czwartek, 22 sierpnia 2013

O nosie, sukienkach, spotkaniach i zaniechaniach

Tak się zastanawiałam czy to możliwe, że mam tak duży nos ;), bo tyle okazji mi koło niego przechodzi? A każda zostawia po sobie swąd niewykorzystanych możliwości, zaniechanych okoliczności, bez ryby samych ości. Swąd. Smrodek taki.
Każdy nos by od tego spuchł.

Weźmy ostatni przykład: niedawno była w stolicy pewna blogerka, z którą mi mentalnie po drodze, i to nie jakiejś tam drodze dziadowsko brukowanej kocim łbem tylko porządnej, takiej, jakiej w naszym kraju jak na lekarstwo, drodze cud-miód, świeżo wyasfaltowanej na ekstra czerń, z paseczkami fluoroscencyjnymi się w nocy świecącymi, jeśli światła się ma sprawne rzecz jasna, ju noł. Ale mimo tylu dostępnych kanałów komunikacyjnych nie dało rady się spiknąć. Ot, rozlane mleko, mogłoby ale się nie wydarzyło. Jestem przyzwyczajona.

Nie było więc ąę herbatki
 Ani szczerych pogaduszek
Ani tańców-łamanców

















Ale się tak zastanawiam – tyle nas jest, a każdy występuje w tylu odsłonach: jesteśmy blogami (oby jednym!), jesteśmy fejsami (imionami i nazwiskami oraz fanpejdżami), meilami jesteśmy (prywatnymi, służbowymi i blogowymi) i tabletami i komórkami (oby jedną!), a nawet czasem adresami (oby więcej niż jednym ;). Właściwie to zawsze nawet – chyba że ktoś anarchistycznie unika płacenia za śmieci ;)
A jak przyjdzie co do czego to nie uświadczysz reality szoł, bo wszystkie kanały zawodzą (jak grecki chór).

Przyszłość tej rasy nie ma sensu jeśli stacją końcową jest pozostanie tylko witrynką i ewolucyjna atrofia takich zachowań jak kuksańce, mrygi i przybijanie piątki w środowisku naturalnym czyli nie przedmonitorowym.





















Nie chcę już tak. Nudzi mnie to. To droga w kierunku przepaści, na której dnie jest zmarnowany czas.
No ale może też chodzić o to, że kupiłam ostatnio trochę twarzowych kiecek i na wuja mi one, skoro nie mogę usłyszeć szczerego komplementu od zamiejscowej witrynki? To znaczy usłyszałam już wystarczającą liczbę komplementów od stosownie do sukienek dobranej płci przeciwnej (sukienka zielona, amant też ;), ale jako blogerce mi to nie wystarczy ;)
Chyba jakieś złośliwe, sierpniowe endometrium zapchało mi logiczną żyłkę, bo jako żywo sama nie wiem czego chcę, hm. I jaka była pointa.

Blogerkę rzeczoną uprasza się - jeśli nie o brak jojczenia, że to moja wina (co być niestety może) to przynajmniej o zakamuflowanie się – oddajmy hołd tej sławetnej i intrygującej nutce tajemniczości, która się jeszcze w nas, kobietach, tli. I mdli. Ju noł ;)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Po regałach ich poznacie czyli jak w mieszkaniu trzyma książki ćwierćinteligent

Na początek cytatowa perełka
“Autonomy, n.
I want my own books to have their own shelves," you said, and that's how I knew it would be okay to live together.”

 - David Levithan 'The Lover’s Dictionary'
(więcej cytatów, choć raczej już nie o książkach, tu [.])
Dzisiaj znowu zajmiemy się kwestią sposobu magazynowania książek w mieszkalnictwie. Czy naprawdę chcielibyśmy, aby oceniano nas po (marnej) zawartości regału? To trochę tak (wybaczcie marność porównania, ale siedzę ostatnio w lekturach medycznych ;), jakby mnie zapytać, czy bym chciała, żeby mnie patolog sądowy na stole sekcyjnym, gdybym przypadkiem wpadła pod autobus, oceniał po amalgamatowych plombach, wypłowiałej hennie i marnej jakości koszulce bawełnianej z sieciówki wyprodukowanej w Chinach. Czy bym chciała, żeby na tej podstawie zdiagnozował mi wartość mojego życia. Otóż i w jednym i w drugim przypadku bym nie chciała. Ponieważ i w jednym i w drugim przypadku jest to czasem wyłącznie kwestią możliwości finansowych. I nie świadczy o całym bogactwie naszej osobowości i o spektrum naszych intelektualnych możliwości (o ile w ogóle jakieś mamy, bo ja na przykład przed kawą i ogólnie przed południem to nie mam żadnych ;)

Ale do rzeczy, czyli do regału z książkami.
"Zatem regał z książkami, mniejszy lub większy, w domu inteligentnego człowieka jest. Jakie informacje ze sobą niesie? Czy bywa symbolem statusu czy jest tylko elementem umeblowania wnętrza, dekoracją?
Z pewnością jest ważną informacją o właścicielach, może być rodzajem wizytówki, bywa niezwykłą kolekcją. Domowa biblioteka to także swego rodzaju historia życia, niczym album ze zdjęciami. Ale czy potwierdza, że mieszka tu inteligent?
Czytam w wannie: Nie oceniaj książki po okładce, a inteligenta po regale. Mamy regał z książkami, ale staramy się ograniczać ich liczbę, bo to małe mieszkanko i mały regalik.
Dorota: Znam takie domy, gdzie regały z książkami owszem są i to w ilości sugerującej wielkie oczytanie właścicieli. Ilość książek na regałach nie ma już wiele wspólnego z inteligenckimi domami. Zrobił się z tego trend i wielu niestety ćwierćinteligentów szpanuje zbiorami, które w ręce mieli tylko wtedy gdy odkurzali regały."

Więcej tu: Jak mieszkają Polacy - współczesny dom i książki [klik]

Pani Doroto and everyone, takie zjawisko ma już swoją nazwę. Nazywa się (ponoć) tsundoku.

No i proszę, skąd się wzięła akcja Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka:


Natomiast opowiadał mi kiedyś znajomy, jak to u jego sąsiadów wybuchł pożar. Przyjechali strażacy. Weszli, ugasili, wyszli. Cała kamienica miała darmową rozrywkę. Ale znajomy chciał więcej szczegółów, taka paparazzka żyłka mu pulsowała pod skórą ;). 
-Oczytani ludzie - powiedział mu strażak. - Dużo książek, to się i paliło.
No.













Tak, książki są niebezpieczne, ale nie bardziej niż poliestrowy dywan ;)
 .........

No to jeszcze kilka obrazków

Najważniejsze aby książki zestawione na półce do siebie pasowały ;)





















Ponoć są tacy, co im się gusta kolorystyczne zmieniają na neoawangardowe - znaczy się po latach posiadania mieszkań w kolorach wszelakich a dostępnych (malinowa cytryna, groszkowa ekstaza, takie tam, a każda ściana inna) wracają znowu do bieli. I wtedy, dla większego efektu oraz ku czci puryzmu i kolorystycznej konsekwencji książki można, a nawet należy, ustawić tak ;)















 

Jeśli zaś chodzi o mieszkańców starych domostw i użytkowników nienajnowszych mebli (mła), to robim, co możem, nieprawdaż:

Ponoć nie wszyscy tu zaglądający są kumaci w angielskim, więc so:
fill - napełniać
stacks of books - stosikami
crannies -  szczeliny
nooks - i zakątki

I wszysko jasne ;)


piątek, 16 sierpnia 2013

No to klops, kurczaczki. W piątek rzucamy mięsem


"Należy zwrócić uwagę, że historia wykazała także powierzchowność innego sądu, wywodzącego się ze starożytności, a głoszącego, iż lud potrzebuje jakoby tylko chleba i igrzysk. Nieraz mogli się przekonać różni późniejsi władcy, że otrzymawszy sam chleb, lud niechybnie zapyta zaraz o masło i wędlinę, bojkotując najatrakcyjniejsze nawet igrzyska."
Janusz A. Zajdel
...
Kiedy tylko zdarza mi się urządzać albo być zaproszoną (już jutro!) na grilla czuję w sobie ten atawistyczny zew, to pierwotne ssanie w środku: będzie MIĘSO.



Jest taki rodzaj pojedzeniowej satysfakcji i poczucia ukontentowania, którego nie zapewni mi żaden, pożal się Boże, bakłażan w parze z brokułem (na parze)
Gorzej jak coś mięsnego zostanie i zostanie włożone do lodówki.
Kiedyś mamusia powiedziała mi:
- Nie dziwota, że tak źle wyglądasz, skoro żywisz się padliną.
(Różnymi inwektywami zadawano mi ciosy, ale ten, przyznacie (zwłaszcza wegetarianie) wyjątkowo bolesny. I żeby własna matka tak, eh.)
Ale faktem jest, że jakoś nie mam wyczucia ile może taki nasz nieco przerobiony mały mięsny przyjaciel w lodówce leżeć (i tutaj akurat sprawdza się posiadanie w domu na stanie samca płci męskiej, który takie problemy niweluje, bo jest udowodnione naukowo, że taki samiec raczej nie wykończy nam w zamian mozzarelli ani marchewki)

Niestety czasem dochodzi na linii damsko-męskiej do mięsnych dramatów:
 
















Nauczyłam się już kupować sobie takie ilości, jakie jestem w stanie zjeść – np plaster szynki ;). Niech sklepowa myśli że jestem najgrubszym ever przypadkiem dzielnicowej anorektyczki, a co mi tam.
..........

Teraz trochę historii:
Jak zachęcić ludzi do jedzenia podrobów?
Charles Duhigg opisuje w "Sile nawyku" historię problemu, z jakim pod koniec 1941 roku musiał zmierzyć się amerykański rząd. Brakowało mięsa, nowojorskie restauracje do hamburgerów używały koniny, rozkwitł czarny rynek handlu drobiem, narodowi groził niedobór białka. Rozpoczęto więc wielką akcję, której celem było zachęcenie Amerykanów do jedzenia podrobów. "Przeciętna kobieta z klasy średniej w 1940 roku prędzej umarłaby z głodu, niż zbrukała swój stół ozorem lub flakami. (...) Naukowcy doszli do wniosku, że aby przekonać Amerykanów do jedzenia wątróbek i nerek, gospodynie domowe musiały nauczyć się sprawiać, by jedzenie wyglądało, smakowało i pachniało możliwie najbardziej podobnie do tego, czego ich rodziny oczekiwały na stole. (...) Rzeźnicy zaczęli rozdawać przepisy, jak przemycić wątróbkę w klopsie." W krótkim czasie podroby stały się integralną częścią amerykańskiej diety. "Nerki stały się podstawowym składnikiem obiadów. Wątroba była na szczególne okazje". Nigdy później żadnego programu próbującego zmienić nawyki żywieniowe Amerykanów, nie udało się zwieńczyć równie spektakularnym sukcesem.
stąd [.]
(ciekawe a zarazem nieco symptomatyczne, że z całej pouczającej książki o siłach nawyków zainteresowałam się akurat tym mięsnym kawałkiem, hm) 
 
Jeszcze nigdy jednak nie zbrukałam swojego podniebienia (ani stołu)  OZOREM.
Ale pamiętam, że raz, w dzieciństwie zabrałam z babcinej kuchni taki ozór, włożyłam go w mordę pluszowemu psu i pobiegłam na podwórko straszyć dzieci. A potem miałam kłopoty, bo ozór się zgubił.

I mamą dla lalek nigdy nie byłam, chyba że w domu pojawił się (cały) kurczak, takiemu kurczakowi matkowałam czule dopóki nie podrósł i nie pojechał do szkoły z internatem (piekarnik). Szkoda, że nie mam w zwyczaju publikowania własnych zdjęć bo bym wam ukazała idealny rodzaj macierzyństwa w wykonaniu pięciolatki ;)
(To nie ja, tylko artysta Sarah Lucas)


I tak byśmy mogli sobie wspominać w nieskończoność ale czas coś zinwentaryzować, kurczaczki ;)
....
Na początek półnagi kucharz zaprezentuje zmysłowe Fifty shades of chicken (mmm, polecam)




I pamiętajcie - jak mawiał Oscar Wilde:
 'Kobieta jest jak kiełbasa, czasem lepiej nie widzieć przygotowań' ;)
(Wegetarian uprasza się o wyrozumiałość. Oraz, w wypadku dojścia do końca posta, o uczestnictwo w grupie wyparcia ;) 

środa, 14 sierpnia 2013

Nie jestem z cukru więc nie obawiam się deszczu

... czyli zgrabna Jola, parasolka, syrenka i odznaka PTTK (ktoś ma?)
Baaardzo zmysłowe, zwłaszcza pan Janek z wacikiem ;)



Najgorszy żar, mam wrażenie, już za nami. Nie mniej po to zesłano nam czwartkowe święto by za miasto wyjechać, niewątpliwie. Z jakimś młodym małżeństwem ;)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Efekt krótkich gatek czyli co upały robią z mężczyznami oraz krótki przegląd szortów letnich

Idę do kiosku kupić papierosy. Jest 30 stopni w cieniu, a ja jestem ubrana w stosowne do takiego upału krótkie gatki. Flirtuję z panem kioskarzem, wtykając do środka kiosku, gdzie jest chłodno i rześko, swoją głowę. Możliwe, że się wypinam, ale pan kioskarz tego widzieć nie może. Muszę urobić pana kioskarza, żeby mi wypożyczał a nie sprzedawał prasę, bo to zawsze ekonomiczniej. Obok mnie staje jakiś chłopak.
- Chcesz coś kupić? – pytam.
- Nie, czekam na autobus, schowałem się tylko w cieniu – odpowiada.
W końcu zbieram się z powrotem do domu. A obok mnie, ramię w ramię, idzie po chodniku chłopak spod kiosku, wielbiciel cienia. Wyglądający całkiem normalnie.
- Wiesz, przyglądałem ci się, jak rozmawiałaś. I muszę powiedzieć, że masz świetny tyłek!
Eee?
- Hm, powstrzymaj swe rącze konie – odpowiadam. - To nie jest najlepszy komplement jaki można sprawić nowo poznanej dziewczynie.
- Czy mi się wydaje czy powiedziałaś coś o koniach? O ręcznym koniu?
Eh. Nie dogadamy się, to pewne. Zaczynam się też zastanawiać, gdzie takich w ogóle produkują – bo gdzieś muszą, w jakiejś fabryce nieudanych damsko-męskich inicjacji.
- Czy ty przypadkiem nie czekałeś na autobus? – pytam z nadzieją.

















 
Czekał, ale zmienił zdanie. Teraz dewiant chce mnie odprowadzić. Jeszcze mi tylko tego brakowało, żeby taki wiedział, gdzie mieszkam! Niedoczekanie twoje, wuju. Idziemy więc w stronę następnego przystanku, gdzie mój plan obejmuje zaaplikowanie dewianta do autobusu w nieznane. Moja świadomość dzieli się na cztery pasma: jedno pasmo stara się skupić, żeby nie zemdleć w tym upale, drugie prowadzi ostrożną pogawędkę, trzecie powtarza ‘Masz świetny tyłek’, czwarte kombinuje jakby tu dać dyla. Jest 30 stopni, jest mi słabo, mam na sobie klapki. Nie zacznę przecież biec. To by groziło udarem, niewydolnością krążeniową oraz utratą zębów. Muszę się zastanowić. Muszę zapalić. Wyskakuję na ulicę, przede mną z piskiem opon zatrzymuje się taksówka.
- Daj pan ognia - mówię do taksówkarza. Taksówkarz przez otwarte okno uprzejmie podpala mi papierosa. Pytam szeptem czy za 6 złotych, które mam przy sobie, nie przewiózłby mnie do końca ulicy (co pozwoliłoby mi zyskać nieco dystansu do sprawy). Taksówkarz patrzy się na mnie tak, jakbym mu właśnie powiedziała, że ma świetnego rączego konia. Otóż nie przewiózłby mnie. Wracam na chodnik.
- Jaka ty jesteś niesamowicie bezpośrednia! – cieszy się dewiant. – Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby kobieta tak władczo zatrzymywała taksówkę! Jesteś może na fejsie?
Aaa.
Tak, jestem na fejsie. Prowadzę tam fanpejdż Krotochwila dla debila (właśnie – dlaczego ja nie prowadzę takiego fanpejdża?)

Nie pytajcie jak go w końcu spławiłam, wymagało to kilku minut i strategii Nasa opracowanej na wypadek niezbyt udanego kontaktu z obcą cywilizacją. Postanawiam połączyć nieprzyjemne z pożytecznym i pytam go łagodnie, co chciał osiągnąć tym agresywnym komplementem, od którego włos się jeży na łydkach (nie moich rzecz jasna), oraz dlaczego uważa za stosowne serwowanie mi takiego tekstu w biały dzień na ulicy, choć jak dla mnie to i na disco w remizie by to nie przeszło.
- Ale to przecież nic takiego – broni się komplementarny dewiant. – Przecież nie położyłem ci ręki na kolanie.
No nie położył, fakt. Co za zbytek łaski, doprawdyż.
W między czasie, powodowana konfuzją co do mojego niestosownego stroju, obciągałam jak tylko mogłam te nieszczęsne, krótkie gatki, dopóki mi na górze nie wylazł brzuch (eh). Zaczęłam więc też obciągać podkoszulek, dopóki mi jeszcze bardziej na górze nie wylazł biust. Zaiste, w takim upale nie ma dobrych rozwiązań ubraniowych ;)
Teraz będę sobie musiała znaleźć inny kiosk i innego pana kioskarza do urobienia, bo nie chcę się narażać na takie przygody, faaak.

Wchodzę do chłodnego domostwa i robię sobie okład na czoło z mokrego ręcznika.
Dzwoni telefon.
- Co słychać? – pyta K.
- Mam świetny tyłek – informuję ją.
....

No to, choć nic nie pobije gatek arbuzowych ;), zrobimy mały, letni przegląd gaci, zaczynając od propozycji klasycznych
W poniższych na pewno nie miałabym niestosownych propozycji, ha.
 














Choć oczywiście co ja tam wiem o letnich żądzach, hm ;)



















Klasyczne czarne kreski, do zrobienia eyelinerem, nawet w przypadku braku rajstop.
















 
Tymczasem

Piosenkarka Toni Braxton jest fanką wietrzenia a nie kiszenia delikatnych damskich suspensoriów, cóż.













Należy jednak pamiętać, że nie jest w dobrym tonie powodowanie u innych efektu oblewania się zimnym potem ...
Podsumowując:

środa, 7 sierpnia 2013

Coś pływa w jeziorze oraz o domowych sposobach na zrobienie akwenu

Myślę sobie tak. Że gdyby Bóg / Los  (zależy jakiej jesteście opcji) postawił przed mną chłopca pięknego jak malowanie, o ciele greckiego adonisa (a raczej dyskobola, tylko zamiast dysku miałby on karton fajek albo belgijskich pralin albo naręcze twarzowych, jedwabnych sukienek) i powiedział:
- Ten tu oto zdolny naukowiec jutro odkryje lekarstwo na raka a w przyszłym tygodniu znajdzie sposób na zlikwidowanie na świecie głodu i korupcji a w przyszłym miesiącu ci się oświadczy i będzie znakomitym mężem, który ci będzie co tydzień dawał kwiaty a co miesiąc biżuterię oraz wspaniałym ojcem twoich dzieci, które urodzisz mu bez bólu i nie rozciągniesz się po tym jak stara skarpeta – ALE jeśli jeszcze kiedykolwiek chcesz pożeglować na mazurskich jeziorach, to musisz go ZABIĆ. Wybieraj.

Szczerze? Zaszlachtowałabym tego idealistycznego gacka w trzy sekundy. Wyprułabym mu wnętrzności bez mrugnięcia okiem.
Właśnie tak się czuję, jak po długiej nieobecności wracam na wody. Czuję, że to uczucie nie ma sobie równych. Moje ciało nie pamięta dotyku tylu innych ciał ale to cudownie sensualne wspomnienie gęstości i konsystencji akwenów w których się zanurzało jest w nim obecne zawsze. Na jakichś wakacjach, kiedy miałam 16 lat, popłynęłam w nocy na dziką wyspę na środku jeziora. Powierzchnia jeziora była czarna, tafla bez ani jednej zmarszczki. Do tej pory pamiętam podszczypywanie rybek, kiedy tak płynęłam. Do tej pory się zastanawiam kto się tak znęcał nad moim młodym ciałem – czy to był jakiś sadystyczne szczupaki, niewyżyte leszcze czy głodne okonie? Na to pytanie odpowie w piosence poniżej niezapomniany Jan Kaczmarek :D


Epickie nie? ;)

Trochę to czasem nienormalny entuzjazm (oprócz tego że brak formy nie pozwala mi już robić takich nierozsądnych, pozalądowych eskapad)  bo mam np ochotę kompulsywnie wyskoczyć za burtę albo zrobić niezapowiedziany zwrot przez rufosztag, albo śpiewać szanty przepitym basem.... co tłumaczę sobie panicznym oswajaniem tego szczęścia, jako że człowiek napełniony powołaniem do żagli/kajaków/nurkowań/akwenów powinien mieć z nimi regularną, nawet jeśli tylko coroczną, styczność.
Niestety moja żeglarska ekipa rozpadła się lata temu. Mam nadzieję, że u was z moczeniem sprawa wygląda lepiej.

Tymczasem - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Trzeba szukać na co dzień kreatywnych rozwiązań ;)


 Zwłaszcza ten pan mnie ujął ;)

fot. Paweł Bajew











Albo po prostu gdziekolwiek się jest w naszym kraju - poczekać na trzy deszczowe dni ;)
Co jest zresztą naturalną konsekwencją polityki rządku w kwestii mazurskich jezior.
Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Warszawie uznaje system mazurskich jezior za zbiorniki sztucznie spiętrzone i w związku z tym domaga się opłat za użytkowanie terenów na wodzie na podstawie stawek wynikających z ustawy o gospodarce nieruchomościami (średnio ok. 24 zł za m kw. powierzchni jeziora).
 
(Gdyby ktoś był ciekawy to za zbiorniki NATURALNE płaci się 5 zł/ metr kw. I wszystko jasne! Ale to informacja zeszłoroczna, ostatecznie nie wiem na czym stanęło, pff)

sobota, 3 sierpnia 2013

Mój najlepszy jednorazowy przyjaciel oraz o największym wrogu kobiet czyli Czasie oraz dużo wyrazów na 'k'

Wszyscy ich mamy. Całe pęczki. Jednorazowych przyjaciół. Wszystko takim możemy opowiedzieć, całe nasze życie, bo nigdy ich już nie zobaczymy (choć werbalno-wyznaniowa przyzwoitość nigdy nie zawadzi ;). Od startu do lądowania, od wejścia do autobusu do wyjścia z pociągu. Jednorazowe przyjaźnie liczone w minutach, godzinach, czasem dniach. W dowolnym środku transportu, mieście, kraju, języku, sezonie. A na urlopie wakacyjnym to już w ogóle.

I dlatego powiem teraz tak, brzydko powiem, boć z emfazą:
O S Z  K U R W A. 

Dawno się już tak nie czułam z kimś tak kompatybilnie. W najmniej oczekiwanych okolicznościach przyrody spotkałam uroczego przedstawiciela płci przeciwnej i bawiłam się setnie. Śmiałam się często i z głębi trzewi, co to nie podejrzewałam (ostatnio), że je w ogóle mam, te trzewia, ha.
Podaję profil psychologiczny ostatniego podejrzanego: domorosły efeb w typie chłopaka z osiedla, uśmiech jak złoto, bluza z kapturem, dłonie wielkie jak bochny i dym z fajki. Student. Katolik. Palacz. Moja bratnia dusza. Mój najlepszy jednorazowy przyjaciel.

Żeby była jasność: nie zakochałam się. Jestem królową zimy, księżniczką autoanalizy i rzecznikiem emocjonalnej niepodległości. Ale się uzależniłam. To było jak biała kreska na stoliku przede mną i ją wciągnęłam i ani się obejrzałam a wyciągałam z nosa nogę od stolika ;). Man, bitch. To było tak, to było tak. Przez trzy dni. Był moją osiedlową dziwką i ja byłam jego osiedlową dziwką (dla tych, którzy nie chowali się na osiedlu: ta nomenklatura nie ma nic wspólnego z seksem, żeby była jasność). Choć nawet go nie dotknęłam. Jednorazowi przyjaciele się nie dotykają. Pieściliśmy wzajemnie nasze ega, jak to zwykle bywa w przypadku, gdy się w najmniej oczekiwanym miejscu wpada na idealnego rozmówcę, z którym jest zabawnie, ciepło, ciekawie. Poza czasem, poza kontekstem. Człowiek rzuca spojrzenia i szuka spojrzeń, choć one nic nie znaczą, nie są obłożone podatkiem damsko-męskich chętek na przewartościowanie relacji. Człowiek czerpie przyjemność z cudzej obecności, kiedy ta się zdarza, a kiedy nie, zajmuje się swoimi sprawami. Jest wolny, ale otoczony wspólnymi chwilami jak deserami.
A teraz jestem już po deserze.
Kurwa.

Nie tęsknię, a jeśli nawet, to nie wiem za czym - czy za konkretną osobą czy za młodością, której jest on przedstawicielem. Przejawem tego nieskończonego pasma możliwości i czasu. Kiedy świat stoi przed nami otworem i nie jest to (jeszcze) dupa. Przedryfowałam przez dekadę życia u progu której on dopiero stoi. Nie zbudowałam niczego trwałego ( Pal sześć karierę. Rodziny trochę żal. Wizji samej siebie jako dobrego człowieka, co boli najbardziej, a co, w dzisiejszych czasach, jest chyba najmniej istotne.)
I co? I chuj (nadal pozostajemy w konwencji brutalnej językowo stylistyki osiedlowej ;)

Oczywiście co roku, co urodziny,  melancholijnie wpadamy sobie z Edytką P. w objęcia - ‘je ne regrette de rien’. Bilans podsumowań nie wypada najgorzej przecież [klik :)]. I któraż dekada bardziej niż ta 20-30 sprawia, że dowiadujemy się, kim jesteśmy (czyli np. on - wielka niewiadomą, a ja - dziewczyną na urlopie z nogą od stolika w nosie ;)  Może za kolejną dekadę sinusoida pójdzie w górę jak po Permenie  i będę śpiewać jak Brodski (oby).

" (...) Dziś mam czterdzieści lat.
Co mogę powiedzieć o życiu? Rzecz to w sumie dość długa
Tylko nieszczęście budzi we mnie zrozumienie.
Ale póki ust nie zatka mi gliniasta gruda,
będzie się z nich rozlegać tylko dziękczynienie." 

Więc wszystko ładnie-pięknie.
Ale.
Jak sobie pomyślę, że już nigdy never ever nie będę miała 20 lat i nie będę mogła się już w nikim zakochać tą miłością najpierwszą, świeżą jak poranek i czuć w trzewiach na myśl o spotkaniu wybranka tego podniecenia, które doprowadza niemal do rozwolnienia, jak pomyślę, że czeka mnie już tylko pasmo randek z bufoniastymi trzydziestolatkami bez kręgosłupa moralnego, którzy nie potrafią mnie rozbawić, za to na ślepo i a priori mogę im przyznać 10 na 10 możliwych punktów w kategorii Nieustającej Irytacji, to mam ochotę dostać megazatwardzenia i umrzeć na skręt kiszek, bo ta wizja wydaje mi się być bardziej rezolutną.
Eh.
(To ciekawe, że z wiekiem zanika kręgosłup.
Człowiek spodziewałby się kłopotów z prostatą a nie kręgosłupem, człowiek żeński, czyli ja.)
I teraz oto ten człowiek żeński, zafrasowany i skonfundowany tym nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności i przypadku, z którego nic nie wyniknie, pójdzie do lokalnie własnej ogródkowej świątyni dumania zapalić papierosa z importu. Tyle.
...

„Czy o starych znajomych należy zapomnieć i nigdy już o nich nie myśleć?
Czasami rzeczywiście odnosi się wrażenie, że życie ma taki zamiar. Przecież w zasadzie przypomina wirówkę, która co kilka lat się obraca, rozrzucając najbliższe osoby w najróżniejszych kierunkach. A kiedy wirowanie ustaje, jeszcze zanim zdążymy złapać oddech, życie zasypuje nad kalendarzem nowych trosk. Nawet gdybyśmy chcieli wrócić po własnych śladach i odzyskać dawnych znajomych, jak mielibyśmy na to znaleźć czas?”
(Amor Towles, 'Dobre Wychowanie'
- znalazłam ostatnio i choć nie do końca pasuje to do jednorazowości urlopowych przyjaciół to do wracania po własnych śladach nieco)

...
A najgorsze jest to, że nie martwi mnie, że nie martwi mnie to, że spotkawszy zdrowy, przystojny i wesoły okaz 20-latka, zamiast ‘żądz moc móc zmóc’ to się roztkliwiam nad przemijającą młodością a zarazem pielęgnuję nienaganną reputację.
Co to kurwa ma być? 
Kurwa.
No ale co się naśmiałam to moje :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...