Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2016

Jak przeżyć wizytę matki i z godnością zjeść czekoladki


Wczoraj, w Dzień Dziecka, odebrałam więcej życzeń niż 8 marca, co powinno mi nieco dać do myślenia, być może. Moje tak zwane wewnętrzne dziecko to istny kanibal i anim się obejrzała, pożarło całą resztę wewnętrznej menażerii, na którą składają się zastępy wielorakiej osobowości w postaci: wewnętrznych dorosłych, wewnętrznych starców i wewnętrznego pieska, który merda w chwilach wesołości, a w chwilach smutków odpada mu ogon.

Również wczoraj wpadła do mego apartemą moja własna, rodzona matka. Tegom się nie spodziewała! Madre przyniesła mi czekoladki, a był to produkt cukierniczy wykonany metodą wtrysku kakaowego surowca wprost do złotej foremki.


W związku z czym rzeczonych czekoladek nie dało się wyłuszczyć z godnością.

Pamiętam z jaką fascynacją patrzyłam kilka lat temu na moją babcię, godzinami próbującą napocząć opakowanie leków, wykonane tak perfidnie, by nie dało się było go przez osobę starszą roztworzyć. W zamyśle projektanta tegoż opakowania (w postaci zaspawanej, zatrzaskowej fiolki z adamantu) osoba starsza miała zemrzeć próbując, wyłamawszy sobie uprzednio wszystkie palce. Co by w dalszej perspektywie zaoszczędziło NFZ-owi i wszystkim podatnikom wielu zbędnych kosztów.

Teraz ja próbuję z jednakim skutkiem wyłuszczyć z foremki czekoladki, a jestem w sile wieku, w tym umysłowego. Czekoladki można wypchnąć od dołu metodą nacisku, wtedy jednakowoż wylatują w powietrze i lądują za kanapą. Oczywiście będzie je można zjeść przy najbliższej edycji odkurzania... lecz kto wie, kiedy to będzie?
A tymczasem chciałabym je zjeść teraz, od razu.





















Zatem odwracam opakowanie i tłukę nim o blat stołu, aż czekoladki wszystkie naraz opuszczają migiem złotą foremkę. Najprostsze rozwiązania są najlepsze, a najszybsze są najprostsze. Moja madre, która mnie W OGÓLE nie zna, gdyż albowiem nie miała na poznanie mnie trzydziestu lat z okładem, jest zszokowana, że alejaktotak?
Ano tak to.

Staram się przy madre trzymać ustabilizowany poziom imidżu, na który pracowałam latami: wesołego lecz nieco psychicznego przybysza z genetycznie odległej planety Pacanów w galaktyce Wygi Starej. Wpycham sobie czekoladki do ust i żując mówię, że mmm pyszne, ale żeby następnym razem kupiła mi raczej karton papierosów, sil-wu-ple. Madre patrzy na mnie takim wzrokiem, ale to TAKIM wzrokiem... który ćwiczy sobie w łazience przed lustrem, bo ją kiedyś na tym przyłapałam (polecam niezapowiedziane wizyty rodzinne). Jest to wzrok fundamentalnego islamisty napotykającego, w drodze do meczetu, zwracającą imprezowe drinki wykolczykowaną w pępek nastolatkę rasy anglosaskiej. Oraz plus skrzyżowany ze smutnym wytrzeszczem na wpół przejechanego przez tira przydrożnego kotka. Z dodatkiem nerwowego mrygu petenta wymiaru sodomowego (sądowego? jakoś tak), który się dowiaduje, że całą procedurę musimy powtórzyć, gdyż asystentka asesora zgubiła ostatnią stronę z podpisem, a zatem wyrok się nie uprawomocnił.
Łapiecie już? 
To jest właśnie taki wzrok.






















W moich relacjach z matką odwiecznie powracającym refrenem jest konfrontacja tego imidżu z tym wzrokiem.
(Zasadniczo każda matka jest w stanie dopuścić jakąś zdziczałą kompulsywność nałogu swego potomka, ale nałogu, który jest w stanie zaakceptować (cukier), a nie tego, który dziecko wybrało (tytoń).)


Czekoladki zjedzone.
Madre zwiedza apartemą. Zwiedza zaglądając pod dywan i za szafki. Tak nie może być, gdyż nie wiadomo co może tam znaleźć. Moszczę na najbardziej zapadniętej kanapie poduszki i drapuję kocyk. Delikatnie, podłokietnie podprowadzam tamże mamusię, po czym metodą nacisku na klatkę piersiową ją popycham. Mamusia zapada się w kanapę. Gramoli się dzielnie, ale nie może wstać (ha!). Tak, dear, ty tu sobie posiedź, a ja zrobię ci herbatkę. To jest absolutnie najpierwsze primum non nocere dla własnej psychiki oraz więzi rodzinnych: matkę wizytującą nasze pielesze należy bezzwłocznie unieruchomić w jednym miejscu.

Madre dostaje herbatę.
Nie wiem co się dzieje potem bo od tych czekoladek zapadam w śpiączkę cukrzycową.
W każdym razie już jest dzisiaj.
A ja nadal nie dorosłam.

W następnym odcinku zinwentaryzujemy życie z kawą i papierosem. Tymczasem dzisiaj dwie piosenki o matkach i ojcach.




niedziela, 14 lutego 2016

Piosenka dla zakochanych czyli o Walentynkach oraz tradycyjna damsko-męska lista przypadków

Wszystkim zakochanym (i aspirującym) najlepsze życzenia w dniu Walentynek!
Specjalnie dla was piosenka:



Mam nadzieję, że miło spędziliście dzień. A jeśli nie, to pozostało jeszcze ćwierć wieczoru. W sam raz na ćwierć kolacji lub ćwierć seansu dla ćwierćinteligentów ;)
"Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.
Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?
Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

(...)

Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.
Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.
W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.
By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem."

(Karta z dziejów ludzkości - Julian Tuwim)

Zawsze mnie zastanawiało, jak bardzo niezdrowo cliche trzeba być, żeby się 14 lutego wybrać na seans zaproponowany przez przeciętnego polskiego dystrybutora: 

On i ona, pełen luz, umawiają się tylko na seks/ bycie przyjaciółmi, ale potem (WTEM!) zdają sobie sprawę że to miłość, miłość panie dzieju! I ZAWSZE, musowo, grupowa scena finałowa: on jej się oświadcza w restauracji a wszyscy biją brawo i podrzucają z uciechy kotlety, albo śpiewa on na cały regulator na dworcu albo okazuje publicznie afekt na stadionie bejsbolowym. Albo inne takie, których już na szczęście nie pamiętam. Zawsze mnie zastanawiał ten nurt kina hollywódzkiego: bez grupen-finale ich miłość traci na wartości i znaczeniu, gdyż co to za afekt w prywatnych, intymnych pieleszach, bez famfarów?

Tymczasem prozaiczni bezfamfarowcy, odbiorcy takich gniotów, gnietą się latami w kompletnie niedobranych związkach. Z lenistwa. Ze strachu przed samotnością. Ze strachu przed koniecznością readaptacji.
I najświętszy przypadek: Z PRZYZWYCZAJENIA.
Obserwuję wokół siebie takie mezalianse różnych oczekiwań i realizacji życiowych planów. Bardzo to smutne. I jednocześnie jakie życiowe.
Molier powiedział, że najlepsze błędy są najkrótsze, ale co on tam wie.

No i zawsze mają bezfanfarowcy ten jeden, pluszowo-misiaczkowo-różano-czekoladkowy dzień dyspensy od goryczy, przemilczeń, awantur. Kazamatów codzienności.

Mój ulubiony przypadek miłosno-medyczny:


A teraz inwentaryzacja damsko-męska z i-kartki:
Enjoy.









piątek, 22 stycznia 2016

Nie denerwuj Babci!

Jak tam, pamiętaliście o Dniu Babci? Mam nadzieję że wszystkie babcie-alergiczki dostały bukiety, a babcie-cukrzyczki po bombonierce ;). Najważniejsze to Babci nie denerwować (dziadka też nie, chyba że był Ubekiem - wtedy ewentualnie można popróbować ;).

A teraz o tym jak traktować babcię zaśpiewa Wojciech Młynarski:

Tak trudno temu zmierzchającemu pokoleniu w tyglu tych wszystkich cywilizacyjnych przemian i zdobyczy, ah. Chociaż to oni przeżyli wojnę a nie my. No ale prawdziwa walka dopiero przed nimi. Walka o godność w czasach gdy stawia się na młodość.

Wysłuchuję opowieści sąsiadki mamy, którą w zeszłym roku potrącił na ulicy jakiś młodzieniec. Biegł gdzieś, spieszył się widać strasznie, bo wpadł na nią i przewrócił. Biodro złamane, kość udowa w strzępach. Rok z życiorysu, metalowe szyny, rehabilitacje, nauka chodzenia, cierpienie. I ból.
- Ach, jak oni nas wszyscy mają gdzieś - mówi o służbie zdrowia babcia-sąsiadka. - Niby robią co do nich należy, ale to wszystko podszyte takim podejściem, że powinniśmy raczej pójść się gdzieś położyć i umrzeć, a nie zawracać gitarę. Szkoda dla nas czasu.
Mówi o ludziach w swoim wieku. 
W szpitalach. W placówkach. W urzędach.

-Hm, no tak, to okropne, okropne - mówię. - Ale przejdźmy do najważniejszego: czy on się zatrzymał? - chcę wiedzieć.
- Kto?
- No ten młodzieniec, który biegł i potrącił.
- Nie.
Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków, nie osądzajmy zbyt pospiesznie: może spieszył się podpisać umowę śmieciową albo do pracy na telefonach, 8PLN za godzinę. Może nie zauważył, nie poczuł, puchówki teraz takie porządne robią, mimo iż chińskie, a babcia-sąsiadka chudzina, a lód na chodniku śliski. 

Kiedyś pisałam już o niewidomym idącym ulicą, który tak białym kijaszkiem wymachiwał, iż podciął moją znajomą. Znajoma rymsnęła na pysk. Ręka w strzępach, gips, rehabilitacje.
Takie rzeczy się zdarzają.
Tylko najlepiej jednak, żeby w młodości.

Teraz inwentaryzacja seniorów, żeby już tak nie smędzić.







A tu link do zeszłorocznego dziadka z kruszonką [klik] (gdyby ktoś nie dostrzegł jak zmienia mi się poziom humorystycznego nastawienia do seniorskiego święta w porównaniu do lat poprzednich).

Dziękuję za uwagę.
Następnym razem będzie o młodzieży ;).

czwartek, 31 grudnia 2015

Sylwestrowe CARDIO DICHO (które przyda się jeszcze potem w karnawale)

Już za momencik (momęcik?) usiądę oglądać mój ukochany program pt "Sylwester z dwójką". Ileż gwiazd tyleż emocji: czy rozpuknie się ten silikon w karpiowardze, a kudłata treska imitująca zdrową gęstwę odpadnie w szale plejbekowego wgryzania się w mikrofon?
Lub może tylko żartuję, żartuję okrutnie. Czyli kpię.
No ale ktoś to jednak ogląda. Ponoć ;).

 








Jak by nie było i gdzie by się dziś nie tańczyło, czego nie piło i z kim nie obudziło... zapodaję kilka cardio-dicho kawałków do kolektywnego podrygu. Przydadzą się i na potem do odchudzania zadka w ramach postanowień noworocznych (he he).

Świętujmy moment przejścia z cyferki piątki na cyferkę szóstkę. Cieszmy się, że oceny coraz lepsze.
Do absolutorium jeszcze daleko. 
Strefa cienia jeszcze za horyzontem gwiazd. 
Na razie to tylko nowy rok.



"Ja jestem James, James Lovelock.
Więc lepiej ruszaj się, goń się, bujaj odwłok!"
No lepiej bym tego nie ujęła, James.



(...)

(...)


(...)

WN w NR!

piątek, 14 sierpnia 2015

Muza, która chłodzi czyli hipsterskie piosenki na czas upałów w stolicy

Wyobraźcie sobie masy leniwie sunącego, rozgrzanego powietrza o zapachu asfaltu. Gęstego od pyłków roślin i pełnych goryczy myśli o zmierzchającym lecie.

No to pośpiewajmy. A raczej połóżmy się z nogami w górze na wykwintnym, dizajnerskim szezlongu i niech wszyscy (poza osobą która poda nam zimne Mokito ;) dadzą nam spokój.

Zaczynamy od negacji w narracji. 'Nie, nie, to nie jest melodia o specyficznych fobiach'. Pianino chłodzące, wygwizdów i bicik w tle również.  Górników, wbrew tytułowi, nie ma zbyt wielu.


Następnie wystąpi drżący głos wokalistki Mikromusic. Tytułowe 'Zostań, zostań' skierowane jest do lata (jak mniemam w imieniu wszystkich osób, którym przez większość roku jest w tym kraju zimno). Przy okazji nasuwa mi się przypuszczenie, że choć drżący głos, tak jak elektroniczne srebrzenie, ma właściwości chłodzące, to gitara akustyczna już niekoniecznie.


A teraz Kleszcz zaśpiewa, że 'nocą jesteśmy głodni'. Nie wyciągajmy jednak pochopnych wniosków odzwierzęcych, chyba, że chodzi o ssacze chucie pożądające drugiego, spoconego ciała w bezsenne noce. Lub być może piosenka ta powinna znaleźć się li jedynie w poście mówiącym o zgubnych nawykach żywieniowych. Takich jak te sierpniowe, gdy jest tak parno, że człowiek wstaje w nocy by zjeść trochę przejrzałych wiśni  i dogorywającego arbuza.
No co kto woli.
Poza tym lubię gdy wokalistka wydyma głos - nie usta, a głos właśnie.


Nie byłabym jednak sobą, gdybym na finiszu nie dała czegoś wesołego, rytmicznego i z ładnymi dziewczynami. Stare, ale jare, do podrygów na deptaku w sam raz.


Na razie tyle, w następnej edycji twarde kardiologiczne dicho, które postawi nas na nogi na jesieni.
Bywajcie, wy i wasze mokre ręczniczki ;)

ps. Poniżej przyjmuję dary w postaci linków do innych, chłodzących melodii oraz kariologicznego dicho.

czwartek, 19 czerwca 2014

Piosenki na długi weekend

Kiedyś w piątki wrzucałam tu jakąś nastrojową muzę. Teraz kiszę muzę w zakładkach, a przecież, bracia i siostry, należy się dzielić darmowymi dobrami z internetów, nieprawdaż.
Obyście tylko nie posnęli, bo to nie będzie rock, reagge ani klasyczne umca-pumpca.

Na początek mój od połowy maja namber łan.



A teraz starocie.
Piękny obrotowy profil Jessie:


Sentymentalnie, jak to na bliskim wschodzie ;) Beirut:


Pianolenie na wiatr i skrzypki czyli coś dla dam:


I dla tych, którzy wyjechali na długi weekend - snuja powrotna:


Następnym razem będzie żywiej, obiecuję.
Zzzz.

niedziela, 29 grudnia 2013

Szklanka, telefon, moneta

W okresie świąteczno-noworocznym telefon puchnie od nadmiernej ilości poetycko wyrafinowanych lub przaśnie rymowanych życzeń. Życzeń na które nie można po prostu odpisać Tobie też albo I nawzajem i kij ci w ślip. Więc człowiek się objada układając w głowie mickiewiczowskie frazy w konwencji wyższego wykształcenia i oczytania. Dopóki komórka nie poinformuje że jest zapełniona i nie przyjmuje więcej wiadomości. Jednocześnie pasek informuje że nie przyjmuje więcej karpiowo-makowych potraw, a błyszczące tafty na ciele napinają się niebezpiecznie i popierdują w szwach.
Specjalnie poświęcam dwie świąteczne noce na spanie na niewygodnym tapczanie w salonie (salonie – hahaha, niech będzie, że dużym, o kubaturze  średniego, pokoju). Choinka mryga zawadiacko a pod ręką szklanka z kompotem z suszu, na wypadek gdyby nas suszyło, jak się obudzimy. Cóż za sny mnie nawiedzają! W tych snach jesteśmy dziećmi z niebem na wyciągnięcie ręki, przyszłość jest niewiadomą jak rzut monetą, nie wchodzimy jeszcze do strefy cienia, do umieralni wieku średniego, w tych snach nie zaczyna się nam jeszcze chiński rok węża, co wypełźnie z kieszeni i zje nam emerytury na chwałę państwowego budżetu. Wszystko może się zdarzyć i na pewno nie jest to spuchnięta wątroba i resztki stłuczonej bombki w stopie i nadzieja, że może nie będzie jak w piosence Geppert.
Doprawdyż nie rozumiem ludzi, którzy piją i zażywają skoro wystarczy się objeść i spać na tapczanie, żeby bawić się nie gorzej niż na najnowszej hollywódzkiej produkcji 3d z Sandrą B. lub hobbitem we własnej głowie (minus 20 zeta za bilety).
A potem oczywiście wrócić do reala. Z siatką. Na motyle.

Wchodzimy w Nowy Rok, jak do Narni, pełni optymizmu, choć wokół wali stęchlizną i lawendowym środkiem na mole.
Ale to tylko szafa, panowie i panie.
These days.


....
Post powstał z (obżarstwa oraz) inicjatywy Fidrygałki - i jej zabawy (w pisaniu na akord) o nazwie 'Finka z Kominka.
I nim właśnie żegnam rok 2013.

niedziela, 29 września 2013

Muzyczne łajzy, wielki granitowy tort i pytanie o sens życia czyli i w niedzielę nie tracimy hartu ducha!

W niedzielne popołudnie powinno być cudnie. Ale jak się już człowiek naje na obiedzie rodzinnym tych ciężkostrawnych schabowych (tj ups, pardon, duszonej na parze soi w plastrach parmezanu z temperowaną w roszponce truflą) to zaczyna (czasem) pod wpływem wzmożonego metabolizmu, co odciąga krwie z osłabionego merytorycznie mózgu, rozkminiać różne kwestie, deliberować nad życiem, jego sensem i bezsensem i ogólnie wpychać ikrę z powrotem do jesiotra. Kiedyś to się chodziło do kościoła wtenczas, w niedzielne popołudnie. Później do marketów. A tera to nie wiadomo gdzie iść. 
 Może do sztonhendż?
A ta końcowa debata wokalisty z chórkiem i product placement Hondy wprost wyborna ;)

Dzisiaj można iść do Łazienek posłuchać ostatniego w sezonie koncertu Chopinowskiego (kto nie z Warszawy może się zamknąć w łazience i se z aj-poda zapodać, co może i zdrowszym być, bo się tyłka na świeżym powietrzu nie odmrozi naonczas). Poza tym panie pianujące pod pomnikiem rzeczonego muzycznego dobra narodowego wyglądają jak łajzy. Rozumiem zasadniczo, że to nie Carnegie czy inny Hall, taka palcowa darmówka dla mas pochrząkujących, a po godzinnym koncercie to i posmarkujących, jednakże ubrać jakoś aligancko by się wypadało być może. No ale w końcu o muzykę chodzi, można siedzieć z zamkniętymi oczami. Czasem to lepiej zamknąć, jak się tak tyłek w tyłek na szczuple dostępnych ławeczkach  siedzi z melomanami nieznanej konduity.

Tymczasem jeśli nie macie ochoty na melancholijnych szopenów, to polecam zapodane powyżej i poniżej dwie piękne piosenki grupy norweskich komików. Również z powodu, że zaznałam niedawno troszku dubstepu i innego wściekłego elektro, co to człowiek posłuchawszy i ciało w drganie wprawiwszy żałuje, że nie ma pod ręką jakiego ziela, co by mu poprawiło wciąg i owej muzy interpretację. Albo samca z biglem ;)
Wprost muszę się z wami podzielić tymi oto piosenkami zagranicznymi gdyż doskonałe są, pełne tych uroczo nieobecnych w tygodniu duchowych rozkminków, w sam raz na niedzielę.

Psajkodelicje fantazyjnie stylizowane na ciężkostrawny musical Misereblables. Oraz dzieci z wózków wypadające aaa ;)

Ale i tak najwięcej wejść zanotowała mozillowska ;) wersja Old mcdonald had a farm [klik]

środa, 7 sierpnia 2013

Coś pływa w jeziorze oraz o domowych sposobach na zrobienie akwenu

Myślę sobie tak. Że gdyby Bóg / Los  (zależy jakiej jesteście opcji) postawił przed mną chłopca pięknego jak malowanie, o ciele greckiego adonisa (a raczej dyskobola, tylko zamiast dysku miałby on karton fajek albo belgijskich pralin albo naręcze twarzowych, jedwabnych sukienek) i powiedział:
- Ten tu oto zdolny naukowiec jutro odkryje lekarstwo na raka a w przyszłym tygodniu znajdzie sposób na zlikwidowanie na świecie głodu i korupcji a w przyszłym miesiącu ci się oświadczy i będzie znakomitym mężem, który ci będzie co tydzień dawał kwiaty a co miesiąc biżuterię oraz wspaniałym ojcem twoich dzieci, które urodzisz mu bez bólu i nie rozciągniesz się po tym jak stara skarpeta – ALE jeśli jeszcze kiedykolwiek chcesz pożeglować na mazurskich jeziorach, to musisz go ZABIĆ. Wybieraj.

Szczerze? Zaszlachtowałabym tego idealistycznego gacka w trzy sekundy. Wyprułabym mu wnętrzności bez mrugnięcia okiem.
Właśnie tak się czuję, jak po długiej nieobecności wracam na wody. Czuję, że to uczucie nie ma sobie równych. Moje ciało nie pamięta dotyku tylu innych ciał ale to cudownie sensualne wspomnienie gęstości i konsystencji akwenów w których się zanurzało jest w nim obecne zawsze. Na jakichś wakacjach, kiedy miałam 16 lat, popłynęłam w nocy na dziką wyspę na środku jeziora. Powierzchnia jeziora była czarna, tafla bez ani jednej zmarszczki. Do tej pory pamiętam podszczypywanie rybek, kiedy tak płynęłam. Do tej pory się zastanawiam kto się tak znęcał nad moim młodym ciałem – czy to był jakiś sadystyczne szczupaki, niewyżyte leszcze czy głodne okonie? Na to pytanie odpowie w piosence poniżej niezapomniany Jan Kaczmarek :D


Epickie nie? ;)

Trochę to czasem nienormalny entuzjazm (oprócz tego że brak formy nie pozwala mi już robić takich nierozsądnych, pozalądowych eskapad)  bo mam np ochotę kompulsywnie wyskoczyć za burtę albo zrobić niezapowiedziany zwrot przez rufosztag, albo śpiewać szanty przepitym basem.... co tłumaczę sobie panicznym oswajaniem tego szczęścia, jako że człowiek napełniony powołaniem do żagli/kajaków/nurkowań/akwenów powinien mieć z nimi regularną, nawet jeśli tylko coroczną, styczność.
Niestety moja żeglarska ekipa rozpadła się lata temu. Mam nadzieję, że u was z moczeniem sprawa wygląda lepiej.

Tymczasem - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Trzeba szukać na co dzień kreatywnych rozwiązań ;)


 Zwłaszcza ten pan mnie ujął ;)

fot. Paweł Bajew











Albo po prostu gdziekolwiek się jest w naszym kraju - poczekać na trzy deszczowe dni ;)
Co jest zresztą naturalną konsekwencją polityki rządku w kwestii mazurskich jezior.
Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie uznaje system mazurskich jezior za zbiorniki sztucznie spiętrzone i w związku z tym domaga się opłat za użytkowanie terenów na wodzie na podstawie stawek wynikających z ustawy o gospodarce nieruchomościami (średnio ok. 24 zł za m kw. powierzchni jeziora).
 
(Gdyby ktoś był ciekawy to za zbiorniki NATURALNE płaci się 5 zł/ metr kw. I wszystko jasne! Ale to informacja zeszłoroczna, ostatecznie nie wiem na czym stanęło, pff)

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozrachunki z przeszłością, intelektualny molesting i czemu czasem współczujemy byłym

Na początek piosenka bardzo bardzo oraz poniekąd a nie bynajmniej w temacie ;)


Spotykamy się, by dokonać rozrachunków. Toporki zakopane, ale w grobach płytkich. A właściwie to podróbki toporków, atrapy made in China.
- Brakuje mi Ciebie – mówi mi M.
O! To menda – myślę sobie. Chociaż nie. Menda u mnie w rodzinie się mówi na kogoś czule, karcąco, ale czule. Kiedyś to była pchełka. Ale wszyscy dorośliśmy, nastały ciężkie czasy, pchełka się relatywistycznie roztyła a ideologicznie skarlała, ewoluowała więc w mendę. Na mendę trzeba zasłużyć, w mojej rodzinie, wśród moich przyjaciół, więc nie, myślę, ty szmato, szubrawcze, szczeżujo, szakalu ty, myślę, teraz, po tylu tygodniach ci się zebrało na takie wyznania. Szmatą nie jest, to pewne. Szakal kojarzy mi się z filmem kryminalnym. Szubrawiec i szczeżuja brzmią humorystycznie. Nie mam dobrych określeń na ‘s’ oprócz tego oczywistego. Ale do jego matki nie mam nic.
- A tak konkretnie? – robię brew i unoszę kwaśną minę, bo z tego wyznaniowego szoku pomyliły mi się te ogólnodostępne środki do przyobleczenia twarzy w wyraz niedowierzania.
Bierz co dają, filtruj co bierzesz, analizuj co filtrujesz, lepiej dostać prosty, czysty cios, nawet czymś ostrym, frontalnie, w biały dzień niż być cichcem, długotrwale podtruwanym w fazie Rem, kiedy wydaje ci się, że nic lepszego już sobie nie wyśnisz – powiedział ktoś, jakiś mądry, daleki członek rodziny albo sławny, zmarły filozof albo może to wyczytałam w księdze aforyzmów na stoisku z tanią książką, mądrość w sam raz za 9,99.
Przynajmniej szczerze, myślę sobie, kiedy szczerząc się mówi:
- Najbardziej to mi brakuje, no wiesz,  ukierunkowywania cię.
Co się teraz tak nazywa zwykłe STROFOWANIE i intelektualny molesting.

(U Johna i Yoko było na odwrót ;)

Kobieta z takiej a nie innej rodziny, skromnej i z aspiracjami bardziej intelektualno-duchowymi niż finansowymi spędza lata całe w przekonaniu, że potrzebny jej ktoś, kto pociągnie ją w górę, wzbogaci jej wiedzę, wspomoże samokształcenie. Kobieta taka pragnie mieć uszy zwinięte w lejki, żeby podtykać je pod ten sączący się do nich nektar wszelakich mądrości. Potem jednak zaczyna się przekonywać, że praktyczniejszy jest partner, którego nie trzeba będzie trzy dni namawiać na pozmywanie garów a pół roku na wyniesienie choinki. Oraz na wywiercenie w ścianie dziury w celu wbicia haka, na którym kobieta chciałaby rozpaczliwie zadyndać jak Janosik. Taki, który nie ucieka histerycznie acz sprintersko przed każdym przejawem rutyny. Niech nawet mówi zdaniami prostymi, niech nie używa -izmów. Taki, który umiem żyć, pogodnie zakotwiczony w codzienności, a nie tylko o życiu się patetycznie naczytał.

Jednak, gdy tylko zdarzy się partia-mobilizująco-w-górę-ciągnąca, ulega taka niewiasta młodzieńczym ideałom. Permanentne manto w rodzaju strofowania i karcenia wlicza więc kobieta w cenę kursu w rodzaju tych, jakim poddają się na obozach szkoleniowych marines (marines in spe, jak wiemy, łatwo nie mają, ale jak skończą, to mogą do wszystkich strzelać, juhu!)

Kobieta chce czuć dyskomfort intelektualny, ponieważ sądzi, że taki dyskomfort bardziej mobilizuje do pracy i wysiłku. Musi jednakowoż być taka kobieta jednocześnie wesoła, ciepła, seksowna i praktyczna, żeby się pozytywnie w związku zbilansować, nawet jeśli w jej naturze leży raczej temperamentny egocentryzm a zarazem nieprzyzwoite lenistwo a zarazem egzystencjalny nihilizm. Aż nadchodzi taki moment, że kobieta taka mówi sobie prosto i dobitnie, nie używając -izmów: „A chuj z tym!”. Po czym napawa się wolnością i świętym spokojem. Podczas gdy jej partner przeżywa katusze, bo stracił biedak jedynego kursanta, jedyna dobrowolną ofiarę intelektualnego molestowania.
Czasem to mu nawet współczuję.






















A poza tym nie bił mnie, bałwan, kwiatem, a ja to właśnie lubię ;)

wtorek, 16 kwietnia 2013

Na jakich piosenkach uczyliśmy się języków czyli jak wypiękniała Celina i że hiszpańscy amigos zawsze podnoszą ciśnienie a rosyjscy obniżają

Znalazłam takie słodkie coś...

Star Wars Rock - Revenge of the Adjectives

...i zaczęłam sobie przypominać na czym to ja - na polu muzycznym - uczyłam się tych zagranicznych mów, które przydały mi się wielce na wakacjach ofkors, w rubryczce stosownej w CV oraz głównie na stolicznych ulicach by turystom bez pomocy palucha  wyjaśniać jak dojść na Stare Miasto ;)
A mówię o piosenkach które nuciliśmy bezmyślnie, a potem je rozłożyliśmy na czynniki pierwsze i się okazało, że maja one też w sobie treść, przymiotniki, historie, takie tam i potem już słuchaliśmy ich świadomie i rozumnie.
I tak.

Angielski to Plateau Nirvany (ambitna anglistka szkolna :) Do tej pory w czasie sprzątania nucę sobie czasem "Nothing on the top but a bucket and a mop..." ;)

Choć oczywiście próbowałam na Monthy Pythonie, ale gdzie tam!

Francuski to (czy ona jeszcze żyje mon Dieu?) Celin Dion. Poniżej wielce archiwalny materiał jak sama Celina się uczyła języków w celu kariery międzynarodowej.

Pamiętam, że wtedy były dwie francuskie szansonistki wybijające się, Celina i Patrisia Kaas. I kogo oczywiście obstawiłam ja jako materiał na karierę międzynarodową? Ano Patrycję. A poszła na dno jak Tytanik...
Celina jest optymistycznym przypadkiem przemawiającym za tym, że posuwając się z wiekiem można jednak wyglądać lepiej. Na dowód link, gdzie Celinie wypchnięto już niesforny ząbek spod nosa do pozostałego zębowego szeregu ale jeszcze nie skoszono brwiów (plus gdzie Celina po francusku odmawia przyjmowania nagród -nie będących Oskarami - za twórczość anglojęzyczną  [klik]) oraz stan obecny, gdzie blond Celina występuje w spodniach z naszytą na nich cekinową cipką...  [klik]
Muszę też sobie tak na wiosnę umaić spodenki ;)
........
Hiszpański to oczywiście Banderas w tańcu na stole barowym

chociaż tę przygodę językową zaczynałam tak późno, że wolałabym na bardziej życiowym duecie Negro i Azul (chłopaki śpiewają o narkotykowym bossie, postrachu granicy - niestety nie znalazłam bardzo klimatycznego teledysku w sombrerach). Co przypomniało mi potrzebę powrotu do serialu Breaking Bad i dalszej nauki dialogów pozwalających dogadać się z każdym hiszpańskim dilerem mucho poco y más o menos ;)


A rosyjski (zapomniany w stadium wiedzy, że się cyruliką syberyjską operuje ;) przypominałam sobie na 5'nizzie


A pierwsza polska piosenka, ha, któż spamięta? Przeszliśmy przez etapy kołysanek, dobranocek, kolęd, szant, hej sokołów i dzieweczek z laseczka, śpiewników harcerskich, pieśni patriotycznych... Czy coś na pamięć zaś? Gdyby wybuchła bomba wodorowa i z ziemi polskiej tylko my i muzyczne dziedzictwo w naszej głowie, to co by to było? Bo u mnie to raczej kiepsko. Z pamięcią kiepsko a ze śpiewem to bym raczej nie próbowała nawet, bo by wtedy odpalili drugą bombę ;). I w dodatku w tych czarnych robaczkach też się nie rozeznaję, co to się nuty zwom.
........

Ostatnio zaś od muzyki boli mnie głowa i o ile linia melodyczna nie obejmuje delikatnego (opcjonalnie kobiecego) głosu i plumkania fortepianu (opcjonalnie gitary), to wolę siedzieć po cichu ;)
W związku z czym (albo i bez) gdybym miała coś proponować w zabawie Soundtrack Blogerów to niech to będzie Piatnizza właśnie. Może być powyższa Vesna albo poniższy Soldat (Vivere militare est jak powiedział już Seneka i od jego stwierdzenia nie wymyślono nic lepszego)

(Myślę, żem jedyną blogerką, która w wyborze nie kierowała się swoim życiem miłosnym/przeżyciami metafizycznymi czy innymi duperelami  tylko migreną (opcjonalnie miłością do ciszy) oraz tajemną tęsknotą za rzewnością ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...