Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

O wyprawie w góry, lodówce i zdegenerowanych wnuczkach

Dzwoni koleżanka-towarzyszka K.
- Jedziemy w góry! – mówi entuzjastycznie.
- To rozmrożę lodówkę! – mówię ja, również entuzjastycznie.
Następuje chwila konsternacji, tej niepewności czy na pewno rozmawiamy ze sobą. Ale to przecież logiczne, żeby na takie gospodarskie harce wybrać odpowiedni moment: opróżnić, rozmrozić i wyłączyć lodówkę przed wyjazdem w celu oszczędności. 
- Jakie góry? – pytam.
- Te na południu.
- A jakoś konkretniej? Bieszczady, Beskidy?
- Bieskidy.
Ma się w małym palcu stolice europejskie, ale na krajową geografię już widać miejsca braknie w zwojach folderów kojarzących. Ale nie szkodzi, ja nie jestem małostkowa i problemowa, jestem kompromisowa taka bardziej, mogą być Bieskidy.

Dawno nie byłam w górach. Czy ja w ogóle nadal lubię chodzić po górach? Ciągła konieczność wymiany podsufitowych żarówek wykluła we mnie przekonanie o posiadanym lęku wysokości. Ale kiedyś... mknęłam jak wiatr, byle na szczyt, byle ze szczytu, górskim szlakiem, pod chmurami, mijając knieje i potoki. Nieważne, że się krew z nowych, nierozchodzonych butów wylewała, a łzy z oczu. Hej góralu! Bo ile te oscypki i dlaczego tak drogo, bo mi żal?
... 
Tymczasem policja, na skutek wyjątkowej degrengolady wnuczków, apeluje żeby nie pisać na portalach społecznościowych o urlopie. Oraz ogólnie w sieci nie wspominać, że nas tydzień nie będzie w apartemą. Albowiem zdegenerowani wnuczkowie natychmiast porzucają oszfabiane babcie i organizują się w celu łupiestwa naszych dóbr domowych. Nie wiem jak: czy po sznureczku adresu IP czy mając naiwnego kreta wśród naszych znajomych („Koniecznie muszę podlać Stefanowi kwiatki, a zapomniałem adresu!”). Zatem napiszę o mojej wyprawie w góry tydzień wcześniej lub tydzień później.
Deal with it, wnuczku-oszuście!


...
Góry po trzydziestce to nie bułka z masłem. To raczej bolesne okładanie mrożoną miesiącami w Biedro pseudodrożdżową  masą po łydkach i płucach. Wiązadła skrzypią skrzyp, skrzyp, a kręgosłup dorzuca: trach, trach.
Skrzyp, skrzyp, trach, trach – odpowiada echo.
Jeszcze mały bicik ze strony stawów i drumle w kolanach i robi się z tego mała improwizacja akustyczna pod dyrekcją przyszłej wizyty w aptece.

{Ale i tak nie jest tak źle, jak w chińskich górach, gdzie są takie schodeczki i kładeczki:}



Dyszymy jak stare respiratory na Ojomie, dolewamy perfumowanego potu do górskich potoków, krew krasawi nam poliki i co chwila się ‘refleksyjnie’ zatrzymujemy („Podziwiam widoki! I nie ma znaczenia, że leżę głową w leśnym runie! Mikrowidoki podziwiam!”)
Nie no, oczywiście żartuję.
Jesteśmy rześcy i pełni zapału  i tylko co godzinę mamy histeryczne napady chęci powrotu za biureczko, na łono matki korporacji. 

{Prawdziwej fobii mogłabym doznać na widok takich drzew jak np sekwoje:}

W czasie burzy chowamy się pod drzewami. Tak, wiem, że powinniśmy moknąć na najbardziej otwartej z polan, ale to silniejsze od nas.
Zwłaszcza gdy się okazuje, że super impregnowane kurtałki antydeszczowe są impregnowane tylko do pierwszego prania, w czasie którego się tejemniczo i podstępnie odimpregnowywują. Wygrywają ci, którzy wzięli kawałek folii malarskiej i wycięli dziurę na facjatę. Jakież to bezpretensjonalne i ogólnie hipsterskie!

{Folia może się też przydać do zrobienia cudnych foci wodospadów i potoków w czasie suszy:}

Oczywiście jest wspaniale. Drzewa, słońce i zaskrońce. Oraz świeże powietrze. Oraz absolutna cisza, przynajmniej dopóki nie zacznie się wycinka drzewostanu piłami spalinowymi, który to drzewostan należy następnie zwieźć w dół traktorami, również spalinowymi.

{Zupełnie jakby nie można było utoczyć scyzorykiem takiej estetycznej drewnianej kuleczki i dać jej następnie kopa w dół zbocza ;)}



Jest też wspaniale dopóki nie trzeba gdzieś siknąć. Każdy boi się wystawić swoje dwie śnieżnobiałe półkule na atak kleszcza boreliowca. Każdy w sensie asortymentu stricte kobiecego, gdyż tu nie pomoże żaden gender. 





















Za to wszystkich, niezależnie ode płci,  boleśnie kąsają  muchy końskie, zwane gzami. Co jest całkowicie zrozumiałe, gdyż podczas obchodu okolicznych wsi w ogóle nie spotkałam żadnego konia. Nawet pół kucyka.

{Za to w niektórych rejonach lasów można dosiadać drzew
fot. Nowe Czarnowo, Zachodnie Pomorze}


No i tak to mniej więcej było, odpoczęłam i się zresetowałam. Oczywiście dopiero gdy wyzdrowiałam po wyjedzeniu wszystkich rzeczy z lodówki, którą opróżniłam, rozmroziłam i wyłączyłam przed wyjazdem w celu oszczędności. 
Ale o tym kiedy indziej.

Życzę i wam udanych urlopów oraz żeby łupiescy wnuczkowie w czasie waszej nieobecności nie opróżnili wam apartemą.

{A teraz angielska złota myśl:} 
 



wtorek, 14 lipca 2015

O letnim blogerstwie, nihilistycznym żuczku i pobycie w Hamptons

(Aron Wiesenfeld - Winter Cabin, 2011)

Doprawdyż za wiele czytałam o nowojorskim establishmencie, by kiedykolwiek aspiracyjnie zachcieć do tego towarzystwa należeć. Zarówno w pozycjach dawniejszych (jak np u Edith Wharton, którą bardzo polecam) jak i nowszych (choćby Candance Bushnell) wieje smutkiem, zimnem i pogardą do pseudokultury i pseudoemocji prawdziwego życia, takiego np za 1500 netto w kraju nad Wisłą, najprawdziwszego, wiadomo. Ale jedno mi się u nich podoba: te letnie domy w Hamptons. Każdy Nowojorczyk, który coś znaczy albo chce coś znaczyć w tym ichnim mrowisku, przenosi się na lato do Hamptons albo udaje, że jedzie w lecie do Hamptons. To nie tak, żebyśmy my tu w Europie nie mieli stosownych letnisk. Wiadomo: Lazurowe Wybrzeże jest, dacze na Krymie są, barcelońskie plaże i włoskie wyspy i Grecje a nawet hotel w Juracie i Międzyzdrojach też, prosz bardzo. Ale chodzi o to, że to wszystko daleko od każdego jednego stolicznego życia. A Hamptons jest godzinę drogi pociągiem ode Nowych Jorków i Waszyngtonów. Jest tak blisko, że można na luzaku zapomnieć kluczy i połowy gratów. Innymi słowy to jest mega strategiczne rozwiązanie, tylko o punkt niżej od teleportacji.

Co prawda gdybym ja była bardzo bogata to bym sobie letni dom postawiła za wysokim żywopłotem na terenie całorocznej posesji, 10 do 20 minut piechotą albo 5 minut małą cesną zaprzęgniętą w dwie Arabskie kobyły (taka ekscentryczna dorożka, a co). Gdyż albowiem gdybym była bardzo bogata to bym mieszkała w miejscu gdzie jest ciepło. I nie narzekałabym na upały na fejsbuku. Kupiłabym fejsbuka i zamykała konta wszystkim, którzy narzekają na upały (ale dawałabym bitcoiny wszystkim innym, którzy narzekają, że w zimie jest zimno).

Hm, no tak, ale o czym to ja chciałam?

Acha, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Znaczy się Hamptons odpada.

Na lato przeniosłam się na mojego letniego bloga. 

Dlatego mnie nie było. I o ile będę to raczej nieczęsto.

Nie ja pierwsza tak sobie obmyśliłam, że bloger na poziomie ma więcej niż jednego bloga. Na jednym pisze co ma do powiedzenia, na drugim prezentuje fotki, gdzie podróżował, na trzecim zdaje relacje z przebiegu macierzyństwa albo pracy zawodowej. Oprócz tego na Instagramie pokazuje co jadł na śniadanie i jak pomalował se dziś paznokcie, na fejsie rozdaje lajki i śledzi wydarzenia, na twiterze daje linki i pisze bon-moty (do 130 znaków, bo powyżej 130 znaków to są już bon-bon-moty). I to wszystko robi na płaszczącym się coraz bardziej zadku (jeśli jest bardziej retro) albo przebierając nogami z hybrydy do loftu (jeśli dysponuje aj-cosiami).

Bloger aspirujący aspiruje wszędzie, gromadzi, multiplikuje, trzyma rękę na pulsie, nie daje się wypchnąć z centrum wydarzeń, kurczowo trzyma się pępka wszechświata aby mu net ambicja nie dostała przepukliny. A czasem to nawet przemianowuje się na Jasona Hunta, mujeju.

Nie wiem jak wam, ale mnie to coraz bardziej brzmiało jak istne szaleństwo. W którym zapragnęłam przestać uczestniczyć. Stopniowo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wtedy okazało się, że umysł nie stymulowany nowoczesnymi technologiami, nie zapładnianym będąc net-interakcjami ze społecznościami, otóż umysł taki przestaje czuć imperatyw podzielenia się przemyśleniami i anegdotkami. Przestaje PRODUKOWAĆ SŁOWA. Przestaje czuć potrzebę inwentaryzowania cudzych obrazków. I zaczyna produkować własne zdjęcia. Eh.

W innym miejscu. Blogu na poły terapeutycznym gdyż ogrodniczym. Ogrodniczo-spacerowo-podróżniczym. 

Na którym zastanawiam się czy można wytępić w ogródku chwasty metodą siedzenia i patrzenia się na te chwasty dajmy na to. Na którym uczę się nazw roślin i że pecha mam nie tylko ja, ale i gleba i że od tego pH wiele zależy, np czy coś urośnie czy nie. Na którym poluję na muchy i pająki oraz a także obserwuję mieszkańców miasta, którzy zachowują się w sumie dość podobnie.  Nie, nie odbiło mi, po prostu nastąpiło przeciążenie materiału. Po tylu latach bezpłatnej produkcji lajfstajlowej, no kto by pomyślał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na razie nie jestem jeszcze w psychicznej gotowości do rzucenia w cholerę kompletnie wwwszystkiego, ale myślę, że jestem na dobrej drodze. Przynajmniej w lecie. Bo żeby tak w ogóle, ostatecznie,  to przydałaby się jakaś horendalna popijawa espresso w realu w rodzaju finisażu (jestem ze starej szkoły dzieci prlu, you know).

 

A TY BLOGERZE czy w lecie przeniosłeś się już na swojego letniego bloga? Czy ograniczyłeś siedzenie na zadzie w celu wślipiania się w monitor? Czy pomyślałeś ile rzeczy mógłbyś robić w zamian?

I tylko komci, komci żal, lalala.

ps. Zawsze możesz do mnie napisać mailem (jakieś słowa) i wtedy mogę nawet dać linka, ale (tak między nami), to nie warto specjalnie marnować wakacyjnego czasu na jakieś e-eko-pierdy. 

ZACHĘCAM  raczej do położenia się na trawie i godzinnej obserwacji żuczka, który z uporem maniaka wpróbuje wliźć na szczyt trawki. Na której czubku NIC NIE MA! Żeby następnie się spierdolić z powrotem na ziemię. Doprawdyż, takie obserwacje generują nowe perspektywy i przemyślenia, kim w istocie jesteśmy mieląc ciągle na tych blogach, ciągle i wciąż, od lat.

Jednak będzie coś.  

Inwentaryzacja dziewcząt na łonach przyrody.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Było by mi miło, gdybyście tak mnie sobie teraz wyobrażali, ah. Ale tak bardziej realnie rzecz biorąwszy to...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ukłony.

Spod trawnika.


czwartek, 14 sierpnia 2014

Co wiedzą rośliny - czyli szokujące odkrycia naukowców stawiające pod znakiem zapytania dalszą możliwość sikania w krzakach. Oraz trochę o ogrodowym pokładaniu się.

Fascynująca lektura, oby tylko nie przyczyniła się do tego, że wegetarianie przestaną jeść cokolwiek ;)


"Kiedy w zeszłym miesiącu sadziłem pomidory, mój dobry przyjaciel (i osobisty guru ogrodniczy) poinformował mnie, że lubią one mieć pocierane liście, "no wiesz, tak jak się pieści uszy milusińskich". Przyjąłem tę informację zarówno ze zdumieniem jak i czułym zaniepokojeniem o mojego przyjaciela." Itd.
Jednak jak ujawnia biolog z Uniwersytetu w Tel Avivie Daniel Chamovitz w pracy Co wiedzą rośliny: Polowy przewodnik po zmysłach, nie jest to do końca takiż znowu szalony pomysł. Okazuje się, że rośliny posiadają sensualny słownik i to o wiele bogatszy niż mogłoby się wydawać nam, którzy uważamy je za nudne, nieruchawe obiekty. Rośliny czują zapach swoich owoców, rozróżniają różne rodzaje dotyku i magazynują informacje z wydarzeń, które już miały miejsce, 'widzą' gdy się do nich zbliżamy i 'potrafią' rozróżnić czy mamy na sobie czerwoną czy niebieską koszulę. Mają też unikalne geny odpowiedzialne za wykrywanie światła i ciemności, co oczywiście pozwala im nakręcać swój biologiczny, wewnętrzny zegar."
(Tyle tytułem mojego tłumaczenia - prawdopodobnie anglosaski kaktus zrobiłby to lepiej ;)
Poniżej oryginał (dla tych co chcą mi wytknąć nieścisłości ;)

"As I was planting my seasonal crop of tomatoes last month, a good friend (and my personal gardening guru) informed me that they liked their leaves rubbed, “like petting a pet’s ears,” which I received with equal parts astonishment, amusement, and mild concern for my friend. But, as Tel Aviv University biologist Daniel Chamovitz reveals in What a Plant Knows: A Field Guide to the Senses (public library), that might not be such a crazy idea after all. Plants, it turns out, possess a sensory vocabulary far wider than our perception of them as static, near-inanimate objects might suggest: They can smell their own fruits’ ripeness, distinguish between different touches, tell up from down, and retain information about past events; they “see” when you’re approaching them and even “know” whether you’re wearing a red or blue shirt; like us, they have unique genes that detect light and darkness to wind up their internal clock."
via Brainpickings [klik]

Przejrzałam spis rozdziałów: co rośliny widzą, słyszą, czują, w jaki sposób roślina wie, gdzie się znajduje, co roślina pamięta.

Jest dużo gorzej niż myślałam.
Już nigdy nie będę sikać w krzakach! Nie z obawy że mi w tyłek wejdą kleszcze (to zawsze) ale że okoliczne paprocie dostaną traumy (skoro rozróżniają i pamiętają...). A jeśli kleszcze z paprociami mają jakiś tajny pakt i będą się aż do zgnicia naśmiewać z tej spasionej pełni, która na chwilę przysłoniła im świat? Aaaa. Dziękuję bardzo.
A tu wywiad w temacie z naukowcem, gdyby ktoś chciał zgłębić temat:
Do Plants think? Scientist Daniel Chamovitz unveils the surprising world of plants that see, feel, smell—and remember.... [klik]

UPDATE: Zaopatrzona w czerwoną kiecę i niebieskie rajty idę do ogródka wytresować moje grządki w celu zaznajomienia z koniecznością ukłonów (mnie). Woda z ogródkowego węża już za darmo nie będzie.
I tak:
Nie po to nie koszę trawy (tak, to mój trawnik jakby ktoś pytał ;) żeby mi się nie kłaniała

Ty, psiajucho, kimkolwiek jesteś, jak się nie ukłonisz to zrobię z ciebie zmiotkę do kurzu!
Hortensje, jak peonie, pokładają się niestety same, pękatymi łbami w dół...

Co do cynii to nie mam w tym roku uwag, można je karnie dekapitować bo są wielołbowe. Bratki mam sama pod oczami więc liczę na zrozumienie międzygatunkowe.
Symbioza fauny i flory czyli roślina o nazwie motylek jest tak wiotki, ze nie wiem czy jego pokładania nie brać za słabość łodygi, hm.
Na liściach również odbywają się ćwiczenia z układów choreograficznych - z dygania konkretnie ;)
 Jak kto nie karny to urywam łeb (begonia się kłaniać nie chciała)
Tak, wszystko ze mną w porządku, z moim cieniem też. Smile :)
xoxo


sobota, 24 maja 2014

Jak ugotowałam miód z mniszka lekarskiego (dummies version) i że od czasu do czasu warto korzystać z kulinarnych zasobów trawnika

Widziałam przepisy na miód z mniszka na kilku blogach, jednak droga do przyswojenia tej incepcji, że ja - przeciwieństwo pszczółki, zwłaszcza w kuchni - też mogłabym takie coś uczynić, była długa i wyboista.
Zwłaszcza, że wici mód kulinarnych nic nie donosiły w kwestii domowego robienia miodów. Wici powiedziały swojego czasu, jak już byłam gotowa nawet eksperymentalnie upiec chleb, że tera to je modne domowe robienie sera. No hellou.Ta frustracja, że nigdy nie jest się na czasie, ta straszna frustracja, zapijana kawą rozpuszczalną z mlekiem z biedro w stosunku 1 do 1 ;) Czekam aż wici mi doniosą, że przy pomocy austriackiej kiełbasy wurst i strzykawki robi się teraz domowy botoks.
W końcu, notorycznie brodząc we wiosennie wybujałych dalibóg mleczach [klik], którymi obsiały się wszystkie trawniki i również mój ogródek, zakasałam rękawy i ugotowałam miód z mniszka, howgh.

Przepis na miód z mniszka lekarskiego idzie tak:
500 mniszkowych, żółtych łbów (bez łodygi ale z zielonym kołnierzem) zerwać. Rozłożyć i odłożyć. Poczekać 2 godziny, aż wyjdą z nich robale (ktoś widać ustalił, że tyle w tym światku trwa eksmisja). Wrzucić do wody (1l) i gotować 20 min od zagotowania. Odstawić w chłodne miejsce na dobę. 
Powtarzać mantrę: „Po dobie dalej miód robie”. 
Następnie odcedzić płyn przez gazę, dodać cukier (1 kg) i 1-2 cytryny (to w końcu 1 czy 2, hę?) też wyciśnięte przez gazę. Gotować na małym ogniu 2 godziny, bez pokrywki. Wlać do wypasteryzowanych słoików. Zeżreć.
That’s it.

Spojrzałam i nawet nie zapisałam bo przecież takie łatwe, że no proszę cię. Zapamiętam. Ale ten przepis ma wiele mankamentów, które powinno się dopisywać małym, jak wychodzące robale, druczkiem. Poza tym na jakieś 2 lata przed sprawdzaniem w praktyce swojej pamięci należy przejść na dietę złożoną z orzechów, warzyw strączkowych i co tam jeszcze stymuluje neurony i półkule – bo niestety nie zapamiętałam ;) (niespodzianka).

Po pierwsze ciężko znaleźć mniszki z dziewiczych terenów, najlepiej obok alpejskiego klasztoru ;) a w każdym razie nie skażonych psim moczem. Mnie się od natury udało wytargować tylko 150 sztuk. 
150 to nie 250 – co by to było połowa, 125 to by była ćwierć, a 150 to nie wiadomo ile, ja jestem humanistką! Zatem choć ominęłam kwestię psich sików to znalazłam się w psiej dupie. 
Potem mi się pomyliło i zamiast na 2 godziny to zostawiłam te mniszki na 2 doby. W związku z czym wszystkie robale wyszły ale weszły jakieś inne, lubiące kościelną padlinę albo insektowe hotelarstwo bo część mniszków przemieniła się w puchowe podusie, wrr.
Nic to, zagotowałam a potem sobie poszłam zapalić papierosa na uspokojenie. Dlaczego nikt nie napisał, że TRZEBA WAROWAĆ jak pies te 20 minut po tym zagotowaniu, bo jak się gdzieś pójdzie, to połowa wykipi na kuchenkę? Pewnie specjalnie, na złość! 
No trudno. 
Po zagotowaniu odstawiłam w chłodne, ciemne miejsce. Dlaczego nikt nie napisał w tym przepisie, że to NIE MA BYĆ używany korytarz? Jak się stawia w ciemnym korytarzu to się na bank garnuszek z breją kilka razy potrąci i połowa się wyleje, nieprawdaż, eh.
No trudno. 
Dodałam na oko cukru i połowę cytryny do tego co zostało i czekałam aż zgęstnieje podczas gotowania, ale zgęstniało średnio, bo musiałam dolać wody, żeby mieć coś więcej niż 20 ml. ( Po powiem wam, że 20 ml to bardzo mało jest. Kiedyś sobie zamówiłam przez internet róż w kremie, taki do policzków, i się bardzo cieszyłam na ten wydajny zakup, ale się potem okazało że to było 20ml a nie 200ml. Ale mogłam się pomylić jak każda, blada na gębie, humanistka. Przecież ;)
A słoiki wypasteryzowane a nie wypastowane.
No trudno.
Coś tam jednak wyszło, o czym dalej.
Za to ZAPACH... Co to był za zapach! Już w trakcie gotowania moje zmysły węchowe zaczęły przypominać igiełkę na wariografie irańskiego terrorysty kłamiącego w kwestii zamachu na przesłuchaniu w centrali CIA. Jakbym oczadziała, jakbym się upiła i nie wiadomo gdzie była, jakby ktoś na mnie wylał flakon zmysłowo ciężkich perfum o niepokojącej nucie, a potem mnie w nich utopił. Zawsze głęboko pogardzałam filmem Pachnidło, ale w tamtym momencie to już nie byłam taka pewna czy pogardzać dalej.
Cokolwiek to było, smażenie peyotlu na głębokim oleju czy wędzenie gałki muszkatałowej to przy tym aromatyczna betka, believe me.
Wyszło pół słoika likłidu o silnej nucie cytrynowej. 
Całkiem całkiem.
Jak przyszła do mnie K. to jej tym słoikiem zamachałam przed nosem.
- Popatrz, popatrz! – zaprezentowałam z dumą.
- No rzeczywiście kolor imponujący – powiedziała K. – Ale powinnaś wiedzieć, że mocz do analizy to się oddaje w takich specjalnych pojemnikach kupowanych w aptece. W słoiku ci nie przyjmą.
Well.
Dałam więc do spróbowania M.
- Bardzo dobry, aromatyczny, z cytrynową nutą na finiszu, middlu i beginningu również.
Postanowiłam, że skoro mu tak szczerze smakuje, to jednak oddam mu zeszłoroczną pożyczkę ;)
Następnie zawiozłam połowę połowy zawartości mojej mamie, bo miód z mniszka ma różne prozdrowotne właściwości, głównie chodziło jednak o recenzję, bo moja mama jest znakomitym kucharzem o znakomitym podniebieniu.
Mamy nie było w domu, był za to tata.
- Może spróbujesz? – zapytałam. – Córka pierwszy raz w życiu zrobiła miód!
 - No wybacz, ale na tym etapie życia mogłabyś zrobić na mnie wrażenie tylko gdybyś zrobiła sobie dziecko – ziewnął tatuś. – Nawet, gdyby ojcem był jakiś truteń. Poza tym nie potrzebujemy miodu, już kupiłem nam miód, stoi w kuchni.
- To jest miód będący mieszanką miodów z Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej – co znaczy z Chin, i sam sobie żryj te pestycydowe chińskie gówno z chińskich kwiatków, które sami se Chińczycy zapylają, bo im w tym pestycydowaym bagnie wszystkie pszczoły wyginęły! – się zdenerwowałam na taką niewdzięczność.
A wszystko co mówiłam to prawda

Na szczęście przyszła mamusia, spróbowała i wykrzyknęła:
- Jakie to dobre!
Aż mi kapcie spadły z wrażenia, bo widać było wyraźnie, że nie udaje, podczas gdy zawsze też widać, kiedy udaje, bo jej aktorstwo też jest zazwyczaj produkcji chińskiej ;)
- Kochanie, musisz spróbować - zawołała, wraziła do słoika łyżeczkę, nabrała miodu i z tą łyżeczką poleciała do dużego pokoju, gdzie siedział zatruty pestycydami i w związku z tym skwaszony, tatuś, i wraziła mu tę łyżeczkę do ust.

Potem się zastanawiałam, czemu miałam takie trudności w wyjściu od nich z mieszkania, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że się krok za krokiem przyklejałam do podłogi w korytarzu, całej upstrzonej kropelkami miodu, skapującymi z tej niesionej na skrzydłach entuzjazmu łyżeczki. Moja mama dostaje zazwyczaj amoku jak mi się dwie kropelki wody podczas zaparzania herbaty uleją na blat. A teraz zapaskudziła miodem cały korytarz.
W związku z tym mniemam, że choć z przeciwnościami, to wyszło dobrze. I że olać miód, ale mam się czym narkotyzować w lecie.

Czego i wam życzę. W tym sezonie lub następnym.

Dodam jeszcze, że trawnik jest o wiele bogatszy we frykasy i że można z jego zasobów zrobić też np sałatkę, jakby ktoś, sama nie wiem - stracił pracę i zbiedniał, albo był proekologizującym hipsterem.
Nakarm królika w sobie. Sałatka majowa Magazynu Smak [klik] 
w której występują min "świeżo zebrane i umyte liście mniszka lekarskiego, krwawnika, babki i  pokrzywy".

Czasem trawnik, sam z siebie, w promocji chyba, serwuje dania typu Gałąbki, ale nie jestem na razie na tyle zdesperowana ;)

wtorek, 6 maja 2014

Zamek na łonie. Eko-floresy czyli co ma do zaoferowania las na majówce

Majówka była wprost nieziemska – to przytyk do wilgotnego faktu, że wszystko mianowicie tonęło w wodzie, strugami z nieba lecącej. 
No ale kogo by to zraziło, bo nie nas.
Potem niestety przyjechała straż leśna, by uznać nasze praktyki za niestosownie animofilne oraz lokalny oddział towarzystwa przyjaciół zwierząt, dowiedzieć się, skąd też mieliśmy użytkowane w celach zabawowych, czapki zwierzęce. Powołaliśmy się na piątą poprawkę i zażądaliśmy papugi ;). Lokalny oddział emerytek na pieszej wycieczce pikietował dopóki się nie ubraliśmy. Lokalny oddział pieszych emerytów schował nam ubrania i piknikował w najlepsze. Gender ma przed sobą jeszcze długą jak broda drogę, ha. 

Z punktu widzenia tradycji wyprzedziliśmy nieco okazję, bo najodpowiedniejsza by była chyba na te harce noc kupały.  No ale kogo by okazja wyprzedziła, jak nie nas.
Nie mniej, mimo przeciwności lasu i kłód rzucanych pode gołe nogi, udało się nam wprzódy zapchać instagramy eko-pornografią, zatem wyjazd uważa się za owocny.
Mówiłam do was ja, chwilowo nawrócona na zielone hipsterstwo, Krotochwila. 
Kłaniam wylewnie.
A teraz przejdźmy do dokumentacji.

Nie obyło się bez romansów z autochtonami...


Dieta złożona głównie z grzybów i jagód spowodowała czułość do drzew ("jaka ta kora mięciutka mmm") i ubrań bibilijnych (w pierwszych rozdziałach)


I nic innego jak nieochrzczona chlorem woda z sadzawki spowodowała tego strasznego, porannego kaca!
















Trzymaliśmy jednak eko-fason i styl: czesanie jeżem, pranie szopem, opaski z węża, wiadomo.


W grę wchodziły też eko zabiegi kosmetyczne - np jedna wczasowiczka  miała przed wyjazdem na policzku myszkę - a po wyjeździe już nie ;)



Robiliśmy też sesje czym las bogaty: w grę wchodziły porzucone sprzęty AGD, wanny, łóżka, meblościanki - wiadomo.
Niestety koniec był przewidywalny.
Nie pomogło cytowanie Thoreau ani starożytna sztuka kamuflażu...





















i zostaliśmy przez leśników zamknięci za zakłócanie porządku, straszenie fauny i traumatyzowanie flory.

A teraz mnie, mamuniu, wszystko boli i muszę się chyba wysmarować końską maścią rozgrzewającą, błe. 
A w poniedziałek - do roboty, wiadomo.

..................................................................................................
W programie wykorzystano zdjęcia:
Julii Fullerton-Batten, Kateriny Plotnikovej, Jana Duriny, Nicole Dextras
..................................................................................................
Z okazji cyklicznej zabawy u Szeptów w metrze, będzie można pod koniec miesiąca oddać na powyższą  naturę głos, o czym tradycyjnie zapomnę przypomnieć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...