czyli, że jak się siedzi na
fejsie, to się nie siadywuje na blogerze. nieprawdaż.
I tak jakoś między wrzucaniem
obrazków mi umykają całkiem zmyśle anedgotki i spostrzeżenia, ze skutkiem
negatywnym tylko i wyłącznie dla was, drodzy czytelnicy, albowiem jak mnie
nauczyła ustawa śmieciowa, kontenery trzeba samodzielnie opróżniać, bo wanieją niemiłosiernie
i dotyczy się to też czerepu i pamięci wydarzeń zaprzeszłych a nieistotnych. A
kilka z nich poniżej (jak komuś się nie chce czytać elaboratów o szczęśliwym żywocie singla, to polecam
ostatni akapit).
Tymczasem znajome blogery zapytały
mnie, czy w konkursie na Blog Roku startuję. Otóż nie żeby próżność
mi przeszkadzała ale jednak godność osobista sprzeciwia się możliwości by w
kategorii ‘Ja i moje tycie’ była moja wesoła acz niechlujna osoba oceniana
przez panią od sprzątania Rozenek. Otóż no way. Nie mniej gdyby któreś z was
wykazywało palącą potrzebę oddania na
mnie w trybie pilnym głosu w moim własnym konkursie (skrajny indywidualizm, tak, tak - patrz obok, panel po prawej, pod logiem Zboka), to chętnie podaję numer konta, na którym
radośnie ujrzę sumę będącą równowartością smsa czyli złotyczydzieści. Za
zebraną sumę nie spodziewam się co prawda załatać dziury w dachu ani uszczelnić
okien ani sprowadzić sobie młodziana z agencji ale suponuję dokonać zakupu
dodatkowej pary rajstop, bo ponieważ zimno tu jak w psiarni!
Wymyśliłam co prawda mistrzowsko
sprytny i mało kosztowny sposób na podniesienie atmosfery domowej z 12 do 15 Celsjuszów
– zakupiłam nowy ruski termometr który wskazuje bliższą memu sercu i członkom
temperaturę. I voila! Można? Można.
Nie można za to mieć dwóch kochanków, a ich numerów jeden przy drugim w
komóreczce, bo jest rzeczą pewną, że to się źle skończy. Ja niestety miałam
numer pana z elektrowni zaraz pod numerem pana z gazowni, którymi to namiarami
dysponowałam w celach wysyłania przy pomocy smsów czułych wyznań licznika gazu
i prądu. Niestety pomyliłam amantów i osiągi ich liczników i wysłałam nie ten
sms co trzeba tam gdzie powinnam i przyszedł z elektrowni rachunek na
milionczystamilionów za prund, że aż w obliczu tego rachunku stanęłam jak
porażona i zapłakałam rzewnymi łzami, które natychmiast zamarzły.
- Czy ty masz jakąś prądobiorczą hodowlę
mecharuany w piwnicy? – zapytała K. która nie chciała uwierzyć, że taka kutwa
jak ja mogła tyle wyświecić na swoim półzdechłym laptopie.
Po zastanowieniu doszłam do
wniosku, że jednak nie mam, więc zaczęłam rzecz wyjaśniać, co wymagało bardzo
wiele zachodu w tym min. obowiązek odwiedzenia elektrowni, wylegitymowania się,
podpisania wielu papierów, przedstawienia nagich zdjęć licznika i swoich,
upuszczenia krwi i oddania pierworodnego. Po powrocie odetchnęłam z ulgą i rzecz
uznałam za zamkniętą, co nie przeszkodziło elektrowni natychmiast przysłać mi
kolejnego rachunku z groźbami natychmiastowego uregulowania tej mega zawyżonej
należności z zamianą na zabranie mi prądu. Powołując się zatem na ustalenia
dokonane bezpośrednio w siedzibie, skontaktowałam się raz jeszcze, tylko po to,
by dowiedzieć się, że elektrownia zgubiła wszystkie papiery i podpisane ze mną
umowy (heh?). I w związku z tym nie pomoże żaden dowód, że byłam i załatwiłam,
nawet w postaci nagrań z monitoringu. Ni ma, panie. Finito, panie, negocjacji i
płać, by po ciemnicy nie siedzieć. A nie był to koniec bezwzględnej spirali
niekompetencji, ponieważ po wysłaniu do mnie pracownika z licznikiem, który OSOBIŚCIE
stwierdził, doznając zawału, że jeszcze w życiu nie widział, żeby ktoś tak mało
wyświecił, i że jestem zatem do przodu, przyszedł do mnie nowy, jeszcze większy
rachunek okraszony groźbami zabrania mi prundu, który już z nawiązką opłaciłam
(oraz jego dzieci i wnuki też). Wniosek jest taki, żeby nie gasić światła, bo elektrownia jawi mi się jako wielki ssak,
który po przytroczeniu do rachunkowego cyca nigdy never nie odpuści, nawet
będąc w kolizji z faktami, zdrowym rozsądkiem, stanem licznika i brakiem
plantacji mecharuany w piwnicy.

Konkurencja przynajmniej
iluminuje w celach zbożnych ;)
...
Tymczasem z panem z gazowni romans układa się wspaniale, czatujemy często ;)
...
Tymczasem zadzwonił do mnie z mojego banku przedstawiciel,
żeby zaoferować mi pieniądze. Bank mój bardzo chciałby mi wypłacić grube
pieniądze w ramach zabezpieczenia, bardzo grube pieniądze z powodu gdybym
poczuła się źle na skutek utraty pracy lub choroby.
I pan mi zaczął, bo nie dało mu
się przerwać, wyliczać różne paskudne choroby, na które mój bank pilnie
zareagowałby gotówką. Gdybym więc zapadła na: paskudnego raka, obumarcie
wątroby, wypadnięcie macicy, chorobę serca, utratę narządów lub pracy to bank
natychmiast uszczęśliwiłby mnie tysiącami. Bank zapytowuje, czy bym tak nie
chciała, a ja wyraźnie czuję, że ten bank mi źle życzy.
W ogóle nie chciałam
tego słuchać, FUJ, ale potem mi przyszło do głowy, żeby doprecyzować jak taki
bank reaguje na moją (wielce hipoteczną... eee
hipopatetyczną? hipotetyczną – o to, to!) opryszczkę, herpes i choroby
weneryczne.
Bank ZAMILKŁ, porażony wyrafinowanymi potrzebami swojej klienteli.
Akurat byłam u rodziców i
widziałam kantem oka jak mamusia dostaje pokrzywki ze stresu w czasie, gdy
negocjuję z bankiem stawki za moje hipotetyczne choroby weneryczne.
Mamusia, ze łzami w oczach, które
nie zamarzły, bo rzecz nie działa się u mnie w domostwie, zapytała:
- Rzeżączka???
- Cicho! – wrzasnęłam. –
Rozmawiam z bankiem!
A wszystko oczywiście dotyczyło
kwestii ubezpieczenia się w tymże banku (dyspozycja dla telekonsultantów: „nie
używać słowa ubezpieczenie, zastraszać strasznymi chorobami!”), co by oznaczało
potrącanie mi co miesiąc z rachunku jakichś strasznych milionów, co jawi mi się
wielce bezsensownym gestem, bo nawet nie mam gdzie złapać tych wesołych chorób
wenerycznych, eh.
Jeśli to was nie zniechęci do
wpłacenia mi złotyczydzieści na moje antyweneryczne konto, to już nie wiem, co
innego. Tj. zachęci, miałam na myśli, że ZACHĘCI.
Żegnam wylewnie.
Jeszcze tylko odpowiednio motywujący skecz:
...