Gdybym
była osobą skłonną do pesymizmu i malkontenctwa mogłabym sobie powiedzieć:
-
Kurwa mać! Wszystkie te moje koleżaneczki i psiapsiółki są ode mnie
atrakcyjniejsze!
Co
zresztą zawdzięczam tylko i wyłącznie sama sobie: zbyt małej ilości
przyjmowanych płynów i snu, zbyt dużej ilości przyjmowanych papierosów i kawy, wysiadywaniu owoców pracy na stołeczkach i krzesełeczkach, które znajomości ergonomii
nie liznęły, w pozycjach tak karkołomnych, że gdyby ci wszyscy bohaterowie
dokumentów pt: „Jestem dziwem nad dziwy bo urodziłem się bez rąk i nóg” mnie
zobaczyli – to zapłakaliby się na śmierć z powodu niesprawiedliwości, że to
właśnie o nich nakręcono film ;)
Wiadomo,
że w duecie dwóch przyjaciółek - mimo, iż z biegiem lat upodabniają się do
siebie, a nawet synchronizują okresowe zegary - jedna zawsze wodzi prym i
błyszczy mocniej, druga zaś jest jej cieniem – podstawką pod doniczkę,
podszewką pod sukienkę. Podobny los przypadł i mnie – zawsze w takich tandemach
byłam osobą co prawda albo bardziej oczytaną albo bardziej utalentowaną albo
tylko bardziej wyszczekaną ale nigdy nie piękniejszą, wizualnie nigdy nie
zdobyłam najwyższych osiągów. A kogo w
sumie obchodzi co tam masz do zacytowania, jeśli twojemu rozmówcy właśnie
wyrwało gałki, które teraz, spocone ze szczęścia, turlają się w tą i wewtę po
gładkim licu i epickim ciele twojej urodziwszej towarzyszki.
Jak
byśmy nie emanowali swoją osobowością czy sznytem (co zresztą zaniedbane i
roztrwonione rozwiewa się jak dym) to piękno zawsze pozostaje pięknem. I działa to w obie strony. Nie wiem czy zaznałyście tego rozdarcia, kiedy
oczywiście wmawiamy sobie, jak to dobrze obudzić się obok kogoś czułego i
wartościowego, ale obudzić się obok anioła Botticellego (niechby i nawet na
‘dzień dobry’ chlasnął nas po pysku) to zupełnie inna kategoria, to doznanie
tak doskonałe wizualnie jak zamieszkanie w katedrze w Chartres.
(Nie
zapominajmy jednak, że dziesięciolecia temu moje łydki z fartownie szczupłymi pęcinami występowały w reklamie
skarpet ;) do czego się zresztą nie przyznaję, bo aż boję się myśleć, jak
złośliwie można by to skwitować, heh...)
Wszystko
to tytułem skojarzenia wypłynęło z okazji niedawnej wizyty - prosto z Paryża
do mojego ogródka - słodkiej P. razem z mężem L.
Z
P. nie przyjaźniłam się na zasadzie sukienkowo-podszewkowego duetu, bo dawno temu, w czasach jeszcze
licealnych, wszystkie chadzałyśmy w powyciąganych swetrach i martensach i
dużo czytałyśmy (nie to co teraz, tfu), ale przez pewien czas było nam po drodze. Później nasze drogi
rozeszły się i podryfowałyśmy w odmiennych kierunkach – ja skończyłam w ogródku
;), a P. wyszła za mąż za rodowitego Francuza i mieszka w Paryżu (i trust me - tylko
rodowity, w ząbek czesany Francuz mógł założyć koszulkę z
dekoltem w serek, z którego wystawała mu włosowa kępka i uczynić z tego przejaw
nonszalancji a nie dowód uczestnictwa w prowincjonalnym koncercie obleśnej Budki Suflera ;)
P.
stała się kobietą urodziwą – ma ładną figurę, owalną twarz o regularnych rysach
i zdrowej, w lecie złocistej, karnacji, duże niebieskie oczy. W przeciwieństwie
jednak do wszystkich tych moich atrakcyjnych koleżaneczek uwielbiam z nią przebywać, ponieważ fakt bycia urodziwą nie tylko nie jest
przez nią w jakikolwiek sposób eksponowany, ale raczej głęboko i wstydliwie
skrywany. Każda raszpla, która
liznęła z blogów modowych nieco francuskiego stylu, albo choć tylko
dokonała zakupów ubraniowych w towarzystwie lustra, idąc obok niej ulicą
mogłaby poczuć się wyśmienicie.
Jest to dla mnie doprawdy zadziwiające, jak można będąc tak obdarzonym przez los tak bestialsko zaniechać korzystania z tego dobrodziejstwa inwentarza dobrych genów i zdrowego trybu życia!
Jest to dla mnie doprawdy zadziwiające, jak można będąc tak obdarzonym przez los tak bestialsko zaniechać korzystania z tego dobrodziejstwa inwentarza dobrych genów i zdrowego trybu życia!
Toż to marnacja najgorszego
sortu.
Pomijam rzeczy, których
dopracować nie sposób, bo są w nas nierozerwalnie i niezmiennie wpisane, jak np
sposób chodzenia, po którym poznałabym P. i z 200 metrów, jak snajper.
Miałam taką teorię, że po sposobie
chodzenia, po stylu sekwencji kroków, można kobietę rozgryźć – czy ma życie
udane, czy jest szczęśliwa i pewna siebie, jak ma status społeczny albo choć
doraźne tego dnia samopoczucie (no może oprócz tych tlenionych nastolatek z
poodkrywanymi o każdej porze roku nerkami, które maszerują tak, jakby świat
kładł się przed nimi pokotem już z powodu samego ich istnienia i ostentacyjnej młodości).
Tymczasem przy P. moja teoria upada – niezależnie od tego, w której dekadzie
życia ją widzę i pominąwszy fakt, że owo jej życie wydaje się raczej udane, zawsze lezie tak, jakby pytała „To gdzie właściwie jestem i
yyy dokąd właściwie idę?”, jakby zgubiła się na środku jakiej podhalańskiej
łąki.
Pozostaje też kwestia niesprecyzowanej jakości i koloru koafiury, który okala jej całkiem, jak już wspomniałam, urodziwą fizis.
Pozostaje też kwestia niesprecyzowanej jakości i koloru koafiury, który okala jej całkiem, jak już wspomniałam, urodziwą fizis.
Oprawa jest jak najbardziej w cenie: przyjrzyjmy się choćby obrazom w muzeum, czy robiłyby na nas takie wrażenie, gdyby nie wisiały tam w stylowych, złotych ramach albo byle cyrkonii, która dzięki srebru staje się pierścionkiem i hoho, jak narzeczona się nie zorientuje to może i udawać diament ;)
P. mimo wszystkich tych lat
spędzonych w Paryżu nie liznęła paryskiego stylu nic a nic. Nawet jeśli nie
było to jej życiowym celem (tylko pogratulować - w końcu doskonale zna język, ma pracę i udany związek), to choćby nawet przez osmozę, obserwacje...
A tu zapuszkowane merde i guzik z pętelką zapięty na suwak oraz na deser strzał
do własnej bramki. Jej mąż L., narzeka, że chciałby być czasem przez żonę
uwodzony, a tymczasem na naszej wieczornej nasiadówie cały czas powracał jak
refren, jak szlaczek w zeszycie pierwszoklasisty, temat jej tragicznych, dżinsowych szortów,
które ze zgrabnych bioder uczyniły gargantuicznie rozdętą brzuchodupę wszechczasów jakiejś
nadodrzańskiej Berty.
Następnie Komisja dyscyplinarna złożona z L. i mnie skazała rzeczone szorty na śmierć przez wyrzucenie (no zobaczymy...)
Następnie Komisja dyscyplinarna złożona z L. i mnie skazała rzeczone szorty na śmierć przez wyrzucenie (no zobaczymy...)
L. dokonał (pominąwszy pułap
rozważań o podobieństwie charakterów i przekonań) darwinowsko uzasadnionego wyboru żony: wybrał
dobre geny, natomiast to, co jego żona z tymi genami wyrabia przechodzi ludzkie
pojęcie, albowiem nie wyrabia NIC albo całkowicie WSPAK. W kwestii wybitnej urody jestem
osobą spoza branży, nie mniej - na zdrowy rozum – posiadając jakieś atuty należy nimi jakoś
zadysponować i je podkreślać, a nie niczym wylniałą koszulinę wciskać głęboko w
gacie, podciągnięte i zapięte następnie pod brodą.
Mimo uroczego rozwoju wieczoru zakrapianego tyleż alkoholem co brakiem jedzenia (ponieważ nieuprzedzona nie miałam nic w lodówce) podskórnie wyczuwało się tę smutną, antymodową melodię.
Mimo uroczego rozwoju wieczoru zakrapianego tyleż alkoholem co brakiem jedzenia (ponieważ nieuprzedzona nie miałam nic w lodówce) podskórnie wyczuwało się tę smutną, antymodową melodię.
Z drugiej strony, może się niepotrzebnie czepiam - w końcu ma dziewczyna jeszcze czas... dużo czasu... advancedstyle.blogspot.com
Siak więc to by było na tyle w kwestii mojego o tyleż pierwszego co nieostatniego posta modowego.
A teraz proszbardzo pierwszy z brzegu eksample na to, że jestem wybitną specjalistką modową i wiem, co dobre: na lato proponuję kratki a la grilowy obrus i uniwersalnie twarzową garsonkę w walenie oraz srebrnawy odcień karnacji i takież buciki :)
http://youtu.be/sqdVhjqgGAo





