Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypadki medyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypadki medyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Piosenka dla zakochanych czyli o Walentynkach oraz tradycyjna damsko-męska lista przypadków

Wszystkim zakochanym (i aspirującym) najlepsze życzenia w dniu Walentynek!
Specjalnie dla was piosenka:



Mam nadzieję, że miło spędziliście dzień. A jeśli nie, to pozostało jeszcze ćwierć wieczoru. W sam raz na ćwierć kolacji lub ćwierć seansu dla ćwierćinteligentów ;)
"Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.
Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?
Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

(...)

Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.
Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.
W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.
By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem."

(Karta z dziejów ludzkości - Julian Tuwim)

Zawsze mnie zastanawiało, jak bardzo niezdrowo cliche trzeba być, żeby się 14 lutego wybrać na seans zaproponowany przez przeciętnego polskiego dystrybutora: 

On i ona, pełen luz, umawiają się tylko na seks/ bycie przyjaciółmi, ale potem (WTEM!) zdają sobie sprawę że to miłość, miłość panie dzieju! I ZAWSZE, musowo, grupowa scena finałowa: on jej się oświadcza w restauracji a wszyscy biją brawo i podrzucają z uciechy kotlety, albo śpiewa on na cały regulator na dworcu albo okazuje publicznie afekt na stadionie bejsbolowym. Albo inne takie, których już na szczęście nie pamiętam. Zawsze mnie zastanawiał ten nurt kina hollywódzkiego: bez grupen-finale ich miłość traci na wartości i znaczeniu, gdyż co to za afekt w prywatnych, intymnych pieleszach, bez famfarów?

Tymczasem prozaiczni bezfamfarowcy, odbiorcy takich gniotów, gnietą się latami w kompletnie niedobranych związkach. Z lenistwa. Ze strachu przed samotnością. Ze strachu przed koniecznością readaptacji.
I najświętszy przypadek: Z PRZYZWYCZAJENIA.
Obserwuję wokół siebie takie mezalianse różnych oczekiwań i realizacji życiowych planów. Bardzo to smutne. I jednocześnie jakie życiowe.
Molier powiedział, że najlepsze błędy są najkrótsze, ale co on tam wie.

No i zawsze mają bezfanfarowcy ten jeden, pluszowo-misiaczkowo-różano-czekoladkowy dzień dyspensy od goryczy, przemilczeń, awantur. Kazamatów codzienności.

Mój ulubiony przypadek miłosno-medyczny:


A teraz inwentaryzacja damsko-męska z i-kartki:
Enjoy.









sobota, 11 października 2014

Horror okulistyczny czyli co gały widziały, zanim się zbadały

Mijają już dwa lata od czasu, gdy byłam u okulisty po skierowanie. I rok, odkąd byłam na zaordynowanych mi badaniach. Najwyższa pora wybrać się po diagnozę. Dziękuję ci NFZ-ecie kochany, że nie pozwalasz mi na jakieś histerie, hipochondrie. Dwa lata ciągną się jak guma z majtek, cnota cierpliwości umacnia się. Oczy były tam gdzie są.















Badania okulistyczne były straszne. Prawdziwy horror. 
Powiem wam jak było.
Ale najpierw, żebyście wczuli się w temat, reklamówka tak cudowna, że gałki lizać.


Najpierw okulistka kazała mi wsadzić głowę do pudła z białym ekranem w środku (dla wtajemniczonych: perymetr, w branży zaś znane jako matrix, od nazwy urządzenia). I na tym ekranie, w różnych miejscach, pojawiały się kropki, a ja miałam na nie patrzeć. Nie wydaje się to straszne, chyba, że się ma okulary w fikuśnie grubych oprawkach. Połowy kropek natenczas za tymi oprawkami nie widać, więc człowiek zaczyna kręcić głową.
- Proszę nie ruszać głową! – krzyczy okulistka.
Ale tak bez ruchu to się człowiekowi zaczyna jednak nudzić i trochę przysypia z głową w tym pudle.
- Proszę patrzeć na kropki! – drze się okulistka.
- Proszę na mnie nie krzyczeć –  mówię, bo mnie te wrzaski obudziły.
- Proszę patrzeć na kropki! – drze się okulistka.
- Proszę na mnie nie krzyczeć!  Nie mogę patrzeć na kropki w takich stresujących warunkach! – drę się ja.
Wtedy do gabinetu wchodzi rzeczona okulistka. Okazało się bowiem, że  polecenia wydawało mi samo, zautomatyzowane pudło z kropkami. Okulistka mnie zostawiła z tą głową w tym automatycznym pudle i wyskoczyła na plotki do recepcji czy tam gdzieś. Ale następnie okulistka zajrzała do gabinetu w celu sprawdzenia, co to za wrzaski. A to ja dyskutowałam z pudłem. W matrixie ;)

No ale jak się idzie na badania z samego RANA, przed pracą, przed śniadaniem, przed kawą, w fazie nie do końca zakończonej fazy Rem, ciągnąc za sobą wystające ze spodni pasiaste porcięta pidżamowe, to nie można liczyć, że ogarniemy różnicę.


















Potem technik okulistyczny usadził mnie na fotelu i do ręki wziął przyrząd, wyglądający, toczka w toczkę, jak wiertło do borowania zębisk – z tą różnicą, że to nie-wiertło było zakończone kulką (dla wtajemniczonych: pachymetr, który okazuje się nie być jednak synonimem termometru ;). Badanie polega na wrażeniu mi tegoż przyrządu do oka, w celu zmierzenia grubości rogówki. Takie szybkie dotykowe bim-bom. Bim w jedną gałkę, bom w drugą. I to straszne pytanie pojawiające się w trakcie: czy moja rogówka jest gruba? I czy to źle czy może właśnie dobrze? No i okazuje się, że lepiej jak jest gruba, ta rogówka, w przeciwieństwie do reszty ciała.

Próbując instynktownie uniknąć kontaktu z kulkowym okowietłem, które trzymał nade mną technik, wciskałam głowę tak mocno w oparcie fotela, na którym siedziałam, że przysięgam, że od tego czasu mam jakby bardziej płaską głowę. Po bim w prawym oku przyszło mi do głowy, że to kulkowe okowiertło tak sobie leżało na tej podstawce.... sama widziałam jak poprzednia osoba też z jego powodu zmiażdżyła sobie czaszkę o oparcie fotela, a nikt go jakby nie zdezynfekował.
- Dlaczego pan nie zdezynfekował tego kulkowierła? – pytam. – Przecież widziałam! Leżało, jak leżało, a potem mi go pan wraził do oka bez dezynfekcji!
Technik patrzy na mnie bez zrozumienia kompletnie. A przecież w powietrzu latają jakieś kurze, jakieś martwe naskórki, jakieś zalążki rzeżączki i opryszczki i nie jest powiedziane, że sobie to wszystko nie przycupnęło przed badaniem na moim pachymetrze, aaa.
Widać, że z samego rana technik nie ma ochoty na awantury.
- Prosz – mówi technik i czymś tam polewa wiertło kulkowe i przeciera. Mam tylko nadzieję, że nie spirytusem salicylowym. Mam nadzieję, że to jakieś krople z pseudoefedryną, które dadzą mi kopa na cały dzień ;)

No ale zło się już stało. Lewe oko uratowane, ale prawe to mam wrażenie, że mi już nie działa, już mi się prawdopodobnie jakaś franca w nim rozwija. O mujeju, panika. Słyszałam, że ludzie sobie do oka mogą przenieść na rękach france przeróżne: np opryszczkę - wystarczy, że dotkną najpierw zainfekowanych ust (opryszczki wersja I) albo podrapią się wcześniej po wszędobylskich jajach (opryszczki wersja II). Co z tego, że ja zachowuję się sterylnie i dbam o oczy, i w nich nie gmeram, skoro przede mną na fotelu mógł siedzieć jakiś bakteriologicznie podejrzany jajogrzebacz i jego franca przeniesie się teraz na mnie na kulkowietrle? Fuj.





















Potem mi jeszcze wsadzili brodę na podstawkę i przysunęli do czarnego pudła z czarnym ekranem i błyskali po oczach czerwonymi laserami (dla wtajemniczonych: badanie HRT i GDx). Ale tu nie ma nic ciekawego do opowiadania. Uspokoiłam się natomiast trochę, stwierdziwszy, że taki laser to mi na pewno uwędzi i zwęgli te straszne fujofuje, które zapewne już rozpakowywały plecaczki i budowały pierwsze szałasy w celu kolonizacji mojej dziewiczej, gałkowej planety.

Ogólnie jest jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, który idzie sobie spokojnie przez las, aż go nagabuje wilk. Wilczysko grozi, że podotyka Kapturka tam, gdzie go jeszcze nikt nie dotykał. A Kapturek na to prycha:
- To chyba w koszyk!
Jeśli o mnie chodzi to proszę bardzo, wszędzie, nawet w koszyk , tylko nie w gałkę! Fuj.

fot. Marc Quinn, IRIS 


Kiedyś, gdy nosiłam szkła kontaktowe, sama strasznie molestowałam swoje gałki. Każdy nosiciel szkieł kontaktowych to zna: przychodzi taka impreza po której próbuje sobie nosiciel zdjąć już raz zdjęte szkła kontaktowe. Maca, szczypie, drapie gały, a szkieł jak nie było, tak nie było, bo były gdzie indziej: w pojemniczku, na podłodze, na chłopaku, co odszedł w siną dal... zależy od imprezy, nieprawdaż ;).
Nevermore, amigos. Never more.
Jestem od tego czasu nosicielem stricte okularowym. I mam dowody na intelektualną wyższość okularników ;) [klik]
Nie jestem natomiast nosicielem ani  katarakty, ani zaćmy, ani jaskry ani opryszczki. Uf.
No ale wiecie: idźcie i też się przebadajcie. Najlepiej po południu ;)

Ten post jest sponsorowany przez Światowy Dzień Wzroku (World Sight Day), który wypada 11 października, jak donoszą jedne źródła, albo w każdy drugi czwartek października, jak donoszą inne. W taki dzień warto się zastanowić nad chorobami wzroku, których medycyna jeszcze NIE UMIE leczyć, jedynie spowalniać. Jedną z nich jest jaskra.
Piszę o tym, żeby było jakoś mądrzej, żeby tak jakoś bardziej lajfstajlowo wypaść, a nie tylko jak niemota kropkowa i bakteriologiczna panikara ;)

 Otóż jaskra to podstępna sucz jest. Zaczyna się niewinnie, np jaskrę miał jeden z waszych antenatów. A potem to idzie tak: bóle głowy, nadciśnienie albo niedociśnienie, zimne stopy lub ręce, krótkowzroczność, stres. Albo może jeszcze stosujecie środki antykoncepcyjne (nie, tego nikt wam nie powie oficjalnie, ale to jeden z czynników podnoszących ryzyko). Albo braliście (leczniczo) sterydy. Albo palicie papierosy. Albo macie cukrzycę. Albo mieliście jakiś uraz oka. Albo skończyliście tzw czydziestkę. Albo po prostu macie pecha i podstępna sucz was dopada tak czy siak, bez tych wszystkich objawów, choć wystarczą trzy z nich. Dlatego warto się zapisać na badania. Z naszym ukochanym NFZ-tem to i tak pewnie będzie się ciągnąć jak guma od majtek.
Dla tych którzy już załzawili się ze strachu daję linka do instytutjaskry.pl

A teraz piękne zdjęcia autorstwa Suren Manvelyan (extreme close-ups of human eyes) 
A tu link do intrygujących oczu zwierzęcych tej samej autorki [klik]















Nie mogłam się zdecydować jakie kolory wam tu wybrać, w końcu padło na niebieski, zielony i brązowy... tak jakby ;)
 
Ciekawostka okulistyczna: jak donosi Wikipedia pole widzenia u człowieka wynosi 180° lub 240° . No i otóż widziałam to na własne oczy: 240° albo i więcej miały kobiety na tej imprezie [klik].
A u takiego konia (co mię zawsze interesowało w dzieciństwie, po co mu te klapki na oczy) wynosi 360°−3° (te 3° to ślepy obszar za głową). Natomiast kaczka i królik dysponują rozpiętością widzenia aż 360°, co mi się wydaje dziwne, bo chyba też mają tył głowy, hm.

No to teraz mogę już spokojnie wziąć udział w konkursie na Miss Lovely Eyes Contest (Florida, 1930's)

piątek, 20 września 2013

Kosmita z nosa i kto powiedział, że w filharmonii nie wolno kaszleć oraz o wydawaniu namiętnych odgłosów

Przysięgam, że to, co przez ostatni tydzień opuszczało mój nos nie pochodzi z planety Ziemia. Nie jest to bowiem swojski, zielono-żółty glut tylko jakaś tajemniczo przezroczysta i lepka materia, ciągnąca się kilometrami, jakbym była spidermanem na chorobowym (a swoją drogą nigdy nie pokazano którymi konkretnie otworami ciała Śpiderman strzykał tym ustrojstwem). Jestem pewna, że gdybym podskoczyła i jednocześnie smarknęła w stronę sufitu to mogłabym na tym zawisnąć i się pohuśtać ;). Bardzo dziwne. Niestety zaimponowałam tym tylko jakiemuś dziewięciolatkowi w autobusie.

Zatem sezon jesienny rozpoczęty. Bardzo bezsenny tydzień, bo nie da się spać nie oddychając. Śniły mi się dwie zmarłe babcie. Pierwsza cała w bieli mi powiedziała, żebym nie paliła papierosów. Druga cała w różu mi powiedziała, że w zaświatach jest dennie, że w ogóle jej się tam nie podoba. Po czym podeszła i tak solidnie mnie wyściskała, że się aż zaczęłam zastanawiać, czy przy pomocy tej molestacji nie pragnie sprawić bym wyzionęła ducha i jej w tych zaświatach zapewniła jakąś rozrywkę. Mam nadzieję, że to TYLKO katar ;).




















 
W domu zimno jak w psiarni, zatem zaczęłam też gruźliczo pokasływać. Syropek mam na solidnych etanolowych podwalinach więc wiecznie chodzę na rauszu. Muszę odnaleźć tajemną mapę do czarodziejskiej szkatuły pełnej wełnianych swetrów, które spakowałam na początku lata. Sądziłam, że poczekam z tym do października hehe hyhy khykhykhy.
Oraz koniecznie powinnam iść do fisharmonii  [klik] ;)
Najlepsze oczywiście na koniec ;)
Tradycyjnie próbuję się rozgrzewać wlewając w siebie wrzątek i trzymając stopy we wrzątku. Ostatnio w trakcie tej sadystycznej procedury wpadł do mnie z niezapowiedzianą wizytą kuzyn. Doprawdyż nie mam wstydu, że robię takie rzeczy przy ludziach, nawet jeśli rodzinie, ale każda niezapowiedziana wizyta powinna być ODPOWIEDNIO ukarana, nieprawdaż. Kuzyn powiedział, że odgłosy które wydaję po wprowadzeniu stopy do miednicy przypominają te, które on wydobywa ze swojej narzeczonej, po wprowadzeniu do jej miednicy...eee. No nie stopy, żeby była jasność. W sensie, że namiętne takie odgłosy są to. Cóż, każdy orze jak może. Ale kuzyna to przygnębiło nie wiadomo dlaczego. Mnie przygnębia tylko przeziębienie.
Bywajcie zdrowi.

I może wszyscy profilaktycznie zaaplikujmy sobie takie zastrzyki ;)


środa, 28 sierpnia 2013

Przypadek czerwonej nogi i zagadka martwych dzieci czyli ‘Komplikacje’ Atula Gawande

Tytuł: Komplikacje. Zapiski chirurga 
o niedoskonałej nauce.
Autor: 
Atul Gawande
Wydawnictwo: 
 Znak, 
Kraków 2009










Jeśli, czytając późną nocą, zamiast włożyć między kartki książki eee plaster, podpaskę, szczoteczkę do zębów lub co się tam akurat macie pod ręką, kiedy brak zakładki, jeśli więc zamiast tego postanawiacie DOKOŃCZYĆ rozdział, stając się następnie czytelnikiem rozgorączkowanym i spoconym z emocji, który następnego dnia będzie bardzo niewyspany, to nie musi być od razu kryminał, z odwieczną zagadką: kto zabił. To może być dobra książka medyczna z następującym problemem: czy ten doktor uratuje tej pacjentce nogę.  (Pacjentka do szpitala zgłosiła się z nieładnie wyglądającą infekcją, która okazała się być martwiczym zakażeniem tkanek, bezpowrotnie zagarniającym kolejne obszary ciała). To dobry, mocno wciągający rozdział końcowy ‘Komplikacji’ Atula Gawande, amerykańskiego chirurga, który napisał książkę o nietypowych przypadkach i medycznych komplikacjach.

„Nikt nie zdoła równie umiejętnie jak Gawande stworzyć wrażenia naoczności, przenieść czytelnika w realia oddziału chirurgicznego i oddać emocji, które towarzyszą dramatycznemu widowisku ratowania ludzkiego życia. Komplikacje to przejmująco autentyczny i wiarygodny obraz współczesnej medycyny”.
(The New York Times Book Review), z okładki (zgadzam się :)
I. Tym sposobem podróżujemy po prężnie rozwijającej się odnodze rynku medycznego specjalizującej się w zmniejszaniu żołądka czy leczeniu przepukliny (wąskotorowość specjalizacji jest doprawdy niebywała i zapewniam, że ostatnią rzeczą, jakiej byśmy sobie życzyli po tej lekturze jest ażeby specjalista operujący nam przepuklinę zabrał się za jakiś inny, sprawiający problemy organ po otworzeniu nas – nawet gdyby zapadło się nam płuco a z aorty sikało pod sufit WARTO by poczekać na facia w kitlu robiącego zazwyczaj w płucach i aortach, ju noł?).
Wizytujemy kuźnie przyszłych chirurgów czyli uczelnie medyczne i staże dla rezydentów gdzie niewprawnie praktykuje się na żywym i niczego nieświadomym pacjencie (niestety fakty są takie, że pacjenci o niższym statusie finansowym, nieubezpieczeni, pijani i chorzy umysłowo są terenem nagminnego eksperymentowania i prób podnoszenia kwalifikacji, to tak w ramach wyjaśnienia egalitaryzmu medycznego i że niby wszyscy mamy te same szanse na przeżycie w przypadku wypadku. Otóż raczej nie :/).
Bardzo interesująco wygląda opisywany przez Gawande typowy kongres chirurgów, gdzie na jednego chirurga przypada dwóch przedstawicieli handlowych (chyba już się domyślacie, że szybko przestaje chodzić o podnoszenie kwalifikacji zawodowych na sympozjach z zamianą na stanie w kolejkach z płóciennymi torbami i zbieranie do nich przez lekarzy wszelkiej maści darmowych gadżetów ;)
Ciekawy jest też rozdział o chronicznym bólu, o różnicach  w progach bólu wśród płci i przedstawicieli różnych zawodów oraz zmianie nastawienia środowiska medycznego co do powodów jego powstawania – nie uważa się już bólu za jednokierunkowy przekaz sensoryczny ale, bardziej holistycznie, za miks czynników fizycznych i emocjonalnych.
No i  cóż – jednym z często występujących nieorganicznych przyczyn bólowych jest „samotność, uwikłanie w sprawę sądową, niezadowolenie z wykonywanej pracy i chęć otrzymania odszkodowania” – doprawdyż, zachodzę w głowę, czemu mnie nic nie BOLI!
Każdy rozdział ma swojego bohaterka, konkretną postać, którą poznajemy bliżej, przywiązujemy się i której mniej lub bardziej, kibicujemy w tych zmaganiach z problemami własnego ciała i medycyny. Mamy więc człowieka, który nie mógł przestać jeść i któremu nie pomogła nawet operacja redukcji żołądka. Jest rodzina, w której było 8 przypadków śmierci łóżeczkowej niemowląt (domyślacie się już, że nie był to problem medyczny tylko kryminalny?). Mamy przypadek prezenterki telewizyjnej, której kariera zawisła na włosku, kiedy okazało się, że ma problemy z czerwienieniem się na twarzy (i na to medycyna ma ciekawy sposób). Ortopedę, który był niezwykle dobrym specjalistą, dopóki nie nastąpiło u niego tzw ‘zmęczenie materiału’, jakiś rodzaj lekarskiej depresji i który zaczął, nie powstrzymany przez nikogo, szkodzić pacjentom. Jest też pacjent w stanie terminalnym, który wpadł w panikę i wybrał fatalny sposób na opuszczenie ziemskiego padołu (zgodnie z nowymi zasadami, uwzględniającymi też zdanie pacjenta, a nie tylko lekarza, w kwestii wyboru metod leczenia, do której to kwestii autor podchodzi z rezerwą).
‘Komplikacje’ to ciekawy raport z medycznego środowiska amerykańskiego, mającego jak każde środowisko swoje lepsze i gorsze strony organizacyjne. Smutny jest jednak fakt, że oddając w ręce lekarza nasze ciało i życie, mamy jakiś rodzaj bezrefleksyjnego uniżenia i zaufania (w przeciwieństwie np do mechanika samochodowego, któremu zostawiamy auto), co często okazuje się błędem, ponieważ i w tym środowisku funkcjonują ludzie bez powołania, bez talentu, często zwykli partacze, a szczęśliwe rozwiązanie (np trafna diagnoza schorzenia) jest czasem tylko szczęśliwym trafem i dziełem przypadku. Dlatego szczególnie ciekawy okazał się dla mnie rozdział o tym, jak środowisko radzi sobie z próbą okiełzania, a czasem nawet wycofania z rynku, lekarzy-szkodników (raczej słabo, niestety), o programach dla lekarzy uzależnionych i o samodokształcaniu (technika idzie na przód, a tu trzeba zdecydować, czy poświęcić czas na rozwijanie już nabytych umiejętności w praktyce czy uczyć się metod nowych, mniej inwazyjnych – w tym samym czasie).

Stany to dość specyficzny kraj, gdzie nie ma obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego, a jeśli zdarzy ci się mieć pecha i lądujesz w szpitalu z rachunkiem opiewającym na zawrotną sumę równą twoim rocznym zarobkom to... cóż, najwyżej szpital wejdzie ci na hipotekę i stracisz dom. A przy odrobinie szczęścia wyjdziesz z tego żywy.
Ale zasady praktykowania medycyny są uniwersalne, schorzenia podobne a pacjenci wszędzie tacy sami.
Więc polecam: ku przestrodze.
 I raczej w dzień niż w nocy. Przynajmniej ostatni rozdział ;)
 .......
A teraz wybacznie, idę założyć dla lepszego samopoczucia po tym, czego się dowiedziałam, moją emergency tiarę ;)

Książka przeczytana w ramach sierpniowych wyzwań czytelniczych u Sardegny (Książki Sardegny)

piątek, 1 lutego 2013

Brak żarówki równa się rehabilitacja














Od tytułowego równania tautologicznego przejdźmy do rozwinięcia. Jeśli wysiada wam na klatce schodowej żarówka a macie lęk wysokości plus choć w różne rzeczy ręce wtykaliście to akurat w miąższ pajęczyn wtykać nie macie ochoty – żarówki nie wymieniacie. Tłumaczycie sobie, że tak będzie oszczędniej oraz przy okazji poćwiczycie zmysł równowagi oraz oka akomodację. Następnym punktem programu jest plaśnięcie na pysk oraz skierowanie na rehabilitację. Ale nawet gdyby się to nie zdarzyło: na rehabilitację każdy homo sapiens siedzący godzinami przed monitorem raz na jakiś czas iść powinien. Zapewniam, że choć o tym nie wiecie, macie jakiś mięsień w stanie komatozy a inny w stanie znacznej atrofii. Na rehabilitacji możecie się rozruszać, ktoś was rozmasuje i da zestaw ćwiczeń bardziej indywidualny od tych ogólnorozwojowych, które wszyscy powinniśmy, a i tak rzadko ktoś kiedyś. Na rehabilitacji są prądy, magnesy, pikające lasery i komory kriogeniczne (tam akurat nie wejdę za nic, choćby NFZ dopłacało! Kriogenikę to ja mam w domu...). I rehabilitanci są, co się mają wami dziarsko zająć, po studiach obznajamiających z anatomią ludzką i w profesjonalnie białych klapeczkach. Tyle teoria. 





















A w praktyce jest jak jest. W praktyce zostaje wam oznajmione surowym głosem, iż „należy się bezwzględnie trzymać harmonogramu”, gdyż panuje tu ordnung, żadne tam fiki-miki. Na sali zabiegowej z laserami i innymi bajerami tworzy się więc zator zwany kolejką, gdyż bezwzględny ordnung sobie a życie sobie. Rehabilitantka się uwija jak w ukropie i drze jak obdzierana ze skóry (w ukropie):
-Pani Jóźwiakowa! – krzyczy rehabilitantka.
Cisza. Jest oczywiste że pani Jóźwiakowej tu nie ma.
- Pani Jóź-wia-ko-wa! – nie odpuszcza wielbicielka ordnungu, podczas gdy kolejka na zabiegi ma już 10 osób i doprawdyż jest w kim wybierać, bo wszyscy dzięki ordnungowi mamy na tą SAMĄ godzinę.
-Pani Jóóóźźźźwiaaaaakoooowa!!!
Staje się oczywiste, że pani Jóźwiakowej nie ma w promieniu 2 kilometrów. I gdy rehabilitantka kolejny raz nabiera powietrza w płuca, żeby sprawdzić czy pacjentki nie ma w promieniu kilometrów 10 i gdy ja gorączkowo się zastanawiam ile się czeka na wizytę u laryngologa, bo na 100% uszkodzono mi bębenki, postanawiam zaryzykować i mówię nieśmiało:
-Przecież nie jesteśmy głusi...
Na to rehabilitantce oczy ciemnieją i syczy do mnie:
- CO PANI POWIEDZIAŁA?
Wtedy do mnie dociera, że ja tu mam w zdrowotnym grafiku zapisaną stymulację prądem i że to ta pani właśnie będzie mnie do prądu podłączać, yyy, co za niefart, żadna tam maria peszek, prawdziwy i dorodny pech to jest, to moje nie trzymanie języka za zębami. No ale udawać że zakaszlałam nie można, bo kolejka mruczy potakująco, jak nie powtórzę to może się rehabilitantce uwidzi, że coś gorszego powiedziałam, a udawać że ją do ‘Mam talent’ zapraszałam z głosem takim donośnym, stuoktawowym, też chyba nie ma sensu...
- Pani mnie nie będzie pouczać jak pracować!!! – mówi rehabilitanka – między innymi, dalej nie słucham złożona wizją, jak to za chwilę mi te dwie konsolety z prundem podłączy do skroni i podkręci na ful.
Ale jak przychodzi moja kolej, to jednak podłącza gdzie trzeba i mówi tylko:
- A pani na prądy, no proszę...Hehehe!
W związku z czym, choć przeżyłam, mam ciało przyozdobione w kółeczka takie czerwone ;)
Lekcja pierwsza: nie zadziera się z rehabilitantem.
Lekcja druga: jeśli nie jesteś starym rupieciem, którego się z zasady ignoruje, ani absorbujocom blondykom jeśli nie, to zainwestuj w makijaż i dekolt, a wtedy szerokie spektrum ćwiczeń zostanie ci pokazane. Plus może możesz liczyć, że na sali gdzie jest osób dwadzieścia na dwóch rehabilitantów a cały ten luksus, który ma cię postawić do pionu, trwa całe 25 minut, (osobiście modlitwę uważam w tym momencie za bardziej skuteczną ;) możesz więc mieć nadzieję, że zrobisz coś więcej niż dwa ćwiczenia z taśmą, które równie dobrze mogłabyś zrobić w domu.
- Czy mogę prosić o pokazanie ćwiczeń, które mogę robić w domu, a tutaj robić takie, których w domu nie da rady? – pytam rehabilitanta. Rehabilitant niestety nie ma czasu, bo blondynka po raz piętnasty potrzebuje towarzystwa, więc się rehabilitant zrywa, ignorując po drodze jakąś emerytkę i rzuca mi tylko:
-Pani ćwiczy  co pani ćwiczy.
Blondynka nie jest nawet pacjentką, jest znajomą, co przyszła tu poprawić formę bo „już nie chodzi na siłkę”. Ordnung kaput.
Lekcja druga więc: nie zadziera się ze znajomymi rehabilitantów. Nawet z dekoltem.
No to przejdźmy do lekcji trzeciej: indywidualnych zajęć z molestowania.
Bo są i zajęcia indywidualne, hohoho. Się nastawiłam na efekty, na ból się nastawiłam, na to, że mi wlezie rehabilitant na plecy i zacznie skakać, się nastawiłam, głupia. Nie chcę tu szerzyć stereotypów, ale rehabilitant ma być męski, łapy ma mieć jak bochny chleba oraz sadyzm w oczach, ponieważ nie wierzę w to, aby mimoza o wadze 50 kilogramów i kończynach o grubości moich nadgarstków mogła mi pomóc jakoś szczególnie. Więc się zapisuję do rehabilitanta X. Tymczasem ordnung spowodował, że trafiam do rehabilitantki Y., która mnie pieści. Mizia mnie słodko w coś, co – Bóg mi świadkiem – żadnym mięśniem nie jest – no chyba, że od czasów wejścia do Unii Europejskiej coś się zmieniło w klasyfikacji anatomicznej ;).
Nie z kosmosu przecie wzięłam potrzebę rehabilitanta płci męskiej – na mojej ostatniej rehabilitacji kilka sezonów temu też trafiłam na słodkie dziewczę, co mnie pieściło czule. A im dłużej to trwało, tym bardziej się zastanawiam, czy nie zaprosić dziewczęcia na randkę dla świętego spokoju. Bo strasznie obolała byłam po tych ćwiczeniach, na których moje nieszczęsne ciało zamiast się rozluźnić kamieniało doszczętnie na ten przejaw molestowania. No bo kto to wymyślił, żeby się nerwy ręki mogły kończyć na środku klatki piersiowej, między... eee, zostawmy to. Ja potrzebuję chłopa prostego jak cep, który mnie zagniecie jak ciasto, a nie frywolnej nimfy, która wywoła me zainteresowanie kulturą wyspy Lesbos – tak, nadal mówimy o rehabilitacji, nieprawdaż.
Lekcja czwarta: nie pamiętam – zastanawiam się nad orientacją ;)
Może by Pan O. rozważył dofinansowanie w tym kraju oddziałów rehabilitacyjnych?
Pliiis.
 
A tutaj trochę ćwiczeń z Jimem C.


...

środa, 16 stycznia 2013

Doktor House po rosyjsku oraz z cito wizytą u pięknej lekarki

Co też, panie hrabio, może nas czekać w konfrontacji ze służbą? Służbą zdrowia, dodam (i już brzmi gorzej ;). Króluje EWUŚ. Nikt nie wie konkretnie, dlaczego teraz już będzie lepiej, ale najważniejsza chwytliwa nazwa. No to czekamy  na reorganizację Poczty Polskiej pod nazwą WACUŚ ;)

Ostatnio byłam u swojej nowej rejonowej lekarki po receptę. Wchodzę i oczom nie wierzę: siedzi tam piękna i strzelista modelko-aktorka lat około 20+ z modnym makijażem i długim, rozpuszczonym włosiem. Jak z ‘Doktora House'a’ albo innego jakiegoś nieżyciowego serialu pełnego lekarek pięknych, młodych i strzelistych.
- Dzień dobry - mówi lekarka.
A ja na to z wyrzutem i goryczą:
- Pani jest ode mnie młodsza!!!
Lekarka zagląda do karty i uśmiecha się łagodnie.
-Rzeczywiście, tak.
Na co ja daję nura pod stół sprawdzić czy jest w szpilkach, jak w tych serialach. Jest w szpilkach, jak w tych serialach, aaa!
- Czy coś się stało? - pytają mnie usta zmysłowe.
- Yyy. Nie no. Przyszłam po skierowanie takie to a takie.
No i tak  wypisuje mi ta piękność medyczna to skierowanie, a ja się patrzę urzeczona. Na jej buty...
- A tu – wskazuję na świstek – musi być napisane cito. CI-TO. W moim wieku nie można czekać pół roku na rehabilitację. Cito, ło tu.
Jak Boga kocham, z jednej skrajności w drugą, czy oni by nie mogli w tej przychodni wypośrodkować?
Pierwszy raz w życiu mam wizytę u kogoś młodszego ode mnie. Muszę się zacząć przyzwyczajać, eh. Ale z drugiej strony taka to mi nie powie „Młoda pani jest, samo pani przejdzie” – co mi się wcześniej zdarzało nieprawdopodobnie często.
Czynność ostateczna...

Tymczasem Medycyna Praktyczna apeluje: Premierze pomóż! i przedstawia nam aktualny wariant refundacyjny w tym pouczającym filmiku o lekarzu-kryminaliście.



znalezione u M.

Z blogów medycznych dowiedziałam się o serialu „Stażyści”, który ostatnio robi furorę i to robi furorę cito ;). Jest to rosyjska wersja ‘Doktora Housa’ skrzyżowana ze ‘Scrubs’ (‘Hoży doktorzy’). I muszę powiedzieć, że bawiłam się przednio – nie tylko dlatego, że kwestie medyczne wygłaszane po rusku są rozczulające wprost.
-Wot, babuszki, smatrijcie wpierwyj – mogę tylko powiedzieć.
A akcja idzie tak: Lekarz prowadzący (który picie rzucił) i jego przyjaciel (ciężki alkoholik ze specjalizacją w chorobach wenerycznych - Rosja, panie ;) obejmują pieczę nad czwórką niedoświadczonych stażystów. Zakręcone jak sierp. Polecam. Link [tu]
No to daswidania, rjebiata :)

niedziela, 6 stycznia 2013

Irydologia czyli co wypatrzymy w oku Saurona (lub własnym)

Irydologia to jak wiadomo diagnozowanie z tęczówki (u osób homoseksualnych można diagnozować już z tęczy ;). Nie to, że mam coś przeciwko owej  irydologii, ale że jak są pod oczami worki, to wiadomo, że nie ma w nich prezentów a jak oczy są żółte to raczej można się domyślać, że nie chodzi o białaczkę.
Zdrowy rozsądek to się nazywa. No ale nie zaszkodzi przejrzeć, co tam jeszcze diagnozują. Prosz

Ciemna skóra wokół nich może świadczyć o tendencji do procesów zapalnych w układzie trawiennym. Worki pod oczami mogą być symptomem kłopotów w nerkami i infekcjami dróg rodnych, a przebarwienia nad górną powieką sugerują najczęściej kamicę żółciową.
Jeśli powieki są obrzęknięte, może to świadczyć o reakcji alergicznej. Inną przyczyną może być nadczynność lub niedoczynność tarczycy i niewydolność nerek. W przypadku opuchlizny widocznej tylko na górnej powiece, oznacza to, że cierpimy na schorzenia woreczka żółciowego. W przypadku takich dolegliwości konieczne jest wykonanie analizy moczu i badań morfologicznych, by stwierdzić dokładną przyczynę obrzęku.
Jeżeli na powiekach dostrzeżemy żółte cętki lub białe grudki, powinniśmy zbadać swój poziom cholesterolu, gdyż tego typ zmiany świadczą o tym, że jest stanowczo za wysoki. Chorzy wówczas muszą przyjmować leki obniżające jego poziom oraz zrezygnować z jedzenia tłuszczów zwierzęcych. 
Jakiekolwiek przesunięcia bądź zmiana kształtu źrenic mogą świadczyć o zaburzeniach funkcjonowania podstawowych układów i narządów wewnętrznych. Małe źrenice najczęściej świadczą o skłonnościach  do chorób żołądka a zbyt duże sygnalizują bezsenność i nerwicę. Jeżeli źrenice są owalne i wydają się być zniekształcone, może to sugerować o problemach z ukrwieniem mózgu.
Zdrowe białko oka zawsze odznacza się czystą bielą. Jeżeli odcień jest niebieskawy lub sinawy, świadczy to o diecie zbyt ubogiej w wapno, co może być bezpośrednią przyczyną próchnicy zębów oraz osteoporozy. Z kolei żółte plamki na powierzchni twardówki mogą świadczyć o zbyt wysokim poziomie cholesterolu. W przypadku, gdy białko oka jest mocno zażółcone możemy podejrzewać występowanie żółtaczki. 
Oznaką choroby reumatycznej lub artretyzmu (zapalenia stawów) mogą być większe plamki w kolorze krwi na białym tle. Popękane naczynka oznaczają zbyt wysokie ciśnienie krwi. Brak witamin sygnalizują zaczerwienione białka, a zamglone oczy są oznaką słabej odporności.
Ja tam zawsze myślałam, że zamglone oczy są symbolem namiętności, hm. A z  seriali kryminalnych wiem, że wybroczyny w oku to skutek uduszenia - nie trzeba nawet ściągać golfa, żeby to potwierdzić.
No bardzom ciekawa, co też  po Sylwestrze, albo po wczorajszej sobocie wypatrzyliście w swojej tęczówce. Miasto, masę, maszynę?
Co mi przypomniało taki fajny irysowy monument w pewnym mieście [więcej]

A tu coś bardzo przydatnego - na szczęście nie dla nas, tylko dla paralityków, co im paskudny los zostawił tylko oczko jedno mrugające.

(The EyeWriter is a low-cost eye-tracking apparatus & custom software that allows graffiti writers and artists with paralysis  to draw using only their eyes. )

poniedziałek, 19 listopada 2012

Aaaaby przeżyć czyli wypadki chodzą po ludziach ;:)

Wymiatacz poniedziałkowy na poprawę humoru.

Moim faworytem jest super glue oraz topless siurkająca pozostałość po niedźwiedziu ;)

Jako osoba mająca za sobą kilka dramatycznych (choć nie śmiertelnych) doświadczeń pozwolę sobie podzielić się kilkoma radami:
- piecyk gazowy jest niczym kochanek z krajów śródziemnomorskich – płomień gaśnie w nim  szybko a niespodziewanie. Stale musimy być czujne, żeby nie zrobiło się zbyt czadowo (z piecykiem, nie z kochankiem)

- jeśli nie chcemy być posądzeni  o post-punkowy styl z powodu braku połowy brwi i dziur w swetrze - nie kupujemy najtańszych zapałek i nie podpalamy nimi papierosa! Jest duże prawdopodobieństwo, że producent robił wcześniej w fajerwerkach i choć splajtował na odszkodowania dla kalek to ambicje niejakie, w skali mikro ale jednak, mu po przebranżowieniu pozostały ;)

- sprawdzamy czy podarowane nam w promocji rękawice kuchenne mają atesty, bez nich bowiem nasza własna ręka dzięki pośrednictwu rękawiczkowego bubla może stopić się w jedność z plastikową rączką  zdejmowanego z kuchenki gara, po której to niespodziance wykonamy dziwny indiański taniec w podskokach i skończymy z ręką w kiblu, w celu przyniesienia sobie doraźnej ulgi

- Nigdy nie używamy prostownicy do włosów, kiedy się spieszymy na spotkanie ponieważ swądu pieczonego ucha nie da się zniwelować żadną perfumą. Już chyba lepiej nakryć takie ucho liściem sałaty i bułką i udawać hamburgera niż wyjść na taką fryzjerską niemotę.

Miałam taką koleżankę dochtorkę (teraz za granicą of kors) która pracowała na ostrym dyżurze. Lubiłam te jej zdziwienia nad światem. To, że w anusie może dochtór pogotowia znaleźć rzeczy wszelakie, od butelki po komórkę, to są nowinki z lat 90, które już na nikim nie robią wrażenia. Natomiast zaposiąść koński włos w mosznie to jest już osiągnięcie moim zdaniem godne czempiona. I się proszę nie pytać jak, wyobraźnię proszę uruchomić! ;) 
(albo i nie) 
Nie poddawajmy się zatem!  Tylko zanućmy...dumb ways to die...

piątek, 5 października 2012

Skandal w aptece czyli jak się nie zachowywać kupując wstydliwe produkty

Podobno ludzi nadal ogarnia krępacja oraz ogólne embarasmą podczas kupowania w aptece wstydliwych produktów, takich jak piguły na potencję, czopki doodbytnicze czy też testy ciążowe (wiadomo - wpadka!)
(Ja tam w każdym razie jak raz mi się zdarzyło kupować taki test to se na wszelki wypadek (dla pewności i niwelacji domniemanych objawów wrogości co do mej moralności) założyłam wszelkie dostępne w domu obrączki – po dziadkach plus była jeszcze jakaś darowana po starej ciotce - także razem miałam TRZY :). I jak nerwowo przydzwoniłam tym kastetem w szybkę to farmaceutce zęby zadzwoniły, hehe... No ale to było dawno. )
Co do prezerwatyw to nie mam pewności co do poziomu wstydliwości, ale już się chyba naród oswoił z tym lateksowym towarzyszem oddawania się chuciom wszelakim, a może to nadal zależy od wieku kupującego? Albo od ogólnej pewności siebie, która u mnie ogólnie ma się dobrze, dopóki nie dochodzi do kwestii odzyskiwania należności.  Ale do rzeczy.
Apteka, środek dnia. 
A w gigantycznej kolejce od zatrzęsienia i bab i dzieciów i emerytów, a wszystko toto szeleści receptami i siatkami i prycha i kicha i rozsiewa zarazki, tak że od razu czuję, że mi będzie po wizycie tutejszej raczej gorzej niż lepiej.
Kolejkowa stonoga przepycha mnie perystaltycznie do okienka.
- Poproszę  prezerwatywy jakieś owocowe, tylko muszą być bardziej tak XXL, jak nie ma z owocowych to jakieś kolorowe chociaż te prezerwatywy, żeby się dobrze komponowały Z CZERNIĄ oraz może jeszcze lubrykant, no wie pan, taki do wszystkiego, oraz  najlepiej też test ciążowy bo nie wiadomo jednak jak to się skończy! - mówię na wydechu do obokularnionego pana farmaceuty. 
Nie to że wrzeszczę, ale szept to też nie jest ;)
W aptece nagle zapada cisza jakby ktoś włączył przycisk MUTE. Kolejkowe głowy zwracają się w moją stronę i patrzą na mnie oczy wielkie, o tak
Dzieci wtulają się mocniej w matki a moherowe berety wczepiają się jakby ściślej w siwe trwałe emerytek. W końcu ktoś upuszcza z brzękiem coś, jakieś klucze chyba. Co mnie nieco otrzeźwia.
- Eee nie no, żartowałam - zwracam się w przestrzeń - właściwie to tylko coś na przeziębienie!
Ktoś wyłącza przycisk Mute, niemniej Volume level aptecznej stonogi się znacznie minimalizuje. Niektórzy się krzywią, że i czasoprzestrzeń by tak nie spotrafiła, inni doceniają seksualne poczucie humoru osoby z nosem nabrzmiałym a czerwonym jak u Renifera Rudolfa i owiniętej szalikiem w barwie podkreślającej bladość i bardziej prawdopodobne, że rychły zgon niż współ-życie. Pan Farmaceucik też się do mnie szczerzy spod okularów, które pewnie niejeden glicerynowy czopek widziały. I mówi do mnie:
- Niech się pani wstrzyma... przynajmniej do czasu wyzdrowienia!
Czego sobie bardzo życzę. Wyzdrowienia i trochę dania na wstrzymanie z temperamentem, jak na razie tylko słownym zresztą.

wtorek, 2 października 2012

Zakochanie jak choroba

Pierwsze objawy zakochania podobne są do pierwszych symptomów choroby. Nagle wstrząsa nami jakiś dreszcz.  Czujemy się tak dziwnie lekko. Nie idziemy po prostu ulicą a jakby płyniemy. Na zmianę zimno nam i gorąco, ale raczej gorąco. Myśli nam jakoś tak wirują, że człowiek woli raczej usiąść niż stać a najlepiej to się położyć ;). Spojrzenie mamy nieobecne i zaczynamy jakby dyszeć. 
I tak dalej.
(Jakby się ktoś pytał to nie, nie jestem zakochana, jedyne co mnie wzięło to przeziębienie.)
Ale dobrze pamiętać to porównanie, żeby sobie w razie czego przypomnieć, co nas omija. W tej dwuznaczności objawów.

niedziela, 27 maja 2012

Obsesja na punkcie terapii

Polański sprostytuował się dla Prady - bardzo popularne ostatnio:

Bardzo malowniczy gabinet - chociaż uważam, że kolorystyka sprzyja zachowaniom kompulsywnym ;)


A teraz kilka terapeutycznych błyskotliwotek z ewakuacje.tumblr.com















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...