środa, 31 sierpnia 2011

Urlop w Hiszpanii nie jest do bani

Nie wiem czemu wszyscy odradzali mi wyjazd w sierpniu, w końcu na urlopie chyba o to chodzi, żeby było ciepło. No i było. Na tyle, żeby wybaczyć Hiszpanom ich zaawansowaną durnotę i brak znajomości języków obcych. Madryt mi się podobał, jak każde ciepłe miasto, gdzie jest dużo miłej dla oka architektury, fontann i knajp, gdzie piwo kosztuje 1 euro, a z wężyków umieszczonych pod parasolami spryskuje się ludzi wodą (nie ma jak oduczać palenia przez jego rzetelne uniemożliwienie).
W Madrycie nowopoznani Hiszpanie pytali mnie ciągle:
- No i jak ci się tu podoba?
- Macie bombowe metro! – odpowiadałam entuzjastycznie, dopóki nie przyszło mi w końcu do głowy, że to trochę niezręczne sformułowanie, na który to wniosek od razu powinny mnie naprowadzić ich niewyraźne miny.

Madryt pulsował, wypełniony tysiącami, a potem, kiedy okazało się, że na urlop zjedzie tu również ze świtą głowa państwa watykańskiego o numerze seryjnym B-16, zwana potocznie Papieżem, milionami turystów. Człowiek mógł klinem wbić się w dowolną grupę i uprawiać konwersację w dowolnym języku. Co niestety uzmysłowiło mi potrzebę dalszej nauki, jako że moje trzy przywiędłe, nieodkurzone języki okazały się osiągnięciem dość słabym w tej międzynarodowej kakofonii możliwości. Co jednak wcale mnie nie zrażało, ponieważ w kwestii bycia polyglotą nieodmiennie jestem Pollyanną ;)

Ponieważ walizeczce, wielce niechińskiej, którą ostatecznie wybrałam, już pierwszego dnia zaciął się suwak, uniemożliwiając wyciągnięcie czegokolwiek sensownego ze środka, odebrałam to jako oczywisty sygnał zachęcający mnie do pójścia na ciuchowe wyprzedaże ;)
Pani ‘odprawowa’ z lotniska darowała mi w drodze powrotnej naprawdę sporo kilogramów nadbagażu, chociaż byłam gotowa wyrzucić kilka par butów - z dymiącymi jeszcze od licznych wędrówek podeszwami, natomiast inne, mniejsze rzeczy, np. połknąć, póki jeszcze na odprawach nas nie ważą. Co do połykania: niestety zamówienie w samolocie, dzięki radom doświadczonych podróżników, posiłku koszernego, skutkuje co prawda szacunkiem współpasażerów (i znowu okazaliśmy się najorginalniejsi, bo pozostali żrą kanapki z szynką ha!), ale bardzo zawodzi w sensie kalorycznym – posiłek koszerny składa się bowiem z dwóch koszernych krakersów oraz mazi pasztetowej która swoim wyglądem i smakiem zachęca nas do rozważenia prawdopodobieństwa, czy nie jest to przypadkiem fragment jakiegoś zmielonego rabina, np. byłego konsultanta do spraw avionicznej diety.

Dlatego w drodze powrotnej postanawiam (i udaje mi się) wnieść na pokład zestaw składający się z 2 jabłek i sprężynowego scyzoryka do ich obierania; udaje mi się najwyraźniej dzięki filozofii maniany, którą praktykował również pracownik lotniska śpiący na slajdach z rentgena jako podkładce.
Ponieważ już drugi raz zostałam usadzona (może w ramach prorodzinnych praktyk dla samotnie podróżujących kobiet) obok pary z niezbyt-cichym-noworodkiem, brutalnie dźgałam scyzorykiem moje jabłko, rzucając rzeczonej parze wilczo-słodkie uśmiechy, dopóki, śmiertelnie przerażeni, nie zdołali jakoś uciszyć swojej latorośli.
No i tyle. Wróciłam.

Teraz zamiast podeszew dymi mi czaszka, zwłaszcza w kwestii: jak tu zagospodarować sezon jesienny. A w związku z tym, że teraz zamiast dużo chodzić, zaczęłam dużo myśleć - czemu zawsze towarzyszy skubanie się w brodę i drapanie po czole – natychmiast popsuła mi się cera. A ponieważ zamiast regularnie kąpać się w blasku południowego słońca naświetlam się syntetyczną poświatą z monitora, zbladłam o jakieś 3 tonacje. Bolą mnie nogi. Muszę ze wszystkimi rozmawiać po polskiemu. Mam 123 nieodebrane wiadomości mailowe.
Nienawidzę swojego pourlopowego życia.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Miejsca. Piosenki na podsumowanie wakacji





Byłam, zwiedziłam,poznałam, wydałam.
Boskie lato dobiegło końca.
Ach te podróże. Uczą człowiek nowych rzeczy, po czym po powrocie robi dokładnie to samo, co zwykł był robić, zupełnie jakby się nie zdarzyły.

środa, 10 sierpnia 2011

wtorek, 9 sierpnia 2011

Dychotomia podróżnika: Plecak czy walizeczka?

Jadę na wakacje. Lalala. Ale oto przed mną pierwsza poważna decyzja urlopowa: czy spakować się w plecak czy walizeczkę. Zasadniczo nie czuję się na siłach żeby, sapiąc i oblewając się potem, dźwigać na plecach ciężar, który z każdym krokiem wbijałby mnie w ziemię i który musiałabym po zdjęciu z pleców ponownie zakładać (po prośbie) przy pomocy trzech rosłych przymusowych ochotników. Nie widzę się też jednak w roli pańci, popychającej chińską walizeczkę, która zresztą podróżowała więcej ode mnie i której w związku z tym notorycznie odpada kółko, co powoduje co jakieś 50 metrów przymusowe postoje naprawcze w postaci mojego wypinania się na nowy kraj. Akurat na Hiszpanię nie chcę się tylko wypinać. Mam zamiar ją rzetelnie przelecieć, w sensie turystycznym oczywiście.





niedziela, 31 lipca 2011

Mama Amen

Podwójna wizyta rodziców odhaczona, a nawet przeżyta. Odmówiłam z mamą tradycyjną litanię do miłosierdzia.
Ona:
-powinnaś tu częściej sprzątać (zgadza się)
-powinnaś mieć grubszą kołdrę (hę?)
-powinnaś trzymać to tu, a tamto tam (hm)
-powinnaś chodzić w skarpetkach do pary (no nie wiem...)
Ja (po każdym):
-Amen.
Teraz sama muszę zjeść pozostałe ciasto, którym normalnie nakarmiłabym ptaszki.

sobota, 30 lipca 2011

Zły sen Hiczkoka czyli ptaszek sraszek

Jakie jest prawdopodobieństwo, że kiedy wyjdziemy na chwile do sklepu, zostawiając szeroko otwarte okno, do mieszkania wleci nam ptak i OCZYWIŚCIE narobi na komputer?
Otóż duże.
Co prawda było to fekalium małego kalibru i nie trafiło w klawiaturę (uf!). Dla usprawiedliwienia muszę nadmienić, że przy dużym stresie sama też mam kłopoty z żołądkiem, wybaczam więc ptaszynie, która niczym rykoszetujący pocisk tłukła się po pokoju, wydając żałośne dźwięki.
Ale ptaków mam chwilowo dość. Srok próbujących bladym świtem, przez uchylony lufcik, wyciągnąć firankę, gołębiej (sądząc po liczebności – ultrakatolickiej) rodziny uprawiającej malarstwo Pollocka na dachu i wszędzie wokół, że o tych niedojedzonych martwotach przed drzwiami nie wspomnę.
Zaczyna to przypominać zły sen Hiczkoka.
Przy okazji, czy to nie kolejny dowód na katastrofalne zbiednienie narodu? Skoro nawet nasze sroki nie lecą już na błyskotki, tylko na byle firankę?

wtorek, 26 lipca 2011

Porządki na blogerze

No, wreszcie zabrałam się za porządki. Co prawda wejście do pokoju nadal zagradza mi komoda, w miejsce której, pod ścianą, nadal stoi drabina z kuwetką, pełną zaschniętej farby.
Woda w wiadrze z mopem stęchła na tyle, że aromatem przypomina jakieś wyjątkowo drogie francuskie wino – z mocnym aromatem domestosa w finiszu.
Ale wreszcie zrobiłam porządki na swoim blogu. Dowiedziałam się też o wielu nowych funkcjach, o których nie chciało mi się dowiadywać przez ostatnie 3 lata: np. mogę teraz zaznajomić się z pokrętnym sposobem w jaki niejeden sfrustrowany dyngus, szukający w sieci pornograficznych okropieństw, przypadkowo trafia na mojego bloga. Co prawda nie wiem dokładnie po co mi ta wiedza, nie czuję się przez to lepiej.
Muszę jeszcze odkryć jak nicka Omnipotencji zamienić na Kasetę VHS, co uważam że uczciwiej odda ducha mojej niedorozwiniętej osobowości technicznej.
Postanowiłam też wrócić do kwestii komentarzy, co przy zabójczej liczbie 3, a w porywach (wiatru, deszczu i komarów) 4 czytelników, jest decyzją śmiałą i niebogobojną.
Właściwie skłoniło mnie do tego spotkanie z K. Byłam po 3 godzinach snu i godzinie kursu językowego, kiedy spotkałyśmy się na kawie. Usiadłyśmy przy stoliku i na chwilę, dosłownie tylko na mały momencik, postanowiłam położyć głowę na mojej piance z latte, która wyglądała miękko i zachęcająco jak podusia.
– Wyglądasz, jakbyś umarła. - powiedziała K. - Czyli jak twój blog.
Kiedy K., nie pierwsza zresztą, diagnozuje taki śmiertelny zefirek to - jak nauczyło mnie życie – należy błyskawicznie podjąć się reanimacji lub kremacji, do wyboru, do koloru.
Byle cito.
Poza tym obawiam się, że jest to przejaw bierno-agresywnej próby posiadania ostatecznej kontroli nad swoim małym światem. (Znaczy się kiszenie komentarzów jak ogórków)
Zastanawiam się też, dlaczego osoby, które na fejsbuku są w stanie siedzieć 4 godziny dziennie i postawić 23 ‘Like it’, nie są w stanie nic napisać. Hm.Tak, tak, zapał neofity. Niedawno dowiedziałam się, że ogólnogalaktyczny zasięg wtyczki ‘Like it’ ma dopiero rok, a już klaruje się paląca potrzeba rozszerzenia jej zakresu o automatyczne generowanie od nas ‘Like it’ do wszystkich nowych rzeczy, które pojawiają się danego dnia. Co pozwoliłoby na zaoszczędzenie i czasu i mazi stawowej w klikającym bez ustanku paluszku.

niedziela, 24 lipca 2011

Harry nie poznał Sally, ale i tak wybrał życie

Pewnego niepięknego popołudnia zostałam odznaczona orderem Niani oraz obdarowana zastępczym dzieckiem w postaci małoletniej kuzynki, z którą – na skutek deszczu i braku pomysłów – wybrałam się do kina na, cóż, ostatniego Harrego Pottera. Próba zdrzemnięcia się w czasie seansu została zniweczona przez spektaklularne wybuchy i pożary oraz – co już w ogóle mnie rozbudziło, całą masę – jak na film młodzieżowy – truposzy. Spasiona tą masakrą sala kinowa, jak dało się słyszeć z szeptów wokół (chyba, że była to część dubbingu...) rezolutnie oczekiwała śmierci któregoś z głównych bohaterów. Tymczasem pod koniec filmu Harry dostał do rozważenia iście dantejski problem: czy chce raczej umrzeć czy raczej żyć, do wyboru, do koloru. Kuzynka, małoletnia, ale trzeźwa na umyśle, popukała się w czoło nie widząc w tym żadnego dylematu. Do dylematu było bliżej mnie, ponieważ fotel był straszliwie niewygodny oraz obrzucano mnie popcornem w przerwach między podziwianiem wyczynów aktorskich Ralfa Fiennesa, który co prawda grał bez nosa, ale bardziej przekonująco niż w „Lektorze”. W ostatniej scenie filmu małoletni aktorzy, grający swoje postaci ‘20 lat później’ (czyli owinięci w prochowce i apaszki oraz włosowe buły dundające na wysokości ramion i będące chyba wymuszonym przez autorkę hołdem dla czasów Margaret Thatcher) w towarzystwie młodszych kolegów, grających ich pociechy, ostatecznie – jak się wydaje - zamknęli te potterowa sagie.
Adieu czarodzieju! Cyknij w końcu Hermionę, a jak skończą ci się milijony to powrócimy do tematu.

czwartek, 21 lipca 2011

Brasfitteria czyli czego każda niewiasta kupując stanik zaznać powinna

Idę do sklepu kupić stanik. To jedna z tych sieciówek gdzie najwyższa partia szmat wisi w podsufitowych rejonach, niedostępnych mojemu wzrostu. Oglądam się i łapię pierwszą lepszą osobę z obsługi – miło wyglądający, wysoki okularnik w typie wiecznego studenta.
Już przy pierwszym zdaniu wychodzę na erotycznego dewianta:
- Czy ma pan jakiegoś drąga?
I pokazuję do góry.
- Pomogę pani – proponuje szarmancko okularnik, chociaż się upieram, że sama, sama, sama.
Stajemy pod podniebną półką.
- Jaki rozmiar? – uśmiecha się pytająco.
- D.
- Eeeee...– mówi i niepewnie wkłada rękę w te fiszbiny, jakby to było stado wściekłych wielorybów.
– Nie Eeee – precyzuję.- Tylko Deeee.
– Eeee to ja może jednak pójdę po stołek?
I UCIEKA. Nie no, naprawdę. Obsługa klienta w sieciówkach pozostawia wiele do życzenia.


From inwentaryzacja krotochwil


A ponieważ mam bardzo sprecyzowaną potrzebę zaopatrzenia się przed wakacyjnym wyjazdem w profesjonalne chomąto, jako towarzyski koń pociągowy a zarazem czempion muzealnych derbów po zagranicy, widzę że nie obejdzie się bez udania się do profesjonalnego sklepu z wliczoną w cenę brasfitterką. Co napawa mnie licznymi obawami.
Co innego romantyczny wieczór przy gromnicach i księżycach, a co innego stanie półnago w świetle halogenówki przed jakąś obcą babą. Nie wiem, co mam w ramach przygotowań zrobić (oprócz umycia się oczywiście) – może przypudrować dekolt? I czy stać śmiało i bezwstydnie, czy raczej (licząc na zniżkę cenową w ramach moralnej rekompensaty) oblać się spreparowanym w speju rumieńcem i nieśmiało niczym pensjonarka zakrywać się jakąś ksiązką? Ale jaką książką? Czymś z klasyki czy raczej z nowości? Powinnam chyba myśleć bardziej zdroworozsądkowo – raczej jakimś albumem ;)
Moje wyjścia na zakupy z roku na rok zbaczają w coraz bardziej fobiczne rejony.

Nie cierpię przedwyjazdowych zakupów, bo są jak łańcuszek nieszcześcia: nagle okazuje się, że jest nam potrzebna cała masa rzeczy, które u nas kosztują 10 zł, a zagranicą 10 euro i potem na wyjeździe okazuje się, że żadnymi euro już nie dysponujemy i że Szymon w reklamach łgał jak pies – w niektórych państwach w ogóle nie ma bankomatów Pko.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...