Kuki - czeska odpowiedź na "Gdzie mieszkają dzikie stwory" aka "Toy story" a także Mad Maxa...
Coż, po czesku brzmi lepiej.
...ale to wszechne se niegdy musze wratit...
piątek, 11 marca 2011
środa, 9 marca 2011
Kobiety na orgiety czyli życzenia na Dzień Kobiet
Pies z Kulawą Nogą nie zadzwoni złożyć mi urodzinowych życzeń, olewa też moje imieniny, nie pamiętałby nawet rocznicy mojego pobytu na Ojomie z powodu spowodowanego przez siebie wypadku, ale na Dzień Kobiet uszczęśliwia mnie protekcjonalnym smsem, telefonem i mailem. Oto jak mój indywidualny rys przegrywa z dyktaturą płciowego wora, do którego, podkarmiwszy tulipanami, corocznie się mnie wrzuca.
Czy to, że jestem kobietą jest naprawdę ważniejsze od tego, że nazywam się, dajmy na to, Krysia? Albo od dnia, w którym lata temu lędźwie mojej matki wypchnęły mnie w odmęty socjalizmu i sklepowych kolejek?
Nie wydaje mi się.



Panna Nienke o bombowej tożsamosci kobiety też wypowiada się nieco jakby sceptycznie.
www.nienkeklunder.com
Czy to, że jestem kobietą jest naprawdę ważniejsze od tego, że nazywam się, dajmy na to, Krysia? Albo od dnia, w którym lata temu lędźwie mojej matki wypchnęły mnie w odmęty socjalizmu i sklepowych kolejek?
Nie wydaje mi się.



Panna Nienke o bombowej tożsamosci kobiety też wypowiada się nieco jakby sceptycznie.
www.nienkeklunder.com
niedziela, 6 marca 2011
Wtopy randkowe: Zagraniczna turystka
Próba poderwania na szkoleniowe materiały obcojęzyczne w autobusie zakończona powodzeniem. W wersji obcojęzycznej jestem najwyraźniej lepszą wersją samej siebie, ponieważ w polskiej wersji językowej nikt w autobusie mnie nie podrywał.
Marzenie o byciu poderwaną w środku komunikacji miejskiej prześladowało mnie od czasu, gdy ze statystyk dowiedziałam się, że tak poznaje się tylko 0,5 % par. Natychmiast zapragnęłam tylko w ten sposób kogoś spotkać, jako że wysoko stawiam sobie poprzeczkę. W końcu wielkopomny moment ów nastąpił, niestety zbudowany na mojej – jakoby – obcojęzyczności. Chłopak, który do mnie zagaił po zagranicznemu był - jak się wkrótce miało okazać – Polakiem. Mój słowiański akcent został więc – żeby nie wypadać z tej konwersatoryjnie kontrowersyjnej roli – wytłumaczony czeskim pochodzeniem. Ała. Nie wiem dlaczego, bo znam Pragę? Bo lubiłam Krecika? Bo czytałam Hrabala i oglądałam Hřebejka? Bo zjadałam mnóstwo chranolków z syrem w czasach, gdy dieta nie była obowiązującą religią kobiet? Niestety moja znajomość czeskiego ogranicza się do kwestii ‘wystup a nastup’ (z metra) i ‘Josem nietoperek’ (z Batmana).
Moja obcojęzyczna, lepsza wersja samej siebie rozciągnęła się już na kilka spotkań i daje efekty lepsze niż ta swojska, narodowa i nie chodzi tylko o to, że mój autobusiasty wybranek ma gładkie lico i piękny płaszcz z czarnej wełny. Jako osoba zagraniczna i niepolska jestem też obiektem większych niż osoba polska i swojska starań. Na kolejne spotkanie P. przygotowuje po czesku jakiś dowcip, żeby mnie rozbawić. Przyznaję, że śmieję się jak opętana, ale tylko dlatego, że zdaję sobie sprawę w jak absurdalnej sytuacji się znalazłam. Oczywiście dni mojego kłamstwa są policzone, ale - rozentuzjazmowana znalezieniem się w podzbiorze 0,5% par - galopuję na tym koniu, póki na tych czeskich derbach nie złamie nogi.
Albowiem po zagranicznemu człowiek nie mówi, tego, co normalnie by powiedział, nie komplikuje swojej metafizyki bytu, nie kreśli technicznie swojej osobowości w Autocadzie, ale ledwie ją szkicuje, lekko i z gracją, robi plamę z akwareli i czeka aż samoistnie rozleje się po papierze i uformuje w zaskakujący dla nas samych kształt. Wszystko jest lżejsze, pozbawione językowych izmów i życiowych nihilizmów.
Bo po zagranicznemu człowiek wdziewa status turysty, a nie wrośniętego w podłoże autochtona z przeintelektualizowaną składnią.
Urok wiecznego podróżnika zawsze trzyma w mocy dłużej niż szara codzienność.
To smutna refleksja, ale są i dobre strony: dobrzę się bawię i co najważniejsze – ćwiczę języki – z Polakiem bo z Polakiem, ale dobrze wyedukowanym i w dobrej gatunkowo wełnie.
Na razie nie rozważam możliwości, aby rzecz wyjaśnić i przejść na język przodków, bo wtedy – nie mam złudzeń – okazałabym się Kopciuszkiem w starych łachach i z dynią, zamiast karocy.
Żadna z nas nie chce jechać dynią zamiast karocy.
Marzenie o byciu poderwaną w środku komunikacji miejskiej prześladowało mnie od czasu, gdy ze statystyk dowiedziałam się, że tak poznaje się tylko 0,5 % par. Natychmiast zapragnęłam tylko w ten sposób kogoś spotkać, jako że wysoko stawiam sobie poprzeczkę. W końcu wielkopomny moment ów nastąpił, niestety zbudowany na mojej – jakoby – obcojęzyczności. Chłopak, który do mnie zagaił po zagranicznemu był - jak się wkrótce miało okazać – Polakiem. Mój słowiański akcent został więc – żeby nie wypadać z tej konwersatoryjnie kontrowersyjnej roli – wytłumaczony czeskim pochodzeniem. Ała. Nie wiem dlaczego, bo znam Pragę? Bo lubiłam Krecika? Bo czytałam Hrabala i oglądałam Hřebejka? Bo zjadałam mnóstwo chranolków z syrem w czasach, gdy dieta nie była obowiązującą religią kobiet? Niestety moja znajomość czeskiego ogranicza się do kwestii ‘wystup a nastup’ (z metra) i ‘Josem nietoperek’ (z Batmana).
Moja obcojęzyczna, lepsza wersja samej siebie rozciągnęła się już na kilka spotkań i daje efekty lepsze niż ta swojska, narodowa i nie chodzi tylko o to, że mój autobusiasty wybranek ma gładkie lico i piękny płaszcz z czarnej wełny. Jako osoba zagraniczna i niepolska jestem też obiektem większych niż osoba polska i swojska starań. Na kolejne spotkanie P. przygotowuje po czesku jakiś dowcip, żeby mnie rozbawić. Przyznaję, że śmieję się jak opętana, ale tylko dlatego, że zdaję sobie sprawę w jak absurdalnej sytuacji się znalazłam. Oczywiście dni mojego kłamstwa są policzone, ale - rozentuzjazmowana znalezieniem się w podzbiorze 0,5% par - galopuję na tym koniu, póki na tych czeskich derbach nie złamie nogi.
Albowiem po zagranicznemu człowiek nie mówi, tego, co normalnie by powiedział, nie komplikuje swojej metafizyki bytu, nie kreśli technicznie swojej osobowości w Autocadzie, ale ledwie ją szkicuje, lekko i z gracją, robi plamę z akwareli i czeka aż samoistnie rozleje się po papierze i uformuje w zaskakujący dla nas samych kształt. Wszystko jest lżejsze, pozbawione językowych izmów i życiowych nihilizmów.
Bo po zagranicznemu człowiek wdziewa status turysty, a nie wrośniętego w podłoże autochtona z przeintelektualizowaną składnią.
Urok wiecznego podróżnika zawsze trzyma w mocy dłużej niż szara codzienność.
To smutna refleksja, ale są i dobre strony: dobrzę się bawię i co najważniejsze – ćwiczę języki – z Polakiem bo z Polakiem, ale dobrze wyedukowanym i w dobrej gatunkowo wełnie.
Na razie nie rozważam możliwości, aby rzecz wyjaśnić i przejść na język przodków, bo wtedy – nie mam złudzeń – okazałabym się Kopciuszkiem w starych łachach i z dynią, zamiast karocy.
Żadna z nas nie chce jechać dynią zamiast karocy.
Etykiety:
wtopy randkowe
środa, 2 marca 2011
Kwestia tempa
Po długich latach posuchy G. pełną parą wypływa na szerokie wody miłosnego oceanu. Pruje jak motorówka, a drobna morska fauna w postaci miłosnej taktyki i strategii uskakuje w popłochu przed tym zmasowanym atakiem uczuć i emocji. Niestety wybranek G. ma tempo małego indiańskiego canoe, czyli – dla hołoty nie obeznanej z żeglarstwem -nieporównywalnie mniejszą. Gdy ta Amelia Earhart oblatuje glob, wybranek Amelii dopiero prosi swojego mechanika, by w jego maszynie zamontował silnik. Gdy ta Laila Ali kończy ostatnią rundę obwieszczoną gongiem, Lailowy wybranek dopiero zawiązuje bandaże na pięściach w szatni i robi testy antydopingowe. Dawno już nie widziałam pary tak dobranej pod względem wszystkiego i tak zarazem niedobranej pod względem tempa. Czy wybranka z większym tempem ma moralny obowiązek poczekać, aby wybranek z mniejszym ją dogonił, aby po autostradzie życia pędzili na równoległych pasach? A może to kwestia zwykłego zdrowego rozsądku, skoro sensowni wybrankowie z niezłym tempem są już przebrani jak ulęgałki? Czy z takiego aktu dobrej woli może ulęgnąć się długofalowy związek z niezłymi rokowaniami czy raczej tylko frustracja, że znowu ktoś nas spowalnia, gdy nieledwie nabraliśmy wiatru w żagle? Hm
Etykiety:
damsko-męskie,
pokolenie Fb
sobota, 26 lutego 2011
Rozważna i williamiczna
I. z Anglii wychodzi za mąż – za Greka, który na szczęście niczego nie udaje.
Ślub ma się odbyć w październiku.
- Jeśli teraz mamy marzec, a ślub ma być w październiku, to w którym konkretnie miesiącu jest szanowna I.? – pytam z zaciętością śledczą Szerloka Holmsasa. To było palnięcie z dwururki, a może nawet z obrzyna. Teraz w Anglii bierze się ślub nie z powodu jakiejś tam ciąży, tylko dlatego, że książę William bierze ślub.
Poddani podążają za przykładem swojego księcia jak na krucjatę.
Dni niesfornego Karolka są policzone.
Etykiety:
damsko-męskie,
pokolenie Fb,
sluby i wesela
środa, 23 lutego 2011
Ludzie Kultury czyli bankietowa szermierka
R. zabiera mnie na premierę i coś w rodzaju bankietu, gdzie poznaję światowego L.
L. działa w kulturze przez duże K (K tak duże, że trzeba je podeprzeć rusztowaniem, bo inaczej runie), aczkolwiek znany jest głównie w swoim hermetycznym środowisku, do którego nie należę, bo jestem tu z przypadku i na doczepkę.
Na pytanie czym się obecnie zajmuje raczy mnie spłowiałym uśmiechem połączonym z wymownym grymasem niechęci dla mojej ignorancji – najwyraźniej będąc gdzieś zaproszonym należy się najpierw obszukać w sieci, wypytać znajomych i przeczytać wszystkie recenzje, a nie z głupia franc najnormalniej w świecie zapytać.
L. okazuje się nawet miły, ale w sposób, który nie pozostawia złudzeń – w sposób który daje ci odczuć, że stać go na tolerowanie cię, bo mu nie zagrażasz. Nie zagraża mu twoja pozycja społeczna ani praca, co najwyżej twoja młodość, nie okraszona jakąś specjalną urodą, więc wybaczalna. L. jest drapieżnikiem i patroszy wszystkich tych, którzy mu zagrażają, a ponieważ nie jesteś nikim znaczącym, z kim trzeba się liczyć, nie ma skrupułów i patroszy przy tobie, protekcjonalnie napawając się twoim przerażeniem. Istna lekcja przyrody, gdzie silniejszy pożera słabszego, a ślina i krew chlapią na około. Już widzę, że to mój ostatni taki spęd z drapieżnikami kultury i sztuki, bo to nie na moje nerwy.
Jednak najgorsze dopiero przede mną – bo oto pojawia się Najświatowsza Ze Światowych Z.
Z. ma to do siebie, że musi epatować. Z. chyba myśli, że jak nie będzie epatować, to się rozpłynie w powietrzu. Dla Z. nie ma dylematu: być czy mieć, tylko: epatować albo zginąć. Stanie obok osoby, która musi na kimś obowiązkowo wyładować cały repertuar emanacji swojej wspaniałej osobowości, waląc w nas piorunami niczym w piorunochron drewutni podczas burzy, jest niezwykle męczące. Nie: pouczające, na co zawsze liczę, tylko: męczące. Skromność i poczytalność to są jakieś zakurzone przedwojenne cechy ( i nie chodzi mi bynajmniej o Wojnę w Zatoce).
Narzekałam w myślach na kapciowe weekendy.
No to już nie będę narzekać.
Wolę być weekendowym kapciem niż salonową drewutnią.

Brock Davis
L. działa w kulturze przez duże K (K tak duże, że trzeba je podeprzeć rusztowaniem, bo inaczej runie), aczkolwiek znany jest głównie w swoim hermetycznym środowisku, do którego nie należę, bo jestem tu z przypadku i na doczepkę.
Na pytanie czym się obecnie zajmuje raczy mnie spłowiałym uśmiechem połączonym z wymownym grymasem niechęci dla mojej ignorancji – najwyraźniej będąc gdzieś zaproszonym należy się najpierw obszukać w sieci, wypytać znajomych i przeczytać wszystkie recenzje, a nie z głupia franc najnormalniej w świecie zapytać.
L. okazuje się nawet miły, ale w sposób, który nie pozostawia złudzeń – w sposób który daje ci odczuć, że stać go na tolerowanie cię, bo mu nie zagrażasz. Nie zagraża mu twoja pozycja społeczna ani praca, co najwyżej twoja młodość, nie okraszona jakąś specjalną urodą, więc wybaczalna. L. jest drapieżnikiem i patroszy wszystkich tych, którzy mu zagrażają, a ponieważ nie jesteś nikim znaczącym, z kim trzeba się liczyć, nie ma skrupułów i patroszy przy tobie, protekcjonalnie napawając się twoim przerażeniem. Istna lekcja przyrody, gdzie silniejszy pożera słabszego, a ślina i krew chlapią na około. Już widzę, że to mój ostatni taki spęd z drapieżnikami kultury i sztuki, bo to nie na moje nerwy.
Jednak najgorsze dopiero przede mną – bo oto pojawia się Najświatowsza Ze Światowych Z.
Z. ma to do siebie, że musi epatować. Z. chyba myśli, że jak nie będzie epatować, to się rozpłynie w powietrzu. Dla Z. nie ma dylematu: być czy mieć, tylko: epatować albo zginąć. Stanie obok osoby, która musi na kimś obowiązkowo wyładować cały repertuar emanacji swojej wspaniałej osobowości, waląc w nas piorunami niczym w piorunochron drewutni podczas burzy, jest niezwykle męczące. Nie: pouczające, na co zawsze liczę, tylko: męczące. Skromność i poczytalność to są jakieś zakurzone przedwojenne cechy ( i nie chodzi mi bynajmniej o Wojnę w Zatoce).
Narzekałam w myślach na kapciowe weekendy.
No to już nie będę narzekać.
Wolę być weekendowym kapciem niż salonową drewutnią.
Brock Davis
Etykiety:
kultura i sztuka,
pokolenie Fb
środa, 16 lutego 2011
The force. Lord Vader wymiata w reklamie.
Jedna z reklam z SuperBowl.
Bardzo dobra.
Każdy chciałby mieć takie dziecko.
Choć zapewne producent chciałby żeby każdy taki samochód chciałby.
Zdaje się, że jeszcze trwa karnawał. Co prawda bale przebierańców odeszły do lamusa za sprawą, zapewne, non gratisowych person w rodzaju Lady Gagi, która nie dałaby nam żadnych szans na zadowolenie z autorskiego konceptu. Czasem jednak marzy mi się... taki bal i przebranie przewrotne, dwuznaczne, idealnie przykrojone do osobowości. Np:
Etykiety:
dziatwa,
idole dzieciństwa,
Lord Vader,
reklamy
poniedziałek, 14 lutego 2011
Love sweet love czyli jak nie podrabiać dowodu

Podejrzewam, że głupota amerykańska jest utkana z materii gęstszej niż europejska. Ale może zakładam tak dlatego, że nie stworzono jeszcze europejskiej wersji programu "Najgłupsi przestępcy Ameryki". Hm.
Etykiety:
damsko-męskie,
Walentynki
czwartek, 10 lutego 2011
Reklamy i co z nich wynika
Wizyta u rodziny M. Pytam, co słychać.
- Stara bida – śmieją się dorośli.
Tymczasem Mała M. informuje mnie rezolutnie:
- Rutinoskorbin jest szóstym członkiem naszej rodziny.
I po chwili:
- Tata ma jednego członka...
Czasem lepiej nie pytać. I zapewne najlepiej nie pozwalać dzieciom na oglądanie reklam.
- Stara bida – śmieją się dorośli.
Tymczasem Mała M. informuje mnie rezolutnie:
- Rutinoskorbin jest szóstym członkiem naszej rodziny.
I po chwili:
- Tata ma jednego członka...
Czasem lepiej nie pytać. I zapewne najlepiej nie pozwalać dzieciom na oglądanie reklam.
piątek, 4 lutego 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)





