Pokazywanie postów oznaczonych etykietą części ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą części ciała. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

Horror okulistyczny czyli co gały widziały, zanim się zbadały

Mijają już dwa lata od czasu, gdy byłam u okulisty po skierowanie. I rok, odkąd byłam na zaordynowanych mi badaniach. Najwyższa pora wybrać się po diagnozę. Dziękuję ci NFZ-ecie kochany, że nie pozwalasz mi na jakieś histerie, hipochondrie. Dwa lata ciągną się jak guma z majtek, cnota cierpliwości umacnia się. Oczy były tam gdzie są.















Badania okulistyczne były straszne. Prawdziwy horror. 
Powiem wam jak było.
Ale najpierw, żebyście wczuli się w temat, reklamówka tak cudowna, że gałki lizać.


Najpierw okulistka kazała mi wsadzić głowę do pudła z białym ekranem w środku (dla wtajemniczonych: perymetr, w branży zaś znane jako matrix, od nazwy urządzenia). I na tym ekranie, w różnych miejscach, pojawiały się kropki, a ja miałam na nie patrzeć. Nie wydaje się to straszne, chyba, że się ma okulary w fikuśnie grubych oprawkach. Połowy kropek natenczas za tymi oprawkami nie widać, więc człowiek zaczyna kręcić głową.
- Proszę nie ruszać głową! – krzyczy okulistka.
Ale tak bez ruchu to się człowiekowi zaczyna jednak nudzić i trochę przysypia z głową w tym pudle.
- Proszę patrzeć na kropki! – drze się okulistka.
- Proszę na mnie nie krzyczeć –  mówię, bo mnie te wrzaski obudziły.
- Proszę patrzeć na kropki! – drze się okulistka.
- Proszę na mnie nie krzyczeć!  Nie mogę patrzeć na kropki w takich stresujących warunkach! – drę się ja.
Wtedy do gabinetu wchodzi rzeczona okulistka. Okazało się bowiem, że  polecenia wydawało mi samo, zautomatyzowane pudło z kropkami. Okulistka mnie zostawiła z tą głową w tym automatycznym pudle i wyskoczyła na plotki do recepcji czy tam gdzieś. Ale następnie okulistka zajrzała do gabinetu w celu sprawdzenia, co to za wrzaski. A to ja dyskutowałam z pudłem. W matrixie ;)

No ale jak się idzie na badania z samego RANA, przed pracą, przed śniadaniem, przed kawą, w fazie nie do końca zakończonej fazy Rem, ciągnąc za sobą wystające ze spodni pasiaste porcięta pidżamowe, to nie można liczyć, że ogarniemy różnicę.


















Potem technik okulistyczny usadził mnie na fotelu i do ręki wziął przyrząd, wyglądający, toczka w toczkę, jak wiertło do borowania zębisk – z tą różnicą, że to nie-wiertło było zakończone kulką (dla wtajemniczonych: pachymetr, który okazuje się nie być jednak synonimem termometru ;). Badanie polega na wrażeniu mi tegoż przyrządu do oka, w celu zmierzenia grubości rogówki. Takie szybkie dotykowe bim-bom. Bim w jedną gałkę, bom w drugą. I to straszne pytanie pojawiające się w trakcie: czy moja rogówka jest gruba? I czy to źle czy może właśnie dobrze? No i okazuje się, że lepiej jak jest gruba, ta rogówka, w przeciwieństwie do reszty ciała.

Próbując instynktownie uniknąć kontaktu z kulkowym okowietłem, które trzymał nade mną technik, wciskałam głowę tak mocno w oparcie fotela, na którym siedziałam, że przysięgam, że od tego czasu mam jakby bardziej płaską głowę. Po bim w prawym oku przyszło mi do głowy, że to kulkowe okowiertło tak sobie leżało na tej podstawce.... sama widziałam jak poprzednia osoba też z jego powodu zmiażdżyła sobie czaszkę o oparcie fotela, a nikt go jakby nie zdezynfekował.
- Dlaczego pan nie zdezynfekował tego kulkowierła? – pytam. – Przecież widziałam! Leżało, jak leżało, a potem mi go pan wraził do oka bez dezynfekcji!
Technik patrzy na mnie bez zrozumienia kompletnie. A przecież w powietrzu latają jakieś kurze, jakieś martwe naskórki, jakieś zalążki rzeżączki i opryszczki i nie jest powiedziane, że sobie to wszystko nie przycupnęło przed badaniem na moim pachymetrze, aaa.
Widać, że z samego rana technik nie ma ochoty na awantury.
- Prosz – mówi technik i czymś tam polewa wiertło kulkowe i przeciera. Mam tylko nadzieję, że nie spirytusem salicylowym. Mam nadzieję, że to jakieś krople z pseudoefedryną, które dadzą mi kopa na cały dzień ;)

No ale zło się już stało. Lewe oko uratowane, ale prawe to mam wrażenie, że mi już nie działa, już mi się prawdopodobnie jakaś franca w nim rozwija. O mujeju, panika. Słyszałam, że ludzie sobie do oka mogą przenieść na rękach france przeróżne: np opryszczkę - wystarczy, że dotkną najpierw zainfekowanych ust (opryszczki wersja I) albo podrapią się wcześniej po wszędobylskich jajach (opryszczki wersja II). Co z tego, że ja zachowuję się sterylnie i dbam o oczy, i w nich nie gmeram, skoro przede mną na fotelu mógł siedzieć jakiś bakteriologicznie podejrzany jajogrzebacz i jego franca przeniesie się teraz na mnie na kulkowietrle? Fuj.





















Potem mi jeszcze wsadzili brodę na podstawkę i przysunęli do czarnego pudła z czarnym ekranem i błyskali po oczach czerwonymi laserami (dla wtajemniczonych: badanie HRT i GDx). Ale tu nie ma nic ciekawego do opowiadania. Uspokoiłam się natomiast trochę, stwierdziwszy, że taki laser to mi na pewno uwędzi i zwęgli te straszne fujofuje, które zapewne już rozpakowywały plecaczki i budowały pierwsze szałasy w celu kolonizacji mojej dziewiczej, gałkowej planety.

Ogólnie jest jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, który idzie sobie spokojnie przez las, aż go nagabuje wilk. Wilczysko grozi, że podotyka Kapturka tam, gdzie go jeszcze nikt nie dotykał. A Kapturek na to prycha:
- To chyba w koszyk!
Jeśli o mnie chodzi to proszę bardzo, wszędzie, nawet w koszyk , tylko nie w gałkę! Fuj.

fot. Marc Quinn, IRIS 


Kiedyś, gdy nosiłam szkła kontaktowe, sama strasznie molestowałam swoje gałki. Każdy nosiciel szkieł kontaktowych to zna: przychodzi taka impreza po której próbuje sobie nosiciel zdjąć już raz zdjęte szkła kontaktowe. Maca, szczypie, drapie gały, a szkieł jak nie było, tak nie było, bo były gdzie indziej: w pojemniczku, na podłodze, na chłopaku, co odszedł w siną dal... zależy od imprezy, nieprawdaż ;).
Nevermore, amigos. Never more.
Jestem od tego czasu nosicielem stricte okularowym. I mam dowody na intelektualną wyższość okularników ;) [klik]
Nie jestem natomiast nosicielem ani  katarakty, ani zaćmy, ani jaskry ani opryszczki. Uf.
No ale wiecie: idźcie i też się przebadajcie. Najlepiej po południu ;)

Ten post jest sponsorowany przez Światowy Dzień Wzroku (World Sight Day), który wypada 11 października, jak donoszą jedne źródła, albo w każdy drugi czwartek października, jak donoszą inne. W taki dzień warto się zastanowić nad chorobami wzroku, których medycyna jeszcze NIE UMIE leczyć, jedynie spowalniać. Jedną z nich jest jaskra.
Piszę o tym, żeby było jakoś mądrzej, żeby tak jakoś bardziej lajfstajlowo wypaść, a nie tylko jak niemota kropkowa i bakteriologiczna panikara ;)

 Otóż jaskra to podstępna sucz jest. Zaczyna się niewinnie, np jaskrę miał jeden z waszych antenatów. A potem to idzie tak: bóle głowy, nadciśnienie albo niedociśnienie, zimne stopy lub ręce, krótkowzroczność, stres. Albo może jeszcze stosujecie środki antykoncepcyjne (nie, tego nikt wam nie powie oficjalnie, ale to jeden z czynników podnoszących ryzyko). Albo braliście (leczniczo) sterydy. Albo palicie papierosy. Albo macie cukrzycę. Albo mieliście jakiś uraz oka. Albo skończyliście tzw czydziestkę. Albo po prostu macie pecha i podstępna sucz was dopada tak czy siak, bez tych wszystkich objawów, choć wystarczą trzy z nich. Dlatego warto się zapisać na badania. Z naszym ukochanym NFZ-tem to i tak pewnie będzie się ciągnąć jak guma od majtek.
Dla tych którzy już załzawili się ze strachu daję linka do instytutjaskry.pl

A teraz piękne zdjęcia autorstwa Suren Manvelyan (extreme close-ups of human eyes) 
A tu link do intrygujących oczu zwierzęcych tej samej autorki [klik]















Nie mogłam się zdecydować jakie kolory wam tu wybrać, w końcu padło na niebieski, zielony i brązowy... tak jakby ;)
 
Ciekawostka okulistyczna: jak donosi Wikipedia pole widzenia u człowieka wynosi 180° lub 240° . No i otóż widziałam to na własne oczy: 240° albo i więcej miały kobiety na tej imprezie [klik].
A u takiego konia (co mię zawsze interesowało w dzieciństwie, po co mu te klapki na oczy) wynosi 360°−3° (te 3° to ślepy obszar za głową). Natomiast kaczka i królik dysponują rozpiętością widzenia aż 360°, co mi się wydaje dziwne, bo chyba też mają tył głowy, hm.

No to teraz mogę już spokojnie wziąć udział w konkursie na Miss Lovely Eyes Contest (Florida, 1930's)

niedziela, 24 sierpnia 2014

O piersiach na plaży i wszędzie indziej czyli eksponujmy bufety, drogie panie

Drogie panie, dear gendermen. Naoglądałam się w tym letnim sezonie relatywnie mało męskich spoconych klatek piersiowych w duecie ze spasionymi kołdunami, eksponowanymi nieodmiennie na skutek upałów. Na środku trotuaru oraz w autobusie - żeby nie było, że w stosownych okolicznościach. Nie mniej żeby żadnego to też nie. Znaczy się postępu nie ma, tylko zimnawe lato było.Zatem prokuruję feministyczną pozwę byśmy się w ramach równouprawnienia również wyeksponowały z bufetami. I też nie tylko na plaży, w stosownych okolicznościach, ale i wszędzie. Końcówka lata się zbliża, więcej okazji nie będzie.
Tymczasem prokuruję niniejszym feministyczną pozwę, aby i kobiety się w końcu w ramach równouprawnienia
Zainspirował mnie do tego nowy trynd noszenia cielistych biusthalterów, które podobno podbiły zachód (oraz pewnie niejedno oko, bo jak widzimy bez usztywniaczy , a czasem trzeba gdzieś podbiec ;). 
Mit, że nasze babki paliły kiedyś biustonosze upadł ostatecznie i został wygryziony realistycznym nadrukiem sutka.
Wiadomo że lato pozwala na więcej w kwestii odsłon, lato to sezon urlopowy, a więc plaża, a każde miasto ma jakąś rzeczułkę czy strumyczek, a więc i nadbrzeże i zawsze możemy tam akurat z drugiego końca miasta iść w bikinim. Ergo zatem: można.
Nieznane nie nęci powiedział Owidiusz. Ale on umarł, to po pierwsze. A po drugie spada nam dzietność w narodzie, więc nęcić przyrodzeniem mlecznym trzeba, to kwestia patriotyzmu. Kiedyś byłam na mieście w dużym dekolcie, akurat się jakiś tłum rozstępował, bo była manifestacja, parada lub może maraton i spotkany przypadkowo żołnierz się zaoferował, że mię odprowadzi, gdzie tam akurat idę. I mi powiedział ten osobnik dumnie, że pochodzi z rodziny patriotystycznej. Więc może to nawet kwestia patriotystyzmu. W każdym razie jestem pewna że dekolt to uczynił. Dekolt wzbogaca nawet słowniki.

Inwentaryzację zaczniemy od plaży. Bardzo fukam wewnętrznie na estetyczną opresyjność społeczeństwa wyrażającą się min jako cartoony obśmiewające damskie zwisy.














Dużo niebezpieczniejsze są silikonowe spęcznienia, które również, nie oszukujmy się, ulegają grawitacji, chyba że się je umieści nie w samym cycu, ale POD mięśniami, co jest okropne i dopuszczalne TYLKO w przypadku portmonetki, jak się idzie na praski bazar ;).
Doprawdyż nie wiem jak te aktorki mogą zarabiać na życie z taką fuszerką z przodu...

Silikon zawsze mi się będzie kojarzył z inercją umysłową i kobietami o stygmatyzujących społecznie a nizinnie imionach.
No proszę jak ciągnie ta grawitacja!

Poza tym nie wiem po co ładować w siebie silikon, skoro można zastosować metody naturalne. Co do kapusty, to pouczona przez babcią zawsze sądziłam, że wyciąga ona opuchliznę, np z siniaków czy zwichniętej kostki. Logicznym by było jednak, że gdy napcha się jej do stanika, to cokolwiek i jakimi kanałami to tajemne warzywo ciągnie (limfę, tłuszcz, whatever), piersi powinny nieco wezbrać.

Można też założyć pushupa. Należy z tym jednak uważać, gdyż zarówno pozwalanie piersiom na wychodne, każdej pod inną pachnę, jak i robienie unicyca przodownika nie dodaje nam uroku. Rozwiązaniem jest droga środa czyli zostawienie przesmyka, którym pot będzie się nam lał to miseczek. Reaktory należy chłodzić, nieodmiennie.
Poniżej reklama zbliżeniowa. Nie wiem czy niedoedukowana młodzież zrozumie o jakie postacie polityczne chodzi. No ale zrobienie wersji z Merkel i Putinem nie miałoby sensu przecież.
No i te koszta...

Należy  pamiętać, iż z praw eee trygonometrii wynika, że biusty zawsze będą żyły własnym życiem i tańczyły własny taniec. Jak w każdym przypadku gdy do walca dołączymy dwie kule w styczności mniejszej niż średnica (tak, zbliża się rok szkolny, drodzy państwo. Tak musiałam zgooglować, że nie chodziło mi w tym skomplikowanym wywodzie o cięciwę ;)
Niektóre tenisistki na skutek utraty równowagi oddają całe sety i potem piją z rozpaczy, też sety.

Pamiętajmy też, że niektóre kompulsywne zachowania doprowadzają do uszkodzenia piersi np celebryctwo doprowadza do amputacji (vide Angelina)
a spanie na brzuchu czy zintensyfikowane przytulaństwo prowadzi do naleśnictwa.

Zainteresowały mnie też gorące dyskusje, prowadzone zwłaszcza na blogach parentingowych, w kwestii czy matkom wolno / wypada pokazywać pierś w trakcie karmienia. Moim zdaniem każda kobieta powinna, jeśli ma ochotę, obnażać się w dowolnym momencie, zwłaszcza na środku trotuaru i w autobusie. Potrzebny tylko asekurancki pretekst.
Dziecko nie karmione wtedy, gdy chce, będzie folgować swym pierwotnym instynktom i zachowywać się niestosownie np w takich ośrodkach kultury jak muzeum.























Obnażone piersi przyciągają same dobre rzeczy: kapustę, dzięciątka, kulturalnych dresiarzy, pewnie też małe, słodkie kotki.
A ich niedocenianie wzbudza w kobietach coś, czego nie chcielibyśmy poznać  ;).
ps. Temat wpycham w sztywne fiszbiny posta gdzieś tak raz do roku, jak zauważyłam. Np ostatnio można się było zapoznać z tutorialem ubierania się w biusthalter [klik] a jeszcze wcześniej ze sponsorowanym przez Chuńczyka tematem piersi w literaturze [klik]

Dziękuję za uwagę.
Można teraz podawać swoje rozmiary i preferencję, feel welcomed.

piątek, 13 czerwca 2014

Mercedes w gębie oraz wycieczka po retrodencie

Witam was uśmiechem wygenerowanym przy pomocy sztucznej szczęki Jerzego Waszyngtona ;)
 ...
Mam kolegę, który jest niesamowicie zdolnym i charyzmatycznym artystą. Jedynym powodem, jaki przychodzi mi do głowy, a dla którego nie robi on teraz oszałamiającej kariery w telewizji jest fakt, że ma on naprawdę paskudne zębiska.
A raczej – miał.
Nie to, żeby moje były idealne, żeby to była kampania honorowa stojących w idealnie  równym szeregu żołnierzy. Ale przynajmniej żaden nie dokonał jeszcze dezercji, żaden nie schował się w okopach za innymi, żaden ciekawsko nie wyglądał z ust w celu zwiadowczym ;)

Boję się ludzi bez zębów. Takich o ujmującym uśmiechu, którzy jak tylko wyszczerzą się bardziej, to gdzieś z boku zionie im pojedyncza czarna dziura. Taki niespodziewany powiew śmierci, ten brak, ta nieobecność. Jakby gdzieś za strefą idealnej fasady i młodości zaczął się już rozkład, cielesna dekonstrukcja, nieuniknione.
Z drugiej strony w przypadku utraty jakiegoś (nie daj Bóg) miałabym na tyle poczucia humoru, żeby wstawić sobie złoty ząb (a co! co zapewne jest już standardową procedurą w środowiskach hipsterskich). 
(Kto miał dziadka lub prababcię ze złotym zębem - ręką w górę ;)
Albo może jednak nie? Może bardziej jednak szmaragdowy ;)

Po zębach poznaje się też status człowieka. Nie mówię o hollywoodzkiej porcelanie w gębie, o lśniących rzędach licówek, bo to raczej świadczy o prowincjonalno-proletariackim pochodzeniu, skutkującym wymianą całego ustnego arsenału po wejściu na wokandę głównych ról w obsadach. Mówię o dbaniu o swoje własne zęby w ich genetycznie odziedziczonym kształcie i rozmiarze, o zabiegach fluoryzujących, nitkowaniu i odkamienianiu, o dyskretnych plombach i kosztownych aparatach naprostowujących. Tego się człowiek uczy ode młodu, jeśli oczywiście nie chował się z chrupkami przed telewizorem, kakaowymi płatkami śniadaniowymi, batonami między lekcjami, brakiem gabinetów stomatologicznych w szkole i rodzicami, którzy mieli to gdzieś.

A potem oczywiście oglądamy film o średniowiecznych wieśniakach którzy błyskają na ekranie fabryczną porcelaną i aż ciepło się nam robi na sercu od tego realizmu, choć zębom dzwoniącym o szklanice z pozostawiającym osady winem to się robi jednak zimno i nieprzyjemnie.

Nasz drogi artysta, zdolny i charyzmatyczny (nie zapominajmy o tym braku ubytków w charakterze), mąż dwóch pięknych jak marzenie żon (jednej byłej i jednej obecnej) oraz ojciec dwojga dzieci (zawsze obecnych) postanowił w końcu zainwestować w szpaler doustny. W tym celu założył sobie u specjalisty, habilitowanego ortodonty, aparat na zęby oraz poświęcił dwa lata i comiesięczne wizyty w cenie X00 PLN na realizację planu rearanżu szczęk, by w finale wszystkim zaszkliły się z wrażenia oczy i by selfie załkało z autopodziwu.
Byłam bardzo ciekawa jakiego rzędu to są wydatki – całość operacji Kieł.
Pewnych ludzi nie można zapytać wprost o pewne rzeczy (to temat na inne rozważania) w związku z tym zapytałam o to przy okazji jego matkę.
Matka artysty powiedziała mi o poniesionych kosztach tak:
- Mercedes w gębie!

Bardzo długo się śmiałam jak to usłyszałam.
Tak jak wcześniej bardzo długo się zastanawiałam jak to możliwe, że tak długo z tym ów kolega zwlekał. Szołbiz jest bezwzględny dla szpetingu, wiadomo. Ale wiadomo też, że dla kogoś zdolnego, charyzmatycznego i pracowitego zęby (lub ich brak) nie mogą stanowić pierwszoplanowej kłody pod nogami.
Etymologię mercedesa zrozumiałam jednak po spotkaniu kolegi w okowach rodzinnego meetingu. Spotkania na którym kolega artysta był wyjątkowo nieprzystępny i lodowaty jakiś taki. Tzn trzymał fason ale był to fason sterylny i zdystansowany. I wtedy do mnie dotarło – on po prostu, pod wpływem ostatniej żony, też artystki, zaaspirował do zmiany statusu, do podniesienia się w hierarchii kasty klasowej. A w takim przypadku rodzina z której się pochodzi, cóż, przeszkadza tylko trochę, czasem trzeba się pokazać i odsiedzieć swoje z cierpiętniczą miną. 
Ale idealne zęby to mus.
Nie można mieć idealnie wypieszczonego apartamenta z kryształowymi gałkami i równo ułożonymi francuskimi kafelkami a w gębie nosić ubytki. To se neda, to jest niekompatybilność społeczna.

Szłam niedawno ulicą obok mojego osiedla, jednego z tych bezklasowych skupisk falochronów z wielkiej płyty, i zobaczyłam ojca na spacerze z synkiem i psem. Synek się do mnie uśmiechnął i aż mu z ust buchnęło czernią zepsutych mleczaków, których - wiadomo - się nie leczy, bo i tak wypadną. Oraz ponieważ, że wypadną to można też ich nie myć i doprawiać czekoladą. W panice zerknęłam na ojca, który też się do mnie uśmiechnął i z jego ust buchnęło wielkie nic (no dobra, może były tam ze dwa zęby). Na psa nie miałam już odwagi zerknąć tylko uciekłam.
Normalni ludzie z normalnego osiedla, normalnie ubrani w T-shirty, luźne czerwcowe gatki i tenisówki. 
A jednak - inny, mroczny, świat.

No to teraz szybka i wybiórcza inwentaryzacja retro-dentu:

W czasach szkorbutu i popularności ulicznych bijatyk takie przeciąganie z mocną szczęką musiało robić wrażenie.

Amerykański gabinet dentystyczny z 1919 r.

A tu urządzenie zwane gnathograph  służące do dokładnego mierzenia wymiarów szczęki w celu wykonania protezy - pierwociny dzisiejszych mas dentystycznych do wykonywania odcisków.
Zupełnie nie rozumiem czemu nie przyjęła się w dentystyce ta anastezjologiczna tradycja z lat 50. żeby aby samodzielnie dozować sobie gaz.
Ingmar Bergman sprawdzający uzębienie rekina w Szczękach. Zupełnie jakby nie w temacie, ale pomyślmy, czy czy byśmy się bali rekina z ubytkami?

I trochę ściskających szczęki ogłoszeń oraz przepis na uleczenie zębów, (którym już się podniecaliśmy na fejsie, bo jest nieodmiennie epicki):

A tu przegląd sławnych ludzi z moją ulubioną anomalią zębową czyli tzw. przerwą na papierosa czyli diastemą [klik]

Za wyjątkowo pretensjonalne w blogerstwie uważam tłumaczenie się z nieobecności ("wiem, że tęskniliście"), można się jednak domyślać, że nie było mnie tak długo bo dłubałam w zębach (metaforycznie).


niedziela, 28 kwietnia 2013

W sprawie polczków Ciliana



Cilian Murphy w 'Śniadaniu na Plutonie' (2005 czyli 8 lat świetlnych temu...)

Bardzo mnie martwi wygląd polisi pieknego Ciliana. Oczywiście nie każdy aktor się dobrze starzeje – popatrzmy na przystojnych swojego czasu amantów w rodzaju Aleca Baldwina, Toma Berengera czy nawet naszego Olbrychskiego, którzy rozciągnęli się jak stare skarpety, co jest bardzo frustrujące, zwłaszcza w tym zawodzie. W tym zawodzie nietrzymania moczu mogę ewentualnie wybaczyć ale nietrzymania fałd i podbródków już nie. No jakaś estetyka powinna obowiązywać. Aktorki 45 letnie wyglądające na 35 letnie grają matki tych 25 letnich, a czasem to nie bardzo wiadomo kto komu matkuje, bo jedna od drugiej lepiej wygląda. Tymczasem aktorzy hodują sobie wole o wielkości takiej, jakby tam nosili całą swoją wielomilionową gażę za rolę. Już bardziej wolę jak się starzeją tak suchotniczo jak Clint Eastwood – na wiór, a nie na starą skarpetę wypchana resztą prania.

A Cilian jeszcze młody, a już nie taki jakiś. Już w 'Incepcji' wyglądał, jakby go przeciągnięto przez zjednoczone stany bezsenności, a jest coraz gorzej. Nie to, żeby to było dla mnie jakieś nowum, ale lektury medyczne przypominają o toczących się w nas nas procesach – a fakty wyglądają tak, że słodkie pucie młodości w postaci podskórnego tłuszczu się z czasem przemieszczają pod wpływem grawitacji w dół, zatrzymując na najbliższej przeszkodzie, jaką jest bruzda przynosowa. Już jesteśmy w wieku premieszczania się puci, nie oszukujmy się. I Cilian też jest. Tymczasem co ja widzę? Że mu wyrosły na skroniach dodatkowe antygrawitacyjne pucie niczym poduszeczki na szpileczki od lepiej skrojonych przez chirurga kolegów. Tj odessanych skądinąd i wstrzykniętych w skronie. Taki ładny Cilian a taki próżny. I kutwa, bo się napompował jak u jakiegoś rosyjskiego konowała podziemnego bez nostryfikacji. Przecia chirurg szacowny, hollywódzki by tak pięknistego aktora nie mógł tak zepsuć chyba?

Bardzo bardzo smutna, bo mi Cilian tak oczy cieszył.
Może Cilian nadal chce grywać damesy, że pakować akurat w policzki musi? 

Tymczasem będę pisać rzadziej, bo muszę pucie własne w wolnym czasie przepychać do góry, co mi jednocześnie zajmuje ręce i zasłania oczy ;)
Może dlatego ćwiczenie jogi tak ponoć opóźnia  procesy starzenia – to stanie na głowie... hm.

Miłej niedzieli z jakimś filmem bez skarpet życzę ;)

czwartek, 14 lutego 2013

W górę serca! W dół p _ nisy!


Cóż za subtelna zbieżność dzisiejszego święta i mojego remontowego trybu życia (walę tynki;)
A będzie o sercu, który to organ mylnie brany jest za coś więcej niż pompę ssąco-tłoczącą i którego motyw tak niegustownie eksploatowany jest w plastikach, pluszach i bomonierach.
Obrazkowo-cytatowa szybka inwentaryzacja będzie bo moja pompa nieco wyzuta, a jeszcze niechby jakieś uczucia miała generować, pff.

Za dużo się w życiu kryminałów i filmów gangsterskich  naoglądałam, aby nie cenić najprostszych rozwiązań...




"Operacja wyrwania serca przeprowadzona w normalnych warunkach jest całkowicie bezbolesna, trwa od dwóch do trzech minut. Zostaje po tym blizna, zwana również świętym spokojem." (Agnieszka Osiecka)

No to tera chusteczka,  w sam raz do wycierania noska po złamaniu lub wyrwaniu.




 I pan, któremu powinno się strzelić prosto w serce, a przynajmniej w przysadkę do spraw wydzielania złotych myśli:
"- Dlaczego mam zatem słuchać serca?
- Bo nie uciszysz go nigdy. I nawet gdybyś udawał, że nie słyszysz, o czym mówi, nadal będzie biło w twojej piersi i nie przestanie powtarzać tego, co myśli o życiu i o świecie."
"Ser­ce oba­wia się cier­pień [...] Po­wiedz mu, że strach przed cier­pieniem jest straszniej­szy niż sa­mo cier­pienie. I że żad­ne ser­ce nie cier­piało nig­dy, gdy sięgało po swo­je marzenia... " 
(Paulo Coelho, Alchemik)

Paulo, ciebie to można docenić tylko po kielichu... (niejednym!). (Natomiast moim marzeniem jest, żebyś miał w końcu zawał...)





















Moje ulubione:
 "Obrzydłe Panu serce wyniosłe, z pewnością karania nie ujdzie" (Księga Przysłów 16,5)
 Seriously? Z pewnością nie ujdzie? Może jakiś grafik terminów kiedy konkretnie?

Gustowny tatuażyk, ku czci miłości ołtarzyk? Voila:





















Pamiętajmy jednak, że największym organem ludzkim jest... nie, nie wątroba ;) tylko skóra. Gruba ma być, najlepiej. Zwłaszcza pod takie arcydzieła.

To jeszcze dwie porady praktyczne.
Panie z klasą uprasza się o nie schodzenie poniżej pewnych standardów w okazywaniu stosownie zwizualizowanych uczuć:

Gdyby mi ktoś ułożył taką ludzką mandalę albo i światełka w kształcie płuc lub ostatecznie kręgosłupa to bym może uwierzyła, że się o mnie troszczy. Żadne takie cliché.
No to papierosek, odpowiedzi na komentarze ;) i wracam do tynkowania, eh.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...