To nie konik. Na liście numer dwa, punkt dwa, tam jestem ja ;)
Osobiście, jako osobę recyklingującą (nie tylko odpady ale i krajową sferę polityczną) najbardziej ujął mnie ekolog, który na jednym wydechu wymienił dwadzieścia leśnych zwierząt. Patrząc metaforycznie... Łasice, kuny, jenoty. Rzeczywiście, mamy w czym wybierać, eh.
Ach, w jakże barwnych czasach żyliśmy, te powijaki demokracji i markietingu.
niedziela, 9 października 2011
czwartek, 6 października 2011
Jesienna włóczka czyli knitting for a dialog
Sądziłam że zaczyna się toto niewinnie i na jesieni: człowiek (człowiek żeński)zrobi chłopakowi czapkę albo kubraczek dla kota. A potem, jeśli bardzo mu się nudzi, opatuli naczynia, meble i ewentualnie wydzierga wełniane owoce i warzywa (czemu sama na to nie wpadłam, zamiast lamentować, że jestem kiepską ogrodniczką?)
Okazuje się jednak, że trend ów wyszedł na międzynarodowe ulice i działa całorocznie,pokrywając kilometrami włóczki coraz to nowe przestrzenie miejskie.
Jak zwykle jesteśmy opóźnieni w stosunku do światowych trendów, ponieważ nie widziałam, żeby jakakolwiek socrealistyczna rzeźba na Pałacu Kultury miała wełniane getry albo majtasy.
No ale nie traćmy nadziei.
budka by Knit the City ©, www.knitthecity.com

Okazuje się jednak, że trend ów wyszedł na międzynarodowe ulice i działa całorocznie,pokrywając kilometrami włóczki coraz to nowe przestrzenie miejskie.
Jak zwykle jesteśmy opóźnieni w stosunku do światowych trendów, ponieważ nie widziałam, żeby jakakolwiek socrealistyczna rzeźba na Pałacu Kultury miała wełniane getry albo majtasy.
No ale nie traćmy nadziei.
budka by Knit the City ©, www.knitthecity.com

Etykiety:
moda i uroda,
zima
wtorek, 4 października 2011
Surowe kryteria filmowo-festiwalowe
Ostatnie dni na zdecydowanie, jakie filmy w tym roku zobaczyć na Warszawskim Festiwalu Filmowym i na zamówienie biletów. Oprócz obowiązkowego pakietu Krótkich Metraży, strzelam na ślepo, wiedząc już, po tylu latach uczestnictwa, że nie ma co sugerować się recenzjami w festiwalowej gazecie. W tym roku wybrałam kryterium następujące : reżyser filmu musi mieć wąsy. Po namyśle do obowiązkowych atrybutów dodałam jeszcze brodę i/lub długie włosy. Ktoś,kto nie ma czasu na strzyżenie musi być wszak raczej pasjonatem tego co robi niż reżyserskim gogusiem z teledyskowym rodowodem, no nie?
Interesują mnie też projekty, których twórcy (niekoniecznie już wąsaci) opowiadają jak to zaczęli zdjęcia "z tysiącem dolarów w kieszeni i bez ukończonego scenariusza i zobaczymy co będzie" - czyli zupełnie tak jak u mnie w życiu minus tysiąc dolarów.
Etykiety:
filmy,
kultura i sztuka,
wąsy
niedziela, 2 października 2011
Lady Weekend 2: Dante w Szwajcarii
Trzeba przyznać, że tak jak w zeszłym tygodniu uległam niemal literackiej magii sobotniej nocy – schodząc coraz niżej do klubowego piekła pełnego wściekłego jazgotu i stłoczonych, półprzytomnych cieni, które kiedyś były ludźmi, czująca się jak Dante prowadzony za rękę przez Wergiliusza do ostatniego kręgu - tak w tym tygodniu byłam tylko onzeckim obserwatorem uczestniczącym w całości wydarzeń tego wojennego pogromu, zwanego weekendem, z równym zapałem, co Szwajcaria ;)
Pouczające jest to, jak nocne eskapady rujnują człowiekowi tak finanse, jak i zdrowie.
Tym, którzy wcześniej wpędzali mnie w kompleksy perorując jak to cudownie być na etacie, stały dochód pod koniec miesiąca, tralalala, koniec końców musiałam podarować papierka na taryfę, co ostatecznie uczyniło z mojego portfela finansowego Uroborosa a zarazem wyrwało aortę z mojego miękkiego acz oszczędnego serca. Co nie przeszkodziło mi później desperacko spróbować odkuć się w remika, w związku z czym obecny stan moich finansów utrzymuje się na poziomie: 0 przecinek 0 zł oraz 0 wszelkich innych walut, włączając w to orzechy.
Natomiast co do zdrowia - zamiast po skocznych i frywolnych wymachach nóg na parkiecie lec w łożu z jakimś zabójczym Hiszpanem do łóżka położyła mnie, równie zabójcza, grypa hiszpanka.
Najwyraźniej dwa tygodnie imprezowania z rzędu to za dużo. Na szczęście w przyszły weekend wybory, trzeba więc będzie odpuścić sobie lekkomyślne eskapady, wykurować się, wyspać i trzeźwo zagłosować. A przynajmniej odpuścić i wyspać.
Jeśli ZNOWU usłyszę – po wręczeniu dowodu osobistego - „Jakie śliczne zdjęcie! Tylko pani wcale niepodobna...” to przysięgam, że strzelę w pysk.
Etykiety:
prywatny akwen,
weekend
środa, 28 września 2011
niedziela, 25 września 2011
Lady Weekend
A weekend, dziękuję, udany. Mający się do zeszłego weekendu niczym Lady Gaga w wesji scenicznej do Lady Zgagi w wersji saute:
(makijaż rewelacyjnie wprost powiększający gałę optycznie ;)
vs
Znalazłam nawet odpowiedni poster promocyjny:
;)
(makijaż rewelacyjnie wprost powiększający gałę optycznie ;)
vs
Znalazłam nawet odpowiedni poster promocyjny:
;)
Etykiety:
celebryci,
prywatny akwen,
weekend
wtorek, 20 września 2011
Pająk Picassa
To tylko taki chwytliwy tytuł. Tak naprawdę wygląda jakby uciekł z jakiegoś rysunku Miro oraz ubrał się w haute-couture u Galiano (te mufki mmm).Eva Minge powinna go nosić jak Dama łasiczkę albo jak Paris Hilton ciułałę, a Pudelek byłby nią nienasycony.
Absolutnie artystyczny a zarazem wygimnastykowany. Co prawda wyraz gęby trochę tępy, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza jak ma się 4 mm. Gdyby jednak wyprodukowano go w większej skali - jestem na tak. Zwłaszcza że najwyraźniej poszukuje dziewczyny. Oh.
Już nie chcę mieć psa.
Absolutnie artystyczny a zarazem wygimnastykowany. Co prawda wyraz gęby trochę tępy, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza jak ma się 4 mm. Gdyby jednak wyprodukowano go w większej skali - jestem na tak. Zwłaszcza że najwyraźniej poszukuje dziewczyny. Oh.
Już nie chcę mieć psa.
niedziela, 11 września 2011
Koniec dekady spadających samolotów
Ach, zapomniałabym. Wszystkiego najlepszego.
Zamknijmy już tę dekadę spadających samolotów, co?
Ciekawe, że społeczeństwo amerykańskie kultywuje swoją avioniczną tragedię już okrągłą dekadę, a nasze ledwie po roku śmiertelnie się tym znudziło.Hm.
Z innej beczki, dla pokrzepienia serc - Instytut Lotnictwa przeżywa w tym roku 85-lecie.
Kilka okazjonalnych plakatów z tej okazji:
Tak, zwłaszcza ten ostatni, wyróżniony plakat w kontekście wrześniowej rocznicy WTC, bardzo mnie pokrzepił. Jak cholera wręcz.
Zamknijmy już tę dekadę spadających samolotów, co?
Ciekawe, że społeczeństwo amerykańskie kultywuje swoją avioniczną tragedię już okrągłą dekadę, a nasze ledwie po roku śmiertelnie się tym znudziło.Hm.
Z innej beczki, dla pokrzepienia serc - Instytut Lotnictwa przeżywa w tym roku 85-lecie.
Kilka okazjonalnych plakatów z tej okazji:
Tak, zwłaszcza ten ostatni, wyróżniony plakat w kontekście wrześniowej rocznicy WTC, bardzo mnie pokrzepił. Jak cholera wręcz.
Etykiety:
Ameryka,
katastrofy,
narodowo,
plakaty
niedziela, 4 września 2011
Oswajanie swojego miasta czyli Pourlopowy weekend
Piątek
Wyposażona w narzędzie o tyleż efektowne, co niezbyt zabójcze, czyli tapetę, wyruszam w miasto. Pragnę oswoić weekend w moim mieście, znowu się w nim zakochać, lub przynajmniej – patrząc realnie – chociaż powtórnie przyzwyczaić. Niestety wieczór kończy się nadspodziewanie szybko. Imprezujący znajomi liczebnością i entuzjazmem przypominają odwrót konfederackiej armii w końcówce wojny o ustanowienie hedonistyczno-tanecznych stanów pourlopowej wesołości. Większość jest na urlopie (hallo! dzieci poszły do szkoły, już wrzesień! wracać mi tu i pracować na zus!); są wreszcie i ci, którzy po wakacjach postanawiają porzucić hulaszczy tryb życia, picie i palenie i ogólnie pouprawiać sporty łamane na imprezy kulturalne, co chwilowo mnie nie interesuje.
Sobota
Wyposażona w narzędzie o tyleż efektowne, co niezbyt zabójcze, czyli tapetę, wyruszam w miasto. Ci, którzy imprezowali wczoraj, a rzygali rano, niezdatni są do czynów bardziej heroicznych niż zamawianie rosołów w każdej napotkanej knajpie, oraz snucia psychologizujących analiz własnego życia i ostatniego związku przy kuchennym stole we własnym domu, co oczywiście interesuje mnie zawsze, ale chwilowo jakby mniej.
Nie mogę znowu dopuścić, żeby ten precyzyjny wysiłek, od którego tak odwykłam, a który włożyłam w pomalowanie swojej facjaty tak po prostu się zmarnował – w końcu obcowanie z nią w lustrze, to już nie ta przyjemność to kiedyś (po namyśle: jeszcze mniejsza przyjemność niż kiedyś). Wysiłek jednak nie na tyle obfitujący w trwałe rezultaty, żeby przetrwać do jutra, jak sądzę. Ale nie mówmy hop. Noc jeszcze młoda.
Niedziela
Wyposażona w resztki wczorajszej tapety na wczorajszej gębie siedzę przed domem, palę papierosa, wachluję się wiązką rukoli i ziewam. Po czym wracam do łóżka, ale ponieważ niestety wylewam do niego kawę, czuję się zmuszona znowu wrócić do punktu wyjścia, czyli przed dom. Nie mam kawy, więc znowu ziewam.
Jutro poniedziałek. Nienawidzę mojego pourlopowego życia.
Wyposażona w narzędzie o tyleż efektowne, co niezbyt zabójcze, czyli tapetę, wyruszam w miasto. Pragnę oswoić weekend w moim mieście, znowu się w nim zakochać, lub przynajmniej – patrząc realnie – chociaż powtórnie przyzwyczaić. Niestety wieczór kończy się nadspodziewanie szybko. Imprezujący znajomi liczebnością i entuzjazmem przypominają odwrót konfederackiej armii w końcówce wojny o ustanowienie hedonistyczno-tanecznych stanów pourlopowej wesołości. Większość jest na urlopie (hallo! dzieci poszły do szkoły, już wrzesień! wracać mi tu i pracować na zus!); są wreszcie i ci, którzy po wakacjach postanawiają porzucić hulaszczy tryb życia, picie i palenie i ogólnie pouprawiać sporty łamane na imprezy kulturalne, co chwilowo mnie nie interesuje.
Sobota
Wyposażona w narzędzie o tyleż efektowne, co niezbyt zabójcze, czyli tapetę, wyruszam w miasto. Ci, którzy imprezowali wczoraj, a rzygali rano, niezdatni są do czynów bardziej heroicznych niż zamawianie rosołów w każdej napotkanej knajpie, oraz snucia psychologizujących analiz własnego życia i ostatniego związku przy kuchennym stole we własnym domu, co oczywiście interesuje mnie zawsze, ale chwilowo jakby mniej.
Nie mogę znowu dopuścić, żeby ten precyzyjny wysiłek, od którego tak odwykłam, a który włożyłam w pomalowanie swojej facjaty tak po prostu się zmarnował – w końcu obcowanie z nią w lustrze, to już nie ta przyjemność to kiedyś (po namyśle: jeszcze mniejsza przyjemność niż kiedyś). Wysiłek jednak nie na tyle obfitujący w trwałe rezultaty, żeby przetrwać do jutra, jak sądzę. Ale nie mówmy hop. Noc jeszcze młoda.
Niedziela
Wyposażona w resztki wczorajszej tapety na wczorajszej gębie siedzę przed domem, palę papierosa, wachluję się wiązką rukoli i ziewam. Po czym wracam do łóżka, ale ponieważ niestety wylewam do niego kawę, czuję się zmuszona znowu wrócić do punktu wyjścia, czyli przed dom. Nie mam kawy, więc znowu ziewam.
Jutro poniedziałek. Nienawidzę mojego pourlopowego życia.
Etykiety:
prywatny akwen,
weekend
piątek, 2 września 2011
No i co tam po powrocie?
Ogród się rozhulał i rozbujnił. Tak przejrzałe, że aż znudzone maliny wiszą tuż nad ziemią na uginających się krzakach. Orzechy włoskie wiszą z kolei buńczucznie, gotowe przyprawić mnie o zatrucie pokarmowe, ponieważ wiem, że tak jak w zeszłym roku nie będę mogła się oprzeć, aby nie zjeść na raz co najmniej kilograma. Z mało efektownych roślin, które wyglądały jak z dupy, porobiły się olśniewające kwiaty ( czyli zupełnie na odwrót niż ze mną po powrocie z urlopu ;(
A komary tną tak ja tły, heh. Ok – tną tak, ja cięłły.
Znowu polszczyzna, blee.
A komary tną tak ja tły, heh. Ok – tną tak, ja cięłły.
Znowu polszczyzna, blee.
Etykiety:
komary,
lato,
prywatny akwen
Subskrybuj:
Posty (Atom)























