Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziatwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziatwa. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 czerwca 2014

Opieka nad cudzym dzieckiem - ilustrowany i wielce pouczający poradnik dla singla

Ach, gdzież te czasy, że gdy się znajomym wspominało, że się szuka pracy, to w odpowiedzi słyszało się:
- Nic się nie martw, poszukamy ci czegoś, wici rozpuszczę, pan Henio Xawery chyba będzie miał jakieś zlecenie na zamiatanie nocą biura na 3 okładki nowych  poradników Benjamina Ibisza, dam mu twój telefon!
Teraz jak się nieopatrznie wspomni, ze się szuka pracy, to się słyszy:
- Czyli siedzisz w domu? To cudownie! To podrzucimy ci Franka w piątek, a sami pójdziemy do kina, bo dawno nie byliśmy. I jeszcze w środę o 13.00 bo mam dentystę i nie mam z kim zostawić.

Franek jest dzieckiem.
Ja jestem singlem.
To randez-vous nie może się skończyć dobrze.
A im Franek będzie młodszy a ja starsza tym będzie gorzej. A może całkiem odwrotnie?

W opiece nad dzieckiem najważniejsze jest zapoznanie się z instrukcją obsługi dziecka. Każda bluszczorośl, mimo posiadania odmiennego charakteru i usposobienia, jest zasadniczo podobna w obsłudze.
Poniżej kilka podstawowych zasad:



 Zgadzam się ze wszystkim oprócz ostatniego. Nigdy nie sprawdzamy co obce, znaczy się nie nasze, dziecko ma w pieluchach. Jeśli smród jest dojmująco nieujmujący spryskujemy dziecko deodorantem, owijamy dziecko kocem, wsadzamy dziecko do szuflady lub idziemy na zewnątrz go wywietrzyć.
Mam swoją godność i w kupach nie robię, jasne? 
Mogę ulepić balaska z plasteliny – tyle.

Franek jest starszawszy.

Pamiętajmy, że nie staramy się postawić na kreatywność i rozbudzanie w dziecku zainteresowań plastycznych. To się zawsze kończy źle. Chyba że jesteśmy w domu rodziców dziecka, a nie swoim. Wtedy co nas obchodzi to, że kończy się to źle. Przecież nie robimy tego dla pieniędzy, tylko z przyjaźni. A z Pollockiem i Twomblym przyjaźnimy się dłużej niż z rodzicami Franka ;)

(W końcu już Picasso powiedział, że 'każde dziecko jest artystą, problemem pozostaje pozostanie artystą w dorosłości'. Zatem korzystaj, Franku, i niech Pablo z okresu niebieskiego ci błogosławi.)

Dziecko jednak, w większości przypadków, nie chce oddawać się czynnościom kreatywnym a nawet domorujnującym, ponieważ współczesne dziecko chce głównie oglądać kreskówki.
- Puść mi bajki! – mówi dziecko zamiast dzień dobry i ta kwestia będzie się powtarzać niezależnie od tego, jakie zmienne wprowadzimy do sztuki dialogu.
- A teraz coś zjemy. Zjemy pysznego, zaprawionego chemią i przetartego na mazię kurczaczka ze słoika, mniam mniam!
- Ale puść mi bajki.
- Pójdziemy na spacer? Do parku, gdzie jest tyle pięknych drzew, na które można się wspinać i spaść na łeb...
- Nie! Puść mi bajki!
-..a jak się spadnie odpowiednio, to bajki się będą puszczać same samiuteńkie w naszej głowie do końca naszych dni bez potrzeby użycia telewizora i komputera, co ty na to?
- O! – mówi dziecko.
- No właśnie! – mówię ja ale po nieśmiałych próbach kreatywnego spędzenia czasu i wystąpieniu wstępnych oznak depresji wychowawczej...co robię? Puszczam bajki.

Próby bardziej ambitnego niż puszczanie bąków, tzn bajek, zagospodarowania dziecku czasu kończą się zazwyczaj nienajlepiej lub źle. Tylko przypominam.

 
Franek znowu urósł był.

Idziemy jednak na spacer.
Pod pozorem zabawy i kostiumologii przebieramy takowego w coś bezpiecznego, ale bynajmniej w nic inicjującego głupich pomysłów, jak podskoki czy w ogóle poruszanie się (obrazek lewy – obrazek prawy, kapewu?)
Poruszanie się zawsze się skończy źle, chyba że będziemy dysponować elastyczną trzcinką lub długą linijką (wersja retro) lub parasolem (wersja uniwersalna acz pogodowa) do korekty kierunku z punktu D (dom) do P (park) i zniwelowania tarcia materiału S (spodni o chodnik).
Zresztą – bądźmy szczerzy – które z dzieci, wchłonięte przez prawidła grupy rówieśniczej i posiadanie urządzeń w rodzaju tabletów czy aj-cosiów, zechce się w ogóle poruszać dłużej niż to absolutnie niezbędne? Otóż w większości przypadków nie zechce, a my będziemy mieli na ławce w parku 2 godzinki na lekturę powieści z dużą ilością soczystych scen, które, przynajmniej w powieści, nie prowadzą bynajmniej do rozmnożenia (uf).
Choć radziłabym zrobić jednak rozgrzewkę kardio, bo w końcu może się okazać, że jakieś wyrośnięte dziecko w luźnych dresach, wychowane onegdaj na bitwach patykami i grze w gumę,  wylezie gdzieś zza płotu i się ze społecznej  frustracji połaszczy na aj-cosia naszego podopiecznego. I trza go będzie gonić używając argumentów, która pokalają nam język i zostawią traumatycznie niepolonistyczny ślad w umyśle naszego pupila.
Wracamy zatem do domu.

Dobra wola, przyjacielskość i pomysłowość zawsze z czasem przegrywają ze złym wpływem plebejskich rówieśników i telewizji, na skutek których dziecku bliżej do rozhisteryzowanego dyktatora  niż słodkiej, bezbronnej  istoty z brzoskwiniową cerą i wielkimi, wilgotnymi oczami.

















Dlatego gdy przygoda z pilnowaniem dziecka się powtarza, hardziejemy i twardniejemy ostatecznie.
Wprowadzamy środki przymusu, opresji i perswazji. 
Stosujemy tortury oraz brak cukrów prostych.
Apage satanas ze Frankas!

Robimy to co najlepsze dla nas, bo najlepsze dla dziecka jest najwyraźniej nie tyle  zostanie wspaniałym ideowcem wierzącym w siłę wyobraźni i pasji i ciekawym świata ale gumowatym i rozlazłym konsumentem uzależnionym od figurek obaczonych w filmach Disney’a, lalek Barbiów, kart z piłkarzami, gier na konsolę, kreskówek oraz czipsów i napojów musujących.
(Przestałam już oceniać rodziców - ludzi czasem bardzo inteligentnych, ekologicznych, probiotycznych  i ogólnie – całkiem do rzeczy. Którzy i tak nie wygrają z tym, co z dziecka zrobi  szkoła pełna utopców. Nie ma szans. Nikt nie ma szans. Oni nie mają szans i ja nie mam szans.)

Nie lubię cię, przedstawicielu następnego pokolenia. 
Nie lubię cię bardzo.
Ale zrobię z ciebie kogoś do lubienia. 
(Halo, czy ktoś powiedział, że ja nie mam szans?)
Pokaże ci teraz jak jest w obozie zagłady, którego to, na skutek fartu historii, nie zdołałeś poznać.
Welcome to mama’s best friend camp.

Na początek dyktando, hahaha (demoniczny śmiech).
Zrobimy też 30 przysiadów dla wzmocnienia krążenia  i zobaczymy czy umiesz salutować gdy wypowiadam twoje imię. Nauczymy się na pamięć wierszyka i nazw drzew (czyli nie chcesz obiadu najwyraźniej?). Nauczymy się liczyć do dziesięciu. Po angielsku. Masz to w szkole i już umiesz, już się naumiałeś? Więc się po francusku nauczymy oraz jednocześnie nauczymy się jak się głupio nie podkładać, mon amie. A teraz narysuję ci człowieka bez skóry i poznamy nazwy wszystkich or-ga-nów. I jak się je sy-la-bi-zu-je. Wątroba, zobacz, to jest wątroba, organ o wiele ważniejszy od serca, w ogólnym rozrachunku. O, pacz, już wieczór? To tera marsz na balkon oglądać gwiazdy, dzisiaj Orion w pełnej krasie. 30 przysiadów dawno już nie robiłeś. I nie skończyłeś kolorować organów. Gdzie masz listki do zielnika, które zebraliśmy? Zgubiłeś? No to POŚPIEWAMY.

Nie rozśmieszaj mnie tym swoim żenującym ‘Puść mi bajki!’ tu safanduło, ty nieletni zgnilcu, ty disneyosynku. Wyrwę z ciebie te chwasty współczesnego zepsucia, choćbym się miała wysrać napisami z czołówki Gwiezdnych Wojen, wersja na konsolę.
Nawet jeśli nic nie zdziałam i będą to jedynie 3 godziny w tygodniu.

I nie, na wszelki wypadek, nigdy nie odwrócę się do ciebie plecami ;)

Choć oczywiście nie mogę być pewna czy dorosły Franek doceni te wysiłki i będzie mi na starość przynosił czekoladowe trufle do domu spokojnej starości.
Bo może wpadnie tylko po to żeby zaśmiać się demonicznie i...no, domyślcie się.


W następnej części Poradnika Singla do spraw dzieci obcych zaprezentuję listę pomocnych lektur.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Przypadek kuzynki z dzieckiem oraz o nadawaniu dzieciom dennych imion

Jadę sobie po dzielnicy na rowerze, we włosach wiatr. I nagle wpadam na mamusię. Cóż mateczka moja robi w okolicach? Ano załatwić coś musiała, taszczy jakieś siaty bidulka, to proponuję, że podwiozę je w moim stylowym rowerowym koszyczku, co zresztą jest propozycją pozornie tylko dla mamusi obiecującą, bo choć bez siat, to musi znaczniej tym swoim truchcikiem przyspieszyć, bo ja przecież jako rowerzystka godność swoją mam i z roweru nie zsiędę. Nie raz mamusię namawiałam na spacery zdrowotne, trekingi (kijki już zakupione), ale mamusia raczej statyczna jest, sport ma w poważaniu, więc proszę, naści, wygenerujemy przy okazji trochę ruchu.
I tak sobie idziemo-jedziemy, zmrok zapada. A za nami idzie ktoś, ktoś lezie, ktoś nas śledzi, czuję to wyraźnie. Choć mamusia strasznie dyszy próbując nadążyć za moim rowerem. Dyszy mamusia, zmrok zapada, paranoja narasta. W końcu się odwracam.
Okazuje się, że to moja kuzynka z dzieckiem. Która nie była pewna czy to my. Więc postanowiła za nami iść by sprawdzić, czy to my. Ja tam nie wiem – jak się od tyłu nie wie, czy to ktoś, kogo znamy, to się go ogląda od przodu, a nie wlecze jak rzep przyczepiony do ogona przez odległość dwóch przystanków. No ale co ja tam wiem. Kuzynka idzie z dzieckiem w wózku. Jest to jednak dziecko jakieś nowe, inne niż dotychczas, jednym słowem lepszy model. Pamiętam, że kuzynka miała dziecko siedmioletnie a takie dziecko na pewno nie zmieściłoby się w takim wózku. Zobaczmy więc ten nowy nabytek, mówię i nachylam się nad wózkiem. Kuzynka ochoczo odkrywa kołdrę i śpiwory lub kołderki i śpiworki – jeśli ktoś woli. Ukazuje się kawałek miękkiego i słodkiego różowego ciałka w otoczeniu smoczusiów i maskoteczek (notatka techniczna: wstawić zdjęcie misia, serduszek i jednorożca). Oraz jednocześnie ukazuje się pomarszczony jak kawał namoczonej kapusty obślizgły noworód (notatka techniczna: wstawić zdjęcie... sama nie wiem...;). Jest mi kompletnie wszystko jedno która wersja ponieważ do dziecka kuzynkowego mam stosunek jednoznacznie obojętny. Na wszelki jednak wypadek mówię:
- Och, och, kici kici, ach ach.


















Bo tak wypada. Bo zauważyłam, że wszystkie kobiety tak reagują na dzieci w wózkach wózeczkach. Bo nauczyłam się, że lepiej nie być jedyną kobietą, która ma minę jakby właśnie jej kamień nerkowy opuszczał moczowód. Asymilacja. Chociaż wiadomo, że jedyne dzieci, które mają szansę nam się szczerze podobać to nasza własne. Własne geny. Czy w dzisiejszych czasach można by powodowanym będąc wiarą w imperatyw powyższych nazwać dziecko Gen? czy to li tylko może być skrót od Genowefy i Eugeniusza?

Moje zainteresowanie przyciąga dopiero kwestia imienia. Mamy XXI w. i tendencję do anglosasowania się, a tymczasem imię kuzynkowego dziecia jest nieco passe i mógłby je nosić działacz polityczny lub prezes klubu gospodyń wiejskich, jest to imię z innej epoki, patetyczne, nie da się go zdrobnić bez podejrzenia o wiejską konsolidację, do której nie mam nic na przeciwko, sama bym wolała żyć na wsi, o ile mogłabym tam nie spotykać komarów za to samych Antków, Franków, Jasiów i Ignasiów. To imię jest denne. Zostało wybrane tak, żeby się dobrze komponowało z nazwiskiem. Żadnego sz na końcu imienia i cz na początku nazwiska, żeby, wiadomo, na konferencjach w Stanach za lat 30 żaden z zagranicznych kontrahentów anglosaskiego jęzora sobie nie połamał. Teraz to dziecko już mi się w ogóle nie podoba, fuj.

No więc zrobimy pogadankę o imionach w kulturze.
Skąd pochodzi twoje imię?


A teraz trochę o postrzeganiu imion oraz o imionach, które 'zdaniem eksperta budzą zdecydowanie pozytywne skojarzenia i mogą zwiększyć szanse dziecka na powodzenia w życiu':
"Jeśli chcemy, żeby imię naszej córki kojarzyło się z rzetelnością, to warto nazwać ją Bożenka. Istnieją duże szanse na to, że w przyszłości zostanie księgową. Imiona dobre dla przyszłych pielęgniarek to: Hania, Maria (Marysia?) albo Bogumiła (w wersji ocieplonej - Bogusia), ponieważ kojarzą się z życzliwością i ciepłem. Do imienia Henio przykleił się za to zawód hydraulika, a do Kazia kierowca! Jak wynika z badań, Polacy mają dokładne wyobrażenie osoby na podstawie samego jej imienia np. Anita, Karina, Zbigniew i Alfons uważani są za nadpobudliwych. Za dynamicznych uchodzą: Karolina, Sandra, Karina, Artur i Gerard, a sumiennych Klara, Zofia i Franciszek. Najgorzej na rozmowach kwalifikacyjnych mają Danuta, Mariola, Stanisława, Bogdan i Zenon - w oczach Polaków uchodzą za mało inteligentnych."
źródło: 'Imiona stygmatyzują - Nikola i Dżastin skazani na niepowodzenia w życiu?' 




A tu materiał min o najdziwniejszych imionach dzieci gwiazd czyli Ocean, Sonet, Prawda, Jesień, Jabłko, Puma i Mars. Czyli jednak może być gorzej, ha. 
źródło: 'Tu rządzi Marysia! Nowa obsesja na punkcie imienia dziecka' 


UPDATE:
Jeszcze sobie przypomniałam o pewnej liście 100 most popular baby names of 2013
(Jakby się komuś nie chciało, co całkowicie zrozumiałe, zaglądać, to zdradzę, że zwycięzcami są Sophia, Emma i Olivia oraz Jackson, Aiden i Liam.

niedziela, 14 lipca 2013

Letni pojedynek packarski powodem do zmniejszenia demograficznego niżu oraz jak doszłam kto mi ukradł mięso ;)

Weekendowe ogródkowanie się z grillem w tle jest jednak ciekawsze (oraz bardziej kalorie spalające) z udziałem dzieci. Z jakiego innego powodu mielibyśmy się gonić dookoła altanki, łazić na czworakach, wszyscy wszystkich klepać packą w zadek i w końcu umyć starą balię, żeby w niej urządzić basen dla plastikowego rekina, nakarmionego następnie znalezionymi pod drzewem śliwkami?
Cóż, może jeszcze z powodu magicznych grzybowych  pigułek, ale to nie moja bajka.

Niektóre spotkania dzieci niewątpliwie uatrakcyjniają – nie, żeby bez dzieci było niefajnie i nudno, ale z jakiego innego powodu miałabym proponować strzelanie z łuku, palenie ogniska w piecyku, wspólne oglądanie robaków i zabawy w wiązanie (gdy zostałam pojmaną księżniczką ;)?
Myślę, że bez dzieci byłoby to jakieś dziwne co najmniej (zwłaszcza wiązanie ;).
Że sobie tak, dajmy na to, siedzimy my, zblazowani dorośli, z kawką i papieroskiem i omawiamy rozpadające się małżeństwa i przygodne seksy i nieludzkie podatki i sezon ogórkowy w teatrach, a ja tu ni z tego ni z owego idę dolać rekinowi świeżej wody oraz klepię packą mojego gościa w zadek, który on posłusznie wypina.
Nie bardzo to widzę.

No ale mieć na co dzień taki maraton sportowy to też nie. Zadyszka zabija zapewne więcej ludzi niż papierosy ;). A poza tym to się udaje tylko z ŁADNYMI, pociesznymi  i śmiesznie mówiącymi dzieci. Nie z rozkapryszonymi, przemądrzałymi albo mordy drącymi i kupy walącymi bachorami, które jedyne czego pragną to być w centrum uwagi. Bo to JA mam być w centrum uwagi, żeby była jasność ;). A kogo ci przyprowadzą zaproszeni rodzice to zawsze wielka niewiadoma. Niedawno A. przyprowadziła swojego ładnego, pociesznego i śmiesznie mówiącego synka. Przyniosła też pyszne muffiny własnego wyrobu, które następnie zjadł tenże własnego wyrobu syn.
Nie ma więc idealnych rozwiązań.

Aaaaby unieruchomić niesformne dziecko należy mu zaproponować zabawę w centaura  ;)
"Ten młody zdusi centaury (...)
Do nieba pójdzie po laury (...)"
(Poprzestałabym na zacytowaniu, gdyby nie to, że teraz, być może, w ramach poprawności politycznej należałoby też dodać drugą wersję, islamską, że 'będą w niebie na niego czekać 72 Laury' mianowicie...hm)
...
Dobra rada: na gardenparty trzeba robić zdjęcia, dużo zdjęć, które później ulegną skasowaniu, nie mając żadnej wartości artystycznej, jeno li tylko dokumentalno-kryminalistyczną. Np to, że I. wyszła z gardenparty z karkówką w dłoni  wyszło dopiero na zdjęciach właśnie. Po dwóch godzinach szukania (bo se tą karkówkę odłożyłam po skończeniu grillowania na obiad dnia następnego ;)
Nie ma idealnych zakończeń.

No to teraz kilka sprzętów podnoszących jakość grillparty do poziomu europejskiego:
Mało inwazyjny przestrzennie grill ścienny, przydatny zwłaszcza w czasie niespodziewanego deszczu ;)









Ekologiczna ławeczka z wieszakiem na torebki
Lampy solarne. Ponoć solarny motylek z Biedro to hit tego sezonu
Hamaczek oczywiście, w ustronnym miejscu gdzieś, na tyle szeroki, żeby się na nim pomieścić razem z książkami (do tych zaciskających się na człowieku niczym siatka na szynce nigdy mnie nie ciągnęło ;)
 Malownicze kwietniki urządzone w starych gratach, podwyższające walory estetyczne obejścia
















I jako wisienka na torcie, oznaka ziemiańskiego luksusu: JACUZZI. Kapitalne, kanibalne, wszystko jedno.

No to bawcie się dobrze, zanim znowu zacznie padać.

sobota, 1 czerwca 2013

O dzieciach nie dla dzieci czyli jak nieładnie grzebać dziecku w majtkach

Znacie ten dowcip?
Pyta się ciężarna podczas badania USG:
- Panie doktorze to chłopak czy dziewczynka?
- No wie pani, na tą odpowiedź to trzeba poczekać przynajmniej kilkanaście lat...
.......
Jest taka nowa religia i się ona nazywa Dla dobra dzieci. Wszystko nią można wytłumaczyć i usprawiedliwić – no bo wiadomo: dla dobra dzieci. Z tym się nie dyskutuje.

W imię tej nowej religii można wszystko. Można rodzicom, ot tak, odebrać dziatki [klik]. Problemy są jakieś wychowawcze? No to odbieramy, szlus i po problemach - teraz rodzice muszą się skupić na zarabianiu mamony na adwokatów, żeby pociechy odzyskać, więc nie mają czasu na to, żeby je źle wychowywać. Państwo je natomiast w odpowiednim przybytku u obcych ludzi lub w ochronce wychowa bardzo dobrze i jeszcze się potem dorzuci na terapię. Co za gest. 

Jeśli jednak państwo zdecyduje dziatki u rodziców rodzonych zostawić, to i tak nie zostawia możliwości, by je wychowywać po swojemu, tylko tak, jak należy, po europejskiemu, w nowym duchu samoświadomości i szerokiego spektrum możliwości [klik]. Rodzic niby najlepiej zna etapy rozwoju dziecka i jego wrażliwość, ale państwo dziecku na wszelki wypadek zaordynuje edukację, w postaci terapii wstrząsowej, odgórnie. W promocji. Co za gest.
No ale wiadomo - gest do gestu i ani się obejrzysz, dzieciaku, a robi się z tego robi stosunek seksualny. Do którego zanim przystąpisz, to powinieneś wiedzieć, po której stronie seksualnej barykady [klik]. I wspomagane gremium psychonaukowym, żadnym tam wiejskim znachorstwem, da ci państwo na tą decyzję najlepszy czas antenowy, między bajką o króliczku a wycinanką z żabką, czyli jak masz 6 lat. Powodzenia!

Od razu mi się przypomina przeczytane w młodości opowiadanie Philipa K. Dicka o 10-letnim chłopcu, który ucieka z domu, bo jego zawiedziona wychowawczo matka, postanawia się jednak zdecydować na aborcję. Możliwą do 10 roku życia dziecka. Co oczywiście było głosem w sprawie prawa do aborcji pisarza, zranionego decyzją żony (zranionej psychozą męża ;). Niemniej nasuwa się jeden, jakby, wniosek. Dla pewnych kwestii jest pewien odpowiedni, nie zahaczający o tereny absurdalium, czas na decyzje. I nie jest to 10 lat na aborcję ani 6 lat na decydowanie o swojej płci i technikach masturbacyjnych. Ani 3 rano po ostrym picu i macankach na imprezie integracyjnej pracowników WHO dla wymyślania cudów-wianków w kwestii edukacji seksualnej i rodzinnego prawodawstwa. Tak, do was mówię, panowie i panie decydenci. To taka subtelna granica dzieląca odebranie rodzicom możliwości wychowywania swojej własnej puli genów wedle własnego uznania i totalitaryzm.

No to jeszcze kilka kadrów w temacie

"Dziecko jest jak walizka, którą pakujemy latami. Wszystko, co się w niej znajduje, kiedyś musieliśmy tam włożyć"
(Wojciech Eichelberger)
......
Przypominam, że w zeszłym roku na Dzień Dziecka zamiast ciężkiego kalibru utyskiwań zaprezentowałam lekki worek z prezentami [klik] ;)

środa, 8 maja 2013

Pariasi Europy czyli po maturze























Dziś, w jakże pięknym pomaturalnym dniu, wspomogę się cudzymi ustami - ustami specjalisty. Który rzecze tak:
- Zmierzamy ku katastrofie. W PRL była sowietyzacja, dziś jest amerykanizacja w szczególnie uległy sposób – mówi w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk i członek Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów.
Jak twierdzi ekspert, z edukacją w Polsce jest bardzo źle. Dodaje, że już nawet w Stanach Zjednoczonych osoby odpowiedzialne za kształcenie młodego pokolenia zrozumiały, że testy to ślepa uliczka.
- Testy nie mierzą głębi wiedzy i jej zakresu, ale powierzchowne umiejętności i kompetencje. Tymczasem wiedza uczniów jest wynikiem nie tylko pracy nauczyciela z uczniami, ale także ich samokształcenia, umiejętności i samodzielności uczenia się, a przede wszystkim jest uwarunkowana pozycją społeczno-ekonomiczną środowiska rodzinnego uczniów, zwłaszcza wykształceniem ich rodziców – mówi Śliwerski.
Według niego "rynek oświatowy opanowała ukryta prywatyzacja", gdyż do edukacji publicznej przenosi się "rozwiązania znane z firm, koncernów, zobowiązujące do pilnowania efektywności, optymalizacji kosztów i zysków". – Innymi słowy jakość polskiego szkolnictwa mierzy się unijnymi wskaźnikami, które warunkują, gdzie trzeba zaoszczędzić, ograniczyć środki z budżetu, ciąć etaty – dodaje.
Śliwerski zaznacza, że obecnie sfera edukacji przypomina chińską fabrykę, gdzie liczy się cena i ilość, a "jakość to rzecz wtórna".
(...) Według rozmówcy "Dziennika Gazety Prawnej" obecny system edukacji służy tylko temu, aby "spełnić oczekiwania unijnych ekspertów" i "dobrze wypaść w ich miernikach". Nikt natomiast nie myśli o tym, jak polepszać efekty kształcenia.
Profesor nauk humanistycznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie podkreśla, że o dobru ucznia kompletnie zapomniano.
- Szkoła nie uczy uczniów już umiejętności związanych z krytycyzmem, analizowaniem zjawisk w kategoriach przyczynowo-skutkowych, wyciąganiem wniosków. To zostało zredukowane przez samych nauczycieli. Nie dlatego, że nie chcą tego uczyć, ale takie są dzisiaj podstawy programowe – stwierdza Śliwerski.
Jego zdaniem "młodym ludziom proponuje się dziś wiedzę typu instant, (...) a test buduje się na zasadzie teleturnieju »Familiada«".
-Wypuszczamy pokolenia nastawione zadaniowo, egoistycznie, unikające zagrożeń. A przecież istotą edukacji powinno być wykształcenie osobowości żyroskopowych, wewnątrzsterownych, kierujących się własnym rozumem, sumieniem, wartościami i poczuciem odpowiedzialności – twierdzi.

Hm. Ja tam byłam kształcona w innych czasach i  jestem nastawiona daniowo ('panie pracodawco, cokolwiek mi proszę za tę pracę daj'), altruistycznie ('wezmę cokolwiek za ilekolwiek') i nie unikam zagrożeń (bo składki płacone Zusowi i Ofe to ruletkowy hazard najwyższego sortu)

Śliwerski przytacza dane z raportu Komitetu Prognoz PAN "Polska 2050". Jak przyznaje, dane są porażające. – Inne kraje będą się rozwijać szybciej, świat będzie dążył do gospodarki i cywilizacji wiedz, a nasza edukacja, jeśli się nic nie zmieni, temu nie sprosta. Staniemy się pariasami Europy – mówi. 

Oj tam oj tam. Zresztą kto z młodych dziś wie co to parias?
W Familiadzie nigdy o to nie pytali ;)






















Bo siła jest w nas...






artykuł - źródło [.]

wtorek, 26 lutego 2013

Dziecko niedouczone pszyszłosciom narodó czyli rodzinne imperium głupoty i ignorancji w natarciu

'Niektórzy sądzą, że mają dobre serce, ale to tylko słabe nerwy.'
(Marie von Ebner-Eschenbach)





















Co za fatalny dzień, co za rozpacz. Od czasu do czasu, kiedy już pogodzę się z faktem, że z mojej kariery nic nie będzie, postanawiam się zająć jakąś nierentowną pracą dla dobra ogółu. Społeczności tak zwanej ludzkiej. Najlepsze są zajęcia w rodzaju zbierania papierków czy dystrybucji żarcia. Zajęcia obejmujące kontakt z drugim człowiekiem (tym potrzebującym) są niewskazane. Są niezdrowe i frustrujące. Warsztaty są frustrujące, bo choć przez chwilę wszyscy mają wrażenie, że mogliby być kimś innym, że świat to obietnica i dalejże i hopsasa to potem oczywiście następuje plask na pysk. Bo życie jest mistrzem olimpijskim w podnożnym rzucaniu kłód. Bo życie to nie warsztaty, „życie powstaje w brudnopisie, staczać się trzeba powoli, żeby starczyło na całe życie” – pisał Kofta. Ale świat przyspieszył, świat się przekrzywił i teraz człowiek się musi ekspresowo stoczyć, zanim się porządnie nauczy chodzić. Zajęciach indywidualne są frustrujące razy osiem, człowiek ulega np. snuciu wizji, jak by tu też boleśnie uśmiercić ministra edukacji, za to co zrobił z polską szkołą. Użyć raczej chemii czy fizyki? Dla humanisty to dylemat trudny. 
Ostatnio zostaje mi przez los podesłane dziecko ze znajomej poniekąd rodziny nie-takiej-bardzo-znowuż-patologicznej. Oficjalnym celem tej wojny światów jest poprawienie wyników szkolnych z angielskiego, uczonego przez lat prawie trzy. Tymczasem okazuje się, że znajomość angielskiego sprowadza się li tylko do dwóch słów, przedstawicieli niepełnej wielce rodziny: ‘dog’ i ‘mum’. W tej rodzinie jest wielce niewesoło, bo nie wiadomo nawet, co też mamy po przestawieniu liter z ‘dog’ na ‘god’. A bez boskiego patronatu to my za daleko nie pojedziemy. Im głębiej kopiemy, tym pewniejsze jest, że nie dokopiemy się do złota i diamentów, będzie to raczej jakiś stęchły trup z gnijącej szafy przeciętnej polskiej podstawówki. Ponieważ niestety nie zaistniała w tem przypadku znajomość czytania i pisania po polsku nawet. Literów jest dużo i kto chciałby je tam z uporem maniaka składać w te i nazad. Nie istnieje znajomość naukowej nomenklatury takiej jak czasownik a co dopiero rzeczownik, biernik czy miernik to jednakie narzędzia tortur. Przynajmniej wiadomo, co to celownik, to ma każdy gracz. Jak bez celownika w grze komputerowej, co jest jedynym zajęciem pozaszkolnym, uczynić (circa) 132 trupy w pół godziny? Natomiast 7+4=9.
Trzecia klasa, nieprawdaż.
Jedyna korzyść z zajęć z tą ofiarą podstawówkowej edukacji to ta dla mej urody – oczy wyszły mi na wierzch tak, że już nie trzeba ich będzie malować w celu żeby się optycznie wydały większe. Bo są już większe od biustu :I
A to tylko jeden przypadek. Przypadek, który mi dumnie zaprezentował wyrzeźbione w tabliczkę czekolady mięśnie brzucha oraz z dumą jeszcze większą poinformował, że nie przeczytał w życiu żadnej książki. Że nie musi przecież umieć liczyć, bo od tego są kalkulatory, że nie musi znać języków bo wynaleziono gógltranszlator.
To nie tak, że chłopak nie był grzeczny (był) i nie wyrażał chęci do współpracy (starał się). On mi po prostu zaprezentował swój świat. Rodzinną galaktykę głupoty i ignorancji, która nie leży miliardy lat świetlnych od mojej planety, ona się znajduje drzwi w drzwi, po sąsiedzku.
A takich rodzin, takich dzieci jest legion.
Boże! Spuść zasłonę miłosierdzia. O ile istniejesz.

Finał tej historii jest taki: szczerze powiedziałam rodzicom, że dziecko ma ogromne edukacyjne braki, poradziłam, na czym należałoby się skupić, wręczyłam materiały pomocnicze i zadeklarowałam chęć goszczenia tego pacjenta umysłowego leprozorium (używszy rzecz jasna słów bardziej eufemistycznych) częściej niż raz w tygodniu. ZA DARMO (naszło mnie, kurwa mać, na jakąś misję pro publico bono!)
Więc się rodzice obrazili, że ich POUCZAM i że bez przesady, skoro chłopak jakoś zdawał do tej pory, albowiem nikt im nie będzie udowadniał związku znajomości alfabetu z przechodzeniem do klasy wyżej... I nie będę ja ich pouczać jak nauczać, wiedza szkolna przenika bowiem do organizmu dziecka przez osmozę ze szkolnej ławki, a nie dzięki pracy na ugorze domowym.
„Ambicja to ostatni bastion porażki” – jak powiedział Oscar Wilde.
W tym przypadku ambicja rodziców to ostatni bastion porażki dziecka.
Smutek.
Niewypowiedziany smutek.





















Już chyba lepiej tak

środa, 19 września 2012

Do szkoły, głupcze! Czyli witaj szkoło czyli plan lekcji jest następujący:

 1. JĘZYK POLSKI













2. MATEMATYKA

"Dziecko samobójcy będzie w naturalny sposób myśleć o śmierci, tej prawdziwej, jako logicznym rozwiązaniu dowolnego problemu - nawet prostego zadania z algebry. Pytanie: Jeżeli farmer A może zasadzić 300 ziemniaków w ciągu godziny, farmer B potrafi sadzić je o połowę szybciej, farmer C potrafi sadzić ziemniaki o jedną trzecią szybciej niż farmer B, a na jednym akrze należy zasadzić 10 000 ziemniaków, ile dziewięciogodzinnych dni jednoczesnej pracy będą potrzebowali farmerzy A, B i C na obsadzenie 25 akrów ?  Odpowiedź: Chyba palnę sobie w łeb."
(Kurt Vonnegut) :D
2.HISTORIA












3. BIOLOGIA





 

4. CHEMIA

5.RELIGIA


















DO FINAŁU, dziadki, nie tak znowuż DALEKO

 













Może się wydawać że post spóźniony, ale ja zawsze zaczynałam zajęcia szkolne tak gdzieś w połowie września właśnie, po tych wszystkich obozach i wyjazdach integracyjnych wymrażających mój nastoletni tyłek.
Z ciężkim sercem czytam te wszystkie blogowe wynurzenia nauczycieli, zwłaszcza o podstawach programowym... są tak przygnębiające, że żal ściska... pewną część ciała należącą zasadniczo do działu biologii, w której jednak zmieściłby się cały plan lekcji ;)
Temat klamra.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...