środa, 6 stycznia 2010

Sztach mat

Chcę rzucić palenie. Znowu. Właśnie wypaliłam 20 fajek (9zł/ paczka, za które mogłabym kupić pakowe Klimtorum pauperum). Robię sobie test na stronie organizacji która profejsonalnie, za unijne pieniądze, ma pomagać Polakom w rzuceniu palenia i ogarnięciu się po tym przykrym fakcie. Zaznaczam wszystko sumiennie.
Wynik: Jesteś palaczem okazjonalnym, można powiedzieć, że nie jesteś wcale uzależniona (...)
Oczom nie wierzę. Chyba wysypałam się w pytaniu: W jakim czasie po wstaniu z łóżka wypalasz papierosa? Bo nie zaznaczyłam, że w ciągu godziny. To, że po południu wypalam 1-2 paczki nie czyni mnie najwyraźniej nałogowcem. To świetnie, widzę jasne strony takich założeń. Organizacje czynią swoją powinność, palaczom poprawiają się humory a Philip Morris nic na tym nie traci. I wilk syty i owca cała. I rak też cały i syty – w owcy. Miodzio.

Logo organizacji- przed i po liftingu:

wtorek, 5 stycznia 2010

Ekologia w Empiku

Stoję w kolejce do kasy. Pytam pana Empikowca za ladą o cenę torebki z papieru pakowego, z rysunkiem Klimta.
- 9 zł – mówi pan i oceniając moją minę (chyba uczą ich tego na kursach) sprawdza też mniejszego torebkowego Klimta. – 8 zl.
- Eeee – mówię zdegustowana, podczas gdy pan w kolejce za mną, wachluje się od niechcenia złotą visą. – A ile kosztują torebki pakowe bez Klimta? – pytam więc.
- 7 zł – mówi sprzedawca. Upadam na samo dno i każę mu sprawdzić cenę pakowej torebki bez sznureczka – samej, gołej torebczyny z papieru pakowego. – 6 zł – mówi.
- Rany boskie, toż to przecież papier pakowy!
- No wie pani, dbamy o ekologię.
Decyduję, że nie bedę pakować powieści wydrukowanej na papierze toaletowym za 30 zł w torebkę pakową za 9 zł, bo to obraziłoby i autora (już obrażonego przez wydawcę materiałem, na którym go wydrukowali) i Klimta, który zapewne nie marzył, żeby pośmiertnie podbijać ceny ekologii w Empiku.
Płacę, dostaję rachunek. Sprzedawca ładuje książki do darmowej plastikowej siaty ze złotymi nadrukami.
– Ponoć biodegradowalna – mówi i śmiejemy się. Panu z Visą będzie pasować kolorystycznie. Klimtowi też by bardziej pasowała.
Tyle w kwestii ekologii w Empiku.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Para BUCH! oraz jak określić pozycję społeczną na podstawie posiadanego papieru toaletowego

Byłam wczoraj w odwiedzinach u bardzo przyjemnych ludzi. Poznanych co prawda już wcześniej, ale tym razem antropologicznie obserwowanych w ich środowisku naturalnym (meble na zamówienie, chromowana lodówka, naprawdę oldskulowa choinka w stylu rustykalnym i conajmniej trójwarstwowy papier toaletowy. Rispekt. W mieszkaniu można zapalić. Pokłony.) On jest dość niepozorny, choć bardziej w sensie imidżu niż wzrostu (plus dobrze gotuje ), a ona to matryca wszystkich kobiecych zalet i atrybutów: piękna, ciepła, stonowana, elegancka. Wygląda też na to, że mądra, ostateczny cios w moje małe atroficzne serduszko. Powinno się ją porwać i sklonować i wyeksportować w świat jak Nałęczowiankę. Wysłała potem do mnie zaproszenie do zataczowania się jako friend na fejsbuku. Chyba dam na mszę!


Kwestię społecznej pozycji znajomych na podstawie serwowanego w toalecie papieru toaletowego naświetliła mi znajoma z dobrej, mieszczańsko-poznańskiej rodziny.
– Lambi to Rolls-Royce wśród papierów – oświeciła mnie. Nie powinniśmy dać się zwieść Velvetovi czy innym takim. Wyjaśnia to tajemniczą z pozoru kwestię czemu zatrzymała się u mnie tylko raz – mojemu tyłkowi wystarcza bowiem szarogazetowy papier wiele mówiącej marki „Serwus”. Wyobrażam sobie, że właśnie dzięki Serwusowi mogę niemal bezpośrednio podetrzeć się wszystkimi przemielonymi „Naj”, „Rewiami” i „Życiami na gorąco” czyli wejść w intymny kontakt z koncernem Bauer. Natomiast w gościnie u bardzo oświeconej ekolożki (segregacja śmieci, organiczne bawełny i nie-jemy-tuńczyków-z-puszki) doznałam szoku widząc papier perforowany w listki i zadrukowany dwukolorowymi kwiatuszkami. Jak ekologia ma się do oferowania tyłkowi kolorowych kwiatków, w produkcji których do środowiska przenika tyle spoiw, żywic, rozpuszczalników i metali ciężkich? Oto jest pytanie.
Ekologia jest megaważna, dopóki nie dochodzi do starcia z własnym tyłkiem.
Co napisawszy wkręcam ostatnią znalezioną 100 watową żarówkę. Kiedy się wypali, zrobię jej nie-ekologiczny pogrzeb w ogródku, na pamiątkę odchodzenia do lamusa starych czasów.

sobota, 2 stycznia 2010

Sylwestrowowa stomatologia

Sylwester
Dla osoby, która na imprezę wkracza zazwyczaj po godzinie 00.00, Sylweter jest utrapieniem. W tym roku udaje mi się dotrzeć, dzięki przyjacielskiej pomocy i mobilizacji oczywiście, na 23.00. Po drodze jestem częstowana przez rozochoconą młodzież w autobusie narkotykami oraz mimo odmowy entuzjastycznie z autobusu wyciągnięta („Nie ma mowy, idziesz z nami!”) Odmawianie jak widać sprzyja podbijaniu naszej atrakcyjności. Niestety moja kreacja nie dorównuje normom moralnym, bo spódnica, gdy idę, w jakiś tajemniczy sposób zwija się i wjeżdża mi niemal pod szyję. Przez 5 przystanków uśmiechnięty autobus przygląda się dyskretnym próbom odzyskania przeze mnie godności. Na imprezę znowu wchodzę ze spódnicą w górnych rejonach, no i cóż, nie pozostaje mi nic innego jak udawać, że taki właśnie był stylistyczny zamysł. 23.00 to godzina w której wszystkie eurydyki są już ‘zrobione’, a orfeusze pijani. Od razu zaczynam być niczym balkonowa pelargonia przypadkowo oblewana piwem, colą oraz wódką, na końcu ktoś w pijanym widzie popycha mnie na lodówkę, do której się przyklejam. Tak więc, mimo iż jestem tam prawdopodobnie jedyną trzeźwą, wyglądam na najbardziej zalaną. No i ten mój kamienny wyraz twarzy, uzyskany przez przedawkowanie znieczulającej maści na ząb („Lepiej zjeść niż zachorować niżby miało się zmarnować” jak to mawiał o kwestii zapasów śp. dziadek - natomiast parafrazą w wersji medycznej „lepiej wsmarować, niżby miało się zmarnować” ryzykujemy kompletnym paraliżem facjaty). Zajmuję się więc robieniem kompromitujących zdjęć, które po surowej estetycznej cenzurze za 5 min znajdą się na Facebooku. Szampan. Najczęstsze życzenia noworoczne: „Żeby ten rok był 1000 razy lepszy niż poprzedni”...eheh... Ludzie albo są tak zepsuci nawałem promocji, albo nie mają organicznego pojęcia o podstawach mnożenia.
Impreza życia.

wtorek, 29 grudnia 2009

Małpi gaj świąteczny

Naród bez rodziny królewskiej to sierota.


Monkey Christmas Message

czwartek, 24 grudnia 2009

Wilgotne miejsca

Czasem łapie mnie ochota na jakąś kloaczną literaturę.
Po ‘Wilgotne miejsca’ sięgnęłam po obejrzeniu wywiadu z autorką – sympatyczną brunetką, która dziecięcym głosikiem w powolnej angielszczyźnie tłumaczyła zawiłości słowa...hm,no coż, nie owijajmy tego w bawełnę z elastyczną gumką...no więc słowa ‘dupa’. Oto dziewczyna leży w szpitalu na oddziale proktologicznym i snuje swoje fanaberie – znacznie uobleśnione w celach wydawniczych. Mnie to jakoś nie szokuje, no, może w zestawieniu z wyglądem autorki, i zapewne na tej niewspółmierności wyglądu i treści polegała cała kampania promocyjna.
No nic, zaliczyłam pozycję, jestem teraz literacko odbyta (heh)
I kupiłam przyjaciółce, żeby okładkowo-różowo pasowała do jej obecnej lektury ‘Margot’ Witkowskiego.
Nikt już nie czyta Biblii. Czarne okładki są takie smutne ;-)

Natomiast co do Witkowskiego, to albo mam jakiegoś laptopowego wirusa, albo ktoś z księgarni wysyłkowej zażartował sobie z jego chłopolubstwa (niedobry ktoś!). Zapodaję printscreena:

wtorek, 22 grudnia 2009

Stadiony jak kwiaty

Znaczy się, że w miejsce niedoróbek stadionowych zasadzą jakieś malownicze haszcze i efekt końcowy ujdzie.

piątek, 18 grudnia 2009

Dwudziestolatki, dwudziestolatki, to ja i ty (ram tam tam)

Spotykanie się z dwudziestolatkiem jest niezwykle pouczającym doświadczeniem. Na zakupach(gdzie- gwoli ścisłości - robię za stylistkę, a nie za sponsora) czuję się jak matka zbuntowanego nastolatka emo:
– Misiu a może to?
– Nie, nie uznaję pasków.
– A to?
– Nie, nie cierpię wełny!
– A?
– Nie, nie w moim guście. I napewno nie założę tego stanika!
– Cóż...to akurat dla mnie...(No tak. Nie założy.)
Emo misiu, a niech cię szlag trafi.
Na innych polach tenże przeterminowany nastolatek jest raczej zgodny i układny. Daje się nawet pomalować! Kłopot w tym, że moja wewnętrzna 6-latka zaczyna się nuuuudzić. Where is her daddy? Bycie autorytetem, protekcjonalnym autorytetem w kwestiach teorii na życie i jego znajomości nie wymaga co prawda dialogu, tylko akademickiego monologu, ale chyba nogę zwichnęłam, gdy pewnego razu na chwilę zeskoczyłam z cokołu własnego pomnika, żeby pójść się odlać. Tęsknię za równolatkiem, za jakimś skurwysynem z cv dłuższym niż dwie linijki, albo i nawet starym dziadem z dwoma kredytami na karku. Może Andrzej Łapicki ma starszego brata? ;) Młodość jest piękna, czysta, egotyczna, nic nie można jej zarzucić, bo nie ma się pretensji do pączka, że jeszcze nie zakwitł (chyba że jest z cukierni...) Ale...
Mam w końcu nieco zahaczonych zębem czasu (amalgamatowym!) męskich kumpli i znajomych. Znikają powoli z horyzontu zdarzeń zaanektowani w domowe piekiełka związków, w małe stabilizacje. Chodzę teraz np. relatywnie często na kawę z moim ziomem :) ze studiów i to mi naświetla jakość przebywania w rówieśniczym stadle, nawet jeśli nie okraszonym niczym więcej niż uprzejme koleżeństwo (zazwyczaj on uprzejmie płaci, a ja jeszcze uprzejmiej nie wspominam o równouprawnieniu).
Rok, pięć, dziesięć dodatkowych lat to nie dodatkowa walizka w podróży, która ciąży - to kufer na strychu, pełen tajemniczych skarbów, przeżyć, doświadczeń, do których zawsze można sięgnąć bez lęku, że druga strona nie zrozumie, o czym mowa. I nie zarzuci nam przeterminowania.
A może niezależnie od wieku albo ma się w sobie tą jakość, albo nie. Osobowość typu tesco, niezależnie od wieku, niech się prowadza z kobietą-biedronką, co mi do tego? Może to zabrzmi okrutnie, ale czemu to ja mam wiecznie prowadzić te kursy doszkalające dla emocjonalnie bezrobotnych? I dla intelektualnie bezdomnych?

czwartek, 10 grudnia 2009

Po-święcenie

Mama znajomego powiedziała podobno, że mnie podziwia za pełną poświęceń opiekę nad B. To straszne! Ludzka litość nie zna litości! Już chyba wolę znajomych-podżegaczy, ego-wojowników, którzy obrzucają moją aspołeczną barykadę sloganami typu „Rzuć to w cholerę!”.
Poświęcenie nie należy teraz do atrybutów. Zalet. Pożądanych cech.
Jest dziwacznym archaizmem, uważanym za podzbiór religijnego wstecznictwa, niczym Matka-Polka wystawiona na ring do pojedynku z feministką-publicystką i Polak-katolik do wyścigu z gejowskim Europosłem.
Poświęcenie może też jednak być całkowicie świeckie, zlaicyzowane i podszyte życiowym wygodnictwem. Niektórzy mają po prostu takie inklinacje.

środa, 2 grudnia 2009

Dzień z dzieckiem

Mama Małego P. musi iść do dentysty i ogólnie pozałatwiać różne sprawy, a ja mam dzień wolny, w związku z czym sąd koleżeński nakłada na mnie wyrok kilkugodzinnej opieki nad Małym P.
Zostaję więc zastępczo-tymczasową matką małego dziecka w środku wielkiego miasta. I doznaję wielu objawień o macierzyństwie. Zaczyna się nieźle – wszyscy otwierają mi drzwi i się do mnie uśmiechają. Jezdnię mogę przekroczyć w dowolnym miejscu i czasie, a wszystkie samochody z piskiem hamują, albo rozjeżdżają się na boki - jestem owózkowanym Mojżeszem ruchu ulicznego. Joj. Siła macierzyństwa. Jednak następują i lata chude: zgarnianie zakupów z lady do wózka – złe , mówienie „Ti-ti-ti” z petem w ustach – złe, oglądanie zawartości pieluchy z okrzykiem: „Jezu Chryste, niech ktoś wezwie straż pożarną!” – złe, złośliwe pokazywanie głodnemu dziecku niedostępnej bo niespokrewnionej piersi – złe. Nagle ścigają mnie potępiające spojrzenia, a wokół pełno zmrużonych oczu Matek-Polków i Ojców-Bolków. Jestem wykończona, mój najdłuższy związek nie wymęczył mnie emocjonalnie tak jak ta mała, kiszona kapusta, ta zbyt długo moczona w wodzie stopa, czyli jak nie przypominający jeszcze w pełni człowieka Mały P.
Mam nadzieję, że nasze stosunki się poprawią.
Mam nadzieję, że gdy ja i mama Małego P. będziemy jako dwie wesołe wdówki dzielić pokój w Domu Szczęśliwej Starości, to cholerny Mały P. będzie nam obu przywodził pudełka z belgijskimi pralinami.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...