić. Ale coś mnie tknęło, zostałam i zaczęłam czytać inne kondolencje. Oraz chlipania, buziaczki, zapewnienia, deklaracje. A najczęściej trzy kropki (...) I myślę, że naprawdę tragiczne jest to, że właśnie umierająca blogerka tyle osób uczyła "żyć prawdziwie" "okazywać miłość" "uświadomić sobie nieodwracalność rzeczy". Dobrze, że to robiła (pisząc w końcu tylko o własnym życiu) ALE szkoda, że musiała to robić, bo wszyscy zrozpaczeni czytelnicy jej bloga nie mieli/nie mogli się tego nauczyć gdzie indziej. Na przykład w życiu realnym, na przykład bez obecności widma śmierci za plecami. Nie jestem jakoś doniośle religijna, jak też mam świadomość, że powoływanie się na Boga jest obecnie co najmniej niemodne, ale te wszystkie "przesyłam śnieżną energię", "będziesz w kroplach deszczu", "spotkamy się po drugiej stronie tęczy", "leć do słońca"... ten cały new-age'owski sentymentalizm przyrodniczy... Co uzmysławia naszą  językową nieumiejętność rozmawiania o śmierci ("śmierć nie istnieje" napisał ktoś, oł really?) i ubierania w słowa własnych emocji, żalu, bólu. Kim jest to pokolenie, które Chustę czytało? Trzydziestolatkowie, którzy nie umieją się ogarnąć w życiu i wysłowić w obliczu śmierci? No to chyba rzeczywiście lepiej dać linka do piosenki. O podróży na Marsa. Tak.
Hm.


















Nie jest moim zamiarem nikogo urazić, jest moim zamiarem wyrazić tylko smutek z powodu merytorycznego ubóstwa w kwestii składania kondolencji, nie ocierających się o banał. Bo zastanawia mnie to, że skoro tak higienicznie pozbyliśmy się z życia religii, to czemu mamy teraz takie problemy z odchodzeniem do strefy cienia? Bez wracania w atmosferycznych środkach wyrazu.

czwartek, 30 czerwca 2011

Schody do nieba

Schody. Cudowny wynalazek architektury, umożliwiający ludzkości wchodzenie do podniebnych komnat i na wieże katedr. A w przypadku upper clasy na piętro z sypialniami. Schody, na górze których człowiek jest istotą ludzką, pełną planów i pomysłów, a na dole których już tylko martwą, szmacianą lalką, ze skręconym kręgosłupem.
Niedawno dowiedziałam się, że tak właśnie zginęła M. Co jest o tyle szokujące, że chwilę wcześniej wygrała z rakiem. W ogóle tyle wygranych bitew zaliczyła w życiu. Ale nie ze schodami.
Wszyscy nagle zaczynają śpiewać jednym głosem: „A jeszcze wczoraj o niej pomyślałem, a zadzwonić miałam, a libacja miała się odbyć, ale niestety się opóźniła i teraz to można co najwyżej na stypie.”
Zupełnie jakby ta świeżo odłowiona z zapomnienia kolektywna mieszanina ludzkich zaniechań miała możność przyczynić się do zgonu.


M. była osobą rozrywkową, więc się (chyba) nie obrazi:



Jeśli w nocy będzie skrzypieć podłoga, a drzwi same się zamkną lub roztworzą, to zdejmę.

środa, 3 listopada 2010

Cmentarze marzeń




W tym roku wybieramy się na Powązki, porą wieczorową, niemal nocną. Cmentarz pełen jest migoczących świateł i wyłaniających się z niebytu ciemności sylwetek ludzkich, sunących alejkami bezszelestnie, niczym duchy.
Wyszukujemy i raczymy zniczami przypadkowe groby nieznanych, zapomnianych umarłych.

Ale gdzieś tam po cichu marzy mi się odstawienie Frumy Sary poprzez wyskoczenie zza ciemnego grobu z wrzaskiem UUAA! i wysłanie jakiegoś nieszczęśnika o słabym sercu bezpośrednio do babci i dziadka, których dzisiaj odwiedza.

wtorek, 3 listopada 2009

Cmentarny powiew tradycji

1 listopada, jak zwykle, wybieram się - sentymentalna niczym z XIX wiecznych romansów – na grób ex narzeczonego, który wybrał o punkt tylko gorszą dla życia związkowego wersję niż stypendium doktoranckie w Stanach – a mianowicie: permanentny wypad do Edenu.
Coroczne obkładanie jego marmurowej kołdry plastikowymi zniczami za 4,50 wydaje się gestem całkowicie zbędnym, ale trzymanie się tradycji kultywacji śmierci ma w sobie coś wzniosłego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...