środa, 19 czerwca 2013

Do oddania ‘Bloger’ Tomka Tomczyka

Pożyczony wędrujący Bloger po raz kolejny do mnie wrócił. Tym razem ostatecznie wysyłam go w świat. Od dzisiaj zbieram więc chętnych na ‘Blogera’ Tomka Tomczyka (recenzja tu). Proszę się zgłaszać w komentarzach, potem będzie losowanie w kapeluszu (chyba, że to nielegalne niczym zbiórki pieniężne, naówczas wyboru dokona kot. Co będzie jednak trudne, ponieważ nie mam takowego. To może sąsiad? Przechodzień z łapanki? Albo może dopisze mi szczęście i tę pouczającą lekturę będzie chciała tylko jedna osoba ;). Nie mniej czekam na zainteresowanych do przyszłego czwartku, czyli jak mi mówi kalendarz do końca 27 czerwca.
Zasady są takie, iż po przeczytaniu wysyłamy go dalej, bo to egzemplarz wędrujący jest.
Książkę przesyłam tylko na adres krajowy (więc jak ktoś zagraniczny chciałby, to musi odkurzyć krajową odnogę rodzinną dysponującą adresem). Do książki planuję dorzucić jakiś bonus w rodzaju stylowej zakładeczki czy innego pociesznego duperela (ponoć istnieje niepisana blogowa tradycja dołączania do wysyłanych książek herbatek i kisielków. Hm. Jakby ktoś był bardzo nienażarty w temacie kisielku to proszę zaznaczyć ;)
No to ten, czekam. Buziaki, fajrant, XXX.

I jeszcze dla przypomnienia jak wygląda stylowy kominek:
 (fot. Tim Walker)



niedziela, 16 czerwca 2013

Zakaz strzelania z łuku czyli okrutne gierki George'a Martina czyli "Gra o Tron"

Pisarz o wyglądzie poczciwego sternika niedużej łodzi rybackiej po wielu latach tworzenia zacnej literatury fantasy, naszpikowanej refleksjami o naturze władzy i kondycji ludzkiej, zajął się w końcu robieniem kariery.
A ja zajęłam się poszukiwaniem angielskiej wersji 'Gry o Tron' George'a R.R. Martina, ponieważ tę wciągającą pozycję czyta się tak szybko, że postanowiłam przy okazji poćwiczyć trochu obcego języka. Niestety angielska odnoga rodziny, poproszona przed odwiedzinami w kraju o wizytę w antykwariacie lub tzw charity shop, gdzie różne książki można czasem dostać za pół funciaka, stwierdziła że:
a) nigdzie nie ma żadnego Martina
b) nigdzie nie ma żadnego antykwariatu (sic!)
Seriously?
Wniosek: odnogę ową należałoby skrócić o głowę, zamiast udzielać jej schronienia we własnych pieleszach.

W między czasie poszłam na ugodę z własnymi, ambitnymi chętkami i po odczekaniu stosownie długiego czasu w bibliotecznej kolejce, dostałam do ręki (po oglądzie pierwszego sezonu serialu) zamówiony tom drugi, który okazał się jednak trzecim. A konkretnie drugim tomem trzeciego tomu, ponieważ sprytny polski wydawca postanowił zarobić podwójnie i porozdzielać wydania. Tak więc tom drugi trzeciej części sagi pod tytułem Pieśń Lodu i Ognia mający tytuł Nawałnica mieczy podzielił się na Stal i śnieg oraz Krew i złoto. Po przeczytaniu kilku pierwszych kartek Krwi i złota pomyślałam, że ktoś mnie zrobił w bambuko, bo jeden z bohaterów gryzł już ziemię a inszy machał mi przed oczyma kikutem odciętej ręki (WTF?). W sumie powinna się cieszyć, że nie rozdzielono tomiszcza na czworo, bo przy moim szczęściu miałabym w rękach samo Złoto  i brak jeszcze co istotniejszych członków ;) A i tak tomiszcze - klejone chyba na dziecięcą ślinę po Haribo - rozpadło mi się w rękach. Co nie wnerwiło mnie tak, jak niedouczenie tłumacza, który z uporem maniaka używał słowa sutka zamiast sutek. Co zresztą zostało trafnie korygowane przez kolejnych czytelników notatkami w rodzaju 'SUTEK, baranie!', 'Nie baranie, tylko barano!' ;).
Przeczytałam, co zajęło mi mało czasu. I poskejałam, co zajęło mi dużo czasu. Obejrzałam drugi sezon.
Zapał ostygł.
Na razie jestem w stanie zawieszenia. I czytelniczego i serialowego. Co nie znaczy, że was nie zachęcam. Niekoniecznie do Gry, ale do Martina. Vide poniżej.

Osobiste spotkanie twórczości Martina i pisarki Anny Brzezińskiej, która 'w swoim felietonie podkreśla, że George R. R. Martin jest najlepszy w powieściach spoza Westeros'.
"Wielu czytelników poznało George’a R.R. Martina dopiero przy okazji jego epickiej sagi fantasy "Pieśń Lodu i Ognia", dla mnie jednak zawsze będzie przede wszystkim twórcą mistrzowskich krótkich form – "Pieśni dla Lyanny", "Drogi krzyża i smoka" czy "Piaseczników". Natknęłam się na jego książki w 1999 roku, kiedy przelotnie studiowałam w Londynie i wszelkie nadwyżki finansowe, a nie było ich wiele, przepuszczałam w maleńkim antykwariacie specjalizującym się w literaturze SF&F. Jego właściciel, uroczy starszy pan, w poczuciu misji zapoznawał dziewczę z Dzikiego Wschodu z tytanami literatury fantastycznej i pewnego dnia zdumiawszy się głęboko, że nigdy dotąd nie słyszałam o George'u R.R. Martinie, podsunął mi pod nos jakąś jego powieść, bodajże "Fevre Dream", a potem wygrzebał dla mnie skądeś jego zbiory opowiadań. Bo jeśli nie znasz opowiadań Martina, powiedział starszy pan, to nie rozumiesz. I faktycznie nie rozumiałam, bo żadna z wczesnych powieści Martina nie rzuciła mnie na kolana. Potem jednak przeczytałam opowiadania i wiele się zmieniło.
(...) 
Kiedy George R.R. Martin publikował "Grę o tron", był więc autorem znanym i utytułowanym, a także wielokrotnym zdobywcą Hugo i Nebuli. Krótkie formy jednakże nie przyniosły mu spektakularnego sukcesu komercyjnego i po chłodnym przyjęciu thrillera "The Armageddon Rag" zaangażował się w produkcje filmowe, m.in. "Strefę mroku", co, jak sam po latach przyznawał, nauczyło go wszystkiego o telewizji i znacząco wpłynęło na sposób, w jaki pisze. Kiedy w 1996 roku powrócił w wielkim stylu, wielu czytelników, pamiętających jego dawne opowiadania, zarzucało mu, że nowa powieść jest typową komercyjną sagą fantasy i autor takiego kalibru nie powinien rozmieniać swojego talentu na drobne. Martin odpowiedział im ponoć z typowym dla siebie sarkazmem, że zrobił już wystarczająco wiele dla gatunku i teraz zamierza zrobić coś dla swojej rodziny i dla siebie. I robi to, powiedzmy sobie szczerze, na wielką skalę."
reszta Martin poza Westeros [klik]
...............
Przy promocji trzeciego sezonu postanowiono odciąć połowę kuponów od Avatara...
..............
Tymczasem piętrzą się problemy z przenosinami książki na ekran. Serialowe dzieci dorastają, filmowe kontrakty aktorów (tych, co przeżyli ;) dogasają. A Martin, co zarzucają mu fani, za wolno pisze kolejne części.
"Nie jesteśmy w stanie teraz odpowiedzieć, w jaki sposób podejdziemy do kolejnych sezonów. Serial doszedł do takiego momentu, w którym jest naprawdę bardzo wielu bohaterów; w trzeciej serii przedstawiliśmy kolejnych, a w następnych tomach pojawi się wiele nowych twarzy. W tej chwili niemożliwe jest ani budżetowo, ani fizycznie tworzyć serialu, w którym będziemy pokazywać losy 30 różnych bohaterów w 30 lokacjach. Nie chcemy wejść w pułapkę, dlatego musimy dobrze przemyśleć, jak do tego się zabrać - powiedział [producent serialu].
(...)
Alternatywą jest przerwa w emisji, by dać Martinowi czas na dokończenie książki. To jednak bardzo ryzykowny i drogi ruch. Seriale są jak rekiny - muszą cały czas płynąć w przód, by przetrwać. Przez cały rok studio musiałoby płacić aktorom (mimo tego, że nie pracowaliby na planie) lub zwolnić ich z kontraktów i nie mieć gwarancji, że za rok będą wolni. Podobnie ma się sytuacja z producentami."
więcej Twórcy Gry o Tron o przyszłości serialu [klik]
Seriously? 30 postaci w 30 lokalizacjach? Ktoś się tu podobno deklarował, że nauczony pisać dla telewizji... ;)

....................
Tymczasem na główny zarzut o zbyt częste uśmiercanie swoich bohaterów Martin odpowiada tak:
"Pisze się to, co samemu chciałoby się przeczytać. Jako czytelnik czy telewidz zawsze lubię być zaskakiwany. Chcę prawdziwego suspensu. Wszyscy widzieliśmy filmy, w których główny bohater wpada w kłopoty, jest otoczony przez dwadzieścia osób, ale wiadomo, że i tak sobie poradzi, bo w końcu jest tym głównym bohaterem. Tak naprawdę nie czuje się obawy. A ja chcę, żeby moi czytelnicy i widzowie odczuwali strach, kiedy jakiejś postaci coś zagraża, chcę, żeby się bali przewrócić kolejną stronę w obawie, że dany bohater może nie przeżyć – tłumaczy autor, dodając jednak, że jest też druga strona medalu. - Uśmiercanie bohaterów książki to jedna sprawa, co innego natomiast, gdy spotykasz ludzi, którzy ich odtwarzają w serialu i uświadamiasz sobie, że pozbawiasz te osoby pracy. Pojawia się wtedy poczucie winy."
reszta Dlaczego George R.R. Martin zabija swoich bohaterów? [klik]
















 Co to takiego All my friends are dead tutaj [klik]

Np cycata czarnula dość szybko pożegnała się z gażą. Ale później zagrała Conana Barbarzyńcę ;)
...................
A poniżej link do wizyty Martina w programie Conana O'Briena, gdy pisarz ogląda reakcję fanów na filmową masakrę oraz błyskotliwie tłumaczy, dlaczego czytelnicy, w przeciwieństwie do serialowych li tylko oglądaczy, miewają depresję nawet trzynaście lat wcześniej (ok, spoiler puenty ;) [klik]

{Co do czasu powstania książki to widać gołą sutką, że było to dekadę temu. JEDYNY gej zostaje zaciukany relatywnie szybko. Teraz takie potraktowanie mniejszości bym nie przeszło, nawet jeśli, jak już zostało wspomniane, giną wszyscy po kolei ;). Mamy co prawda kilku niepełnosprawnych oraz transgenderową kobietę-rycerza a najinteligentniejszą postacią jest karzeł, co jednak nie czyni poprawnie politycznej wiosny. Zwłaszcza że mottem jest refren winter is coming }

(A na fejsa wrzucę bardzo interesującą recenzję po angielskiemu.)

..........
Amigos zachęceni? 
Czy też wszyscy już przeczytali i obejrzeli i stoję tu sama jako ta sierotka, machając kikutem?
..........
Najważniejsze, oczywiście, na koniec ;)

piątek, 14 czerwca 2013

Wnętrza naszych M czyli jak zarobić na cudzych koszmarach













Dzisiaj będzie o niedawno wydanym albumie pt. 'Wynajęcie'
Inicjatywa to ciekawa: udokumentować mieszkalnicze koszmary, wnętrzarskie horrory z wielkich płyt, osiedli i kamienic. Meblościanki zagłady i fototapety z piekła rodem. Fotele, na których chce się bardziej umrzeć niż spocząć i obrusiki, na które by i pies nie nasikał. Sama chętnie miałabym pozycję ową w swoich zbiorach. Nie mniej sposób realizacji pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia. W sensie etyki i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. 'Autorka' bowiem wykorzystała w albumie zdjęcia znalezione na portalu Gumtree. Znalezione nie kradzione. Pojawia się wątpliwość czy jak do sygnowanej własnym nazwiskiem książki (żadnego tam 'pod redakcją' czy 'zebrała do kupy') można se tak z interneta dowolne cudze zdjęcia wziąść, to już znaczy, że wszystko można braść, a od tego już niedaleka droga do kraść (pisownia przemyślana w tym kontekście). Zwłaszcza, że nie było obiektywnych przeciwwskazań do samodzielnego zrobienia zdjęć. Oprócz lenistwa, które w grupach intelektualizujących nazywa się teraz indolencją. A u osób mających do czynienia z szeroko pojętą estetyką to przyzwyczajeniową estetyczną nadinterpretacją, która zaszkodziłaby obrazowi społeczeństwa.
"Co z autorami zdjęć? To, że są anonimowi, sprawia, że mogłaś korzystałaś z ich fotek?  
Zdjęcia stały się częścią kolekcji występującej w określonym kontekście. Oficjalnie wysłałam wiadomości do tych anonimowych oferentów, do których udało mi się dotrzeć przez Gumtree, z prośbą o zgodę na wykorzystanie fotografii. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Tym samym zdjęcia przechodzą w ''publiczną przestrzeń internetu''. Owszem, mogłam sama fotografować te wnętrza, chodząc na spotkania z oferującymi wynajem. Jednak nie zdecydowałam się na ten ruch, bo wiem, że jako osoba mająca do czynienia z fotografią, estetyką czy projektowaniem mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach ''czegoś ładnego'' - ot tak, z przyzwyczajenia.

Twój album ''Wynajęcie'' to nie tylko zbiór zdjęć kuriozalnych wnętrz, ale także obraz miasta, społeczeństwa.  
To portret klasy posiadającej (u nas posiadanie nieruchomości niesamowicie nobilituje społecznie, podnosi status), a także po części portret współczesnego miasta. Materiał, który wybrałam, jest dokumentem otwartym na interpretacje. Dla mnie najważniejsze jest to, że te zdjęcia się przeżywa, one autentycznie budzą emocje. To był kluczowy argument, żeby je opublikować.

Jeśli potraktować te wnętrza jako kurioza, to super. Gorzej, jeśli trzeba w nich zamieszkać. Mieszkania te nie są neutralne, są wypełnione życiem właścicieli. Mieszkanie wśród cudzych drobiazgów, pamiątek, zbieraniny rzeczy może wręcz budzić wstręt.  
Rzeczywiście większość umeblowanych mieszkań oznacza wprowadzenie się w cudzą estetyczną i intymną przestrzeń. To jest przestrzeń już ukształtowana, co więcej - kształtująca najemcę. Wiele z tych mieszkań wygląda tak, jakby właściciele wyszli na chwilę. I rzeczywiście wychodzą, bo np. przekalkulowali z kredytem, więc idą mieszkać do rodziców, a własne mieszkanie wynajmują, albo kupili większe, a to mniejsze wynajmują, albo odziedziczyli po babci i cały babciny kram wystawiają do wynajęcia. Jest też seria mieszkań, które właściciele traktują jak składzik, lamus rzeczy gorszych, zniszczonych, niepotrzebnych, które może kiedyś się przydadzą. Nie trzymają tego u siebie, tylko właśnie w wynajmowanym mieszkaniu."
Wywiad z 'autorką': Koszmary do wynajęcia [klik]
 I jeszcze kilka epickich przykładów



środa, 12 czerwca 2013

Wydawnicze wojny czyli jak wydać książkę

Na lubimyczytać.pl ciekawa, osobista relacja z europejskiego spotkania wydawców.
Przysłuchiwałem się ostatnio różnym europejskim wydawcom, którzy na spotkaniu w Madrycie dyskutowali o sytuacji w tzw. sektorze książki, i muszę powiedzieć, że dopiero teraz zdaję sobie w pełni sprawę, że na naszych oczach toczy się wojna.
Bo że trwa rewolucja książkowa, no to wszyscy wiemy. Panującą nam książkę papierową próbuje wysadzić z siodła jej elektroniczna siostra – a może wcale nie próbuje? – więc musimy po czyjejś stronie się opowiedzieć. Jedni zatem mówią, że papierowa sczeźnie już zaraz, inni, że nigdy – i ci drudzy powołują się chętnie na ów słynny przykład podany bodajże przez Umberta Eco, że łyżkę wynaleziono wieki temu i nikt jak dotąd nie wpadł na lepszy pomysł, czym jeść zupę, więc z książką papierową też tak będzie. (...)
Jednak digitalizacja i internetyzacja oznacza przecież znacznie, znacznie więcej – i tego też jesteśmy w jakimś stopniu świadomi – otwierając zarazem coś w rodzaju jeśli nie frontu, to ważnej linii podziału. Na madryckim spotkaniu przysłuchiwałem się na przykład wystąpieniu reprezentantki dużego brytyjskiego wydawnictwa, która z entuzjazmem opowiadała o możliwościach, jakie przed wydawcą roztacza nowoczesna technologia. – Wcześniej wydawca nie znał swoich czytelników – mówiła. – Dziś dzięki Internetowi wiemy, że gospodynie z północnej Walii uwielbiają autora X, a studenci z Glasgow – autora Y. Poznanie gustów czytelniczych to jedno, ale też możliwości promocji są wręcz niesamowite.
Na to jednak pewien hiszpański wydawca (niezależny, z wybitnym literackim katalogiem) odparł krótką anegdotą, jak to przedstawiciel jednej dużej oficyny powiedział mu: - Dzięki technologii możemy dostarczyć czytelnikowi dokładnie taką książkę, jaką on chce. – A to gratuluję – odparł ów wydawca – bo ja dostarczam czytelnikowi taką książkę, o jakiej jeszcze nie wie, że jej chce.

Więcej: Co widzi osioł, czyli wojna książkowa [klik]

A poniżej tekst o możliwościach nie tyle napisania (bo to kwestia talentu i samozaparcia) ale późniejszego wydania książki i trafienia do rąk i łóżek czytelników. Wydawać samemu 300 egzemplarzy, bawić się w ebookowy self-publishing czy we współfinansowanie razem z oficynami? Perspektywy dla debiutanta nie są rokujące.
Jak zostać uznanym i cenionym pisarzem? Na to pytanie większość ludzi odpowie jednogłośnie „Trzeba napisać bestseller.” Nic bardziej błędnego.
Przede wszystkim bestselleru się nie pisze, bestseller się produkuje. Robi się to głównie za pomocą odpowiedniej reklamy i zaangażowania w nią odpowiednich osób, treść dzieła jest w tym przypadku rzeczą drugorzędną.
Więcej tu: Talent bez pleców, czyli smutna dola polskiego literata [klik]
Polecam też lekturę komentarzy.

Nie ma, jak znaleźć odpowiednią wymówkę do niepisania, nieprawdaż. 
Tymczasem Top 10 czytanych na świecie książek z ciągłymi wznowieniami wygląda tak:



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kici, kici. Najpopularniejszy EVER post o KOCIE!

Poważny bloger - jak twierdzi Kominek - never ever nie pisze o kotach, nie postuje sfit foci swojego kociaka i nie robi kocich komiksów. No to ten. Zaczniemy na poważnie.
W 1990 r. Jaroslav Flegr (biolog ewolucyjny) odkrył, że jest zarażony Toxoplasma gonidii – pasożytem, który żyje i rozmnaża się najczęściej u kotów.
I co z tego wynikło [klik]
A teraz coś wesołego.
Kotki francuskie


I trochę kotów- szlajaczy, imprezowych straceńców w kawałku z naszej młodości, gdy prowadziliśmy się podobnie ;)


Kota w reklamie sugestywnie przedstawi mleko Cravendale


Komiks o kocim dniu ostatecznym? Prosz.
Kotek dwufazowy? Prosz.
Propozycja tatuażu dla kocich obsesjonatów? Prosz.
Odezwa do kota automaniaka? Jak najbardziej

A teraz coś prawdziwie żenującego.
Karl Lagerfeld  - podstarzały celebryta modowy o niewiadomej orientacji - zrobi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę. Na szczęście wykorzystując do tego kota, a nie, dajmy na to, konia. Choć to może kwestia czasu.
Niestety, "nie ma jeszcze możliwości zawierania małżeństw przez osoby ludzkie i zwierzęta.... Nigdy nie sądziłem, że mogę się tak zakochać w kocie" - powiedział Lagerfeld stacji CNN. 77-letni guru firmy Chanel ma białą syjamską kotkę, która wabi się Choupette. Obiekt swej miłości opisywał jako kotkę “śnieżnobiałą, z karmelową tęczą wokół oczu, uszu i na jej niekończącym się puszystym ogonie niczym szalu boa".
Choupette ma założone konto na Twitterze (i 27 tys. followersów). Portal gazety "The independent"  podał, że Lagerfeld zapytany, czy to prawda, że kotka ma również trzy osoby służby oraz odrzutowiec do swojej dyspozycji,odparł: - Tak, a czemu miałaby nie mieć?  [klik]
Nie chcę wiedzieć po jakich konkretnie czynnościach Karl stwierdził, że chciałby się z Choupette ożenić.











Karlowi bardzo na głowę zaszkodziło drastyczne schudnięcie. Dlatego, specjalnie dla niego  10 najgrubszych kotów świata :) [klik]

Żeby jakoś intelektualnie uzasadnić tego posta: Pisarze mają kota [klik]

Dysponujących kotem proszę o podpisywanie petycji, czy sprokurować drugą, donioślejszą, inwentaryzację, bo mam tego więcej ;) Wszak bez kotów internet by zanikł.

sobota, 8 czerwca 2013

Wtopy randkowe: Jak kolczyki poszły do lokalu, by przydzwonić mi w zęby






















Z tymi kolczykami od początku były problemy.
-  Fajne eee kolczyki – zagaja R.
- Raczej krzykliwe – odpowiadam. – Mam jedną parę naprawdę pięknych, cennych kolczyków, ale zakładam je tylko na specjalne okazje...
- ..którą najwyraźniej nie jest to spotkanie – uśmiecha się R.
Gdybym miała równy szpaler hollywódzkiej porcelany w gębie, to bym się znacząco wyszczerzyła, jak w tych filmach o wampirach. A tak podnoszę tylko lekko kąciki ust i opuszczam spojrzenie. Niczym mimiczna metressa. Skoro kolczyki mam krzykliwe, to niech choć mimika będzie stonowana.

A potem rozmowa schodzi na biżuterię. To tak samo dobry temat, żeby kogoś poznać, jak każdy inny. A dowiemy się z niego czy nasz towarzysz ma gust, czy potrafi jakąś kobietę obdarować (nie mówię, żeby od razu mnie, ale np matkę, najlepiej moją, chociaż w sumie to czemu by nie mnie?). No i rzecz najważniejsza: czy w jego rodzinie jest jakaś rodowa biżuteria (oraz sejfy i obrazy w złotych ramach ;)

A potem znowu wracamy do kolczyków. Bo kolczyki mam ciężkie i długie. A w zwyczaju mam nerwowe rozglądanie się, jakby mi zaszkodziło obejrzenie zbyt dużej ilości thrillerów, w których bohaterowie zawsze MUSZĄ zerkać na wszystkie wejścia i okna, tak na wszelki wypadek. I obawiam się, że tak nerwowo machając tymi ozdobami skoszę koniec końców zawartość tacy jakiejś kelnerki, bo w lokalu jest dość ciasno.
Mój rozmówca ledwo patrzy mi w oczy, co jest całkiem zrozumiałe, skoro mu tak coś ciągle naokoło mojej głowy dynda i powiewa i kreśli kółka i smaga po policzkach. Jakbym miała jakiś drobny, psychiczny problem ;)
- Nie przeszkadzają ci te kolczyki? – troskliwie pyta R. – Może byś je zdjęła?
- Ale te kolczyki mają specjalną funkcję – brnę, zamiast zdjąć. – Są tak bardzo absorbujące, że nie sposób z nimi np wpaść w komatozę, jak rozmówca okazuje się nudziarzem, a przez cierpienie z powodu ich ciężaru człowiek jest w stanie permanentnego pobudzenia.
( I to akurat prawda)
- No to niepotrzebnie je zakładałaś – mówi R. - Nie jestem nudziarzem i znam inne sposoby na permanentne pobudzenie... Kupimy ci espresso!
Hm.
Hmmmm.
Espresso?!
A potem, jak wychodzimy i R. dostaje kolczykowym chlastem w oko, mówi:
- Trzeba ci kupić jakieś normalne kolczyki!
Oto odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu (ze mną, w kawiarni). I z odpowiednim pomyślunkiem (ze mną, u jubilera... No dobrze, bądźmy realistami: ze mną, na odpuście ;). 
Chyba go kocham ;)
Chociaż jak teraz do tego wracam, to w zdaniu ‘Trzeba ci kupić’ nie występuje czynny podmiot w postaci R. 
Cholerna luka prawna opodatkowana niejasnością.

No popatrzmy, co bym chciała (notatka prywatna: nie rozpędzać się za bardzo;) czyli kilka zakolczykowanych celebrytek, które z całą pewnością nie uprawiają autobiczowania. Zwłaszcza jeśli mają botoks w szyi ;)








    

       




















No i proszę: Milli i Meryl też się dynda!    
Po namyśle stwierdzam, że żadne toto nie jest w moim guście, oprócz złotych trójkątów Claire D. No ale co złoto to złoto, wiadomo.       

czwartek, 6 czerwca 2013

Starzy Żydzi opowiadają kawały czyli coś wesołego na dziś

Znalazłam kiedyś przypadkiem i nie kiszę dłużej. Naści ;)

o wypadku samochodowym


o pewnym małżeństwie


o jądrach


o szukaniu dziewczyny


o dobrym wyposażeniu ;)


o magiku


Hm, ten ostatni to jakby o mnie. Ta-dam!

Wspomnienie o Romanie W.

Ach, cóż to był za aktor, ten Wilhelmi. Dzisiaj ładny, letni dzień, to dla kontrastu trochę mrocznej histerii aktorskiej i piosenka "Prawo moralne" ;)

Mmm (.)
Tak mi się od czasu do czasu, gdy telewizornia postanawia rzucić ochłap z lepszych serialowych czasów w postaci np 'Alternatyw 4', przypomina, jak to młodzież pyta:
- No dobre te Alternatywy 4, a gdzie można dostać 3 pierwsze sezony?
;)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Brakujące ogniwo ewolucji to człowiek zbyt bezpośredni czyli o podróżujących okularnikach

Wsiadam z mamusią do tramwaju. A tu klops – kasownik mnie informuje, że mój bilet mu nie pasuje, że jest zły i ogólnie nieodpowiedni. No i co tu zrobić, rzecz dzieje się w centrum stolicy, gdzie panowie kontrolerzy czają się wszędzie.

Jak niedawno tatuś (dzielnicowa ofiara losu) wracał z podróży to wsiadł do takiego tramwaju, odstawił walizę i wszystkie toboły na wolnym siedzeniu, a jak się odwrócił do kasownika to był tam już pan kontroler, który zaordynował mandacik. I nic nie pomogły wytłumaczenia, że tatuś z laską (bo inwalida), walizką, tobołkami i biletem w jednej ręce to się długo w pionie nie utrzyma, dlatego logicznym mu się wydało najpierw odstawić a potem utrzymać się i skasować. Takie nastawienie kosztuje stówkę! Więc się teraz bardzo pilnujemy, żeby od razu, najlepiej jeszcze przed wejściem do pojazdu, wpić się w kasownik.
- Chyba będę musiała zakupić inny bilet – mówię mamusi.
I wtedy odzywa się siedzący obok okularnik.
- Proszę spróbować w innym kasowniku. Czasem tak jest, że w jednym kasowniku się biletu nie da skasować, a już w drugim jak najbardziej.

Przedzieram się więc przez ćwierć taboru do drugiego kasownika, który nie tylko, że nie marudzi ale mi jeszcze dziękuje i informuje, że tak smacznego biletu to nigdy nie żuł. 
Świetnie.
Wracam zatem do mamusi, która gotowa jeszcze przez resztę podróży leżeć, w celu zajęcia, na mojej miejscówce. Komuś mogłoby przyjść do głowy, że zasłabła i ją okraść. I jak tak wracam to postanawiam podziękować panu za praktyczną radę, zatem radośnie klepię go w plecy, aż mu okulary zjeżdżają na czubek nosa.
- No i wisz pan! – mówię – Co męski łeb to nie żeński!
I mu macham tym biletem skasowanym przed nosem, a że tramwaj akurat wykonuje swój popisowy szarpiący manewr, to o mało mu krawędzią tego biletu nie podrzynam gardła.
 
Ten człowiek już nigdy nikomu nie udzieli porady w komunikacji miejskiej. W każdym razie tak wygląda.
Ledwo się powstrzymuję, żeby paluszkiem tych okularów uprzejmie nie dosunąć z powrotem na miejsce, paluszek mnie aż świerzbi, no ale wiadomo, że kultura zakazuje macania cudzych binokli, niezależnie od czystości intencji. Siadam więc obok mamusi, a ta dla kontrastu delikatnie, niczym pajęczą nogą, dotyka mojego ramienia i nachyla mi się do ucha.
- Wiesz – mówi–  jesteś zbyt bezpośrednia.
- Wiesz – mówię – może lepiej zjedz miętówkę!
Nikt mnie nie wypatroszy z mojej asertywnej bezpośredniości. Never!

No to teraz będzie, hm, niech się zastanowię, skoro nie o matce z dzieckiem i nie o transporcie, to może o wyższości okularników? Voila:

kampania 'Get the respect you deserve'.

Jakby jaki okularnik to czytał, to proszę peany ku czci gogli poniżej. No bo przecież nie ku czci transportu miejskiego w stolicy.

sobota, 1 czerwca 2013

O dzieciach nie dla dzieci czyli jak nieładnie grzebać dziecku w majtkach

Znacie ten dowcip?
Pyta się ciężarna podczas badania USG:
- Panie doktorze to chłopak czy dziewczynka?
- No wie pani, na tą odpowiedź to trzeba poczekać przynajmniej kilkanaście lat...
.......
Jest taka nowa religia i się ona nazywa Dla dobra dzieci. Wszystko nią można wytłumaczyć i usprawiedliwić – no bo wiadomo: dla dobra dzieci. Z tym się nie dyskutuje.

W imię tej nowej religii można wszystko. Można rodzicom, ot tak, odebrać dziatki [klik]. Problemy są jakieś wychowawcze? No to odbieramy, szlus i po problemach - teraz rodzice muszą się skupić na zarabianiu mamony na adwokatów, żeby pociechy odzyskać, więc nie mają czasu na to, żeby je źle wychowywać. Państwo je natomiast w odpowiednim przybytku u obcych ludzi lub w ochronce wychowa bardzo dobrze i jeszcze się potem dorzuci na terapię. Co za gest. 

Jeśli jednak państwo zdecyduje dziatki u rodziców rodzonych zostawić, to i tak nie zostawia możliwości, by je wychowywać po swojemu, tylko tak, jak należy, po europejskiemu, w nowym duchu samoświadomości i szerokiego spektrum możliwości [klik]. Rodzic niby najlepiej zna etapy rozwoju dziecka i jego wrażliwość, ale państwo dziecku na wszelki wypadek zaordynuje edukację, w postaci terapii wstrząsowej, odgórnie. W promocji. Co za gest.
No ale wiadomo - gest do gestu i ani się obejrzysz, dzieciaku, a robi się z tego robi stosunek seksualny. Do którego zanim przystąpisz, to powinieneś wiedzieć, po której stronie seksualnej barykady [klik]. I wspomagane gremium psychonaukowym, żadnym tam wiejskim znachorstwem, da ci państwo na tą decyzję najlepszy czas antenowy, między bajką o króliczku a wycinanką z żabką, czyli jak masz 6 lat. Powodzenia!

Od razu mi się przypomina przeczytane w młodości opowiadanie Philipa K. Dicka o 10-letnim chłopcu, który ucieka z domu, bo jego zawiedziona wychowawczo matka, postanawia się jednak zdecydować na aborcję. Możliwą do 10 roku życia dziecka. Co oczywiście było głosem w sprawie prawa do aborcji pisarza, zranionego decyzją żony (zranionej psychozą męża ;). Niemniej nasuwa się jeden, jakby, wniosek. Dla pewnych kwestii jest pewien odpowiedni, nie zahaczający o tereny absurdalium, czas na decyzje. I nie jest to 10 lat na aborcję ani 6 lat na decydowanie o swojej płci i technikach masturbacyjnych. Ani 3 rano po ostrym picu i macankach na imprezie integracyjnej pracowników WHO dla wymyślania cudów-wianków w kwestii edukacji seksualnej i rodzinnego prawodawstwa. Tak, do was mówię, panowie i panie decydenci. To taka subtelna granica dzieląca odebranie rodzicom możliwości wychowywania swojej własnej puli genów wedle własnego uznania i totalitaryzm.

No to jeszcze kilka kadrów w temacie

"Dziecko jest jak walizka, którą pakujemy latami. Wszystko, co się w niej znajduje, kiedyś musieliśmy tam włożyć"
(Wojciech Eichelberger)
......
Przypominam, że w zeszłym roku na Dzień Dziecka zamiast ciężkiego kalibru utyskiwań zaprezentowałam lekki worek z prezentami [klik] ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...