Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2014

Statystyki fiki-miki czyli kto u nas w gości

Doprawdyż, no. Człowiekowi się wydaje, że stworzył miejsce z niejaką klasą merytoryczną, a jego czytelnicy mają co najmniej po dwa doktoraty i żyje tą wizją dopóki dział wejść na bloga prawdy mu nie powie.
Czas zatem bardziej się postarać i wyjść naprzeciw oczekiwaniom publiki po drugiej stronie monitora ;)
Oto hasła, po których tu wleziono mnie odwiedzono, a  które mię zafrasowały:

co myślę patrząc na rozebraną polkę (google nie powie ci co myślisz, bro. Ja też nie...)

napisz tekst reklamy: ryz dla odwaznych (a makaron to co? dla nieśmiałych?)

abbrem (abrem kadabrem! ;)

szubienica w piątek (chyba w poniedziałek?!)

ręka w majtkach kobiety (mam swój honor, pisałam tylko o ręce na kolanie [klik])


ser i jeż (przystawki bywają oryginalne w kuchni fusion, nieprawdaż... Sera nie było, bo ciężkostrawny, a o jeżu było tutaj [klik])

 japońska moda na precla na czole (a to nie znam)

alex baldwin roztył się (nie tylko on! Prosz [klik])   
inwentaryzacja krótkochwil (żywot krotochwil rzeczywiście krótki, eh)

cegła na mordzie (nie znam się na sztukach walki, takoż budowlance, ukłony)


przeterminowana rutinacea (wyrzucić! albo zrobić tort [klik] Nie dawać dzieciom!)

'chopin gdyby żył to by pił' - kto to powiedział (Stanisław Wyspiański, panie dzieju)

podczas picia wodki pluję krwią (to nie pij na Boga...)
















wisienka w wódce kobieta (to kto w końcu w tej wódce?)

hasło reklamujące grabie rymowane (postaram się i dam znać)

co zrobić jak obsunie się okno (Zależy jakie się ma to okno )

 
















brzydcy ludzie kochający się (byle pod kołdrą, jak brzydcy. Albo na okładce pisma komputerowego z lat 80 ;)


















jak pokolorować herb miasta Suwałk (ten post może być pomocny [klik])

czy wieniec świąteczny śpiewa (skoro swetry to potrafią... [klik])

do czego służy eskimoski kożuch (do tego samego co nie-eskimoski)

 
 















krecik i papier toaletowy (krecika brak, a papieru szukamy w toalecie czyli np tu [klik])

marnacja najgorszego sortu (nie cierpiem! nie uprawiam!)


















Wy też nie uprawiajcie tu dzisiaj marnacji czasu. Pointy nie będzie. 

piątek, 31 stycznia 2014

Alicja po drugiej stronie Unii czyli 1000 komitetów roboczych i kiełbasiany ruch oporu

Dzisiaj odpowiemy sobie na pytanie czym zajmuje się podorgany Parlamentu Europejskiego. Nie, nie będzie nudno. Będzie jak w filmach dla młodzieży, w których wszyscy edwardzi są bladzi i robią fikołki przed zadumanym widzem (w tym przypadku: podatnikiem).
Nie wszystkie zapisy i dysputy będę w czambuł wyśmiewać - jestem wszak tym rodzajem Polaka, który mógłby się ewentualnie zgodzić (na podstawie osobistych doświadczeń), iż 'nie mamy dostępu do morza' - wspomnienie mojego ostatniego pobytu nad Bałtykiem jest bardzo znacznie zatarte przez fale niepamięci.
I że 'kura w klatce ma stać pazurami do przodu' też popieram, tego wszak wymaga kurzy savoir-vivre (fragment unijnych poematów w temacie standardów hodowli kur, które określają parametry klatek, urządzeń i samych kur tysz)

"Na wyróżnienie zasługuje więcej przepisów, w większości znanych powszechnie, na przykład według unijnych dyrektyw marchewka jest owocem, ślimak jest rybą śródlądową, a szprotka wg. dyrektywy nie należy do ryb połowowych. Obserwujemy tendencję do kodyfikowania niemal wszystkich dziedzin życia społecznego, kulturalnego, ale także technicznego. Tu można wskazać przepisy Rady i Komisji Europejskiej, które regulują kwestie siedzenia kierowcy w kołowych ciągnikach rolnych i leśnych, a także dyrektywy dotyczące lusterek wstecznych w ciągnikach rolnych i osobno w ciągnikach leśnych. Głosowaliśmy nad sprawozdaniami: "Wycieraczki przednie w ciągnikach rolnych" i "Wycieraczki przednie w ciągnikach leśnych". 
(...)
Impuls wychodzi z Rady Unii Europejskiej, lub Komisji Europejskiej, która ma inicjatywę ustawodawczą. Parlament Europejski nie ma takich prerogatyw - tematy przychodzą do nas, aby je skonsultować. Uczestniczyłem np. w debacie "Rola i znaczenie cyrku w Unii Europejskiej". Wyglądało to w ten sposób: socjaliści twierdzili, że potrzebna jest specjalna regulacja, aby nie męczyć dzikich zwierząt, na co konserwatyści brytyjscy odpowiedzieli, że w cyrkach zwierzęta są tresowane i nie są dzikie. Można sobie tak dyskutować, ale należy postawić pytanie, czy warto, aby ponad 700 posłów z 27 krajów przyjeżdżało do Brukseli, aby zajmować się takim tematem."

No i te słitaśne broszury o języku neutralnym płciowo.
"W ubiegłorocznym konkursie nagrodziliśmy broszurę zatytułowaną "Język neutralny płciowo w Parlamencie Europejskim". Była ona skierowana do posłów, sporządzono odmienne wersje dla poszczególnych krajów, we wszystkich językach. W broszurze tej zaleca się, aby posłowie do Parlamentu Europejskiego, a w dalszej perspektywie również posłowie w parlamentach krajowych oraz obywatele UE, nie używali słów sugerujących rozróżnienie płciowe, np. "pan", "pani", "panna", "dyrektor", "dyrektorka" itp., gdyż samo to rozróżnienie jest w opinii autorów dyskryminujące.(...) Autorzy sugerują, by zwracać się do siebie po imieniu, a jeśli zbiera się grupa redaktorek lub grupa lekarek, to są konkretne wskazówki, jak należy nazwać tę grupę. Jeśli piszemy o zebraniu lekarek, to powinniśmy użyć zwrotu: "osoby biorące udział w zebraniu", żeby pomijać płeć."
Ja tam od razu, jak mnie któryś lamus nazwie panną, to mu dyskryminuję buźkę ;)
A te całe nakłady nakładziska nieudanych broszur, co je wyrzucono, to tylko mam nadzieję, że do odpowiednich worków, ha i na recykling. 





















A teraz o tym, że 'nasz kraj będzie musiał dopuścić do rejestracji aut z kierownicą po prawej stronie'.
"Opinię, którą prawdopodobnie podzieli unijny Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu, wydał wczoraj jego rzecznik generalny Niilo Jaaskinen. Jego zdaniem, Polska odmawiając rejestrowania samochodów z kierownicą po prawej stronie, narusza unijne prawo do swobodnego przemieszczania się po terytorium Unii Europejskiej."
No wiadomo - narusza. Ale jak się narejestruje takich aut to się też na skutek wypadków cielesność obywateli ponarusza. Więc by się trzeba zastanowić co naruszać lepiej a czego wcale.
 via: Polsce grozi fala aut z Wielkiej Brytanii [tu]

Najbardziej jednak bolą prace nad swobodnym przepływem na terenie Unii opodatkowania za sprzedaż / zakup nieruchomości - na początek. Bo to znaczy że pieniądze z podatków nie trafią do krajowego budżetu. I trzeba będzie ich szukać gdzie indziej i nie jest powiedziane że sensownie. Zapewne będą to już absurdy w wydaniu krajowym (vide: Utrata dziecka to korzyść majątkowa. Zapłać podatek)

Alicja w dobrej wierze wybrała się do Unii. A teraz na zmianę rozdyma się i kurczy. No ale ma, co ma, skoro zdecydowała się na przyjęcie zapisu Artykułu I-6 Prawa Unii, głoszącego, iż:
"Konstytucja i prawo przyjęte przez instytucje Unii w wykonywaniu przyznanych jej kompetencji mają pierwszeństwo przed prawem Państw Członkowskich."
I wszystko jasne.
Żeby nie było - nie jestem za ani przeciw. Jestem za zdrowym rozsądkiem.
Zdrowy rozsądek jest dziś siłą nadprzyrodzoną, nieprawdaż.
(Choć stanowczo  kury powinny stać pazurami do przodu, inaczej drób jest w smaku łykowaty ;)






















I na tym bym zakończyła, pominąwszy kwestię, o której sobie ostatnio poczytałam: jak to niewiele pożytków daje pannie ekologii zaprzęganie nas do upierdliwej konieczności rezygnacji z surowców, na których, naród nasz wspaniały choć wylniały, zadem przysiadł geograficznie. Pominęłabym te osławione medialnie kwestie klasyfikowania ślimaków do podzbioru ryb a marchewek do owoców ze względów proceduralnie koniecznych. Zapomniałabym o arcyperfidnym zabraniu nam rtęciowych termometrów w promocji z nakazem stosowania jak najbardziej rtęciowych żarówek energooszczędnych. Nie zawracałabym sobie tym kudłatej (bynajmniej nie podług norm unijnych) główki.

Gdyby nie groza z powodu zbliżającego się zakazu wędzenia wędlin oraz tak drogiego memu podniebieniu małego, żółtego, serowego kurczaczka, zwanego oscypkiem. Bo to już przesada jest! 
Wara od baców, eurokmiotki!
Zwłaszcza, że jak widzę, gazetki krajowe nie mogą się zdecydować czy w tym całym wędzeniowym ambarasie to złym muczaczo jest benzopiren czy benzoaspiren. Mnie się wydaje, że z tą wieczną do Unii aspiracją to musowo benzoaspiren winny jest, bonzo wredny ;)

(Nie przypomina to aby popularnego swojego czasu klasyfikowania niewiast podejrzanej konduity do podzbioru czarownic oraz profilaktycznego wędzenia ich na stosikach, odrobinę również zarazem książkowych? Bo jakoś nie wydaje mi się, żeby w tej zlaicyzowanej Europie się od tych żarówek zrobiło choć odrobinę jaśniej, pod względem sensu, hm)

sobota, 25 stycznia 2014

O Blogu Roku, banku, elektrowni i łzach w oczach. Oraz, że nie można dwóm panom służyć,

czyli, że jak się siedzi na fejsie, to się nie siadywuje na blogerze. nieprawdaż.
I tak jakoś między wrzucaniem obrazków mi umykają całkiem zmyśle anedgotki i spostrzeżenia, ze skutkiem negatywnym tylko i wyłącznie dla was, drodzy czytelnicy, albowiem jak mnie nauczyła ustawa śmieciowa, kontenery trzeba samodzielnie opróżniać, bo wanieją niemiłosiernie i dotyczy się to też czerepu i pamięci wydarzeń zaprzeszłych a nieistotnych. A kilka z nich poniżej (jak komuś się nie chce czytać elaboratów o szczęśliwym żywocie singla, to polecam ostatni akapit).

Tymczasem znajome blogery zapytały mnie, czy w konkursie na Blog Roku startuję. Otóż nie żeby próżność mi przeszkadzała ale jednak godność osobista sprzeciwia się możliwości by w kategorii ‘Ja i moje tycie’ była moja wesoła acz niechlujna osoba oceniana przez panią od sprzątania Rozenek. Otóż no way. Nie mniej gdyby któreś z was wykazywało palącą potrzebę oddania na mnie w trybie pilnym głosu w moim własnym konkursie (skrajny indywidualizm, tak, tak - patrz obok, panel po prawej, pod logiem Zboka), to chętnie podaję numer konta, na którym radośnie ujrzę sumę będącą równowartością smsa czyli złotyczydzieści. Za zebraną sumę nie spodziewam się co prawda załatać dziury w dachu ani uszczelnić okien ani sprowadzić sobie młodziana z agencji ale suponuję dokonać zakupu dodatkowej pary rajstop, bo ponieważ zimno tu jak w psiarni!
Wymyśliłam co prawda mistrzowsko sprytny i mało kosztowny sposób na podniesienie atmosfery domowej z 12 do 15 Celsjuszów – zakupiłam nowy ruski termometr który wskazuje bliższą memu sercu i członkom temperaturę. I voila! Można? Można.

Nie można za to mieć dwóch kochanków, a ich numerów jeden przy drugim w komóreczce, bo jest rzeczą pewną, że to się źle skończy. Ja niestety miałam numer pana z elektrowni zaraz pod numerem pana z gazowni, którymi to namiarami dysponowałam w celach wysyłania przy pomocy smsów czułych wyznań licznika gazu i prądu. Niestety pomyliłam amantów i osiągi ich liczników i wysłałam nie ten sms co trzeba tam gdzie powinnam i przyszedł z elektrowni rachunek na milionczystamilionów za prund, że aż w obliczu tego rachunku stanęłam jak porażona i zapłakałam rzewnymi łzami, które natychmiast zamarzły.

















- Czy ty masz jakąś prądobiorczą hodowlę mecharuany w piwnicy? – zapytała K. która nie chciała uwierzyć, że taka kutwa jak ja mogła tyle wyświecić na swoim półzdechłym laptopie.

Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że jednak nie mam, więc zaczęłam rzecz wyjaśniać, co wymagało bardzo wiele zachodu w tym min. obowiązek odwiedzenia elektrowni, wylegitymowania się, podpisania wielu papierów, przedstawienia nagich zdjęć licznika i swoich, upuszczenia krwi i oddania pierworodnego. Po powrocie odetchnęłam z ulgą i rzecz uznałam za zamkniętą, co nie przeszkodziło elektrowni natychmiast przysłać mi kolejnego rachunku z groźbami natychmiastowego uregulowania tej mega zawyżonej należności z zamianą na zabranie mi prądu. Powołując się zatem na ustalenia dokonane bezpośrednio w siedzibie, skontaktowałam się raz jeszcze, tylko po to, by dowiedzieć się, że elektrownia zgubiła wszystkie papiery i podpisane ze mną umowy (heh?). I w związku z tym nie pomoże żaden dowód, że byłam i załatwiłam, nawet w postaci nagrań z monitoringu. Ni ma, panie. Finito, panie, negocjacji i płać, by po ciemnicy nie siedzieć. A nie był to koniec bezwzględnej spirali niekompetencji, ponieważ po wysłaniu do mnie pracownika z licznikiem, który OSOBIŚCIE stwierdził, doznając zawału, że jeszcze w życiu nie widział, żeby ktoś tak mało wyświecił, i że jestem zatem do przodu, przyszedł do mnie nowy, jeszcze większy rachunek okraszony groźbami zabrania mi prundu, który już z nawiązką opłaciłam (oraz jego dzieci i wnuki też). Wniosek jest taki, żeby nie gasić światła, bo elektrownia jawi mi się jako wielki ssak, który po przytroczeniu do rachunkowego cyca nigdy never nie odpuści, nawet będąc w kolizji z faktami, zdrowym rozsądkiem, stanem licznika i brakiem plantacji mecharuany w piwnicy.
Konkurencja przynajmniej iluminuje w celach zbożnych ;)
...
Tymczasem z panem z gazowni romans układa się wspaniale, czatujemy często ;)
 ...
Tymczasem zadzwonił do mnie z mojego banku przedstawiciel, żeby zaoferować mi pieniądze. Bank mój bardzo chciałby mi wypłacić grube pieniądze w ramach zabezpieczenia, bardzo grube pieniądze z powodu gdybym poczuła się źle na skutek utraty pracy lub choroby.
I pan mi zaczął, bo nie dało mu się przerwać, wyliczać różne paskudne choroby, na które mój bank pilnie zareagowałby gotówką. Gdybym więc zapadła na: paskudnego raka, obumarcie wątroby, wypadnięcie macicy, chorobę serca, utratę narządów lub pracy to bank natychmiast uszczęśliwiłby mnie tysiącami. Bank zapytowuje, czy bym tak nie chciała, a ja wyraźnie czuję, że ten bank mi źle życzy.
W ogóle nie chciałam tego słuchać, FUJ, ale potem mi przyszło do głowy, żeby doprecyzować jak taki bank reaguje na moją (wielce hipoteczną... eee  hipopatetyczną? hipotetyczną – o to, to!) opryszczkę, herpes i choroby weneryczne.
Bank ZAMILKŁ, porażony wyrafinowanymi potrzebami swojej klienteli.
Akurat byłam u rodziców i widziałam kantem oka jak mamusia dostaje pokrzywki ze stresu w czasie, gdy negocjuję z bankiem stawki za moje hipotetyczne choroby weneryczne.
Mamusia, ze łzami w oczach, które nie zamarzły, bo rzecz nie działa się u mnie w domostwie, zapytała:
- Rzeżączka???
- Cicho! – wrzasnęłam. – Rozmawiam z bankiem!
A wszystko oczywiście dotyczyło kwestii ubezpieczenia się w tymże banku (dyspozycja dla telekonsultantów: „nie używać słowa ubezpieczenie, zastraszać strasznymi chorobami!”), co by oznaczało potrącanie mi co miesiąc z rachunku jakichś strasznych milionów, co jawi mi się wielce bezsensownym gestem, bo nawet nie mam gdzie złapać tych wesołych chorób wenerycznych, eh.

Jeśli to was nie zniechęci do wpłacenia mi złotyczydzieści na moje antyweneryczne konto, to już nie wiem, co innego. Tj. zachęci, miałam na myśli, że ZACHĘCI.
Żegnam wylewnie.

Jeszcze tylko odpowiednio motywujący skecz: 

...

niedziela, 30 czerwca 2013

Jak wyglądasz przed swoim monitorem? Oraz o operatorze telekomunikacyjnym na O., udającym owoc egzotyczny

Nieświeży owoc, dodajmy. Ten oto operator na O. zadzwonił do mnie na moją oldskulową, pripejdową komórkę z propozycją nabycia za złotówkę nowego (dla ścisłości - zupełnie mi niepotrzebnego) aparatu, jeśli tylko zdeklaruję się na 48 miesięcznych doładowań za bodajże 25zł. Co czyniłoby nasz związek czteroletnim. Niech no się zastanowię, bo to może interes życia jest! ;)

Następnie operator O. odciął mi na początku zeszłego weekendu internet. Właśnie byłam zalogowana na moim bankowym koncie, kiedy internet zamrygał i zdechł. Przez telefon (o dziwo działający) operator O. poinformował mnie, iż jest sobota, po której niechybnie nastąpi niedziela, problem zaniku zaś może być rozwiązany w najbliższym dniu roboczym, za który powszechnie uznaje się poniedziałek.
- Poza tym jest burza!  – poinformował mnie operator O. ustami swojego pracownika.
No wiadomo – burza jest, w kościach łamie, interneta nie będzie. XXI wiek, w toku przygotowania do misji na Marsa, gdzie być może poinformują osadników, że „burza jest więc tlenu nie będzie do poniedziałku”. No ale co ja tam wiem.
Tymczasem w poniedziałek operator na O. mi zaimponował nielicho, bo najwyraźniej jego tydzień roboczy nie zaczyna się w poniedziałek rano, ani nawet w południe ani po południu tylko pod wieczór. Maniana, panie. Trzy dni od rozpoczęcia zakończyłam więc bankową operację przelewu środków.
Ale i tak widzę w szeregach operatora telekomunikacyjnego O. pewien postęp. Przez ostatnich pięć lat pracownicy O. zawzięcie i z uporem maniaka dzwonili na stacjonarny i próbowali porozmawiać o zmianie taryfy (na droższą rzecz jasna) z moim nieżyjącym dziadkiem. Co i raz odbywałam pogawędki typu:
- Chciałabym porozmawiać o nowych planach taryfowych z panem X.
- To niestety niemożliwe – odpowiadałam. - Ale może pani porozmawiać ze mną. 
- Nie będzie mi pani mówić z kim mam rozmawiać! Natychmiast proszę do telefonu poprosić pana X!
- Niestety nie mogę prosić do telefonu pana X
- W takim razie zadzwonię później. Żeby porozmawiać z panem X!
I tak przez pięć lat.
A wystarczyło zapytać ‘Dlaczego nie można porozmawiać z panem X?’- ‘Bo umarł, oto dlaczego, proszę dzwonić na niebiańską zamiejscową’ – brzmiałaby odpowiedź.
Ostatnio jednak chyba odbyły się w O. jakieś szkolenia w zakresie niemożności rozmów z nieboszczykami bo gdy znowu zadzwonił pracownik ze swoim tradycyjnym ‘Chciałabym porozmawiać o zmianie taryfy z panem X.’ a ja, tradycyjnie, odpowiedziałam, że ‘to niemożliwe’, to usłyszałam optymistyczne:
- W takim razie porozmawiam z panią!
Rozmowa się nie odbyła bo się zakrztusiłam z wrażenia i zaczęłam kaszleć.
Nie można tak brutalnie traktować stałych klientów, ni z gruszki ni z pietruszki awansując ich po pięciu latach bez uprzedzenia na decydentów!
Ani odcinać od interneta na trzy calutkie dni.
Bo mnie to oduzależniło i tera mi się w ogóle nie chce siedzieć w internetach i blogować, guys.
Ponieważ uznałam, że nie chcę skończyć tak:




A może trzeba było po prostu ruszyć zadek i poszukać jakiegoś opatrznościowego wifififi?

niedziela, 10 marca 2013

Diety gwiazd czyli dlaczego nie wystarczy mniej żreć i nie pić tylko maltretować fenotyp

...i trzeba jeszcze do tego dorobić fikuśną filozofię. Powiedziałam 'fikuśną'? Miałam na myśli PRETENSJONALNĄ. Dzisiaj król tego nurtu, celebrycka eks-pucia czyli Piotr Rubik.

"Sam mówi o sobie: „Efekt uboczny mojego nowego stylu odżywiania się, to utrata wagi, z której się oczywiście bardzo cieszę”.
Piotrowi pomagała dietetyczka L.T, która specjalnie dla niego ustaliła dietę zgodną z kodem metabolicznym: "Trzeba zwrócić uwagę na to, jakie produkty spożywcze są dopasowane do naszego fenotypu, do naszego układu metabolicznego. To co odpowiada jednym, może działać na niekorzyść drugiego organizmu”.  
Aby efekty były jeszcze lepsze, można zastosować dodatkowo np. detoks wątroby. Polega on na usuwaniu wszelkich złych substancji, które gromadzą się np. na woreczku żółciowym. Także odwiedziny w komorze hiperbarycznej są na plus. Podwyższone ciśnienie, które znajduje się w środku komory oraz czysty tlen który się tam podaje, sprawia, że komórki się regenerują. Mikroby, które znajdują się w naszym organiźmie obumierają, a mózg się odmładza. "

Mądrości te wzięłam ze strony celebryci.com.pl, na którą - Bóg mi świadkiem - trafiłam przypadkiem ;)

O Jezusie Nazareński (na diecie z ryb, wina i chleba naszego powszedniego). Słowo klucz: efekt uboczny. Efektem ubocznym dobrych genów jest cyc sterczący wbrew grawitacji i moje rybie usta. Efektem ubocznym czytania celebrytów.com jest głowa pusta.
Detoks wątroby z usuwaniem złych substancji, ojojoj ;) A złe substancje wprost z półlitrówki, którąśmy tylko w celu żeby ją poddać eko recyclingowi. Oraz skoro odwiedziny w komorze hiperbarycznej są na plus to w komorze kriogenicznej musowo są na minus ;). Dziennikarzowi co zrozmówił się z Rubikiem zalecamy odmłodzenie mózgu oraz niepisanie, bo wpływa to na niekorzyść naszego organizmu.

A czy ty, blogerze, odwiedziłeś już hiperkomorę? Czy już dopasowałeś do swojego fenotypu? Odmłodziłeś? Czy nie-utrata wagi może być efektem ubocznym twojego blogowania? 

czwartek, 28 lutego 2013

Jak chciwość pada na mózg czyli o darmowym czytaniu książek i pięknych bibliotekach

Nie dziwi mnie chciwość (która znajduje się obecnie w podzbiorze zdrowego egoizmu zdaje się), ale takie podkładanie się opinii publicznej i to w wykonaniu pisarza książek dla dzieci... a fe!
"Książki nie są własnością publiczną (...). Mają zarabiać na życie. Autorzy, księgarze i wydawcy muszą jeść. Nie oczekujemy, że pójdziemy do biblioteki spożywczej, gdzie zostaniemy nakarmieni" – przekonywał Terry Deary, dodając, że nie rozumie, dlaczego w ogóle inni pisarze popierają koncepcję bibliotek, skoro dzięki nim tracą możliwość sprzedawania większej ilości egzemplarzy swoich książek."
Zdaniem pisarza księgarnie są zamykane, „bo ktoś rozdaje produkt, które one starają się sprzedać. Jaki inny przemysł tworzy produkt i pozwala komuś innemu, aby rozdawał go bez końca? Przemysł samochodowy upadłby, jeśli chodzilibyśmy do bibliotek samochodowych i bezpłatnie korzystali z Porsche. Bibliotekarze to wspaniali ludzie, a biblioteki to piękne miejsca, ale są szkodliwe dla przemysłu książkowego”.
  więcej tutaj
http://kultura.onet.pl/wiadomosci/autor-strrrasznej-historii-namawia-do-zamkniecia-b,1,5422966,artykul.html

No, Terry mnie przekonał. Teraz będę w warzywniaku żądała darmowej naci a z warsztatu (do którego jako niezmotoryzowana nie zwykłam chodzić, co się wkrótce zmieni) nie wyjdę bez porszaka.
Możliwe, że artykuł przeczytałam bez zrozumienia, ale tylko dlatego, że z powodu nikłości funduszy zaprzestałam masowej inwestycji w księgozbiór a w mojej bibliotece nigdy nie mają tego, co mi polecają na blogach książkowych! Skandal i wieczne czekanie! I szpary!

 















No to ten, trochę ładnych bibliotek wrzucam ku pokrzepieniu serc.
Na początek Biblioteka Publiczna w Kansas City, Missouri, USA
(motto: Nic co duże nie jest mi niemiłe ;)

The Trinity College Library, aka “The Long Room,” Dublin, Ireland.
I tu muszę ze smutkiem wyznać, że zamiast tam polecieć z wywieszonym jęzorem kiedy miałam okazję, to już w drodze do, zajrzałam do bajeranckiej księgarni i tak przepadło mi (i jęzorowi) wiele godzin i Trinity nie zobaczyłam. Smutek.

New Stuttgart City Library in Germany. Mój faworyt!
O Boziu jak tu pięknie, jak w niebie! Tutaj można sobie więcej pooglądać i zbleść z zawiści ;) [klik]

I/oraz 'Wall of Knowledge' w Stockholm Library (na razie w fazie konceptu). Te Szwedy takie patetyczne!

No to zamkniemy post wesołą klamrą ;)





sobota, 8 grudnia 2012

Ludzie listy piszą

Epistolografia to jak wiadomo sztuka pisania listów. Ale też tychże listów sztuka interpretacji. Jak nazywa się sztuka interpretacji sms-ów - nie wiadomo. Dostajesz takiego napisanego po ciemku i wszystkorazemskrotamibezpolskichznakow smsa i sie zastanawiaj człowieku. Głownie to się zastanawiaj czemu nie grałeś w scrabble i nie rozwiązywałeś krzyżówek, bo to by pewnie pomogło. A jeśli twój telefon nie przyjmuje mmsów (obrazków znaczy się) to też możesz się wielu rzeczy nie dowiedzieć, bo bardziej technologicznie zaawansowani znajomi z uporem maniaka o pewnych rzeczach i tak cię mmsem informują, więc se człowieku zinterpretuj to %#$&$*%&.
Lata temu dostawałam listy tradycyjne - pismo ręczne, papier czerpany, koperty - dzieła sztuki, no i ten zapach w nich zamknięty. Namacalność. Wspominam to miło i nie spodziewam się więcej. Bo teraz nawet zaproszenia ślubne to cyfrówki tandetne i bezzapachowe, w dodatku przywożone przez narzeczonych osobiście, zupełnie jakby tej zapowiedzi szczęścia nie można było wysłać pocztą.
Listy otwarte za to zupełnie inna broszka. Mam tu kilka rodzynków sąsiedzkich i celebryckich:

 Trudne sprawy to i pisownia trudna ;)





















No i urzędnicza batalia na linii maile-polecone ;)



Tymczasem
"8-9 grudnia odbędzie się Maraton Pisania Listów Amnesty International. W ponad 200 miejscach w Polsce i około 60 państwach na całym świecie będziemy pisać odręcznie listy w obronie osób, których prawa człowieka są łamane."  Link tu [.]

Osobiście nie uważam, żeby na Chińczykach taka pisanina zrobiła jakiekolwiek wrażenie, no ale budująca jest ta piękna wizualizacja listownej skuteczności:







niedziela, 12 sierpnia 2012

Rzezimieszek szuka mamki. Wymiatające filmy akcji i atrakcji. Oraz wybijające się na tym tle "Noce i dnie"

Pan Smith czekał na autobus, gdy nagle dostrzegł uciekającą w panice ciężarną kobietę. Jest ścigana przez groźnych gangsterów. Smith przyjmuje poród. Zabija rzezimieszków. Kiedy kobieta ginie, okazuje się, że to nie ona była celem przestępców, lecz niemowlę. Smith ma podwójną misję - musi nie tylko ratować noworodka przed bezwzględnymi bandytami, ale także znaleźć mu mamkę.
Recenzja filmu 'Tylko strzelaj' / 'Shoot 'Em Up' (2007) z Clivem Owenem i Monicą Bellucci (wp)
No słowo daję, repertuar telewizyjny na weekend rozwala mnie czasem bardziej niż rzezimieszek prujący serią z obrzyna ;D
(update: oczywiście mam na myśli li tylko rzezie filmowe, zważając, iż takie komentarze po masakrze na premierze Batmana - przez publiczność tamże wziętej wszak za część trójwymiarowych efektów specjalnych (o tempora o mores!), som bardzo nie nie miejscu chwilowo)

Ciekawe jak o naszych czasach świadczy to, że wierutna bzdura rozciągnięta na półtorej godziny wydaje się jednak bardziej przyswajalna (skoro ma widzów, skoro ktoś wyłożył na jej produkcję, etc) niż jej jednozdaniowe streszczenie...


Nasuwa się pytanie czym zgwałcił... pewnie uniwersalną wtyczką USB, hm.



 Jednak niektóre postaci mają tyle uroku mmm...


...oraz umiejętności ;)                                                                       
Poniżej: bardzo pouczające dane na temat przyspieszającej z roku na rok (proporcjonalnie do szybkości rozszerzania się wszechświata ) ilości truposzy w filmach akcji... Touché,really.
Jednym słowem...
K mówi, że stosuję za dużo skrótów myślowych, że pewne rzeczy pojawiają się w rozmowie ze mną 'od czapy' a nikt przecież nie może wiedzieć, jakie tam też trybiki mi się w głowie obracają i skąd skojarzenie dane wlazło nagle na wokandę i peroruje w najlepsze. 
A więc no więc tytułem wstępu w ramach epilogu: pewnego pięknego a leniwego poranka w urlopowym Berlinie, w czasie, gdy moja gospodyni leci do najbliższego sklepu po kawę, pstrykam sobie szwabską telewizornię i natrafiam na coś, co się nazywa Telewizja śniadaniowa w Tvn i mogę na własne oczy zobaczyć, jak nisko upadł Andrzej Sołtysik, co to się kiedyś zajmował filmoznawstwem (no bo wyobraźmy sobie w śniadaniówce np.Grażynę Torbicką, ekhm). No ale do wyboru mam to albo Andreę Berg, niemiecką piosenkarkę w typie Maryli albo film przyrodniczy z niemiecką Czubówną (nevvver!) albo też strzelić sobie w łeb (brak kawy!). I to mój jedyny incydent filmowy na obczyźnie.
Zaś po powrocie, ledwie rzucam w kąt walizki, w telewizorni lecą 'Noce i dnie', które to postanawiam sobie odświeżyć w towarzystwie pół butelki niemieckiego wina... Buży błąd ;) Pomijając kwestię nenufarów oraz dobrotliwego Bogumiła, który przypomina mi nieodmiennie moich dwóch czy trzech życiowych eks-Bogumiłów, zagubionych na krętych i błotnistych ścieżkach żywota....to jak gra Basieńkę ta Jadwiga Barańska! Toż to majstersztyk nieosiągalny dla współczesnych aktorek najwyraźniej. Ogólnie łza wzruszenia ( i to nie jedna) może się w oku zakręcić, że o przednim poczuciu humoru nie wspomnę ("Chłopy! Chowajta się, dohtory jadom!" :). Takiegoż trzeba mi właśnie patriotycznego kopa, coby się na nowo w ojczyźnie emocjonalnie obsadzić.
Dziękuję za uwagę i witam w kraju.

czwartek, 9 lutego 2012

Opłaty za biblioteki kontra proces przed Trybunałem

Linki do tematu: Polskie Radio albo Rzepa

Majowie mieli rację - świat się kończy, a opłaty za korzystanie z bibliotek to dowód ostateczny :/
A tak w ogóle to może nałożyć kary na tych, co książek nie kupują (darmozjady jedne) tylko wypożyczają, hm? Albo podnieść planowane opłaty z 1 zł od książki na 1 zł za dzień od książki plus grupom najbardziej czytelnictwa potrzebującym zapewnić finansowane z pieniędzy unijnych kursy szybkiego czytania? Excellent idea! 
Następnym krokiem może być tylko wymiana pozycji w księgozbiorach  na te bardziej rentowne...
A może rozwiązaniem mogłoby być czytanie autorów nieboszczyków? Czy martwi mają prawo do tantiem? Kto mógłby przypuszczać, że niedawna śmierć Wisławy mogłaby niezamożnego czytelnika ucieszyć, brrr.
Czy czytelnicy jako tacy, jako najmniejsza mniejszość w naszym państwie, nie powinni być przypadkiem pod jakąś ochroną?
Zamiast tego straszy się Polskę procesem przez Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości.

(Poniżej:  z pewnego niezbyt proeuropejskiego bloga)















































  
Billy może nie dostać tantiem!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...