Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokolenie Fb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokolenie Fb. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

O kupowaniu wódy i papierosów, jak spławić menela oraz o mitycznej Krainie Dzieciństwa

Od zeszłego roku bywam  w osiedlowym sklepiku który, aby przetrwać, przemianował się (jak inne osiedlowe sklepiki) na Alkohole/Papierosy 24 h. Właściciel się rozgadał o polityce, o czym ja bym mogła nawet zagaić uprzejmie i towarzysko, gdyby nie mówił takimi sloganami typu kopiuj-wklej zapożyczonymi z telewizora. Gdyż to mi rozrywa wargi od ziewania. I nawet nie pytajcie które. WSZYSTKIE. 

Zatem mówię mu:
Przepraszam, ale muszę już niestety lecieć i szybko urodzić dwoje dzieci.
–No tak! – drze się on. – I jeszcze te 500 zł na dziecko! Kto za to zapłaci ja się pytam?
–Proszę się nie martwić – mówię – Jak już dostanę te pieniądze to przyjdę do pana i wydam je na wódę i papierosy.
To go chyba trochę uspokoiło. No ale ja lubię wspierać lokalne, wymierające biznesy. Co mi przypomniało, że muszę kupić o rozmiar mniejsze rajstopki, żeby je podrzeć a następnie udać się do punktu repasacji. Oraz do kaletnika, żeby mi dorobił nowe dziureczki w paseczku. Niestety szewc, dość wiekowy, opuścił już ten padół, jak się dowiedziałam po niewczasie. Z moimi butami opuścił, których nie odebrałam, eh, no cóż.






















Tymczasem tak poczciwie mi patrzy z fejsa (lub tych jego części, które wystają spod czapek i szalików), że zawsze, ale to zawsze, zaczepiają mnie menele żeby dać im drobne. Pod sklepem, na ulicy, z vis-zwis i od potylicy. Czemu nie zaczepiają mnie przystojni biznesmeni w wełnianych płaszczach zajeżdżając mi drogę swoimi mercedesami JA SIĘ PYTAM? Niestety gdyby któryś jednak wjechał na nasze lokalne chodniki, to by autu urwało podwozie a kierowcy wybiło kierownicą porcelanę z gęby. Gdyż ciutkę nierówno jest. A właściwie to jest nierówno w chuj (pardon). To jedyne wytłumaczenie.


Trudno elokwentnie i sprawnie spławić menela (nie uciekając). Nie pomagały odzywki typu:
–Ja nie noszę przy sobie drobnych, czy ja wyglądam jakbym operowała drobnymi, dlaczego mnie pan obraża? A ma pan wydać z dziesięciu?
–Płatność tylko kartą, więc czy ma pan eee takie pudełeczko z przyciskami co się mu przeciąga a potem trzeba znać pin, który aktualnie zapomniałam. (tak wiem, muszę popracować nad słownictwem TECHNICZNYM. Wiem)
– Je na parle pas nic nie da de nada.

I tak dalej. Ale charyzmy nie miałam za grosz. I było to widać i czuć mimo okutania w kurtałki. Że nie umiem odmawiać, że jestem mientka.
A jak odmawiam to mnie to potem męczy trzy kwadranse. Bo może pan X i pan Y by się dzięki mnie porządnego piwa napili, a tak to siorbną wody brzozowej Brutal, którą dostali pod choinkę od konkubiny (nie jest powiedziane, że wspólnej).




Niedawno przypadkowo poznałam lokalny sposób skutecznej odprawy (niedzielne scenki dzielnicowe nauką życia). Trzeba powiedzieć coś dobrego o czymś, o czym menel ma jak najgorsze zdanie. Gdyż to honorowe chłopy są, od mientkiej melepety wezmną, ale od wroga ideologicznego nie wezmą. Tematy polityczne zawsze działają. Poziom adrenaliny winduje się w okolice kosmosu.

Dzielnicowe menele nie cierpią Pisu. I tak zajadłe są, że same ODMÓWIĄ wziąścia grosika, jeśli rozegramy to politycznie, wspominając od niechcenia coś, że już oczywiście wyciągam a z tego profilu to pan dodudy podobny czy pan wie? Jeden to mi się tak nabuzował oraz tak barwnie opisał co by zrobił temu i owemu  Pisiu, że aż myślałam, że się zadławię z żalu, że nie mam dyktafonu. Gdyż to po prostu było tak malownicze i pełne nikiforowego frazeologicznie żaru, że no po prostu doznałam afazji w nogach i ekstazy w uszach. Aż podszedł do mnie przechodzień i się zapytał czy nie potrzebuję POMOCY, na co mu powiedziałam, żeby został i posłuchał gdyż to jest creme de la creme tej dzielni, to jest kwiat w szambie, ta zaimprowizowana okolicznościami poezja denaturalnych ust. Człowiek-wacik na waszych oczach przemieniający się w Godzillę. Darmowe namiętności, świeże wiązanki. Uznałam, że za długo trwa mój podkloszyzm, moja nieznajomość społecznych podstaw dzielnicy w której mieszkam, moje przechodzenie na drugą stronę chodnika.
  




















Inny menel mi wyznał, że ‘pochodzi z komandosów’ (ke?). Ja mu odwyznałam, że pochodzę z upadłej szlachty.

  I widzisz pan jak skończyliśmy? – pytam.
Gdyż jemu brakowało do szkła, ja co prawda niesłam kawałek plastiku zwanego kartą, ale literalnie rzecz biorąc żadne z nas nie miało przy sobie REALNEGO PINIĄDZA.
 

Ale czasami nie chodzi o pieniądze z tymi menelami. Tylko o wartości wyższego rzędu.


Wracałam kiedyś nocą do domu z jakiejś imprezy, a napotkany po drodze menel nr 1231 szarpał z zapałem za klamkę jakiegoś bardzo nieczynnego o tej porze przybytku lokalnego biznesu.
– Proszę pana – mówię jak porządny obywatel, który zawsze reaguje. – Tylko się pan spoci, a szanse, że pan jednak wyrwie te drzwi są NIKŁE.
Menel przestaje szarpać, patrzy na mnie, patrzy na nocne niebo, znowu na mnie i mówi.
– Czy pani ma chłopaka?
– To nie pana sprawa – mówię ostro.
– Nie ma pani chłopaka – stwierdza smutno. – Proszę pani! Niech pani sobie znajdzie chłopaka, nie można tak samotnie iść przez życie! 
Gdyż menele bywają tez prorokami. Najwyraźniej.


Mój kochanek, który nie pochodzi ani z komandosów ani z biznesmenów w mercedesach ani nawet nie jest moim chłopakiem, nie wie, że gdy czasem przy nim nie śpię, to myślę o tym menelu szarpiącym klamkę, o repasacji rajstop, o nierównych chodnikach i całej masie rzeczy, o których się nie mówi kochankowi. 


Myślę o tym, jak to jest całe życie mieszkać w jednej dzielnicy. Nigdy nie opuścić krainy swego dzieciństwa. Patrzeć jak wycinają drzewa, na które się wspinaliśmy w młodości, jak erodują mury na których wymienialiśmy pierwsze pocałunki, jak wszystko parcieje, niszczeje, płowieje i się sypie. A czasem jak przyjeżdża profesjonalny zespół budowlany i stawia piękny świeżutki supermarket, pełen wyrobów wszelakich, za które dalibyśmy się w dzieciństwie zabić. Market króluje w miejscu gdzie 20 lat wcześniej byliśmy rycerzami i księżniczkami. Nie freelancerami i korpowyrobnikami, bez sensu toczącymi dyskusje z człowiekiem upadłym, gdyż to taka namacalna nitka łącząca nas z tą siermiężnością, do której nie ma powrotu. A jednak najwspanialszą, bo byliśmy wtedy dziećmi.

Czemu jestem taka gminna? Czemu nie ma we mnie tego pędu do lukrowanego świata, tej wiary, ze wszystko może być laminowane i w kolorze fluoryzującej magenty? Że ludzie to wymyci szamponami kokosowymi project-managerowie pięćsiedemset na rękę i kredyt na fasadę z kolumienką? I piękne panie w wełnianych płaszczach i na obcasach od których stukotu boli mnie głowa? Czemu ciągle czuję ten bolesny sentyment do przegranych, ale jeśli to zaraźliwe jest? Bo czuję, że to może być zaraźliwe i że utknęłam tu na dobre i że mój instynkt każe mi się oswajać z okolicznościami scenografii.




sobota, 6 lutego 2016

O nowym, wspaniałym telefonie i technologicznych dramatach współczesnego sapiens






















Nie pisałam jeszcze, jak to w zeszłym roku na jesieni miałam napad kompulsywnego prania. Zwłaszcza arcydokładnie sobie wyprałam bardzo uświnione porcięta robocze, które moczyłam we wrzątku, zalałam litrem płynu do zmiękczania, szorowałam na tarze, maglowałam i tłukłam o drzewo. Niestety OKAZAŁO SIĘ, że nie wyciągnęłam z nich przedtem telefonu. I (a to zdziwka!) ten telefon przestał jakby działać, trochę się rozpuścił oraz ogólnie zdechł na amen. Resuscytacja na kaloryferze oraz modły nie pomogły. A takie w nim miałam smsy! Ach, jakie smsy! Świństwa takie, com je chciała przepisać, żeby się potem wnuczkom chwalić, że babcia nie w gwizdek dmuchała ;). No ale poszło z dymem, to jest lenorem i tarą, i nie ma reputacji, ah. 


Jako osoba upośledzona decyzyjnie od razu uznałam, że nie jestem w stanie dokonać racjonalnego wyboru nowej komórki (nie pytajcie: za duży wybór dóbr na rynku powoduje u mnie raczej chęć ucieczki w Bieszczady w łapciach z łyka niż wyciągnięcie portmonetki). 

Zatem wymyśliłam, iż pożyczę aparat od znajomych.
WYLIZINGUJĘ cudzesa.
Wszystko jedno jakiego. Mój ex-telefon typu Nokia bardzo mi się podobał w swojej konceptualnej prostocie, a teraz prosz: suprajs me!


Niektórzy znajomi albowiem muszą mieć nowy telefon co roku, gdyż inaczej dostają technologicznej drżączki. A każdy jeden aparat coraz większy, płaskszy i wypełniejszy bajerami i megatonami megabitów, metadanych, świateł i lądowisk i kosmodromów i chuj wie jeszcze czego. A ja jestem taka retro i eko i kutwa i proszę mi pożyczyć jeden z tego wora staroci z zeszłego sezonu, przy którego produkcji nie umarło dwieścioro dzieciów chińskich. Z góry dziękuję. (Ale nie ten w drewnopodobnej sklejce, no bez przesady). W końcu się jednak okazało, że to nie jest tak, że jak ktoś ma wór pełen telefonów to od razu staje się Świętym Mikołajem, otóż. Oraz, że otóż przyjaciół poznaje się na beztelefoniu, a łaska pańska na pstrym telefonu jeździ. 


Ale na szczęście napatoczył się jednak znajomy, który mi wylizingował swój stary aparat na czas nieokreślony i bez specjalnej łaski.

- Eee, po prostu poczuł do ciebie miętę – powiedziała protekcjonalnie znajoma, która mi wcześniej jakiś swój telefon użyczyła, ale nie działający, w związku z czym miałam ochotę zaprosić ją do domu i utopić w misce z miętą. Ale bez działającego telefonu nie miałam jak, eh ;)

(Czy w ogóle tak się jeszcze mówi: czuć miętę? Miętę to się chyba obecnie wyczuwa w paście do zębów i szamponie.)
Te nowe telefony są straszne, mówię wam. Cały czas chcą jeść. Nie raz na tydzień, ciągle i wciąż. Mój codziennie ssie przez ładowarkę prąd z gniazdka, aż mi pociemniało w mieszkaniu, ampery schudły, a volty obumarły. I tylko słychać siorbanie tego zboczucha. Ten telefon ma wiele nowych funkcji i aplikacjów i przycisków których nigdy nie miałam i nie używałam. W ogóle nie wiedziałam, że są mi potrzebne. Bo tak naprawdę to one nikomu potrzebne nie są. Ale skoro już istnieją, to wkrótce się nam drogą ewolucji nowe potrzeby wyłaniają. Błędne koło.  
I nie ma powrotu. Nie ma powrotu do jaskiń, do rozkloszowanych spódnic z lat pięćdziesiątych pogrubiających dupę, ani do dziewiczej Nokii. 





Bosz, jak ja kochałam moją Nokię, która miała latarkę o atomowej mocy i chciała jeść raz na miesiąc! Jak się kocha osiedlowego Zdziśka, co się go zna od przedszkola, a potem się okazuje, że na świecie jest jeszcze Krystian i Kamil i Fabian i każdy z nich bardziej światowy i przystojny i apkowy. 





Tymczasem gdy ostatnio napotkałam nową znajomą z krakowskich internetów, która na hasło wymiany telefonów wyciągnęła Nokię... z miejsca się zakochałam. A tęsknota za tym, co nie wróci dała mi kopa w aortę. 

















Teraz empatycznie zaczynam współodczuwać te dramaty dziejące się wokół mnie, których do tej pory nie zauważałam. W autobusach, na ulicach.

Te okrzyki przerażenia:
- Powiedz szybko gdzie jesteś! BO TELEFON MI SIĘ ZARAZ ROZŁADUJE! BOŻE, JUŻ PIKA! HALO!
-Proszę pana, gdzie ja W OGÓLE jestem, bo mi wifi zdechło? (na planecie ziemia)

Te upokarzające historie erotycznego odrzucenia:
- DOTYKAM GO i DOTYKAM, PUKAM GO I PUKAM, a on nic! Nie reaguje!




Na szczęście oglądam dużo seriali, w których cywilizacje upadają (poczynając od wyłączenia telefonii) i trzeba sobie umić radzić jakoś inaczej. Głównie to nożem, pistoletem, ogniem, gwałtem i umiejętnością hodowli własnych ziemniaków. Czyli też nie bardzo jakoś, eh. A w tle trwają walki o światowe zasoby wody, benzyny, lenora i mięty ;)

No to teraz jeszcze kilka przypadków pojedynku starych i nowych technologii:














poniedziałek, 16 listopada 2015

O francy z Francji, postrzeganiu świata i jedzeniu świni

Ciekawe, że człowiek może spędzić weekend nie oglądawszy telewizji, nie posłuchawszy radia i nie nurkowawszy w internetach i się dopiero po czasie dowiedzieć, że wojna, co się toczy cichaczem już od jakiegoś czasu, przybrała nagle WTEM na krwawych symptomach. I to we Francji, co tym bardziej kłuje czułe serce panienki z dobrego domu (nauka francuskiego, gry na pianinie i pełnego zrozumienia dla poddania się w czasie drugiej wojny światowej w celu ocalenia zabytków).

Temat wynika w trakcie spotkania, na niwie towarzyskiej. Reakcje są różne. Zacukanie, niedowierzanie, smętne miny oraz jedna waleczna deklaracja, że ‘mógłbym teraz do wojska by dać Isisowi popalić’.
Ja osobiście mogłabym terrorystom pograć na pianinie, natenczas szybko i kolektywnie  palnęliby sobie w łeb, gdyż tego nie można, niestety, przeżyć. Druga propozycja z mojej strony obejmowałaby zostanie sexi hostessą w stroju francuskiej pokojówki i częstowanie wieprzowymi pierożkami. Pokojowo lecz podstępnie!

Tak, oczywiście to są haniebnie niestosowne rozważania. Jednakowoż nerwowy śmiech jest częstą reakcją na objawy horroru pustoszące naszą cywilizację przez kulturę, w której nadal obowiązuje przekonanie, że Ziemia jest płaska a niewierne ciało lepiej wygląda bez głowy.

Oczywiście zapalenie znicza pod ambasadą francuską jest gestem uroczym, zwłaszcza, że nam spore zapasy zostały po Święcie Zmarłych. Ale naiwne formułowanie myśli przez spikerów telewizyjnych w rodzaju ‘Zewsząd płyną gesty poparcia, NIESTETY nie pomaga to ukoić bólu rodzin po stracie najbliższych’. Oh, vraiment? No to FATALNIE. Muszę poszukać kanału na którym twierdzą, że jednak malowanie sobie facjaty we flagę francuską i wyświecanie świateł ukoi ten ból. Gdyż nie lubię jak się mię straszy, za to lubię jak mię się poklepuje po pleckach z czułym szeptem, że wszystko będzie dobrze.

Nie wiem czemu producenci wieprzowiny i alkoholu nie mogliby ugrać obecnie czegoś dla siebie. Interes życia w sosie z okoliczności dziejowych. Wszak gdybyśmy wszyscy zaczęli teraz spożywać więcej świniny popijanej procentami to byłby gest jednoznaczny. Kontestatorski. Protestancki?

Oczywiście bardzo mi przykro, droga Francjo, ale w ogóle mnie to nie dziwi.
Gdyż robisz to, co i cała Europa, a co można przedstawić słowami Paula Éluarda:

Il ne faut pas voir la réalité telle que je suis.
(Nie należy widzieć rzeczywistości takiej, jakim jestem)











Teraz będzie wiersz  Paula Éluarda
(tu można zerknąć na tłumaczenie na ang [klik] )

Adieu tristesse,
Bonjour tristesse.
Tu es inscrite dans les lignes du plafond.
Tu es inscrite dans les yeux que j’aime
Tu n’es pas tout à fait la misère,
Car les lèvres les plus pauvres te dénoncent
Par un sourire.

Bonjour tristesse.
Amour des corps aimables.
Puissance de l’amour
Dont l’amabilité surgit
Comme un monstre sans corps.
Tête désappointée.
Tristesse, beau visage.

piątek, 16 stycznia 2015

Dlaczego w antologii bajek blogerów pt ‘Magiczna Bajaderka’ nikt nie napisał o pająku Muchomecie?

Bywają dni, w które nie słucham radiowych dżingli, nie radzę się telewizora których to środków na przeziębienie użyć, gdy epidemia w bloku (reklamowym), a w internetach czytam tylko angielskie artykuły medyczne ;). Oczywiście to w tych dniach Muzułmanie przeprowadzają  wystrzałowy atak na francuską redakcję pełną rysowników, eh.
To oczywiście okropne, ale czy nie do przewidzenia było?
To trochę tak, jakby zaprosić w doma gości, gdy sytuacja jest skomplikowana. Gospodarze oczywiście mogą na sobie psy wieszać: matka ostentacyjnie wyśmiewa się z ojca, że impotent, ojciec publicznie udowadnia, że syn to genderowy debil, a ten antyfeministycznie wywleka brak talentów kulinarnych swej surykatki i jej wątpliwą konduitę moralną, gdy przesiaduje u sąsiadki lesbijki, podczas gdy jego, żeby było bardziej politycznie poprawnie, molestuje były ksiądz. No ale nawet jeśli to niefajne zachowanie, takie obsmarowywanie się, to możliwe do przełknięcia, bo jesteśmy u siebie. Gości natomiast zaproszonych na to specyficzne przyjęcie obrażać w ten sposób nie można, należy raczej zaaplikować im ciasto i herbatkę i skomplementować twarzową burkę. 
Nie po to Europa otworzyła wrota dla islamistów i ugościła ich czym chata bogata: wielodzietnymi zasiłkami, możliwością budowania meczetów i totalnym brakiem obowiązku asymilacji, żeby następnie szargać imię Mahometa w prasie. Doprawyż tak się nie robi, safer-fewr tego zakazuje. No i wiadomo, że Muzułmanie nie mają poczucia humoru i są raczej wybuchowi. Choć obstawiam, że w jednym przypadku poczucie humoru mieli i moczyli stringi: to było wtedy, gdy konkurs europejskiej piosenki wygrała kobieta z brodą o pseudonimie Muszelka Kiełbasa. Trudno o znalezienie lepszego medialnego dowodu na to, że Europa się ciut pogubiła. I że wręcz wypada ten rejon, zmitrężony dekadenckim niechlujstwem ideologicznym, skolonizować, wprowadzając swe poważne, fundamentalne zasady.
I to by było na tyle w tej kwestii. W kwestii ceny za wolność słowa, ostatnio w promocji, w dziewięciopaku (czy ilu tam rysowników poległo).
Tymczasem w innym kraju europejskim, naszym, swojskim, cenzura działa w najlepsze. Oto bowiem znałam pewnego kompulsywnego bałaganiarza, Stasia, który gdy dorósł, odwiedził burdel. Śmiechu było co niemiara, dopóki nie przyszły wyniki badań laboratoryjnych.
Napisałam o Stasiu bajkę, jednak cenzura redaktorska uznała, że dla dzieci taki materiał się nie nadaje. Dzięki temu Staś zyskał szczęśliwą przyszłość a dzieci pouczającą opowieść z morałem następującym: niektóre wyrażenia mogą być bardziej przydatne poza swoimi pierwotnymi znaczeniami. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej to zapraszam do ściągnięcia sobie ‘Magicznej Bajaderki. Antologii bajek’ gdzie oprócz opowiastki o Stasiu, znajdziecie jeszcze 30 bajek, napisanych przez innych blogerów.

Na szczęście wydawnictwo może czuć się bezpiecznie, bo brak jakiejkolwiek bajki o, dajmy na to, pająku Muchomecie (w całej antologii bogata kolekcja zwierząt, w tym owadów, ryb oraz smoków). Natomiast sama tytułowa bajaderka jest koszerna, halal i bezglutenowa, co powinno usatysfakcjonować wszystkich.


Tutaj link do bloga Blogerzy Bajki Piszą [klik]
A tutaj link do ściągnięcia bajki ze strony wydawnictwa [klik]
Za darmo! :)




Ilustracje do bajek wykonała najdroższa memu sercu NewaRysuje [klik] (oraz zawsze w panelu bocznym), która powiedziała, że przemyśli kwestię usunięcia z bloga jednego jedynego rysunku pro-ro-ka, który nie wiadomo po kiego w ogóle tam wsadziła. Póki co obiecała barykadować się w burdelu domu.

środa, 31 grudnia 2014

Nam strzelać nie kazano...

co się odnosi do petard. Bo przysięgam, że jak jeszcze raz obaczę dziś tytuł 'Podsumowanie roku 2014', 'Sylwester' albo 'Przepowiednie na nowy rok' to jakąś petardę sobie zaaplikuję doustnie lub... Chyba, że podsumowujecie arcyprywatnie i spowiedniczo, bo ci co podsumowują lub wieszczą ogólnokrajowo to wszystkie argumenty przepisali z telewizora, smutek. Jednakowoż inni, którzy kompletnie koniec roku ignorują, dając dziś recenzję albo zdjęcie kotka, też mnie zastanawiają, a nawet bardziej.

To był rok w którym zdiagnozowałam w końcu dziwne fazy, w które zapadałam od czasu do czasu, najczęściej mając wzmożony kontakt z cywilizacją lub z telewizorem właśnie. To się nazywa rozpacz. Bardzo popularne ostatnio w kraju, jak ulał pasujące do małej czarnej, choć z rozpaczy zajadanej to się może nawet zrobić czarna wielorna. Człowiek zanurzony w rozpaczy całkowicie jest stracony, natomiast jej ataki od czasu do czasu nie bywają gorsze od rwania wyrostka. A mnie, jak wiadomo, niejeden wyrostek podrywał, mam wszak powodzenie w tym targecie ;)

Zatem jeszcze tylko kilka godzin na podomykanie projektów sygnowanych anno domini 2014. Jak ktoś migał się (lub rozpaczał) poprzednie 365 dni to będzie ciężko, zwłaszcza bez kopczyka amfetaminy kreciej wielkości. Wszelakie spóźnienia i gwałty na deadlajnach będą miały gorzkie piętno nieaktualnych cyferek końcowych, ah. Co mi przypomina, żeby do północy zjeść wszystkie produkty z grudniową datą ważności, bo nie stać mnie emocjonalnie i gastrycznie na odżywianie się o rok przeterminowanym żarłem.

Dzisiaj słyszałam audycję, właściwie to jakieś pińć audycji, żeby nie strzelać bo pieski się boją. Że to nieludzkie oraz chamskie. Że ktoś tam z redaktorów szanownych słyszał o kimś, kto w pieska rzucił petardą. I że w tego kogoś też powinno się rzucić petardą, żeby mu coś uszkodziło, to by zrozumiał, że tak nie wolno. Doprawdyż, co za starotestamentowe podejście, choć drzewniej nie było mowy o zemstualnej interakcji międzygatunkowej. Nie wiedziałam, że psy cieszą się taką estymą, żeby ludzkość musiała, w ramach poprawności politycznej, rezygnować dla nich ze swych wesołych, barbariańskich obyczajów. Zwłaszcza ludzkość spuszczająca psy ze smyczy w czasie spacerów 31 grudnia, żeby sobie pobiegały, nieprawdaż. Gdyby telewizor, za który w końcu płacimy abonament, poradził uprzejmie, żeby tegoż nie czynić (nie spuszczać) zamiast czynić to poprzednie (szczelać) to byłoby znacznie rozsądniej. Zamiast tego do studia wpuszcza się "redaktora", który za dobre rozwiązanie uważa profilaktyczne urwanie palców wyrostkowi, w celu nauczenia go szacunku do zwierząt. Touche.

Jeszcze bardziej touche jest powtarzane w mediach, aż do uwiądu uszu, określenie rok dwutysięczny czternasty, w roku dwutysięcznym czternastym, etc. Na litość boską, czas się w końcu pożegnać z rokiem dwutysięcznym! To było dawno, Polska jeszcze w Unii nie była, roczniki, co się porodziły na przykład w roku tysiąc dziewięćsetnym dziewięćdziesiątym nie wiedziały jeszcze, że zanim miną ćwierćwiecze, będziemy z psią społecznością konsultować zasadność tradycji karnawałowych.

Do blogerek modowych natomiast należy strzelać, jak najbardziej, ale z flesza, stawiając je pod ścianką. One to lubią i nie uciekną.
A zaskórniki należy wyciskać.

Bawcie się dobrze. Niech brokat się sypie, się sypie i obyście nie utknęli w zsypie (jeśli was poniesie za bardzo)!

sobota, 19 lipca 2014

O tym jak Burek przeleciał Kingę czyli o życiu z chamami. Oraz o poprawie formy na lato czyli ćwiczeniach na siłowni


Każda kobieta, zanim wyjedzie na urlop, wskakuje próbnie w porcięta i biusthalter z motywem tropikalnym czyli tzw. kostium kąpielowy zawiązywany na SZNURECZKI, które ochoczo wpijają się w szynki biodrowe na dole, a na górze niczym garota niemal dekapitują łeb pod ciężarem biustu.
Następnie kobieta postanawia ulec wyższej konieczności zaniechania pochłaniania czyli tzw DIECIE. Oraz być może nawet ćwiczeniom. FIZYCZNYM!

I ja również, mimo fałdowania zasadzie, iż moje ciało jest świątynią (a tejże nie ubiera się w adidasy i nie karze krążyć po osiedlu w żadnej znanej mi religii) i mimo cynicznych stwierdzeń, rzucanych znad papierosa, że mój rekord na 100 metrów wynosi 50 metrów, też postanowiłam poprawić z boczka formę.

Jest w Warszawie pewna Hanka, której organicznie nie cierpię, trzeba jednak przyznać, iż po zaliczeniu wielu porażek logistyczno-administracyjnych, rzuciła niedawno mieszkańcom stolicy pewien ułatwiający ten etap przygotowań ochłapik czyli tzw outdoorowe siłownie.
Jest to, gdybyście nie znali i nie używali, kilka urządzeń typu atlas do machania nogami i ręcami na świeżym powietrzu, często w okolicznościach parkowej przyrody.
Moje bogate koleżanki uznają wyższość siłowni indoorowych, kosztujących 100PLN miesięcznie oraz posiadających karnety wstępu, wykładziny i szatnie. Osobiście uważam jednak, że musiałabym upaść na głowę, by bulić za pokrywany warstwami Old Spice’a w sztyfcie lub psiku zapach testosteronu, który się tam unosi w obiegu zamkniętym. Oraz ławeczki i drążki zroszone męskim potem oraz arcyciekawe spojrzenia w kibić gdy robię skłony przed lustrem w obudowie czterech ścian. Ni wuja i nie za taką cenę, nawet gdyby wujo nie używał Old Spice’a i osobiście płacił. I przyznał, że TEŻ jest zdziwiony, że ludzie w środku lata przychodzą na taką siłownię, by skorzystać z bieżni i rowerka stacjonarnego.

Uczcijmy minutą ciszy tych, którzy utknęli w korku, w drodze na siłownię, żeby tam pojeździć na rowerkach stacjonarnych ;)

















Chodzę zatem do pobliskiej siłki na świeżym powietrzu. Chodzę z innymi spragnionymi świeżego powietrza i okazjonalnego podszczypywania przez komary dziewczynami, kobietami, paniami i emerytkami. I chłopcami, facetami, mężczyznami. Przekrojowo jest. A jednak jest coś, co łączy tę wesołą gromadkę, tę baranią gawiedź, która chce zgubić biodra a zyskać mięśnie. A jest to permanentny i arcyukorzeniony osiedlowym krążeniem brak wychowania. Chamstwo innymi słowy.

Albowiem ludzie wchodzom i wychodzom a gęba im się nie otwiera w celu wypowiedzenia tych słów magicznych, tych tajemnych masońskich zaklęć używanych tylko w ostateczności (zamiast Potterowskiego expecto patronum) czyli ‘Dzień dobry’ albo ‘Dobry wieczór’ oraz ‘Do widzenia’.
K. twierdzi, że się czepiam, że nie mówi się takich rzeczy nieznajomym. A ja twierdzę, że to nie ulica ani autobus, tylko pewna mikrospołeczność sąsiedzka, która się zna z widzenia. Oraz twierdzę, że człowiek dobrze wychowany intuicyjnie zna zasady mówienia ‘Dzień dobry’ lub ‘Dziękuje’(nawet jak mu się należy i mógłby tylko prychnąć) i odróżnia taki człowiek ulicę od wspólnego użytkowania siłowni lub poczekalni u lekarza czy kolejki w urzędzie, gdzie też się homo sapiens dzieńdobrowaniem i dowidzeniowaniem nie skompromituje.
Oraz twierdzę, że swój pozna swego i na swoich to jeszcze tam nie natrafiłam. No, może ze 2 razy.

Miałam nadzieję, że to tylko taki nieśmiały odruch, to nie mówienie. Wchodzisz gdzieś i pomykasz chyłkiem na stanowisko, bezdotykowo, bezkontaktowo, jak cień, w osłonie z milczenia. Ale jak wytłumaczyć, że jak się zdarzy jakiś śmiałek, jakieś indywiduum niedzisiejsze, które ma tak zakodowane, że przychodząc gdzieś do ludzi jednak owe sławetne ‘Dzińdobry’ wyduka, to nikt jej nie odpowiada? Nikt. Za to nagle następuje oglądanie sobie stóp, tudzież nieistniejącego sufitu z zamianą na niebo, albo przelotne patrzenie na delikwenta jakby był ostatnim egzemplarzem nielota dodo.

Rozumiem już proces wymierania ludzi dobrze wychowanych. Po prostu po jakimś czasie człowiek się poddaje. Ile razy można być zignorowanym, żeby się poddać?
Ale potem znowu ktoś mi przywraca wiarę w człowieka.

Raz niemal przewróciłam się z wrażenia, gdy po milczącym wejściu na plac boju przywitało mnie gromkie i radosne ‘Dobry wieczór!’, którego autorem był jakiś niewykluty do końca nastolatek z zaczątkiem wąsa. Porozmawiałam dyskretnie z jego ćwiczącą obok mnie mamą, jakiegoż to dobrze wychowanego potomka przytargała na siłkę. I ta rezolutna pani po wstępie (co dla niej i jej rodziny jest oczywistym w temacie kultury osobistej)  przeszła do opowieści o swojej pracy w sklepie.
‘Wie pani jak niewiele kobiet mówi ‘Dzień dobry’ po wejściu do sklepu? Im która lepiej ubrana, tym się gorzej zachowuje, fuka, prycha, trzaska drzwiami przy wyjściu. Ja zawsze mówię ‘Dzień dobry’ i ‘Do widzenia’, bo bycie uprzejmym to część mojej pracy, ale jest mi najnormalniej w świecie przykro, że jestem tak traktowana, jak jeden z wieszaków na ubrania.’

Zatem poddałam się, nie mówię już ‘Dobry wieczór’ tej z uporem i stuporem milczącej bandzie. I wychodzę też bez słowa.
Nie wiedziałam, że najlepsze dopiero przede mną.
Bo zawsze tak jest – dasz palec, wezmą rękę, przestaniesz mówić dobry wieczór to i reszta zachowań kulturalnych spłynie do rynsztoka.

A jest tak:
Po południu pojawiają się emerytki z wnuczkami. Wnuczki drą mordy, wspinają się na przyrządy, skaczą, ciągną za włosy. Nie to, żebym nie chciała zobaczyć reanimacji na złamanym kręgosłupie ośmiolatki rozochoconej wychowawczą niemocą babci, wszak interesuję się medycyną. Ale nie jest miło się pocić jak w łeb cię wali 1000 decybeli. W końcu obok jest przeznaczony do tego plac zabaw.
Emerytki jak przychodzą, mają klapki i spódnice. W klapkach niełatwo czegoś dokonać, za to łatwo z nich wypaść.
Dużo jedzą na tej siłce te emerytki. Np lody. Lody kapią. Albo owoce. Owoce przyciągają owady.

Wieczorami pojawiają się pary. Jakież to miłe zjawisko – ludzie atrakcyjni, podjeżdżający na rowerach albo wrotkach by wspólnie się pogimnastykować.
Niestety kurwią tak, że uszy więdną (bo oni są bardzo rozmowni, tylko w kierunku samych siebie oczywiście).
Albo palą papierosy, a dym leci wprost w nozdrza.
Albo matki z synami, też razem palą papierosy. Takie matki, co po nich widać, że niczego w życiu nie zaznały i niczego się już nie spodziewają. I zaczyna do nich docierać, że po tych synach też nie mogą się niczego spodziać. Więc dzielą, w letni wieczór, z owocem swoich trzewi, jedyne zainteresowanie, które ich łączy. Nie są to ćwiczenia.

Przychodzą też właściciele psów, oczywiście z psami. Psy się nudzą, szczekają na obcych.
Jeden pies w chwili nieuwagi zgwałcił mi butelkę mineralnej. No wiecie: przewrócił postawioną butelkę*, dosiadł okrakiem i zgwałcił. Odpędziłam go, ale wrócił i próbował zaślinionym pyskiem odgryźć butelce łeb (czyli korek). Jak zaczęłam na niego pokrzykiwać to właściciel psa się w końcu zainteresował:
– Soooorrry – ziewnął w moim kierunku. A następnie dodał leniwie: – Burek*, chodź...
Czekałam aż doda:
– Nie gwałć pani butelki, Burek, bo się spocisz!
Ale nie dodał, wziął Burka, koleżankę, i se poszli. Bez słowa. Bierzesz odpowiedzialność za to co oswoiłeś, przypominają mi się słowa z pewnej książki. Ale nie wszyscy to czytali. Poza tym nie ma pewności czy butelka sama nie jest sobie winna – może chciała? W końcu miała na sobie wyjątkowo krótką etykietę ;)

Czekam na ten moment gdy pies pogryzie wrzeszczące dziecko i nasika na wioślarza. Babcia wypadnie z klapek, wprost w tlące się pety, a ktoś powie Dobry, kurwa, wieczór. Kurwa!
Z utęsknieniem czekam na kondensację.

Ale to jest folklor, to jest antropologia osiedla, bracia i siostry, lejdis und dżentelmen.
Stygmat darmowości. Miejsce śmierci fantazmatów.
Nie zamieniłabym tego na nic innego. Mimo wszystko.
Tylko butelkę, tę puszczalską szmatę, musiałam zamienić na nową, wiadomo.

Dziękuję za uwagę.

* imię psa zmienione / imię butelki to Kinga Pienińska (mniam!)

...............................

A teraz przejdźmy do działu obrazkowego i zobaczmy jak zareklamować siłownie:

Zamiast ataku klaustrofobii w windzie najlepiej wywołać wyrzuty sumienia, że nie chadzamy po schodach ;)
No i oczywiście na krzesełku. Jeśli chodzi o panów to najlepiej odwołać się do argumentów poniżej pasa, np przyjaciół dawno nie widzianych...

I wykorzystać różne miejskie konstrukcje - przeciążony stojak na banery i plac budowy.


I takie zestawienie: dobry efekt można  osiągnąć nie tylko ładując na budynek siedmiopiętrowego Murzyna - wystarczy dobre copy ;)

Tymczasem na kobiety bardziej działa zestawienie przed-po (tu akurat mamy przykłady produktów około siłownianych, jak żarcie light i klub strażników wagi). No kto by litościwie nie wyrwał kawałka boczku!

Mamy też przypadek kłamania na fejsie - podczas gdy na siłowni wyjdzie szydło z worka, czy tam tłuszcz z gaci.
Mamy efekt mozolnego opuszczania jaskini otyłości





















I prosty, choć oczojebny, projekt z odwróconymi nawiasami
Na koniec - żeby dotuczyć jeszcze oczęta ;) - kilka pułapek które mogą czyhać w takich miejscach:

Wyższość ćwiczeń na świeżym powietrzu jest bezdyskusyjna!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...