Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje i urlopy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje i urlopy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

Fotograf Marin Parr prezentuje: Ludzki grill czyli jak homo sapiens na plaży się praży (oraz wściekła mewa, która zrobi ci dzień ;)

Martin Parr to brytyjski fotograf, którego określa się jako konesera turystyki masowej, junk foodu i plażowej sjesty.

Chociaż Henri Cartier Bresson oskarżył go o podejrzaną motywację i to, że w istocie Parr nie tyle dokumentuje, co naśmiewa się ze swoich bohaterów. No ale wiadomo, że koneser się nie naśmiewa, tylko konesersko naciska spust migawki w odpowiednim momencie. 


Parr krytycznie a zarazem humorystycznie piętnuje brytyjskie przywary i zwyczaje. Najbardziej znane są jego serie zdjęć z plaż oraz wesel i innych stylowych imprez w gustownych, mieszczańskich wnętrzach. Ja najbardziej lubię zdjęcia znudzonych – nazwisko zobowiązuje w końcu – par. Jakby w jednej setnej sekundy mogła zamknąć się cała uczuciowa zwietrzałość związku.

Bezlitosny czy nie, Parr nigdy nie narzeka na brak tłumów na wernisażach. Każdy wzdęty junk foodem dżentelmen i zasuszona staruszka leci bowiem się obejrzeć do galerii, skoro ich niefrasobliwość estetyczną dało się przenicować w sztukę.


Nie mieliśmy okazji, ale w przypadku poznania się z Parrem nie mam wątpliwości, że nasze gałki by się polubiły, bo zezują w te same rejony przykrego ale zarazem fascynującego realizmu codzienności. W tym wakacyjnej.

Panowie i panie, podziwiajmy zatem:







*(Nie, to jeszcze nie ta tytułowa mewa ;)



A teraz dosadna relacja z plażowania się w New Brighton:


Uwaga! Teraz. Zapowiadana mewa ;)

Popularne fotoserie Martina Parra to np:

Common Sense, 1999 (Zdrowy rozsądek)
Think of England, 2000, 2004 (Myśląc o Anglii)
Signs of time 1992, 2004, 2014 (Znaki czasu)
British Food, 1995 (Brytyjskie żarło)
Nudne pocztówki (Boring postcards)
Bored couples, 1993 (Znudzone pary)

Marzy mi się polska edycja tego ostatniego wspomnianego, ah.
W takim razie panowie proszą panie:


 
Przy okazji pisania tego posta, zdałam sobie sprawę, że właściwie nie kojarzę ostatnich zdjęć fotografa, kiedy to wszystko stało się bardziej technologiczne, aj-cosiowe, fluoroscencyjne i lateksowe. Oraz gdy Parr podróżował po Paryżach, Japonii  i Rosji. Zatem w tej materii możemy swe gałki doedukować wspólnie.


Na koniec trochę martwych natur, barrrdzo brrrytyjskich:
No nikt mi nie powie, że udokumentowanie tych złotych gaci wiszących na karniszu nie nosi znamion koneserstwa!




A teraz brytyjski konkurs językowy. 
Parr powiedział o sobie: 

‘I’m buggered without my prejudice’

Miało być w tytule. lecz mój wewnętrzny tłumacz poczuł bóle. A po pięciu wersjach się wykrwawił skęconą inwencją.
Zatem bardzo proszę to przełożyć, komu taki talent dano.
(Jako nagrodę rozważam przesłanie swojego znudzonego zdjęcia z lustrem ;) 






piątek, 31 lipca 2015

O wyprawie w góry, lodówce i zdegenerowanych wnuczkach

Dzwoni koleżanka-towarzyszka K.
- Jedziemy w góry! – mówi entuzjastycznie.
- To rozmrożę lodówkę! – mówię ja, również entuzjastycznie.
Następuje chwila konsternacji, tej niepewności czy na pewno rozmawiamy ze sobą. Ale to przecież logiczne, żeby na takie gospodarskie harce wybrać odpowiedni moment: opróżnić, rozmrozić i wyłączyć lodówkę przed wyjazdem w celu oszczędności. 
- Jakie góry? – pytam.
- Te na południu.
- A jakoś konkretniej? Bieszczady, Beskidy?
- Bieskidy.
Ma się w małym palcu stolice europejskie, ale na krajową geografię już widać miejsca braknie w zwojach folderów kojarzących. Ale nie szkodzi, ja nie jestem małostkowa i problemowa, jestem kompromisowa taka bardziej, mogą być Bieskidy.

Dawno nie byłam w górach. Czy ja w ogóle nadal lubię chodzić po górach? Ciągła konieczność wymiany podsufitowych żarówek wykluła we mnie przekonanie o posiadanym lęku wysokości. Ale kiedyś... mknęłam jak wiatr, byle na szczyt, byle ze szczytu, górskim szlakiem, pod chmurami, mijając knieje i potoki. Nieważne, że się krew z nowych, nierozchodzonych butów wylewała, a łzy z oczu. Hej góralu! Bo ile te oscypki i dlaczego tak drogo, bo mi żal?
... 
Tymczasem policja, na skutek wyjątkowej degrengolady wnuczków, apeluje żeby nie pisać na portalach społecznościowych o urlopie. Oraz ogólnie w sieci nie wspominać, że nas tydzień nie będzie w apartemą. Albowiem zdegenerowani wnuczkowie natychmiast porzucają oszfabiane babcie i organizują się w celu łupiestwa naszych dóbr domowych. Nie wiem jak: czy po sznureczku adresu IP czy mając naiwnego kreta wśród naszych znajomych („Koniecznie muszę podlać Stefanowi kwiatki, a zapomniałem adresu!”). Zatem napiszę o mojej wyprawie w góry tydzień wcześniej lub tydzień później.
Deal with it, wnuczku-oszuście!


...
Góry po trzydziestce to nie bułka z masłem. To raczej bolesne okładanie mrożoną miesiącami w Biedro pseudodrożdżową  masą po łydkach i płucach. Wiązadła skrzypią skrzyp, skrzyp, a kręgosłup dorzuca: trach, trach.
Skrzyp, skrzyp, trach, trach – odpowiada echo.
Jeszcze mały bicik ze strony stawów i drumle w kolanach i robi się z tego mała improwizacja akustyczna pod dyrekcją przyszłej wizyty w aptece.

{Ale i tak nie jest tak źle, jak w chińskich górach, gdzie są takie schodeczki i kładeczki:}



Dyszymy jak stare respiratory na Ojomie, dolewamy perfumowanego potu do górskich potoków, krew krasawi nam poliki i co chwila się ‘refleksyjnie’ zatrzymujemy („Podziwiam widoki! I nie ma znaczenia, że leżę głową w leśnym runie! Mikrowidoki podziwiam!”)
Nie no, oczywiście żartuję.
Jesteśmy rześcy i pełni zapału  i tylko co godzinę mamy histeryczne napady chęci powrotu za biureczko, na łono matki korporacji. 

{Prawdziwej fobii mogłabym doznać na widok takich drzew jak np sekwoje:}

W czasie burzy chowamy się pod drzewami. Tak, wiem, że powinniśmy moknąć na najbardziej otwartej z polan, ale to silniejsze od nas.
Zwłaszcza gdy się okazuje, że super impregnowane kurtałki antydeszczowe są impregnowane tylko do pierwszego prania, w czasie którego się tejemniczo i podstępnie odimpregnowywują. Wygrywają ci, którzy wzięli kawałek folii malarskiej i wycięli dziurę na facjatę. Jakież to bezpretensjonalne i ogólnie hipsterskie!

{Folia może się też przydać do zrobienia cudnych foci wodospadów i potoków w czasie suszy:}

Oczywiście jest wspaniale. Drzewa, słońce i zaskrońce. Oraz świeże powietrze. Oraz absolutna cisza, przynajmniej dopóki nie zacznie się wycinka drzewostanu piłami spalinowymi, który to drzewostan należy następnie zwieźć w dół traktorami, również spalinowymi.

{Zupełnie jakby nie można było utoczyć scyzorykiem takiej estetycznej drewnianej kuleczki i dać jej następnie kopa w dół zbocza ;)}



Jest też wspaniale dopóki nie trzeba gdzieś siknąć. Każdy boi się wystawić swoje dwie śnieżnobiałe półkule na atak kleszcza boreliowca. Każdy w sensie asortymentu stricte kobiecego, gdyż tu nie pomoże żaden gender. 





















Za to wszystkich, niezależnie ode płci,  boleśnie kąsają  muchy końskie, zwane gzami. Co jest całkowicie zrozumiałe, gdyż podczas obchodu okolicznych wsi w ogóle nie spotkałam żadnego konia. Nawet pół kucyka.

{Za to w niektórych rejonach lasów można dosiadać drzew
fot. Nowe Czarnowo, Zachodnie Pomorze}


No i tak to mniej więcej było, odpoczęłam i się zresetowałam. Oczywiście dopiero gdy wyzdrowiałam po wyjedzeniu wszystkich rzeczy z lodówki, którą opróżniłam, rozmroziłam i wyłączyłam przed wyjazdem w celu oszczędności. 
Ale o tym kiedy indziej.

Życzę i wam udanych urlopów oraz żeby łupiescy wnuczkowie w czasie waszej nieobecności nie opróżnili wam apartemą.

{A teraz angielska złota myśl:} 
 



środa, 7 sierpnia 2013

Coś pływa w jeziorze oraz o domowych sposobach na zrobienie akwenu

Myślę sobie tak. Że gdyby Bóg / Los  (zależy jakiej jesteście opcji) postawił przed mną chłopca pięknego jak malowanie, o ciele greckiego adonisa (a raczej dyskobola, tylko zamiast dysku miałby on karton fajek albo belgijskich pralin albo naręcze twarzowych, jedwabnych sukienek) i powiedział:
- Ten tu oto zdolny naukowiec jutro odkryje lekarstwo na raka a w przyszłym tygodniu znajdzie sposób na zlikwidowanie na świecie głodu i korupcji a w przyszłym miesiącu ci się oświadczy i będzie znakomitym mężem, który ci będzie co tydzień dawał kwiaty a co miesiąc biżuterię oraz wspaniałym ojcem twoich dzieci, które urodzisz mu bez bólu i nie rozciągniesz się po tym jak stara skarpeta – ALE jeśli jeszcze kiedykolwiek chcesz pożeglować na mazurskich jeziorach, to musisz go ZABIĆ. Wybieraj.

Szczerze? Zaszlachtowałabym tego idealistycznego gacka w trzy sekundy. Wyprułabym mu wnętrzności bez mrugnięcia okiem.
Właśnie tak się czuję, jak po długiej nieobecności wracam na wody. Czuję, że to uczucie nie ma sobie równych. Moje ciało nie pamięta dotyku tylu innych ciał ale to cudownie sensualne wspomnienie gęstości i konsystencji akwenów w których się zanurzało jest w nim obecne zawsze. Na jakichś wakacjach, kiedy miałam 16 lat, popłynęłam w nocy na dziką wyspę na środku jeziora. Powierzchnia jeziora była czarna, tafla bez ani jednej zmarszczki. Do tej pory pamiętam podszczypywanie rybek, kiedy tak płynęłam. Do tej pory się zastanawiam kto się tak znęcał nad moim młodym ciałem – czy to był jakiś sadystyczne szczupaki, niewyżyte leszcze czy głodne okonie? Na to pytanie odpowie w piosence poniżej niezapomniany Jan Kaczmarek :D


Epickie nie? ;)

Trochę to czasem nienormalny entuzjazm (oprócz tego że brak formy nie pozwala mi już robić takich nierozsądnych, pozalądowych eskapad)  bo mam np ochotę kompulsywnie wyskoczyć za burtę albo zrobić niezapowiedziany zwrot przez rufosztag, albo śpiewać szanty przepitym basem.... co tłumaczę sobie panicznym oswajaniem tego szczęścia, jako że człowiek napełniony powołaniem do żagli/kajaków/nurkowań/akwenów powinien mieć z nimi regularną, nawet jeśli tylko coroczną, styczność.
Niestety moja żeglarska ekipa rozpadła się lata temu. Mam nadzieję, że u was z moczeniem sprawa wygląda lepiej.

Tymczasem - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Trzeba szukać na co dzień kreatywnych rozwiązań ;)


 Zwłaszcza ten pan mnie ujął ;)

fot. Paweł Bajew











Albo po prostu gdziekolwiek się jest w naszym kraju - poczekać na trzy deszczowe dni ;)
Co jest zresztą naturalną konsekwencją polityki rządku w kwestii mazurskich jezior.
Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie uznaje system mazurskich jezior za zbiorniki sztucznie spiętrzone i w związku z tym domaga się opłat za użytkowanie terenów na wodzie na podstawie stawek wynikających z ustawy o gospodarce nieruchomościami (średnio ok. 24 zł za m kw. powierzchni jeziora).
 
(Gdyby ktoś był ciekawy to za zbiorniki NATURALNE płaci się 5 zł/ metr kw. I wszystko jasne! Ale to informacja zeszłoroczna, ostatecznie nie wiem na czym stanęło, pff)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...