poniedziałek, 11 lipca 2011

Wymarsz w kierunku: Zagranico

Kilka lat różnicy, o 180 stopni zwrot. I oto wyprawiam rodziców na wakacje.
O piątej rano, opuchnięta z niewyspania, pojawiam się pod domem, z rarytasami takimi jak: aparat fotograficzny, ładowarka i baterie, w celu zapewnienia starszyźnie rodowej multimedialnych pamiątek z wakacji. Wytaszczam z tatusiem walizki, radzę mamusi, by wzięła buty bardziej zaawansowane kobieco niż adidasy, bo może po zwiedzaniu zdarzy się wieczorek taneczny. Staram się niwelować kompulsywne odruchy pakowawcze („O! wezmę jeszcze to i to i to. A co to tu tak leży? A to też wezmę!”). Sprawdzam, co powoduje opóźnienie w opuszczeniu przez mamusię domostwa, podczas gdy tatuś toczy pianę przy taksówce.
Wracam do taksówki, gdzie przy otwartym bagażniku stoi tatuś, znudzony taksówkarz i walizka.
– Proszę wstawić walizkę do bagażnika – mówię ochrypłym głosem do taksówkarza. – Nie widzi pan, że tatuś jest zmęczony?
I łypię na niego złym, podbitym na fioletowo, porannym okiem. Wszyscy jesteśmy przezroczyści z niewyspania, rodzina duchów. Wyjazd o piątej, więc jak znam życie, o drugiej zaczął się tradycyjny marsz na Staliningrad: musimy się spakować!
Pojechali, uf.
Tak właściwie, to po co mi dzieci?

sobota, 9 lipca 2011

Operacja Nostromo czyli co mamy w brzuchu

Biedny M. leży na stole. 
A nad nim wstążka jelit, niczym girlanda.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażam.Niedawno, kiedy M. jeszcze nie wiedział o tym, jaki jest biedny, postanowił lecieć do Amsterdamu. Z powodu pikania nie chcieli go jednak przepuścić przez bramkę na lotnisku. Zdejmowane kolejno, niczym w rozbieranym pokerze, warstwy ubrań nic nie pomagały i w końcu M. musiał podzielić los swojego bagażu podręcznego i zaaplikować się pod rentgena. Okazało się, że w środku ma 25 centymetrowy zaciskacz chirurgiczny, który to – co trzeba mu z uznaniem przyznać – nadal coś dziarsko zaciskał. Ot, pamiątka po operacji z przed pół roku. Mówią, że M. uratowało tylko jego lenistwo, życiowa filozofia, których innych zabija, ale jemu uratowała życie: cokolwiek jest do zrobienia, niech zrobi to ktoś inny!. I tak M. z zaciskaczem koegzystowali w symbiozie i mogłoby to trwać latami, gdyby zaciskacz nie wy-dał ciała na bramce lotniskowej.
Teraz M. ma operację w celu ekstrakcji tego nostromo-pasażera. A ponieważ okazało się, że ekipie chirurgów, która go kroiła poprzednio, bliżej do szeroko pojętego humanizmu niż nauk ścisłych (obejmujących min. liczenie narzędzi przed i po operacji) M. musi mieć teraz w swoją jamę brzuszną szeroko zakrojony wgląd i poszukiwania. Wszelka tkanka ma być obmacana, organy wyjęte, obejrzane i – miejmy nadzieję - włożone z powrotem na swoje miejsce, jelita zaś wypatroszone i rozwieszone niczym bożonarodzeniowy łańcuch w celu sprawdzenia, czy przypadkiem nie dyndają na nich, niczym bombki, kulki z pooperacyjnej gazy i wacików.
Oczywiście takie rzeczy się zdarzają - w odległych krainach i nieco mniej odległych telewizorach, ale jeśli zaczynają się zdarzać trzy metry od nas i trzy centymetry w głąb nas, to robi się sardonicznie. Złowroga cywilizacja pełna wynalazków techniki mogących uratować nam życie, przyprawiona jednakże głupotą ludzką, bezpowrotnie bezczeszczącą integralność naszego ciała, robi krok w naszą stronę.
Patrzymy później na siedzącą na przeciwko nas parę przyjaciół, pijących herbatę i zaczynamy się zastanawiać, czy są oni napełnieni tylko herbatą, czy też może czymś więcej – symbolami epoki, nowinkami dekady: ona jakimiś tam ciążami, a on jakimiś tam zaciskaczami. I obydwoje: zgubionymi kulkami od beaty u., niczym u Palahniuka.

 

środa, 6 lipca 2011

Piękni dwudziestoletni

Dzisiaj poznaję A. Piękną dwudziestoletnią. Dziewczynę tak pełna pewności siebie, charyzmy, ikry i mimikry, że doprawdy trudno sklasyfikować ją jako dwudziestolatkę. Świeża jak powietrze po deszczu, naładowana jak baterie duracela. Wszędzie była i przeżyła, wszystko wie.
Jakby ktoś podstawił mi pod nos misę z owocami: soczyste arbuzy, brzoskwinie o aksamitnej skórce, pełne aromatu kosztele, intensywnie bordowe maliny – wszystko prężące się w pełnym słońcu, gotowe lada chwila dojrzeć i falą aromatów przyprawić o zawrót głowy, oczadzić, pozbawić umiejętności trzeźwego myślenia.
Stoję przy nich jak tak smutna jesienna dynia, z twarzą wyciętą jak na Halloween przez psotne dziecko w grymas bezradności i niedowierzania. Ajajaj.
Co może wiedzieć A.,czego my byśmy nie wiedzieli? Że świat nie jest dużym pokojem w domu rodziców, z wygodną kanapą do popołudniowej drzemki? Że kompromisy w końcu odcisną na każdym obliczu swoje groteskowe piętno skazańca? Że edukacja nie jest żadnym spadochronem, a bezpiecznie spaść można tylko na materac wypchany sprytem i relatywizmem?

Niczego mnie ostatnio tak solennie w życiu nie pozbawiono, jak młodości, ostatniego bastionu, w którym czułabym się bezpiecznie, taryfy ulgowej, prologu własnego życia. Oczywiście kibicuję A. i jej drużynie, ale nie zdroworozsądkowo, bądźmy szczerzy, tylko z powodu oczadzenia.

wtorek, 5 lipca 2011

Parmezan i kongres mięsologiczny

Dzisiaj P., który niedawno przeszedł na wegetarianizm - wakacyjny wegetarianizm, jak podejrzewam - zagląda mi do lodówki.
- Dlaczego masz w lodówce tyle mięsa? – pyta z gorliwością neofity.
Rzeczywiście, choć to niezupełnie w moim stylu, chwilowo oprócz tuńczyka i łososia, na pólkach pręży się również cielęcina, kawałek wołowiny i kotlet wieprzowy, który zapewne niedługo sam ucieknie do szafki z butami, żeby zostać kolejną podeszwą. Zupełnie jakby rzadko spotykany układ gwiazd i planet spowodował to niezwykłe, kosmiczne spotkanie gatunków różnych ras w mojej lodówce. Brakuje tylko zamrożonego ludzkiego ucha w zamrażarce.
A to tylko pozostałości niezwykle rozwiązłego weekendu eksperymentów kulinarnych, spowodowanego opadami. O ile bazyliowo-rukolowe pesto może być przejawem rozwiązłości, a nie pełni sezonu. Pesto, do którego zabrakło mi nieco parmezanu, tak, że musiałam wybrać się do bajeranckiego, nowootwartego sklepu w pobliżu.
- Parmezan? – pytam bladą i zmarznięta ekspedientkę w dziale serów.
Ona zaś patrzy na mnie tak, jakby za chwilę miała odpowiedzieć ze złością:
- No, la puta pretensjonala, no parmezano, tagliatelle y papa mobile. I wszyscy tu marzymy o Italii.
Wnętrze sklepu jest wyjątkowo mroźne, nie wiem czy dla podtrzymania życia fikuśnych roślin czy dla odstraszenia rodzin z dziećmi, które po 5 minutach tego biegunowego klimatu mogłyby zamienić się w mrożonki.
Przeglądam ofertę, przechadzając się wśród półek. Z serów: gołda, morski i edamski oraz mnóstwo gatunków kiełbas. Najwyraźniej moje osiedle zostało sklasyfikowane jako robotnicze i nie czytające bloga Kwestia Smaku. Niech to.

niedziela, 3 lipca 2011

Koniec młodości

Stało się. To już trzy miesiące, odkąd żaden dziarski kioskarz ani obwiędła ekspedientka w nocnym nie zapytali mnie, czy jestem pełnoletnia. Dlaczego teraz, na początku lata? Czym sobie na to zasłużyłam? Pręgi pod oczami? Brak grzywki? Brak wesołej ideologii?
Ten przykry moment musiał nadciągnąć, zwiastowany chociażby zaawansowanym stanem mobilizacji mojego cellulitu na udach oraz zjawiskami mnie otaczającymi. Ten siwieje, tamten zaczyna łysieć, obwis ramion u M. osiągnął stan tak zaawansowany, że gdy podstawiam jej krzesełko, to w myślach dostawiam jeszcze dwa po bokach, a A. chociaż nadal chuda i żylasta na brzuchu ma wyrżnięty uśmiech po cesarce, a pod oczami dwa wielkie pompony po nieodespanych nocach. Nasze pokolenie dostało w prezencie wiele technologicznych gadżetów, ale nie zdołało cofnąć czasu. Ani go zatrzymać.


sobota, 2 lipca 2011

Czajnikowy dzyndzel

J. planuje powrót do kraju, chyba nieodwołalnie. Na koniec pobytu sprezentowałam mu oparzenia ciała, żeby sobie nie myślał, że można tak bezboleśnie sobie wyjechać!
A było tak:
J. wpada do mnie i proponuję herbatę. Czajnik wyświstuje końcowe takty obrządku wrzątku akurat, gdy kiedy dzwoni mi komórka, więc J. proponuje, że sam zaleje torebki, a ja kiwam na tak.
- Tylko trzymaj za dzyndzel – mówię, zakrywając ręką komórkę. – Ręka na dzyndzel przy nalewaniu. – krzyczę, po czym znikam za drzwiami.
Za chwilę i z kuchni słychać krzyki. Mój czajnik ma to do siebie, że przy przechyle potrzebnym do wylania wody, wypada pokrywka i buchająca gorąca para parzy rękę, na co też naturalnym odruchem jest wypuszczenie czajnika z dłoni, wylanie jego zawartości i poparzenie całej reszty. Należy więc przytrzymać ręką pokrywkowy dzyndzel aka uchwyt aka...?
Oglądamy poparzenia. Bardzo współczuję J., ale drugą półkulą zastanawiam się nad stroną prawną zdarzenia – czy jestem teraz zobowiązana do dożywotniej refundacji jego przeszczepów skóry?
- Przecież mówiłam, żebyś trzymał dzyndzla – biadolę.
J. patrzy na mnie trochę złowrogo, a trochę litościwie.
- Pierwszy raz robię u kogoś herbatę, trzymając się za jaja – mówi obolały J. - z przyczyn kompletnie dla mnie niezrozumiałych, ale wyraźnie ważnych dla gospodarza.
Tak więc najwyraźniej zarówno moja znajomość angielskiego jak i polski wkład w kształtowanie gastronomicznych zwyczajów Europy pozostawiają jednak wiele do życzenia.
- Koniec końców – stwierdza J – i tak w tej zdezelowanej kuchni mógłbym ulec wypadkowi, więc dobrze, że ochraniałem to, co najważniejsze.
Tak więc najwyraźniej oprócz posiadania nowoczesnego elektrycznego czajnika z ergonomicznym uchwytem wkład J. w przełamywanie barier zarówno językowych jak i kulturowych pozostawia wiele do życzenia.

piątek, 1 lipca 2011

Szczałki w górę!

Ależ media pieją nad polską w radzie unijnej prezydentką. Otworzył się raptem zakładzik kosmetyczny, w którym będzie można zrobić pedikjur oraz tipsy w gwiazdki, ale pompy tyle, jakby to była sala operacyjna, w której dokonamy przeszczepu całości organów.
Polacy też są radzi, z całości wydarzenia podobają im się zwłaszcza strzałki w logotypie, używane dotąd masowo na opakowaniach medykamentów na potencję.


czwartek, 30 czerwca 2011

Schody do nieba

Schody. Cudowny wynalazek architektury, umożliwiający ludzkości wchodzenie do podniebnych komnat i na wieże katedr. A w przypadku upper clasy na piętro z sypialniami. Schody, na górze których człowiek jest istotą ludzką, pełną planów i pomysłów, a na dole których już tylko martwą, szmacianą lalką, ze skręconym kręgosłupem.
Niedawno dowiedziałam się, że tak właśnie zginęła M. Co jest o tyle szokujące, że chwilę wcześniej wygrała z rakiem. W ogóle tyle wygranych bitew zaliczyła w życiu. Ale nie ze schodami.
Wszyscy nagle zaczynają śpiewać jednym głosem: „A jeszcze wczoraj o niej pomyślałem, a zadzwonić miałam, a libacja miała się odbyć, ale niestety się opóźniła i teraz to można co najwyżej na stypie.”
Zupełnie jakby ta świeżo odłowiona z zapomnienia kolektywna mieszanina ludzkich zaniechań miała możność przyczynić się do zgonu.


M. była osobą rozrywkową, więc się (chyba) nie obrazi:



Jeśli w nocy będzie skrzypieć podłoga, a drzwi same się zamkną lub roztworzą, to zdejmę.

środa, 29 czerwca 2011

Histeryczne czynności zastępcze

To jeden z tych momentów w życiu: mam tyle rozgrzebanych spraw, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Pewne projekty już dawno powinny być odhaczone, inne już dawno skończone i zapomniane, bo tak nakazuje ludzka przyzwoitość i boskie prawa zapewne też. Projekty w trakcie powinny zaś choć odrobinę posunąć się do przodu, a nie podstępnie zmieniać trajektorię lotu i lądować w punkcie wyjścia. Tymczasem zza horyzontu już łypią złowieszczo lipcowe zobowiązania. W związku z tym imam się histerycznych czynności zastępczych, począwszy od wyprowadzania na spacer niewidzialnego psa a skończywszy na podlewaniu kwiatków w środku nocy, i to nie zwykła kranówką, ale przegotowaną i przestudzoną, żeby im ostatecznie dogodzić.
Kwiatkom, nie projektom.

piątek, 10 czerwca 2011

Osiedlowy maraton

To już szósty dzień jak jogginguję wieczorami. Brzmi dobrze. A teraz erraty: nie wieczorami, tylko w nocy. Wczoraj o drugiej oddawałam się raczej energicznemu marszowi paradowemu, obawiając się, że bieganie o tej porze może zostać uznane za ucieczkę z radiem. Miałam też dzień przerwy z perwersyjnym dosiadaniem piłki rehabilitacyjnej – efekt bólowo-mięśniowy następnego dnia, o dziwo, okazał się nawet bardziej dokuczliwy. Samych sił i płuc starcza mi na dwie trzy, minuty, potem przerwa, wymachy, rozciągania na trzepaku i takie tam. Biegnąc mam w pamięci filmik instruktażowy z YouTuba, o tym jak należy unosić nogi, co robić z nogą, która cię akuratnie wyprzedza, a co z tą drugą co z tyłu. Trochę dziwnie ‘należy’ – biegnę jakby podskakiwała sprężynowo, no ale co my tam wiemy o bieganiu, wychowankowie złych stolicznych dzielnic, co to goniliśmy najwyżej autobus spóźnieni na ważne spotkanie albo uciekaliśmy co sił przed pijanym dresiarzem pełnym ku nas amorów. Co my tam wiemy w porównaniu z profesjonalną rasą biegaczy Nike. Biegacz Niki może sobie idiotycznie sprężynować w celu idealnej rzeźby musculusa lydkusa, podczas gdy my dajemy upust instynktowi samozachowawczemu w biegu o życie. No ale nadeszły czasy, gdy trzeba być pięknym i młodym oraz - żeby być produktywnym członkiem społeczeństwa – należy mieć też spory zapasik serotoniny, którąż to postanowiłam sobie wydzielić przez sport, zamiast przez czekoladę i papierosa. Ewidentnie czuję, że pobiegowa serotonina wydziela mi się w innej części fabryki, w oddziale „Sport czyni zdrowym”, a nie w „Wyrzuty sumienia i inne pierdy”. Samo bieganie jest nudne, pełne chodnikowej widowni patrzącej z politowaniem w zestawie z pieskiem i papieroskiem na twoją walkę o zdrowy tryb życia i oskarżającej cię w cichości ducha o inne bezeceństwa, jak wegetarianizm i może jeszcze przykładne płacenie podatków.
Ale uczucie błogości po takiej godzinie przebierania nogami– bezcenne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...